Łączna liczba wyświetleń

środa, 6 listopada 2024

REWOLUCJA BURAKÓW

 
W eurosceptycznej międzynarodówce zapanowała euforia, po tym jak prezydentem największej gospodarki świata został stary dobry Donald Trump. Oznacza to wzmocnienie takich odśrodkowych wichrzycieli jak Orban czy Fico. Będą mogli oni pod amerykańskim parasolem wdrażać swój "antyliberalny", a w zasadzie socjalistyczny i nacjonalistyczny program zawłaszczania państwa i pojednania z Rosją.

Również i u nas nie brakuje takich którzy twierdzą, że kraj jest okradany przez różnego rodzaju obcych, więc należy przegonić stare elity i zaprowadzić nowe porządki. Co jeszcze gorsze przerabialiśmy to już przez osiem lat i jak dotąd nie udało się rozprawić z tą kosmopolityczną sitwą uśmiechniętych wyzyskiwaczy. Jak wiadomo pieniądz rządzi światem, a PiS zgromadził jeszcze zbyt mało środków żeby stworzyć imperium medialne i przekupić wszystkich celebrytów.

Polscy populiści mają ten problem, że muszą stać okrakiem z powodu naszej sytuacji geopolitycznej. Z Rosją i Niemcami mają stare porachunki, a przypominanie o nich przez całą dobę to credo polskości. Poza tym walczą już przeszło trzy dekady z postkomuną, która uwłaszczyła się na transformacji i wyprzedaży majątku narodowego. Bronią tradycyjnej i jakże kosztownej energetyki. Straszą dzieci czarnym ludem. W dotychczasowym europejskim układzie sił zupełnie się nie odnajdują.


Kwestia rosyjska nie jest  więc przeszkodą gdy idzie o tożsamość ideologiczną. Dysonans można przykryć rozważaniami o nieprzewidywalności Trumpa, który nagle wyciągnie Jokera z rękawa. Jedyna nadzieja w tym, że Trumpowi naprawdę odjebie - poczuje się urażony i będzie musiał zaspokoić swoje ego jakimiś radykalnymi działaniami. Ale zbytnio bym na to nie liczył. Trump już wiele razy mówił, co myśli o Rosji i Ukrainie, a co sądzi o tym Duda czy Kaczyński w ogóle go nie interesuje.

Motywem przewodnim tej całej fali jest opowieść o globalnym spisku elit. I rzeczywiście poglądy wielkomiejskich elit rozmijają się ostatnio coraz bardziej z potrzebami niezbyt zamożnej prowincjonalnej siły roboczej. No bo tak to się jakoś dziwnie składa, że ci sami ludzie którzy współczują imigrantom, mniejszościom seksualnym i dyskryminowanym kobietom, często drwią z niezbyt ich zdaniem rozgarniętego "buraka", który znalazł się w takim a nie innym miejscu życiowym z powodu własnych ograniczeń umysłowych.

Oczywiście nikt nie ma recepty na sprawiedliwość społeczną. Jedyną stałą cechą wszystkich systemów jest egoistyczny narcyzm starych czy nowych elit i umacnianie oligarchii pod takim czy innym szyldem ideologicznym. Ale ważne jest żeby mówić do ludu jego językiem, dlatego farbowani trybuni tyle pieprzą o niesprawiedliwości, spiskach i złodziejstwie, choć sami mają przecież pełne kieszenie.

niedziela, 3 listopada 2024

CZYNNIK KOREAŃSKI

 
Nazwa Korei pochodzi od średniowiecznego królestwa Goryeo, obejmującego prawie cały Półwysep Koreański. Rozpowszechniła się na świecie dzięki arabskim i perskim kupcom wędrujących Jedwabnym Szlakiem. Nie był to jednak pierwszy organizm państwowy na tym terenie.

Według nacjonalistów początków kultury koreańskiej należy szukać już w trzecim tysiącleciu przed naszą erą, a jej ojcem miał być mityczny król Dangun. Jeśli odłożyć na bok legendy jedyną pewną datą jest wzmianka o inwazji na Królestwo Gojoseonu w kronikach chińskich (108 r. p.n.e.).

Zresztą o tak wczesnych dziejach tego regionu wiadomo niewiele. Prawdopodobnie mieliśmy wtedy do czynienia raczej z luźną federacją plemion niż scentralizowaną administracją. Pochodzenie Koreańczyków nie jest do końca znane. Choć niektórzy przypuszczają, że mogą pochodzić od ludów ałtajskich obecnie zalicza się ich raczej do tak zwanych ludów izolowanych.

Pomimo stworzenia własnej oryginalnej kultury przez wieki znajdowali się w orbicie wpływów chińskich. Choć Chińczycy nigdy nie włączyli Półwyspu bezpośrednio do swojego imperium utrzymywali go w swoistej politycznej zależności. To z Państwa Środka czerpano wzorce i inspiracje. Chińskie wpływy kulturowe zmieszały się z rodzimymi tworząc niepowtarzalną tożsamość.

Zakorzenione tu prastare tradycje szamańskie przenikały się z buddyzmem, taoizmem i konfucjanizmem. Opierając się na konserwatywnej filozofii, etyce i systemie społecznym Koreańczycy przegapili jednak zmiany dokonujące się na coraz bardziej uprzemysłowionym świecie. Aż do podboju japońskiego w 1910 roku ich gospodarka opiera się głównie na rolnictwie.

Zmodernizowani już na zachodnią modłę Japończycy okupowali Koreę przez trzy i pół dekady. Setki tysięcy Koreańczyków zostało wtedy zmuszonych do wykonywania niewolniczej pracy. Nie pochwalając japońskich okrucieństw i represji przyznać trzeba, że był to okres unowocześniania kraju, po którym pozostała jakaś infrastruktura czy wyszkolone kadry.


Niebawem jednak Półwysep zamienił się w jedno z najnędzniejszych miejsc na mapie świata. A wszystko za sprawą okrutnej wojny między światowymi blokami politycznymi. Jak wiadomo państwa osi - do których należała Japonia - zostały pokonane wspólnym wysiłkiem kapitalistycznych i komunistycznych aliantów. Podobnie jak Niemcy Korea została podzielona między dwa systemy.

Tak naprawdę komuniści nie mieli ochoty wszczynać kosztownej i krwawej awantury o ten niewiele wówczas znaczący kawałek ziemi. Kalkulowali jednak, że podobnie myślą Amerykanie, skoro już oddali kontrolę nad niemal całą Wschodnią Azją.  Ameryka zaś arbitralnie stwierdziła, że musi w tym momencie uderzyć pięścią w stół i wreszcie powstrzymać komunistyczną ekspansję, choć sama Korea nie miała większego znaczenia strategicznego.

Kiedy siły komunistycznej Północy próbowały opanować Południe w ich obronie stanęły zachodnie siły ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Ale do wojny wmieszały się też Chiny, więc rozpętała się krwawa jatka w której zginęły miliony ludzi - oczywiście głównie koreańskich cywilów. Rezultatem była ruina, wzajemna nienawiść i utrzymanie geograficznego status quo. Na Północy stworzono najbardziej totalitarny reżim wszechczasów, a na Południu kapitalistyczną dyktaturę.

O dziwo to północnokoreański model początkowo lepiej się sprawdzał, a to dzięki pomocy gospodarczej otrzymywanej ze Związku Radzieckiego, Chin i innych państw niesławnej demokracji ludowej. W realizacji forsownej industrializacji dostrzegano nawet symptomy cudu gospodarczego. Na dłuższą metę system okazał się tam jednak niewydolny. Militaryzacja drenowała budżet, a wszechmocne państwo zabijało wszelką inicjatywę.


Południowokoreańska modernizacja na dobre zaczęła się dopiero w latach sześćdziesiątych, ale stworzyła jedną z najsilniejszych gospodarek świata. Dzięki inteligentnej alokacji zagranicznych kredytów i wykorzystaniu zdyscyplinowanej siły roboczej udało się stworzyć prawdziwe przemysłowe imperium. Droga do demokracji była tu jednak krwawa i wyboista, a wolnościowców po prostu masakrowano.

Pierwsze wolne wybory w Korei Południowej odbyły się dopiero w 1988 roku. Tymczasem po upadku bloku socjalistycznego gospodarka Północy całkowicie się załamała i zapanował tam masowy głód. Niestety ten stalinowski skansen stał się w międzyczasie atomowym mocarstwem. Panująca dynastia Kimów wykorzystuje broń nuklearną jako swoją polityczną polisę na życie, nie stroni od handlu bronią i narkotykami, a nawet ucieka się do terrorystycznych prowokacji.

Opasły dyktator tego gigantycznego obozu koncentracyjnego zwąchał się ostatnio z Władkiem Putinem. Dostarcza mu amunicję i żołnierzy, aby mógł kontynuować swoją specjalną operację wojskową w Ukrainie. To najlepiej ukazuje gdzie mentalnie i kulturowo znajduje się Rosja. Niektórzy sądzą jednak, że ten sojusz może wyjść Sowietom bokiem, jeśli Południowcy wejdą do gry wysyłając Ukrainie hojne dostawy swojego nowoczesnego uzbrojenia. 

sobota, 2 listopada 2024

KINO WOJENNE

 
Wołodymyr Zełenski skrytykował ostatnio Polskę, bo nie przekazaliśmy mu MIG-ów. Zignorowaliśmy też prośbę o zestrzeliwanie rosyjskich rakiet, bo uznaliśmy że mogłoby to grozić wplątaniem się w wojnę. Szef naszej dyplomacji Radosław Sikorski odparł dosyć rzeczowo, że nasza pomoc w relacji do PKB była zdecydowanie największa i tak dalej. Prezydent Andrzej Duda mówił zresztą to samo. Nie możemy więcej dawać, bo musimy martwić się przede wszystkim o siebie.

A tak się niestety składa, że zaczynamy bać się o własną dupę. Ruscy razem z ludami Syberii i Kaukazu, nepalskimi najemnikami i Koreańczykami zdają się przejmować inicjatywę. Dzięki bestialskiej, ale sprawdzonej już wielokrotnie taktyce można utopić przeciwnika w morzu własnej krwi, nie zważając na absurdalne straty ludzkie i materiałowe. W Rosji nie ma przecież opinii publicznej, a ludzi można wysyłać na pewną śmierć całymi tysiącami, tym bardziej, że nie są to na ogół etniczni Rosjanie.

Ponieważ w tej Federacji dominują biali, a na zdziczałej prowincji panuje okrutna nędza, wystarczy sypnąć jakimś groszem żeby zwabić desperatów w kamasze. W Europie żyjemy na wyższym poziomie, więc nie pali nam się, żeby umierać za jakąkolwiek sprawę. I tak dochodzimy do socjologicznych ograniczeń demokracji liberalnej. Rosja to tylko wielka stacja benzynowa z bombą atomową i mięsem armatnim, a gospodarka Korei Północnej praktycznie nie istnieje. Ale cała nasza machina przemysłowa służy przede wszystkim konsumpcji.

Teoretycznie nasz potencjał gospodarczy powinien zmiażdżyć taką anachroniczną strukturę. Według papierowych wyliczeń możemy przecież wyprodukować więcej czołgów, samolotów, rakiet, dronów i czego tylko zechcemy. Tyle że oznaczałoby to dalsze wyrzeczenia "zmęczonego" wojną europejskiego społeczeństwa. Jeśli Stany Zjednoczone przestaną dozbrajać Ukrainę, to Europa pewnie sobie też odpuści, bo ciągle mamy za mało pralek, telewizorów, samochodów i ekspresów do kawy. Poza tym ludzie chcą oglądać seriale i piłkę nożną, a nie te paskudne obrazki zbombardowanych miast.


A jeśli zabraknie choćby popcornu to lud zagłosuje na tego kto obieca kiełbasy, browary i inne towary. Więc konflikt zostanie zamrożony w jakiejś amorficznej i prowizorycznej formie ustrojowej. Okaleczona, wyludniona i zgorzkniała Ukraina będzie musiała zrezygnować z marzeń o odzyskaniu integralności. Zgniły pokój wyda jednak zatrute owoce. Obłudny pojeb z Kremla z całą pewnością nas okłamie, ale będziemy musieli udawać, że wierzymy w znalezienie optymalnego rozwiązania. A tymczasem musimy zbroić się na tyle, na ile jest to możliwe w tych warunkach.

Szkoda tylko tych wszystkich chłopaków, którzy musieli zginąć broniąc ukraińskiej i europejskiej wolności. Pokazali jednak że Rosja jest słaba i pohamowanie jej apetytów było jak najbardziej możliwe gdyby nie dziwna euroatlantycka opieszałość w dostawach sprzętu. W obecnej sytuacji ciężko już oczekiwać jakiegoś wielkiego przełomu. Rosną za to rosyjskie wpływy w Mołdawii i Gruzji, a premier Słowacji Robert Fico zaszokował występami w rosyjskiej telewizji, gdzie wyraził swoje oburzenie nierealistyczną postawą eurokołchozu.

Zakochana w samej sobie Europa nie ma pomysłu co z tym może jeszcze zrobić, czeka więc aż ukraińskie morale samo się wypali. Stany Zjednoczone są na politycznym rozstaju i tak naprawdę nie wiadomo, jaki będzie ich dalszy stosunek do wojny za naszą wschodnią granicą. Jankesów coraz bardziej absorbuje konflikt na Bliskim Wschodzie, a przede wszystkim kwestia tajwańska. Wyłania się więc z tego dosyć paskudny obraz, tym bardziej że już płoną fabryki i centra handlowe, a rosyjska agentura dezinformuje i polaryzuje głupie społeczeństwo.

środa, 30 października 2024

EPITAFIUM


 Nie wiadomo po co żyjemy, choć mamy na to różne kulturowe i religijne wyjaśnienia. Prawdopodobnie to tylko ewolucyjny przypadek, choć ewolucja ma swoje cele - przetrwanie i reprodukcję. Dlatego wyposażyła nas w różne sprzyjające tym celom namiętności, takie jak potrzeba aprobaty, rywalizacji czy posiadania. A także w generującą takie dylematy ciekawość.

Jeśli jednak chcemy być szczęśliwi nie warto się nad tym zbytnio zastanawiać. Właśnie do tego służą nam te arbitralne teorie. Prawdy i tak nie poznamy, ale przecież w obliczu niepowodzeń, cierpienia i śmierci musimy zachować stabilność psychiczną. A najprostszym na to sposobem jest wiara w to, że życie ma sens. Wiara w cokolwiek jest lepsza niż wiara w nic, więc religie, ideologie i życiowe filozofie wskazują nam "właściwą" drogę.


Nadrzędnym celem każdego z nas jest jakkolwiek rozumiane szczęście, które wiąże się z tym poczuciem sensu. Kiedy pomimo doznawanych przyjemności i posiadanych dóbr gubimy w życiu sens to i tak czujemy się nieszczęśliwi. Banalna prawda jest taka, że szczęścia nie można uzależniać od czynników zewnętrznych, bo spełnianie pragnień wiedzie do ich eskalacji. Jeszcze tylko osiągnę sukces, kupię dom, ożenię się i będę szczęśliwy...

Każdy taki krok przyniesie mi jednak rozczarowanie jeśli nie odnajdę w nim sensu. Uczucie przyjemności pojawia się i znika, a poczucie sensu ma charakter trwały. Jakże słodko byłoby więc sensownie umierać, choć tak często mamy wrażenie, że nasze życie to komedia pomyłek. Od dziecka marzyliśmy o zdobywaniu szczytów, gdy tymczasem jego sens krył się w zwykłych i podobnych do siebie dniach.

sobota, 26 października 2024

RELIGIA ALTERNATYWNA

 
Antoni Macierewicz to jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci polskiej polityki. W jego "ideowych" kręgach pielęgnuje się mit niezłomnego działacza opozycji antykomunistycznej. Są jednak i tacy którzy twierdzą, że był współpracownikiem Biura Studiów SB. Właśnie to Biuro miało wyjątkowy przywilej rejestrowania konfidentów jako swoje ofiary. Jeśli to prawda to pan Macierewicz bardzo skutecznie wszedł w buty katolickiego narodowca.

W III RP zasłynął przede wszystkim z tak zwanej "nocy teczek", kiedy to sam ujawnił listę domniemanych kapusiów. A ponieważ były na niej nazwiska różnych mniej lub bardziej legendarnych kombatantów ze styropianu, z samym Lechem Wałęsą na czele, rozpętało się istne polskie piekiełko. Idea lustracji została już na zawsze uwikłana w bieżące spory polityczne, a przy okazji obalono jakiś rząd Olszewskiego. Stało się to motywem mitu o "nocnej zmianie" czyli rzekomym zamachu stanu polegającym na przegłosowaniu wotum nieufności.

Już sama taka konstrukcja publicystyczna stanowi intelektualne kuriozum, ale spopularyzował ją swego czasu późniejszy specjalista od paździerzowej propagandy Jacek Kurski. Środowiska "patriotyczne" piórami swoich zacietrzewionych pismaków z prawdziwą wirtuozerią - bo jak inaczej nazwać takie schizofreniczne akrobacje - rozwodziły się nad istotą układu komunistów z liberalnymi zdrajcami. Lecz również i one same, wraz z błogosławiącym ten cały stan umysłu klerem katolickim, były zinfiltrowane przez komunistyczną bezpiekę.

Ale mniejsza już o te paradoksy historii. Sprawność w błyskawicznym tworzeniu teorii tak zawiłych, że niemożliwych do obalenia, ponownie przydała się Macierewiczowi do wielopiętrowych rozgrywek gdy tupolew z prezydentem Lechem Kaczyńskim i parlamentarną śmietanką na pokładzie uległ mechanicznej dekompozycji razem z pasażerami. To wtedy skrystalizowała się zupełnie już sekciarska tożsamość Prawa i Sprawiedliwości. Na drugim biegunie politycznym Macierewicza uznano za czołowego pisowskiego świra. Niestety jest raczej niezwykle przebiegłym cynikiem.

Coraz więcej mówi się o niejasnych powiązaniach Macierewicza z Rosją... Trzeba to oczywiście wyjaśnić, ale wyraźnie już widać, że światowy obóz alternatywnej prawicy to w zasadzie rosyjska agentura. Donald Trump i Elon Musk dzwonią sobie do Putina na pogaduszki. Francuskie Zjednoczenie Narodowe, Austriacka Partia Wolności czy Alternatywa dla Niemiec wychwalają Władka pod niebiosa. Rządy Węgier, Słowacji czy Serbii lawirują, żeby tylko zbytnio nie zaszkodzić Ukochanemu Niedźwiedziowi

Co więc kieruje rodzimymi wyznawcami tej nie trzymającej się polskiej racji stanu ideologii? To jedna z rzeczy których nie potrafię pojąć. Na prawicowych forach internetowych łatwo zostać zbluzganym za samo wskazywanie tej nieścisłości. Po chuj bez przerwy szczekać o postkomunie, resetach, zamachu i zgniłym Zachodzie robiącym interesy z Rosją, skoro samemu jest się w jawnie prorosyjskim obozie? Bo takim przecież jest Alternatywna Międzynarodówka. Wychodzi na to, że cała ta wojna wybuchła przez niemieckich gejów, ciapatych gwałcicieli i dekadenckich antyklerykałów.


Biolog Richard Dawkins minimalną jednostkę transmisji kulturowej nazwał memem. Kontakt umysłu z memem jest umieszczeniem w mózgu pasożyta, który wykorzysta nasz system nerwowy do dalszego rozprzestrzenia się. W tym sensie - podobnie jak geny - memy "dążą do nieśmiertelności" dzięki kolejnym replikacjom swojej struktury. Jesteśmy dla nich tylko nośnikami, ale dla utrwalania się określonej formy przekazu kulturowego  kluczowe jest nasze zachowanie. Stajemy się więc gorliwymi wyznawcami, a nawet misjonarzami, takiego czy innego mitu.

Społeczeństwo zostało zainfekowane absurdalnym bełkotem o walce z urojonym wrogiem. Oczywiście nawet w szeregach jedynej słusznej partii nie brakuje oszołomów wierzących w jakaś dziejową misję. Ale chodzi tu głównie o wielkie pieniądze. Obym się mylił, ale cały ten alternatywny syf już zaśmiecił dyskurs i będzie generował coraz ostrzejszą zbiorową paranoję. Nawet jeśli Trump sprzeda  Ukrainę jacyś przemądrzali "erudyci" będą doszukiwać się w tym głębszej strategii politycznej, bo mielenie ozorem i pisanie rozwlekłych analiz o niczym stało się ich sposobem na życie.

wtorek, 22 października 2024

CZARNA DZIURA


Być może to powszechne złudzenie ponadprzeciętności. A być może brak dystansu wobec własnej niewiedzy. Ale skoro wszyscy znamy się na polityce i ekonomii, to pozwolę sformułować swoją diagnozę sytuacji finansowej naszego nieszczęsnego kraju. Oczywiście z zastrzeżeniem, że jest to tylko stworzony na internetowy użytek bełkot. Wierzę jednak swojej intuicji bardziej niż pieprzeniu publicystów, bo ci z reguły też znają się na wszystkim.

W medialnych debatach można żonglować takimi czy innymi danymi i statystykami, tyle że telewizyjna biomasa i tak nie wie o co chodzi. Faktem jest, że nagle znikąd pojawiła się gigantyczna dziura budżetowa i teraz nie wiadomo kogo obarczyć odpowiedzialnością. Dla opozycji to okazja, żeby obwieścić, że kwitnąca kraina została błyskawicznie zrujnowana. Lecz rząd powie, że odziedziczył gigantyczne długi i trupy w szafie.

Na rzecz tej drugiej teorii przemawia fakt alarmistycznych ostrzeżeń pojawiających się już co najmniej od kilku lat. Różni ekonomiści twierdzili, że gospodarka niebezpiecznie się rozgrzewa, do obiegu trafia zbyt dużo pieniądza, zadłużenie Skarbu Państwa rośnie geometrycznie, a prawdziwa skala deficytu jest kamuflowana kreatywną księgowością. Wobec rozpędzającej się na kredyt "prosperity" łatwo było zignorować te sygnały jako akademickie marudzenie odsuniętych na boczny tor liberałów.


Słuszności obranej drogi dowodzić miał relatywnie wysoki wzrost gospodarczy. Ponoć już goniliśmy Niemców, tyle że wyszło jak zwykle. Co prawda rozwój całej Europy zaburzyła pandemia i wojna w Ukrainie, tyle że u nas spirala inflacyjna nabrała szczególnego rozmachu. Obecnie w Unii Europejskiej tylko Rumunia i Belgia mają wyższą dynamikę wzrostu cen niż Polska. Niemniej szef Narodowego Banku Polskiego dostał w skali roku 200 tysięcy złotych podwyżki, choć żywi się tylko baltonowskim chlebem z margaryną.

No i jakoś tak się składa, że za tegoroczny budżet zasadniczo odpowiada poprzednia władza, która różnymi kruczkami maksymalnie odwlekała termin przekazania pałeczki, aby zabezpieczyć kolesi i pozacierać ślady. Prawdą jest natomiast, że obecnie nam panujący nie mają chyba wystarczającej determinacji, żeby efektywnie posprzątać budżetową stajnię Augiasza. Nie oszukujmy się - popularności by im to raczej nie przysporzyło, więc sypną groszem nauczycielom i emerytom. A co dalej? Tradycyjnie - jakoś to będzie...

piątek, 18 października 2024

PRAWDA OSTATECZNA


 Psycholog organizacji Adam Grant zauważył, że swobodną wymianę myśli utrudnia nam wchodzenie w rolę kaznodziei, prokuratora czy polityka, gdy tymczasem powinniśmy przyjmować postawę weryfikującego swoje poglądy naukowca. Niestety to co nazywamy dyskusją zbyt często staje się polem walki o to kto ma rację. Ludzie są dziecinni i lubią stawiać na swoim, a cudze poglądy tak naprawdę gówno ich obchodzą.

Kaznodzieja ma swoją misję, którą jest głoszenie "słowa bożego". Są tacy którzy uważają jego religię za stek bzdur, ale to dlatego, że opętał ich Szatan. Trzeba więc nawrócić tych grzeszników na jedynie słuszną drogę dla ich własnego dobra - w przeciwnym wypadku spłoną w piekle własnej niewiedzy, zmanipulowani przez siły ciemności. Trzeba im powtarzać najświętszą prawdę aż do skutku, nie zważając na żadne argumenty. Wierność własnym wartościom nie pozwala nam wątpić, bo zwątpienie wiedzie do upadku moralnego. 

Niekiedy trzeba nawet być oskarżycielem. Trzeba wyszukiwać nieścisłości w komunikatach oponentów, żeby je potem triumfalnie wyolbrzymiać i wyśmiewać. W ten sposób można dorobić "przeciwnikowi" gębę przypisując mu najbardziej stereotypowe cechy, niekiedy tak przerysowane, że aż karykaturalne. Co prawda kiedyś stereotypy chroniły naszych przodków ujawniając pewne statystyczne i uśrednione cechy przedstawicieli innych grup, dzięki nim możemy jednak wygodnie zamykać się na nieodpowiadające nam fakty.

Wszyscy znamy takich uparcie powracających do jednego tematu "mędrców", ciągłe łapiących nas za słówka i robiących z nas głupków. Jakimś dziwnym trafem zawsze łatwiej wychwytywać nieścisłości w cudzym myśleniu. Prokuratorzy ciągle spychają nas w jakąś wyimaginowaną szufladkę, bo rysowanie kontrastów utwierdza ich we własnej tożsamości. Jeśli jednak odruchowo nie uznamy kwestionowania naszych poglądów za atak na nas samych, pewnie zaczniemy się z nich "tłumaczyć", a wtedy stracimy kontrolę nad rozmową.

Ludzie mają już tyle gotowych przekonań, że praktycznie to z nich tworzą nasz portret psychologiczny. Widzą to co chcą zobaczyć i słyszą to co chcą usłyszeć. Filtry percepcji działają jak cenzura w Korei Północnej - żadna informacja nie może zakwestionować tożsamościowych poglądów. Choćby się waliło i paliło, panował terror i głód, nasz system jest najdoskonalszy, a kto nie jest z nami ten przeciwko nam. Człowiek chce mieć przede wszystkim rację, więc za nic w świecie nie może przyznać się do błędu, co nader często sprawia, że rozmowa staje się bezcelowa.


No ale czasem jednak trzeba przekonać kogoś do siebie, żeby zdobyć popularność, protekcję czy ulubione profity. Wtedy właśnie wchodzimy w tryb populistycznego polityka (tak zwanej chorągiewki), podążającego za wskazaniami koniunktury i mody. Jeśli zyski przewyższają wizerunkowe koszty gotowi jesteśmy zostać zdrajcami własnej sprawy. Potem w intymnym zaciszu swojego elastycznego sumienia i tak będziemy umieli to samym sobie wytłumaczyć. Dla "celów wyższych" można paktować z diabłem, a w ostateczności nawet usunąć dysonans wraz ze starymi poglądami.

Swoje poglądy gotowy jest zmieniać również naukowiec, ale w przeciwieństwie do polityka kieruje się ciekawością, a nie partykularnymi interesami. Rozważa więc różne hipotezy i poddaje je testom pozwalającym ustalić zniuansowaną prawdę. Jest to oczywiście wyidealizowany obraz - w rzeczywistości naukowcy również podlegają pospolitym błędom poznawczym, służą absurdalnym ideologiom i upajają się niszczeniem konkurentów, a środowisko akademickie podlega "politycznej" dynamice. Ale z założenia metoda naukowa polega na ciągłym porównywaniu sprzeczności w różnych modelach.

Robienie sobie dobrze poprzez utwierdzanie się w swojej "mądrości" nie wyprowadzi nas z najgłębiej zakorzenionych błędów . Ten który wie wszystko nie musi się niczego dowiadywać, a to już droga do aroganckiej ignorancji i plemiennej polaryzacji. Prawdziwy rozwój wymaga raczej sokratejskiej pokory, lecz ogranicza go przywiązanie jakie żywimy do własnych poglądów i rytuałów. Żeby było jeszcze śmieszniej są to zazwyczaj czysto kulturowe truizmy. Ślepy los umieszczając nam w danym miejscu i czasie narzuca nam arbitralną narrację, a my gotowi jesteśmy toczyć o nią swoje najświętsze wojny.