Łączna liczba wyświetleń

sobota, 26 września 2026

PIRAMIDA NIENAWIŚCI

 
Ofiara gwałtu jest sama sobie winna, bo założyła za krótką spódniczkę. A jak ktoś poszkodowany zgłosi coś na policję, to zawsze można nazwać go konfidentem, bo to przecież niehonorowe. I tak dalej... Zawsze winien jest ten, kto jest słabszy, obcy albo inny, bo sam się prosił - to syndrom znany już z przedszkola. Takie postawienie sprawy redukuje dysonans moralny.

Szukanie "frajera" to najbardziej prymitywny mechanizm obronny pozwalający zredukować napięcie panujące w grupie - dlatego tak często stosują go nawet dzieci. Co gorsze może być mechanizmem specyficznej "integracji" - wspólne gnojenie kogoś buduje tożsamość. Na poziomie politycznym naród, klasa, partia, plemię musi mieć jakiegoś wspólnego wroga. A jak go nie ma, to trzeba go wymyślić.

Można się wtedy wyżyć, gdyż odpowiedzialność ulega rozproszeniu. Nie trzeba nawet zbytnio wnikać w meritum, bo przecież łatka została już przypięta, a zwykła ignorancja czy choćby konformizm nie obudzą w nas "obrońcy uciśnionych". Takie postawy dobrze wyglądają tylko na filmach, ale nie w życiu. Nawet jeśli prywatnie mamy inną opinię nie mówimy tego głośno.

Strukturę hejtu psycholodzy opisali w koncepcji PIRAMIDY NIENAWIŚCI. Jądro systemu stanowi Lider czyli Główny Agresor - osobnik który za wszelką cenę chce zabłysnąć, przewodzić grupie, dowartościować się czy przykryć własne niedostatki cudzym kosztem. Musi więc znaleźć sobie możliwie bezbronną, wyalienowaną i odstającą od "normy" ofiarę, a następnie nastawić przeciwko niej całą grupę.


Pierwszy krąg w rozchodzącej się fali hejtu przejmują Aktywni Asystenci czyli Pomocnicy - przydupasy owej plującej jadem gwiazdy, którzy pod skrzydłami "silniejszego" czują się pewnie i powielają jego narrację by umocnić swoją pozycję. Przy okazji dodają coś od siebie, rozsiewają plotki, eskalują nienawiść... Tak rozkręca się efekt kuli śnieżnej - bezrefleksyjne wzmacnianie i powielanie nienawistnego przekazu oraz legitymizacja agresji.

Do nagonki przyłączają się Bierni Popieracze (Dopingujący) - co prawda to nie oni inicjują najgorsze ataki, lecz nie zamierzają ich hamować i rozlewają drugi krąg przemocy. Śmieją się z ordynarnych żartów, powielają niesprawdzone plotki, przyzwalają na złośliwości. Zjawisko znieczulicy w którym grupa nie reaguje na niższe stopnie agresji powoduje normalizację języka nienawiści, przesuwanie granic i przejście do groźniejszych etapów.

Zazwyczaj jednak tylko niewielka część grupy aktywnie uczestniczy w "gnojeniu frajera". Temu wszystkiemu z obojętnością przygląda się natomiast Milcząca Większość (Bierni Świadkowie). Nawet jeśli czasami uważają, że dochodzi do czegoś złego z obawy przed wykluczeniem boją się to wyartykułować. W oczach agresora oznacza to niestety aprobatę jego działań. Rola tej biernej masy staje się więc kluczowa w tworzeniu iluzji nazywanej zbiorową ignorancją. 

Polega ona na utrwaleniu wrażenia, że "wszyscy tak myślą".  Pogłębia też izolację autsajdera - brak wsparcia ze strony świadków sprawia, że czuje się osamotniony, a hejterom daje poczucie bezkarności. Wielu z tych niby neutralnych obserwatorów przesuwa się z biegiem czasu w stronę skrytych pomocników agresora rozsiewając plotki dalej i dochodząc do wniosku, że coś musi w tym być, a ostatecznie i tak winny jest ten który nie umie się obronić, bo jest zbyt pizdowaty.

Nikt więc nie przerywa łańcucha agresji. No prawie. Czasami ktoś coś po cichu bąknie, że ten gamoń wcale nie jest taki zły, ale na ogół z takim protekcjonalnym pobłażaniem jakby był od niego lepszy. Potencjalni Obrońcy z reguły boją się mocno ingerować w dynamikę grupy bo to nie ich problem, mogą się narazić, sądzą że jeden głos i tak niczego nie zmieni... W sensie ilościowym stanowią margines obojętnej grupy (efekt skali) więc rzadko się aktywują, tym bardziej że sam poszkodowany wstydzi się o to prosić.


Często internalizuje on uwłaczające godności informacje zaczynając sam siebie obwiniać i postrzegać jako kogoś gorszego. Boi się eskalacji więc milczy, licząc że sprawa w końcu sama przycichnie, co paradoksalnie może być zachętą do jeszcze bardziej bezczelnej dehumanizacji. Stres wyczerpuje zasoby emocjonalne, a do tego dochodzi poczucie osamotnienia i asymetrii sił. Co więcej oczerniać nas może anonimowy sprawca wspierany przez plującą biomasę, a wtedy zupełnie nie wiemy jak z nim walczyć.

Dla agresora zaś hejt jest nie tylko narzędziem poprawiania swojej pozycji, ale też samopoczucia gdyż daje złudne poczucie wyższości i chwilowo pozwala regulować emocjonalne deficyty. Najczęściej działa tu mechanizm projekcji - przypisujemy ofierze cechy których nie akceptujemy u samych siebie, leczymy własne kompleksy lub atakujemy sukcesy których zazdrościmy. Innymi słowy - kto się przezywa tak się sam nazywa.

Zamiast realizować się w jakiejś konstruktywnej pasji czy własnym życiu agresor namiętnie oddaje się bezcelowej złośliwości, zaspokajając w ten sposób głód dopaminowy. Niedorozwojowi zainteresowań często towarzyszy cynizm, narcyzm i sadyzm. Hejter czerpie satysfakcję z cudzego cierpienia emocjonalnego, traktuje ludzi instrumentalnie, za wszelką cenę szuka podziwu.

piątek, 18 września 2026

JAK WYWOŁAŁAĆ TRZECIĄ WOJNĘ ŚWIATOWĄ

 
W Europie robi się coraz bardziej gorąco - nie dość, że wojna na Ukrainie zamieniła się w niekończącą się opowieść (w dodatku z ciągłymi zwrotami akcji) to nasilają się rosyjskie operacje hybrydowe, a pierdolnięcie na stacji kolejowej w pobliżu polskiej granicy o mało nie zabiło zagranicznych polityków, dyplomatów i byłego szefa CIA. A zatem to już nie przelewki.

Wygląda na to, że Rosja powoli przygotowuje się do konfrontacji z NATO. Oczywiście w swojej percepcji już jest w stanie takiego "starcia cywilizacji", bo Ukraina jest tylko zachodnim proxy. Jak dotąd Rosja napierdala tylko w Ukrainę, działając w Europie poniżej progu wojny, choć coraz bardziej bezczelnie. Jest to taktyka o tyle niebezpieczna, że w ten sposób systematycznie poszerza swoją "szarą strefę".

Jeśli chodzi o opinię publiczną mamy mentalne "gotowanie żaby". Kolejne akty sabotażu, dywersji, cyberterroryzmu i plucia nam w twarz uznajemy za normalne. Gdyby to robili Niemcy to chyba już wypowiedzielibyśmy im wojnę. Ale Rosja? No cóż, Rosja już taka jest... A w ogóle to nie wiadomo czy nie stoją za tym Ukraińcy i tak dalej. Poza tym wszyscy chcemy pokoju, zwłaszcza że heroizm w czasach popkultury jest dobry tylko na filmach.

W czasie największej geopolitycznej rozpierduchy od czasów drugiej wojny światowej Amerykanie zamierzają... ewakuować się z Europy. Mówi się o wycofaniu 25-40 tysięcy żołnierzy, głównie z Niemiec, Włoch i Hiszpanii. Nas ta redukcja ma nie dotyczyć, ale i tak nie wygląda to wesoło. Założenie jest takie, że Europa ma przejąć konwencjonalną odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo, choć pod amerykańskim parasolem nuklearnym. Przyklasnąć temu może tylko głupek.


Może to i słuszne z amerykańskiego punktu widzenia, bo nasze bezpieczeństwo to przede wszystkim nasz interes, a Europejczycy - zwłaszcza od "końca historii" - olewali rozwój własnej obronności. Nie można się jednak cieszyć z faktu, że dla Jankesów ważniejszy staje się Indopacyfik oraz Bliski Wschód. Dużo było spekulacji o tym że Chiny zajmą Tajwan, tymczasem Donald Trump rozpętał wojnę w najbardziej roponośnym regionie i o wzrost cen diesla obwinia Zełenskiego, bo ten niszczy rosyjskie rafinerie.

Niby Trump zaczął dusić irańską gospodarkę uniemożliwiając szmatogłowym eksport ropy, ale jej agonia trwa bardzo długo... Tymczasem w Jemenie rebelianci Huti zajęli Bramę Łez - przesmyk przez który wiedzie alternatywny dla Cieśniny Ormuz szlak eksportu saudyjskiej ropy, a w dodatku przepływa przezeń 12% globalnego handlu kontenerowego. Aby omijać Cieśninę Ormuz Arabia Saudyjska przesyłała ropę rurociągami do portów nad Morzem Czerwonym, lecz proirańskie bojówki działające na terenie Iraku przeprowadziły na tą instalację atak dronowy...

Sytuacja na rynku paliw wygląda więc póki co coraz bardziej nieciekawie, ale chuj to Trumpa obchodzi bo prezydent sam się wyżywi. Jego synalek postanowił się ohajtać, a bizantyńską imprezę na Bahamach za kilkaset tysięcy dolarów zafundował mu rosyjski oligarcha Umar Kremlow. Ten skurwiel był kiedyś bokserem, a potem gangsterem. Karany za pobicia i wymuszenia odzyskał jednak dobre imię dzięki działalności w nacjonalistycznym gangu motocyklowym Nocne Wilki, gdzie zbudował sieć kontaktów wiodącą do kręgów putinowskiej śmietanki.


Teraz Umar  Kremlow angażuje się w działalność faszystowskiej organizacji Zdrowa Ojczyzna prowadzonej zresztą przez jego szwagierkę. Organizacja ta zajmuje się wywożeniem ukraińskich dzieci w głąb Rosji gdzie poddawane są rusyfikacji, praniu mózgu i tym podobnym niecnym oddziaływaniom. Jak zrobił się medialny smród to podobno Trump Junior zwrócił kacapowi pieniądze. a jego żona bredziła że był to tylko prezent ślubny. Na weselu gdzie alkohol lał się strumieniami języki pewnie się rozwiązywały...

Rosja jest w chujowej sytuacji jeśli chodzi o mięso armatnie i bardziej traci niż zyskuje terytorium w Donbasie, choć front w zasadzie "stoi". Dostaje też mocno po dupie jeśli chodzi o przemysł naftowy, ale pechowo Ukrainie zaczyna brakować pocisków Patriot, przez co nasila się terror balistyczny. W dodatku drony o napędzie tłokowym Rosja zaczęła zastępować dronami o napędzie odrzutowym, a póki co Ukraina nie wymyśliła skutecznych środków przechwytujących - Patrioty musi natomiast oszczędzać właśnie na balistykę, gdyż to ona powoduje największe spustoszenie.

Do przechwytywania dronów odrzutowych musi stosować lotnictwo myśliwskie co zmusza pilotów do bardzo ryzykownych manewrów. Mobile grupy ogniowe z karabinami maszynowymi są w tej sytuacji nieskuteczne. Szybkie bezzałogowce przechwytujące są dopiero w powijakach, choć prace nad skutecznymi innowacjami trwają dniami i nocami. Jedynym krajem który mógłby przekazać kilkadziesiąt rakiet są Niemcy, ale wolą dmuchać na zimne i zabezpieczać własne dupsko - jak zresztą każdy.


Wyraźnie widać że przyciskana do ściany Rosja coraz bardziej zagraża Europie, a szczególnie wschodniej flance. Wciela do wojska Azjatów których wabi do siebie obietnicą dobrze płatnej pracy, a potem zniewala i wysyła na śmierć. Ludzkie i materiałowe wsparcie zapewnia także - oczywiście nie za darmo - Korea Północna, co przy okazji wzmacnia ten najbardziej tyrański na świecie reżim. Po przeprowadzeniu wyborczej szopki pewnie przeprowadzi się jakąś mniej lub bardziej ukrytą mobilizację.

Już ponoć zdarzają się jakieś łapanki na prowincji. W "patriotyczny" cyrk włącza się cerkiew, system edukacji, politykę historyczną... Nawet dysydenci wykazują tendencje nacjonalistyczne. Inżynierowie społeczni wykuwają nowy typ człowieka, który nienawidzi wszystkiego co zachodnie... Tymczasem u nas prezydent kłoci się z premierem, a miliardy dolarów w kryptowalutach znikają bez śladu.

sobota, 12 września 2026

ZIMA STULECIA


 Lato się kończy, idzie jesień, a potem zima. Wojna w Ukrainie - do której zdążyliśmy się już na tyle przyzwyczaić, że przestaliśmy dostrzegać w niej egzystencjalne zagrożenie dla tej zasranej suwerenności wydzieranej nam przez Niemców, Brukselę, ekologów i cyklistów - ciągle trwa i nie wiadomo jak się skończy. Wiadomo tylko że po niej nic już nie będzie takie samo.

Tej zimy Putin będzie próbował wykorzystać okienko możliwości jakie stwarza brak rakiet do systemów obrony przeciwlotniczej (w tym przede wszystkim pocisków Patriot). Jeśli rzeczywiście nie uda się uzupełnić tych deficytów ukraińska energetyka i ciepłownictwo zostaną bezlitośnie zniszczone, a miasta sterroryzowane pociskami balistycznymi. Niestety mądry Trump nie sprzeda nam już nic, bo wystrzelał się w Iranie.

Głównym dostawcą tego amerykańskiego cudu techniki wojskowej dla Ukrainy są teraz Niemcy, ale ponoć ich zapasy są na wyczerpaniu. Zdaniem Polaków - zwłaszcza tych "prawdziwych" - powinni dać znacznie więcej. My sami jako kraj przyfrontowy nie możemy tego zrobić, ale Niemcy jak najbardziej bo ryzyko nalotów na Berlin jest w tej chwili dosyć abstrakcyjne.

Zdaniem znanego eksperta Zbigniewa Parafianowicza niemiecka pomoc ma wręcz wymiar minimalny w stosunku do ich realnych możliwości. Inni mówią natomiast o niesamowitej hojności Szwabów, więc ciężko się w tym połapać. Mieli oni oddać Ukraińcom 25% swoich baterii. Regularnie dostarczają też systemy krótkiego zasięgu Iris-T. Tak czy siak to zachodnioeuropejska hołota z Niemcami, Francuzami i Brytyjczykami finansuje tę wojnę.

Polska - choć coś tam jeszcze wysyła i przede wszystkim umożliwia tranzyt - znaczenie ogranicza swoją pomoc, słusznie czy nie (czas pokaże) obawiając się o własne dupsko. Z tego też powodu liczymy się coraz mniej w tej geopolitycznej układance, gdzie wdzięczność szybko się wyczerpuje, a pozostają realne interesy. Skoro nie możemy dać tyle co nadziani - lecz jakże zgnili moralnie i historycznie obciążeni oraz nieczyści rasowo Zachodni Europejczycy - zasługujemy jedynie na słowa uznania.


I żaden Braun z Nawrockim tego nie zmieni. Co najwyżej możemy pokłócić się o Wołyń i wymusić kolejne rytualne podziękowania za pomoc bratniego narodu polskiego. Kto inny rozdaje jednak teraz karty w tej ponurej rozgrywce. Napięcie na linii Warszawa-Kijów stało się tak wysokie, że Zełenski zrezygnował nawet z usług lotniska w Rzeszowie. W swoje zagraniczne podróże wyrusza z lotniska w Kiszyniowie w Mołdawii, choć powoduje to liczne perypetie.

Podczas niedawnego wylotu do Oslo samolot musiał czekać na pasie startowym przez godzinę z powodu zagrożenia dronowego. Przestrzeń powietrzna Mołdawii jest tak nieszczelna, że Rosja regularnie wykorzystuje ją do atakowania południowo-zachodniej Ukrainy, po prostu przez nią przelatując. Ale widocznie z powodów politycznych lepiej już wylatywać z kraju którego część okupują rosyjskie wojska niż z bratniej Polski.

Tutaj społeczny klimat dla rozwijania wzajemnych relacji zrobił się naprawdę zjebany. Nacjonaliści mają wreszcie na swoim podwórku "obcych" do bicia - do tej pory walczyć musieli z jakimiś wyimaginowanymi halucynacjami, a teraz są tu ludzie z krwi i kości których można obwiniać o przestępstwa, pasożytniczy socjal i zabieranie Polakom pracy której i tak nie chcą. W dodatku ten bohatersko broniący się kraj przeżera wciąż korupcja, a różne bogate kutasy kręcą tam mętne interesy.


Tak czy siak to jedyna zapora przed rosyjskim terroryzmem, więc naprawdę miarkowałbym całą to coraz bardziej histeryczną nagonkę, bo plugawa wolność pozwalająca imbecylom wypisywać i wykrzykiwać dowolne brednie może szybko zniknąć. Być może model dotychczasowego wsparcia zaczyna się wyczerpywać... W ostatnich wyborach regionalnych w Saksonii-Anhalt spektakularne zwycięstwo odniosła Alternatywa dla Niemiec.

Jak wiadomo nie jest to partia zbyt przychylna finansowaniu Ukrainy, z nostalgią zaś wspomina dostawy tanich rosyjskich surowców dzięki którym Niemcy rosły w siłę, a ludziom żyło się dostatnio. Liderka tej skrajnie antyimigranckiej formacji nienawidzącej tęczowych flag prywatnie jest lesbą w sformalizowanym związku parnterskim z ciapatą Lankijką posiadającą obywatelstwo szwajcarskie. Sama Alice Weidel praktycznie nie mieszka w Niemczech gdzie robi karierę polityczną, tylko właśnie w Szwajcarii gdzie spędza czas prywatny.

Ale to tylko taki paradoks, bo jej program polityczny schlebia poglądom konserwatywnych patriotów z postkomunistycznych obszarów byłej NRD, gdzie AfD zdobywa póki co największą popularność. Wykazuje też dosyć rewizjonistyczne refleksje historyczne na temat drugiej wojny światowej, ale co do czego elastycznej polskiej prawicy nie będzie to pewnie przeszkadzać w zawarciu antyunijnego przymierza, do czasu aż nada jakiejś jednostce wojskowej imię bohaterów SS.


We Francji rekordowe poparcie wykazuje teraz Zjednoczenie Narodowe, co w najlepszym wypadku (jeśli dopcha się do koryta) skutkować może izolacjonistyczną jeśli nie jawnie prorosyjską polityką. Swego czasu ugrupowanie brało od Putina pieniądze, lecz dziś zdaje się nieco lawirować, choć zapewne doprowadziłoby do drastycznego zahamowania pomocy udzielanej Ukrainie. Zaczęłaby się gadka o tym, że należy chronić własne interesy zamiast rozdawać pieniądze...

Bezprecedensowy wzrost popularności przeżywa też brytyjska partia Reform UK przekształcająca tradycyjny w praktyce dwupartyjny system. Jej lider Nigel Farage (niegdyś namawiający do Brexitu) podpisał ze stojącym na czele Zjednoczenia Narodowego Jordanem Bardellą wspólny pakt migracyjny deklarujący program masowych deportacji. Jego stosunek do konfliktu w Ukrainie jest trochę zagadkowy - kiedyś podziwiał Putina, pod wpływem sondażów zaczął go jednak krytykować.

A w Ameryce mamy już Donalda Trumpa, który bardziej interesuje się Iranem niż Rosją. Putin ma oczywiście z tą wojną gigantyczne problemy, ale z pewnością nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nie ma co liczyć na to, że odpuści bo w kulturze politycznej Rosji oznaczałoby to samobójstwo. Kto wie czy po przeprowadzeniu kolejnej "operacji wyborczej" nie zdecyduje się na jakąś formę szerokiej mobilizacji. Wywiady prognozują nasilenie operacji hybrydowych w Europie. Z pewnością jesteśmy więc na jego celowniku.

piątek, 4 września 2026

PASJONAT

 
Wszystko w końcu traci swoją wartość. Nie tylko dlatego, że się zużywa, ale też staje się coraz mniej warte. W języku ekonomii nazywamy to inflacją. Pieniądze z reguły tracą na wartości. Możliwy jest co prawda proces odwrotny zwany deflacją, ale jest on rzadkością. Imperatywem kapitalizmu jest wzrost gospodarczy, a dla jego zachowania ceny muszą rosnąć.

Co prawda wymaga to pewnej stabilności waluty, lecz im więcej pieniędzy mają ludzie tym chętniej je wydają. Kapitaliści dążą do maksymalizacji zysku, więc zwiększone wydatki na pensje muszą sobie odbić w cenach produktów. I tak powstaje spirala inflacyjna. Pracownicy zawsze chcą żeby im "dołożyć", przedsiębiorcy zaś zarabiać tyle samo a nawet więcej.

Ale choć powoli spada siła nabywcza to nominalna rośnie bardziej. Nie da się zaprzeczyć, że możemy kupić sobie więcej badziewia niż nasi rodzice, o dziadkach już nie mówiąc. Tyle że oni wciąż wspominają "stare dobre czasy". Na przykład komunę - ponieważ byli wtedy młodzi, a organizm produkował więcej dopaminy. Stan swojego samopoczucia mylą więc ze stanem rzeczywistości.

Poza tym konsumpcja tworzy nowe standardy. Aby być dostosowanym trzeba kupować coraz nowe rzeczy. W rezultacie nie cieszymy się z ich nabywania, tylko stresujemy tym że jesteśmy od kogoś gorsi bo nie mamy jakiegoś przereklamowanego gówna. Gdy już je zdobędziemy to zaraz medialni treserzy wymyślą jakieś nowe gówno i tak w kółko. W rezultacie toniemy w szambie.


Wzrost konsumpcji poprawia samopoczucie do momentu kiedy zaspokoimy podstawowe potrzeby życiowe. No i gdy dogonimy lub już trochę przegonimy innych. Potem krzywa szczęścia zaczyna się spłaszczać. W skrajnych przypadkach majątek staje się źródłem ogromnego stresu - musimy bez przerwy coś inwestować, przelewać, kupować, sprzedawać, pożyczać, serwisować, ubezpieczać i tak dalej...

Niektórzy mają pierdolca na tym punkcie i od rana do wieczora zajmują się swoim majątkiem aż dostają wrzodów żołądka. Pożytek z tego taki, że czują się lepsi od marnego robotnika, który co prawda również niekiedy musi zapierdalać od rana do wieczora, ale nie ma domu z ogrodem, trzech samochodów, wypasionego sprzętu i przyjaciół w lepszym towarzystwie. Czyli na jedno wychodzi z wyjątkiem statusu, ale niestety to poważna sprawa.

Bo jak masz niski status to sam jesteś sobie winien. Za słabo się starałeś, nie rozwijałeś się, nie wychodziłeś ze strefy komfortu, a przede wszystkim nie byłeś ambitny, a już na pewno wybitny. A jak masz pieniądze, firmę, stanowisko to znaczy że masz łeb jak sklep. Niski status zmienia neurobiologię - następuje efekt tunelowy, kiedy człowiek skupia się na przetrwaniu do jutra a nie planowaniu długoterminowej strategii.

No i masz mniej możliwości rozwoju zwłaszcza jeśli od dziecka żyłeś w środowisku gdzie było mniej narzędzi stymulacji - książek, zabawek, podróży, zajęć... Kupowanie przedmiotów na dłuższą metę nie uszczęśliwia, ale zdobywanie stymulujących doświadczeń w trudnej sytuacji finansowej i społecznej bywa utrudnione. Mit merytokracji mówi, że możesz się wyrwać z tego "zaklętego kręgu". Ale rządzi  pieniądz, nepotyzm i kolesiostwo.


Człowiek jest częścią wymienną w wielkiej machinie społeczno-ekonomicznej gdzie potencjał jest kształtowany przez okoliczności. Jak mawiał klasyk byt określa świadomość. Układ nagrody oczekuje coraz silniejszych bodźców bo inflacji podlegają także przyjemności. Mózg adaptuje się do osiąganego statusu i ciągle chce więcej. Można to nazwać pogonią za szczęściem, choć tak naprawdę polega na ciągłym jego przywracaniu.

Szczęście szybko się wyczerpuje i szukamy nowego "kopa". Starożytni mędrcy zalecali "hedonistyczny reset" czyli ascezę i minimalizm, aby przywracać zdolność do cieszenia się z rzeczy małych. Dzisiaj jednak nikt nie chce się ograniczać - wierzymy że wszystko można kupić jeśli tylko zdobędziemy wystarczające środki. Dlatego pieniądze są uniwersalnym wyzwalaczem dopaminy, a mózg widzi w nich klucz do każdej nagrody.

Zastrzyk gotówki wywołuje wyrzut dopaminy, nawet jeśli jeszcze nie wiemy co z nią zrobimy... Poziom dopaminy wzrasta też w trakcie jej wydawania. Uwielbiamy odwiedzać centra handlowe tak jak nasi przodkowie starożytne bazary. Jednak najłatwiejszym sposobem na poprawienie sobie humoru są zakupy internetowe - wystarczy kliknąć i już czujesz się lepiej. Ale gdy już odbierzesz paczkę ekscytacja zaczyna ci przechodzić...

Na szczęście są tańsze sposoby wytwarzania dopaminy takie jak kultywowanie swoich pasji. W odróżnieniu od zakupów czy skrolowania telefonu zamiast krótkich "zastrzyków" szybko opadającej energii dają tak zwaną długą dopaminę. Dopamina uwalnia się wtedy powoli i stopniowo, ale długofalowo i stabilnie. Nagrodą za wytrwałość staje się satysfakcja uzyskiwana z przekraczania kolejnych poziomów "wtajemniczenia", co skłania mózg do kontynowania nauki, walki, wysiłku...


Co ważne ludzie którzy mają silnie rozwinięte pasje są mniej podatni na kompulsywne zakupy, hazard, uzależnienia... Układ nagrody jest już "nasycony" dopaminą i nie musi tak obsesyjnie jej poszukiwać. Brzmi jak cudowne panaceum, lecz trudno wykształcić w sobie pasję kiedy w wieku dorosłym jej się nie ma. Jest to jeszcze możliwe, ale trudniejsze niż w wieku dziecięcym czy młodzieńczym.

Wielu z nas wręcz zapomina o swoich dawnych zainteresowaniach, albo ma problem z ich rozwijaniem...  Jesteśmy przytłoczeni pracą, stresem, obowiązkami, wymaganiami. Nie mamy czasu ani energii, a w takiej sytuacji system nerwowy łatwo ulega niezbyt wysublimowanym pokusom szybkiej gratyfikacji. Pasja to zaś efekt uboczny zaangażowania, a ludziom przemęczonym i zagonionym coraz trudniej się w coś zaangażować.

Aby było to możliwe trzeba znaleźć przestrzeń by dać szansę swojej ciekawości. Gdy już jednak się przełamiesz twoje zaangażowanie będzie stopniowo rosło i dawało coraz większą satysfakcję. Dodatkowo może to też dać poczucie przynależności do jakiegoś plemienia, nawet jeśli rozwijasz swoją pasję samotnie. Daje poczucie uniesienia, dotknięcia tajemnicy, poczucia sensu... A zatem ŻYJ Z PASJĄ!!!