Łączna liczba wyświetleń

piątek, 4 września 2026

PASJONAT

 
Wszystko w końcu traci swoją wartość. Nie tylko dlatego, że się zużywa, ale też staje się coraz mniej warte. W języku ekonomii nazywamy to inflacją. Pieniądze z reguły tracą na wartości. Możliwy jest co prawda proces odwrotny zwany deflacją, ale jest on rzadkością. Imperatywem kapitalizmu jest wzrost gospodarczy, a dla jego zachowania ceny muszą rosnąć.

Co prawda wymaga to pewnej stabilności waluty, lecz im więcej pieniędzy mają ludzie tym chętniej je wydają. Kapitaliści dążą do maksymalizacji zysku, więc zwiększone wydatki na pensje muszą sobie odbić w cenach produktów. I tak powstaje spirala inflacyjna. Pracownicy zawsze chcą żeby im "dołożyć", przedsiębiorcy zaś zarabiać tyle samo a nawet więcej.

Ale choć powoli spada siła nabywcza to nominalna rośnie bardziej. Nie da się zaprzeczyć, że możemy kupić sobie więcej badziewia niż nasi rodzice, o dziadkach już nie mówiąc. Tyle że oni wciąż wspominają "stare dobre czasy". Na przykład komunę - ponieważ byli wtedy młodzi, a organizm produkował więcej dopaminy. Stan swojego samopoczucia mylą więc ze stanem rzeczywistości.

Poza tym konsumpcja tworzy nowe standardy. Aby być dostosowanym trzeba kupować coraz nowe rzeczy. W rezultacie nie cieszymy się z ich nabywania, tylko stresujemy tym że jesteśmy od kogoś gorsi bo nie mamy jakiegoś przereklamowanego gówna. Gdy już je zdobędziemy to zaraz medialni treserzy wymyślą jakieś nowe gówno i tak w kółko. W rezultacie toniemy w szambie.


Wzrost konsumpcji poprawia samopoczucie do momentu kiedy zaspokoimy podstawowe potrzeby życiowe. No i gdy dogonimy lub już trochę przegonimy innych. Potem krzywa szczęścia zaczyna się spłaszczać. W skrajnych przypadkach majątek staje się źródłem ogromnego stresu - musimy bez przerwy coś inwestować, przelewać, kupować, sprzedawać, pożyczać, serwisować, ubezpieczać i tak dalej...

Niektórzy mają pierdolca na tym punkcie i od rana do wieczora zajmują się swoim majątkiem aż dostają wrzodów żołądka. Pożytek z tego taki, że czują się lepsi od marnego robotnika, który co prawda również niekiedy musi zapierdalać od rana do wieczora, ale nie ma domu z ogrodem, trzech samochodów, wypasionego sprzętu i przyjaciół w lepszym towarzystwie. Czyli na jedno wychodzi z wyjątkiem statusu, ale niestety to poważna sprawa.

Bo jak masz niski status to sam jesteś sobie winien. Za słabo się starałeś, nie rozwijałeś się, nie wychodziłeś ze strefy komfortu, a przede wszystkim nie byłeś ambitny, a już na pewno wybitny. A jak masz pieniądze, firmę, stanowisko to znaczy że masz łeb jak sklep. Niski status zmienia neurobiologię - następuje efekt tunelowy, kiedy człowiek skupia się na przetrwaniu do jutra a nie planowaniu długoterminowej strategii.

No i masz mniej możliwości rozwoju zwłaszcza jeśli od dziecka żyłeś w środowisku gdzie było mniej narzędzi stymulacji - książek, zabawek, podróży, zajęć... Kupowanie przedmiotów na dłuższą metę nie uszczęśliwia, ale zdobywanie stymulujących doświadczeń w trudnej sytuacji finansowej i społecznej bywa utrudnione. Mit merytokracji mówi, że możesz się wyrwać z tego "zaklętego kręgu". Ale rządzi  pieniądz, nepotyzm i kolesiostwo.


Człowiek jest częścią wymienną w wielkiej machinie społeczno-ekonomicznej gdzie potencjał jest kształtowany przez okoliczności. Jak mawiał klasyk byt określa świadomość. Układ nagrody oczekuje coraz silniejszych bodźców bo inflacji podlegają także przyjemności. Mózg adaptuje się do osiąganego statusu i ciągle chce więcej. Można to nazwać pogonią za szczęściem, choć tak naprawdę polega na ciągłym jego przywracaniu.

Szczęście szybko się wyczerpuje i szukamy nowego "kopa". Starożytni mędrcy zalecali "hedonistyczny reset" czyli ascezę i minimalizm, aby przywracać zdolność do cieszenia się z rzeczy małych. Dzisiaj jednak nikt nie chce się ograniczać - wierzymy że wszystko można kupić jeśli tylko zdobędziemy wystarczające środki. Dlatego pieniądze są uniwersalnym wyzwalaczem dopaminy, a mózg widzi w nich klucz do każdej nagrody.

Zastrzyk gotówki wywołuje wyrzut dopaminy, nawet jeśli jeszcze nie wiemy co z nią zrobimy... Poziom dopaminy wzrasta też w trakcie jej wydawania. Uwielbiamy odwiedzać centra handlowe tak jak nasi przodkowie starożytne bazary. Jednak najłatwiejszym sposobem na poprawienie sobie humoru są zakupy internetowe - wystarczy kliknąć i już czujesz się lepiej. Ale gdy już odbierzesz paczkę ekscytacja zaczyna ci przechodzić...

Na szczęście są tańsze sposoby wytwarzania dopaminy takie jak kultywowanie swoich pasji. W odróżnieniu od zakupów czy skrolowania telefonu zamiast krótkich "zastrzyków" szybko opadającej energii dają tak zwaną długą dopaminę. Dopamina uwalnia się wtedy powoli i stopniowo, ale długofalowo i stabilnie. Nagrodą za wytrwałość staje się satysfakcja uzyskiwana z przekraczania kolejnych poziomów "wtajemniczenia", co skłania mózg do kontynowania nauki, walki, wysiłku...


Co ważne ludzie którzy mają silnie rozwinięte pasje są mniej podatni na kompulsywne zakupy, hazard, uzależnienia... Układ nagrody jest już "nasycony" dopaminą i nie musi tak obsesyjnie jej poszukiwać. Brzmi jak cudowne panaceum, lecz trudno wykształcić w sobie pasję kiedy w wieku dorosłym jej się nie ma. Jest to jeszcze możliwe, ale trudniejsze niż w wieku dziecięcym czy młodzieńczym.

Wielu z nas wręcz zapomina o swoich dawnych zainteresowaniach, albo ma problem z ich rozwijaniem...  Jesteśmy przytłoczeni pracą, stresem, obowiązkami, wymaganiami. Nie mamy czasu ani energii, a w takiej sytuacji system nerwowy łatwo ulega niezbyt wysublimowanym pokusom szybkiej gratyfikacji. Pasja to zaś efekt uboczny zaangażowania, a ludziom przemęczonym i zagonionym coraz trudniej się w coś zaangażować.

Aby było to możliwe trzeba znaleźć przestrzeń by dać szansę swojej ciekawości. Gdy już jednak się przełamiesz twoje zaangażowanie będzie stopniowo rosło i dawało coraz większą satysfakcję. Dodatkowo może to też dać poczucie przynależności do jakiegoś plemienia, nawet jeśli rozwijasz swoją pasję samotnie. Daje poczucie uniesienia, dotknięcia tajemnicy, poczucia sensu... A zatem ŻYJ Z PASJĄ!!!