Świat żyje w napięciu bo Trump rozpętał wojnę w newralgicznym pod względem surowcowym rejonie. Może oczywiście prężyć muskuły, bo Ameryka ma więcej rakiet, samolotów, statków, a nawet czołgów których mogłaby użyć w wypadku inwazji lądowej. Tyle że nie chodzi o to kto jest silniejszy, ale kto ma większy próg bólu.
Ludzie Zachodu postrzegani są jako konsumpcyjne mięczaki - mają kupę technologii, a nawet bezcennej wiedzy, ale szybko zaczynają mięknąć kiedy drożeją im hamburgery albo zaczyna brakować paliwa lotniczego na wakacje.
W USA paliwa oczywiście nie zabraknie, ale mogą na przykład zakazać jego eksportu, a wtedy światowy rynek jeszcze bardziej się zdestabilizuje. A jak wiadomo rynek to naczynia połączone, więc kryzys i tak dotknie wszystkich. Jeśli dotknie Chiny to pamiętajmy że kupujemy tam kupę szmelcu.
Irańskie władze niezbyt przejmują się opinią publiczną. W razie czego buntowników po prostu się spacyfikuje. Ale wiedzą że póki co w Ameryce jeszcze mamy demokrację a za kilka miesięcy odbędą się tam wybory do Kongresu. Trump musi więc zapewnić tanie hamburgery, frytki i kawę, bo wyborcy nie wytrzymają.
Rozpierdolony bombardowaniami Iran zachowuje natomiast zdolność do prowadzenia asymetrycznej wojny co najmniej przez kilka miesięcy. Tymczasem jeśli konflikt nie zakończy się w najbliższym czasie konsekwencje dla światowej gospodarki mogą być poważne. A teherański reżim "sam się wyżywi".
Ciągle trwają jakieś rozmowy, lecz ciężko stwierdzić jak zaawansowane. Trump zawsze pieprzy co mu ślina na język przyniesie, więc jego deklaracji nie można nigdy traktować zbyt poważnie. Często zmienia zdanie a nawet przeczy sam sobie o faktach już nie wspominając. W dodatku nie jest zbyt dyplomatyczny.
Musi zgrywać twardziela żeby wyjść z tej epickiej rozpierduchy z twarzą, ale zaczyna palić mu się pod dupą. Sytuacja w regionie jest skomplikowana bo Iran nęka naftowych szejków, a nawet luksusowe kurwy z Dubaju. Izrael jak zwykle terroryzuje cywilów w imię walki z terroryzmem i antysemityzmem. Zginęło już dwa i pół tysiąca tysiąca Libańczyków.
Problemy z życiodajną naftą przysłoniły nam ostatnio wojnę za naszą wschodnią granicą. Na szczęście tam front wydaje się stabilizować. Rosjanie wykrwawiają swoją kurczącą się populację i i gospodarkę, ale tu również istotny jest próg bólu. Kacapy traktują ból jako coś normalnego, uśmierzając go wódką i imperialną kokainą.
Oni również liczyli na "dekadencję Zachodu", ale się przeliczyli. Stetryczały Biden przysłał trochę sprzętu, Polacy pozbyli się starych czołgów, a teraz Niemcy stały się głównym sponsorem wysiłku wojennego, choć budowali swój cud gospodarczy na taniej ruskiej energii. Ukraina rozwinęła szereg innowacyjnych technologii wojskowych.
Rosja musi jednak napierać, bo to jedyne możliwe uzasadnienie władzy Putina. Desperacko chce osiągnąć cokolwiek za wszelką cenę i wysyła nowe hordy na pewną śmierć. Oligarchowie urządzają sobie orgie na jachtach, a naród nienawidzi pedałów, kozojebców, ekologów i Brukseli. Czyli prawie jak u nas.
W umysłach toczy się wielka wojna narracji, ale lepiej nie gadać o tym zbyt wiele - zwłaszcza na spotkaniach rodzinnych czy w pracy, bo każdy ma swój telefon w którym wyczytał i zobaczył już wszystko. Dajcie mi wreszcie święty spokój, szansę rozwoju, uznanie i wolność.



















