Łączna liczba wyświetleń

sobota, 31 października 2026

WIECZNY RECYKLING

 
Nicienie to prymitywne robaki zamieszkujące wszystkie ekosystemy - wody słodkie i słone, glebę oraz organizmy żywe na których pasożytują. Szczególnie interesującym gatunkiem jest Caenorhabditis elegans, o niepozornych rozmiarach jednego milimetra. Siedzi w glebie i żywi się zgnilizną. Ze względu na swoją prostotę i przezroczystość jest to najlepiej poznany organizm wielokomórkowy.

Składa się ze stałej liczby komórek, co pozwoliło dokładnie zmapować jego organizm i prześledzić działanie każdej z nich. Znamy dokładną historię podziału każdej komórki od zapłodnienia do dorosłości. Mamy pełny atlas ekspresji genów w każdej komórce na różnych etapach robaczego życia. Dzięki tej żmudnej analizie dostrzeżono pewną matematyczną sprzeczność.

Podczas procesu embrionalnego i larwalnego u obojnaka powstawało 1090 komórek somatycznych lecz dorosły osobnik posiadał tylko 959. Gdzieś po drodze "znikało" 131 komórek. Komórki umierały i zostawały "pożerane" przez inne tkanki. Ze względu na precyzyjną powtarzalność jasnym było, że nie jest to proces przypadkowy, a ściśle zaprogramowany.

Zresztą już w latach siedemdziesiątych brytyjscy naukowcy doszli do wniosku, że niektóre komórki ssaków umierają w sposób uporządkowany i nazwali to apoptozą. W następnej dekadzie amerykański biolog molekularny Howard Robert Horovitz zaczął szukać genetycznych przyczyn tej śmierci komórkowej u naszego nicienia C. elegans.

Znalazł konkretne geny które tym sterują i udowodnił, że podobne mechanizmy genetyczne występują u ludzi. Jest to ważne w kontekście pewnych chorób neurodegradacyjnych (gdzie komórki umierają przedwcześnie), a przede wszystkim nowotworowych (gdzie zmutowane komórki nie chcą umierać). Komórka musi "wiedzieć" kiedy staje się w organizmie zbędna. 

Za badania nad tym skromnym robaczkiem Horovitz dostał w 2002 roku Nagrodę Nobla. Dziś wiadomo, że dokładna liczba komórek obojnaka to 1033 bo w 2025 roku odkryto dodatkową parę neuronów, ale to taki szczegół... Żeby było ciekawiej nie wszystkie nicienie C. elegans są obojnakami - statystycznie jeden na tysiąc rodzi się samcem.

Samce powstają z reguły jako... błąd genetyczny. Obojnaki zapładniają własne komórki jajowe własnymi plemnikami, lecz sporadycznie podczas mejozy dwa chromosomy płciowe (XX) nie rozdzielają się prawidłowo i powstaje komórka bez chromosomu. Gdy łączy się z "normalną" komórką (posiadającą jeden X) powstaje rzadki samiec.

Lecz gdy już się pojawi w populacji sytuacja ulega zmianie. Samce produkują plemniki z których połowa ma chromosom X, a połowa nie ma go wcale. Hermafrodyta zaś posiada komórki jajowe z jednym chromosomem X. W wyniku klasycznego aktu seksualnego powstaje więc 50% samców i 50% obojnaków. Tylko po co "samowystarczalnym" obojnakom samce?

Ewolucja ich nie wyeliminowała, więc pewnie bywają przydatni... To genetyczna "pula ratunkowa". Jak wiadomo dzięki aktom seksualnym dochodzi do rekombinacji genów, a różnorodność zwiększa szanse na przetrwanie jeśli warunki środowiskowe ulegną zmianie. Część nowych genów może być przydatna w obliczu nowych zagrożeń.

Dodatkowo hermafrodyta produkuje ograniczoną liczbę plemników - około 300. Jeśli jednak dostanie plemniki od innego osobnika może złożyć nawet 1000 jaj (czyli ponad trzykrotnie więcej). W idealnych warunkach samce zanikają gdyż samozapłodnienie jest wygodniejsze i szybsze. Lecz jeśli wystąpi czynnik stresowy (brak pożywienia, toksyny, patogeny) samców zacznie przybywać, żeby przyspieszyć ewolucję populacji.


Jeśli zaś chodzi o anatomię to między samcami a obojnakami występują znaczne różnice. Otóż samiec ma dokładnie 1033 komórki. Posiada 41 dodatkowych komórek mięśniowych w tylnej części ciała koniecznych mu do odbycia rytuału godowego. Obojnak posiada 302 neurony, a samiec 83 neurony więcej - odpowiadają one za zachowania seksualne.

I tu przechodzimy do najciekawszej moim zdaniem części czyli układu nerwowego. Jak już wiemy samce to rzadkość, więc nicienie C.elegans dysponują na ogół 302 neuronami. Dzięki temu że mają ich tak mało możemy dokładnie przyjrzeć się pracy ich układu nerwowego - nie tworzy on scentralizowanego mózgu, lecz sieć (konektom) pozwalającą reagować na podstawowe bodźce.

Ze względu na ograniczoną liczbę komórek C.elegans inteligencją oczywiście nie grzeszy, ale i tak potrafi nas zaskakiwać. Gdy zaczęto go badać w latach sześćdziesiątych naiwnie sądzono, że taki prymityw musi być "biologicznym robotem". Sądzono że jego zachowanie jest całkowicie automatyczne, a skromna liczba neuronów działa jako z góry zaprogramowany obwód elektryczny.

Receptor miał odbierać bodziec, przekazywać go do interneuronu, ten zaś przekazywać miał ją komórce ruchowej uruchamiając mięsień. Ale jego układ nerwowy nie jest sztywną matrycą - sieć jest potężnie splątana, pełna pętli sprzężeń zwrotnych i alternatywnych ścieżek. Występuje w niej zmienność (plastyczność) połączeń nerwowych, choć główne ścieżki synaptyczne są stałe...

Poza tym jego układ nerwowy może działać bezprzewodowo, za pomocą neuropeptydów działających w przestrzeni międzykomórkowej. Co z tego wszystkiego wynika? Nawet najmniejszy robaczek ma pamięć i może się czegoś nowego nauczyć. A to dlatego że układ nerwowy w trakcie rozwoju ulega przebudowie. Robaczek zdobywa pewną wiedzę, choć żyje tylko dwa tygodnie.

Wyróżniamy zwłaszcza dwa mechanizmy - asocjację i habituację. Nicienia szczególnie interesują aspekty pożywienia i zagrożenia życia. Może w tym kontekście wytwarzać pozytywne bądź negatywne skojarzenia. Proces tworzenia tych skojarzeń (asocjacji) to nic innego jak dobrze znane pawłowskie warunkowanie. Habituacja to zaś przyzwyczajenie czyli brak reakcji na powtarzający się bodziec, który nie niesie ze sobą żadnych konsekwencji.

Więc choć robaczek żyje krótko posiada zarówno krótkotrwałą jak i długotrwałą pamięć. Może nie wydaje nam się to specjalnie spektakularne - potrafi pamiętać jakiś czynnik przez dobę - lecz jego układ nerwowy wiele mówi o... naszym mózgu. Otóż podobnie jak ludzie C. elegans reguluje sposób komunikacji swoich neuronów neuroprzekaźnikami. A wśród nich znajdziemy starą dobrą dopaminę, serotoninę, acetylocholinę, kwas GABA i glutaminian.

Kiedy robaczkowi podawano LSD jego życie wydłużało się o 17-18%, ograniczając odkładanie się lipofuscyny która wraz z wiekiem uszkadza komórki (produkt uboczny rozkładu kwasów tłuszczowych nasilający stres oksydacyjny). Składał jednak mniej jaj i mniej żerował, bo serotonina informowała go o nasyceniu i dobrobycie.

Po alkoholu stawał się nadpobudliwy, a w fazie upojenia nieskoordynowany czy wręcz sparaliżowany. Wykazywał też objawy uzależnienia ignorując pożywienie byle tylko dotrzeć od upragnionego etanolu. Po amfetaminie i kokainie zaczynał chaotycznie i szybko pełzać ignorując obecność pokarmu. Nadmiar dopaminy doprowadzał nicienia do ekstremalnej reakcji behawioralnej. Odstawienie do głodu narkotykowego.

Człowiek ma trochę więcej neuronów (średnio 86 miliardów) ale z grubsza wygląda to podobnie... Co więcej podobnie jak ten miniaturowy obleniec mamy w mózgu podobne mechanizmy molekularne pamięci długotrwałej. Białko CRH-1 występujące u naszego obłego przyjaciela jest homologiem ludzkiego białka CREB1. Wykazuje 50% podobieństwa aminokwasów, a kluczowe domeny są niemal identyczne.

Mamy więc ze sobą zaskakująco wiele wspólnego. To wszystko pokazuje, że fundamentalne mechanizmy działania mózgu powstały już setki milionów lat temu. Ewolucja tylko je rozbudowała. Dzielimy ogromną liczbę genów odpowiedzialną za rozwój i funkcjonowanie neuronów, posługujemy się tymi samymi cząsteczkami sygnałowymi.


Natomiast odkryta u C. elegans komunikacja neuropeptydowa (bezprzewodowa) pokazała, że przed powstaniem sieci układy nerwowe działały w sposób rozproszony i chemiczny. Pierwotnie było to coś w rodzaju "biologicznego Wi-Fi". Robaczek używa kilkuset różnych neuropeptydów odbieranych przez 150 receptorów. Ewolucja anatomii po prostu uczyniła z pierwotnej "chemicznej zupy" coś w rodzaju komputera.

Zamknięto zupę w przewodach i nadano jej przyspieszenie elektryczne. Ssaki naczelne dodały do tego wszystkiego jeszcze korę przedczołową i stwierdziły, że mają duszę. Lecz to już czysta spekulacja, choć niektórzy próbują tego dowieść nawet na drodze fizyki kwantowej... Ten cud natury - potężna samoświadomość - napawa nas tak ogromnym lękiem, że nie możemy pogodzić się ze swoim nieuchronnym losem.

Lecz odchodzimy z tego świata, a niepowtarzalna kombinacja połączonych neuronów ulega rozkładowi. Ciężko jednak zrozumieć to subiektywnie, bo życie to jedyna rzeczywistość której możemy dotknąć. Wyobraźnia jest tylko przejawem istnienia. A o NIEBYCIE nie wiemy nic. Tak czy siak już czekają tam na nas nasze ukochane robaczki. Święto zmarłych to dla nich istny raj zwiędłych kwiatów i chryzantem. Oto poetycka ironia biologii - życie karmi się rozpadem.

środa, 21 października 2026

ŻYCIE JAKO CHOROBA WIRUSOWA

 
Wirusy nie są przez biologów uznawane za formy życia - nie posiadają struktury komórkowej, homeostazy, metabolizmu, ani zdolności do samodzielnej reprodukcji, nie mówiąc już o jakiejkolwiek aktywności. W ich wnętrzach nie zachodzą żadne procesy biochemiczne. Lecz fakt że zajmują się nimi raczej biolodzy niż chemicy wskazuje, że są czymś więcej niż zlepkiem molekuł.

Są raczej czymś pośrednim między materią a życiem, choć nie w tym sensie że życie od nich się wywodzi. Wnikają do komórek i zmuszają je do produkcji swoich kopii. Owszem - istnieje hipoteza pierwotnego świata wirusów w którym przed powstaniem pierwszych protokomórek wirusopodobne cząsteczki miały być "kuzynami" ich przodków. Od początku musiały korzystać z cudzego życia żeby powielać własny kod.

Wiadomo że LUCA (ostatni wspólny przodek wszystkich) miał już geny komórkowego "układu odpornościowego" chroniącego przed wirusami. Wirusy posiadają materiał genetyczny, ewoluują i potrafią się powielać, ale robią to niesamodzielnie. Ciężko więc wytłumaczyć jak mogłyby być czymś pierwotnym, ale robi to hipoteza współewolucji. 

Część cząsteczek zaczęła specjalizować się w replikacji i metabolizmie, a część w swoistym pasożytnictwie genetycznym. Spekuluje się nawet, że to prekursorzy wirusów mogli wymusić ukształtowanie się komórek - cząsteczki przez nich "okradane" wykształciły błony komórkowe jako "system antywłamaniowy".

Istnieje również teoria jakoby to wirusy "wynalazły" DNA w ramach tego wyścigu zbrojeń. Zakłada się, że wczesne życie opierało się na RNA. Kiedy komórki gospodarzy zaczęły tworzyć enzymy niszczące informacje zawarte w RNA wirusy zmodyfikowały swoje kwasy nukleinowe, aby były bardziej odporne. Przy okazji DNA okazało się stabilniejsze - mniej podatne na błędy czyli mutacje.

Horyzontalny transfer genów miał przenieść ten mechanizm do komórek i tak powstał nasz cudowny świat  DNA. Często jest tak, że wirusy nie od razu zabijają gospodarza lecz wbudowują swój materiał genetyczny w jego genom, czekając w "uśpieniu" na odpowiednie warunki do namnażania. A wtedy komórka powiela to "obce" DNA jako własne przy każdym podziale.

Komórki mogły więc stopniowo zacząć przepisywać swoje najważniejsze geny z nietrwałego RNA na stabilniejsze matryce wirusowego DNA, aż całkiem przejęły geny odpowiedzialne za produkcję i replikację DNA porzucając dotychczasowy system. Być może nawet jądro komórkowe to pozostałość po jakimś wielkim wirusie...

Tak czy siak kod zapisany w DNA nie ulega tak łatwo rozkładowi (brak w nim łatwo wchodzącego w reakcję tlenu) i posiada "kopię zapasową" (DNA tworzy podwójną helisę). Ponieważ DNA mutuje wolniej od RNA minimalizuje się ryzyko "katastrofy mutacyjnej" kiedy to mutacje uniemożliwią przetrwanie. Trwałość umożliwia z kolei rozbudowanie instrukcji genetycznej dzięki czemu powstały skomplikowane organy wielokomórkowców.

W przeciwieństwie do organizmów komórkowych wirusy nie mają jednak wspólnego przodka - brak im uniwersalnego "genetycznego rdzenia". Stąd też spekuluje się, że ich pochodzenie może być zróżnicowane. Część z nich mogła powstać kiedy już rozwijało się życie komórkowe.

Hipoteza progresywna mówi o "ucieczce" fragmentów genomu z żywych komórek. Plazmidy to małe cząsteczki DNA występujące w komórkach bakteryjnych poza głównym chromosomem. Są zdolne do autonomicznej replikacji i przemieszczania się między komórkami, przenosząc ze sobą geny i napędzając ewolucję.

Wskutek jakiejś mutacji fragmenty te opuściły macierzystą komórkę i otoczyły się "ewolucyjnym pancerzem" zwanym kapsydem. A potem miały po prostu "zdziczeć". Tej pradawnej "ucieczki" dowodzić ma wąska specjalizacja niektórych wirusów, infekujących określone gatunki czy wręcz typy komórek. Często widać wręcz "genetyczne pokrewieństwo" pomiędzy pewnymi strukturami.

Innym wyjaśnieniem jest regresja komórkowa czyli po prostu uproszczenie przez komórki pasożytnicze swojej budowy. W procesie ekstremalnej miniaturyzacji miały utracić geny odpowiedzialne za metabolizm i rozmnażanie korzystając z energii gospodarza i jego maszynerii białkowej. W końcu zostawiły sobie tylko kawałek materiału genetycznego zabezpieczony kapsydem.

Za hipotezą regresywną przemawia istnienie gatunków prymitywnych bakterii o skrajnie uproszczonym genomie które nie potrafią przetrwać ani namnażać się poza komórkami gospodarza. A także istnienie gigantycznych wirusów. Odkryte w 2013 roku u wybrzeży Chile pandorawirusy nie tylko były niepodziewanie wielkie, ale też posiadały geny odpowiedzialne za metabolizm i syntezę białek.

Z tego też powodu niektórzy postulowali utworzenie czwartej domeny życia.. Póki co pandorawirusy zaliczamy jednak do wirusów. 93% ich genów to tak zwane geny sieroce, a więc niepodobne do genów bakterii, archeonów czy eukariontów. Wskazuje to na zupełnie inne pochodzenie. Sugeruje się zatem, że to uwstecznione formy jakiejś wymarłej domeny życia komórkowego.

Pandorawirusy nie są co prawda samodzielne, ale dzięki genom odpowiedzialnym za metabolizm potrafią wspomagać gospodarza (a dokładnie amebę) w produkcji ATP tak aby jego jego "taśma produkcyjna" wciąż namnażała wiriony. Geny odpowiedzialne za syntezę białek dodatkowo podkręcają tempo produkcji. Nasz przerośnięty wirus dba o dobrą kondycję ameby tak długo jak jest mu to potrzebne żeby się namnożyć.

Co jeszcze dziwniejsze pandowirusy potrafią nawet... chorować. Same są atakowane przez mniejsze wirusy zwane wirofagami. Wirofag przyczepia się do wirusa-giganta i razem z nim przenika do wnętrza komórki ameby, tam zaś przejmuje "wirusową fabrykę" i zmusza ją do powielania własnego kodu i kapsydu. Niektóre jednokomórkowce wbudowały nawet DNA wirofagów do własnego genomu, aby czekały w "uśpieniu" na inwazję gigantów.

Można to uznać za rodzaj układu odpornościowego opartego na wirusie. Często jednak materiał wirusa zostanie genetycznie "przywłaszczony" przez gospodarza. Choć ujmując to inaczej można też powiedzieć, że rozmnaża się razem z nim "na gapę". Początkowo takie "wirusowe" DNA uważano za śmieciowe, ale z biegiem czasu odkrywaliśmy że przyczyniało się do wielu ewolucyjnych innowacji.

A zatem wirusy to nie tylko czynniki chorobotwórcze.To również "genetyczni kurierzy". Potrafią nawet "wyciąć" fragment DNA jednego gatunku żeby wszczepić go drugiemu. Endogenne retrowirusy stanowią aż 8% genomu homo sapiensa!!! Uaktywniają się już po zapłodnieniu - zarodek korzysta z zasobów komórki jajowej, aż trzeciego dnia następuje aktywacja genomu zygoty. Geny wirusowe HERV-K budzą się jako pierwsze, zapoczątkowując cały proces.

Następnie uruchamia się szereg innych genów odpowiedzialnych za rozwój. Komórki wczesnego zarodka są jeszcze totipotencjalne - mogą przekształcić się w każdy typ komórki lub łożysko. Z czasem stają się pluripotencjalne (mogą przekształcić się w każdy typ komórek z wyjątkiem łożyska). Wirusowe białka stają się strażnikami plastyczności w procesie różnicowania się komórek.

Dzięki temu z komórek macierzystych powstają serce, wątroba czy neurony... Geny wirusowe pełnią tu rolę włączników i wyłączników przemian. Co więcej ukryte w genomie wirusy chronią zarodek przed... wirusami zewnętrznymi krążącymi w organizmie matki.

Jeśli zaś  chodzi o wspomniane łożysko - białko o nazwie syncytyna (odpowiedzialne za fuzję komórek tworzących barierę między matką a płodem w łożysku) to również gen pradawnego retrowirusa. Służył mu do "stapiania" własnej otoczki z błoną komórkową gospodarza. Ssakom przydał się aby programować zrastanie się pewnych komórek płodu w wielojądrzastą strukturę zewnętrznej warstwy łożyska. Umożliwiło to rozwój zaawansowanej ciąży żyworodnej.

Płód może rozwijać się w bezpiecznym i stabilnym środowisku przez odpowiednio długi okres i korzystać z potężnych zasobów otrzymywanych od matki co pozwala choćby na rozwój dużego mózgu. A propos ludzkiego mózgu: w jego ewolucji wirusy także odegrały fundamentalną rolę. Już na poziomie rozwoju embrionalnego wirusowe "włączniki" o których była mowa wyżej stymulują gwałtowny rozwój kory nowej (neocortex) czyli struktury odpowiedzialnej za abstrakcyjne myślenie i wyższe czynności poznawcze.

Przez setki milionów lat kręgowce miały proste układy nerwowe - pozbawione izolatora w postaci osłonki mielinowej aksony musiały być grube, aby sygnał się nie rozpraszał. Dzięki wykształceniu mieliny mózg mógł więc przyśpieszyć swoje procesy, zaoszczędzić energię, sprawniej odżywiać i chronić swoje komórki. Prastary retrowirus "nauczył" komórki glejowe produkować mielinę (gen RetroMyelin). To pozwoliło gęsto upakować w mózgu miliardy połączeń.

Ważna rolę w działaniu naszego mózgu odgrywa też inny gen pochodzenia wirusowego - Arc. Gen ten tworzy małe "kapsuły" strukturalnie odpowiadające wirusowym kapsydom i transportuje w nich własne mRNA z jednego neuronu do drugiego. Mechanizm ten pełni kluczową rolę w utrzymywaniu plastyczności synaptycznej i konsolidacji pamięci długotrwałej oraz regulacji receptorów AMPA na synapsach.

Poza tym wirusy są bezwzględnie niezbędne dla funkcjonowania życia na Ziemi - regulują liczebność populacji zapewniając równowagę między gatunkami, wspierają globalny obieg pierwiastków (a w szczególności węgla i azotu) przez rozkładanie komórek swoich gospodarzy, stabilizują poziom tlenu w ekosystemach wodnych. Nie mogłyby bez nas istnieć, a my nie moglibyśmy istnieć bez nich.

piątek, 16 października 2026

REALIZM BIZNESOWY

 
Donald Trump musiał zrobić coś żeby ocalić lecące na łeb na szyję notowania Republikanów przed wyborami połówkowymi do Kongresu. Ten zaś jest prezydentowi potrzebny żeby mógł sprawnie rządzić. Poza tym Trump będzie pewnie chciał w następnych wyborach prezydenckich przeforsować "swojego człowieka", żeby kontynuował jego absurdalne dziedzictwo.

Sam teoretycznie nie może już kandydować, chociaż coś o tym kiedyś przebąkiwał. Widzieliśmy już historii wielokrotnie jak  demokracja zmieniała się w dyktaturę, choć wydaje się że Stany Zjednoczone jeszcze nie są tym zagrożone. Ale pozostaje znana z Polski możliwość kierowania krajem z "tylnego siedzenia", choć jak wiadomo stary jebaka powoli tetryczeje.

Ale ten cały trumpizm to swego rodzaju religia - a jego mesjasz przebierał się już za papieża i Jezusa - więc pewnie będzie chciał namaścić J. D. Vance'a , bo uroił sobie, że to jakaś misja dziejowa. Uczynić Amerykę znowu wielką i tak dalej... Przy okazji wspierać lokalne mutacje alternatywnej prawicy na całym świecie, rozwalić Unię Europejską, pieprzyć o tradycyjnych wartościach i ruchać wszystko co popadnie.

Aby ocalić ten wspaniały projekt potrzebna jest władza i oczywiście pieniądze. A żeby mieć władzę trzeba zapewnić wyborcom tańsze paliwo, a sami wiecie że amerykańskie samochody palą więcej niż europejskie - w Ameryce wszystko musi być wielkie. Poza tym Jankesi nie lubią oszczędzać, a już zwłaszcza ropy której mają pod dostatkiem. Paliwo i tak jest tam tańsze niż w Europie, ale sporo podrożało.


Nawet najgłupszy dureń - z wyjątkiem sfanatyzowanych wyznawców i ludzi tak bogatych że mają ceny w dupie - musiał powiązać drożyznę z awanturą w Iranie. Trump zwalił jednak winę na Zełenskiego i jego ataki na rosyjskie rafinerie. Zawarł z Putinem umowę na zakup diesla, co ma przed wyborami obniżyć ceny. W zamian Putin wytargował zniesienie sankcji i odblokowanie tankowców.

W tle zaś jest lukratywna transakcja sprzedaży aktywów giganta naftowego Łukoil czyli interes za 20 miliardów dolarów na którym obłowić ma się rodzinka Trumpa. Ktoś nazwać mógłby to zwykłą korupcją, ale po co używać takich brzydkich słów? Chodzi przecież o to, żeby Ameryka rosła w siłę, a ukochanym wyborcom żyło się dostatnio. Przypomina się casus Gerharda Schrodera i jego kluczowej roli w powstaniu infrastruktury North Stream 1 i North Stream 2.

W zamian za to ta niemiecka świnia dostała po zakończeniu kariery politycznej wysoko płatne posady u rosyjskich gigantów - rzekomo w roli "eksperta". Ponieważ wskutek sankcji zablokowano mu wypłaty Gerhard został teraz ekspertem od supermarketów - "doradcą" pewnej rosyjskiej sieci i nadal inkasuje gotówkę zgodnie z prawem. Zresztą temat tych nieszczęsnych gazociągów znowu powraca w kontekście kolejnego genialnego planu pokojowego Donalda Trumpa.

W biznesplanie tym postuluje się wznowienie dostaw rosyjskiego gazu do Europy, a do tego biznesu wejść mieliby amerykańscy inwestorzy. Zamrożone w Europie rosyjskie aktywa (260 miliardów euro) miałyby zaś przepłynąć do specjalnego funduszu, który kontrolować ma oczywiście Ameryka. Jeśli zaś chodzi o Ukrainę to ma oddać okupowane terytoria. W zamian dostanie kolejne "gwarancje bezpieczeństwa" i zostanie odbudowana niczym Strefa Gazy.


Żeby wierzyć w dobre intencje Moskwy trzeba być debilem, ale po raz kolejny Trump zaczął roztaczać jakieś utopijne wizje. Zmusił więc Ukrainę do rozejmu energetycznego. Oczywiście Rosja zignorowała ten postulat i dalej napierdalała w ukraińskie elektrownie. W międzyczasie dane wywiadowcze przestały docierać, a system Starlink zaczął szwankować... Po trzech dniach Ukraina wznowiła więc ataki, olewając "pokojowe" apele Trumpa.

Całe to napięcie grozi oczywiście zerwaniem współpracy z USA, choć bezpiecznikiem jest tu właśnie Kongres. Większość kongresmenów - także w Partii Republikańskiej - jest za utrzymaniem wsparcia, więc pewnie nie dojdzie do zupełnej wolty, choć oczywiście Trump może tu sporo nabruździć. Ukrainie skończyły się już pociski Patriot, więc zima może być niewesoła... Putin - przegrywając na froncie - zamierza wywołać katastrofę humanitarną, żeby złamać morale narodu ukraińskiego.

W Donbasie trwa dosyć udana operacja ukraińskiej armii o kryptonimie Vivaldi. Mówiąc wprost Ukraińcy zaczynają teraz wydzierać okupowany teren. Pozostaje więc terroryzowanie miast z powietrza. Ukraina zniszczyła też trzy z pięciu baz danych Yandexu (nazywanego "rosyjskim Google"), co sparaliżowało rosyjski internet. Jest to dla niej wojna o wszystko, więc nawet bez Trumpa będzie kombinować dalej... My zaś powinniśmy się bać, a nie toczyć wojny kulturowe.

piątek, 9 października 2026

LABORATORIUM BOGA


 W 1925 roku francuski biolog Edouard Chatton zauważył pomiędzy organizmami różnice w budowie komórkowej - badając pierwotniaki odkrył, że ich komórki zbudowane są inaczej niż te należące do bakterii. Zaproponował więc podział na prokarionty i eukarionty, który szybko się spopularyzował i stał się obowiązujący.

Podstawową różnicą była kwestia jądra komórkowego - u prokariontów nie występowało ani jądro, ani zaawansowane organelle ("organy"), a ich komórki są znacznie mniejsze. Eukarionty przechowują liniowo zbudowane DNA właśnie w jądrze, gdy tymczasem koliste DNA prokariontów pływa swobodnie w cytoplazmie.

Do najbardziej zaawansowanych organelli eukariontów należy mitochondrium, w którym ze składników odżywczych i tlenu (lub też wykorzystując inne związki chemiczne)  syntezuje się uniwersalne życiodajne "paliwo"  ATP. A jak bez tej "elektrowni" radzą sobie prokarionty? Wykorzystują podobną maszynerię białkową, tyle że u nich cała komórka jest "jednym wielkim mitochondrium".

Jest to ciekawe w świetle teorii endosymbiozy. Według niej mitochondria nie powstały "od zera", lecz były kiedyś samodzielnymi bakteryjnymi komórkami wchłoniętymi później przez większe komórki. Bakteria była bezpieczna we wnętrzu gospodarza, a w zamian dostarczała mu energii. Wskazuje na to choćby posiadanie przez mitochondria swoistego kodu genetycznego (innego od komórkowego) o kolistej strukturze.

U organizmów samożywnych uzupełnieniem mitochondrium jest chloroplast pochodzący od bakterii zdolnej do fotosyntezy. Komórka która była już eukariotyczna dodatkowo wchłonęła jeszcze sinicę zaopatrującą ją w cukry... Dzięki tym "innowacjom" komórki eukariotyczne mogły przełamać ograniczenia energetyczne i strukturalne.

Eukarionty zaczęły ewoluować w organizmy wielokomórkowe - tak powstały rośliny, grzyby, zwierzęta, człowiek... Dodatkowa energia pozwoliła zwiększyć rozmiary komórek, zbudować szkielet komórkowy, a także precyzyjnie regulować ogromne ilości informacji genetycznej, co jest niezbędne dla funkcjonowania wielokomórkowców. Geny muszą u nich włączać i wyłączać się w zależności od potrzeb.


Wszystkie komórki naszego ciała posiadają przecież zasadniczo takie samo DNA, a jednak komórki są zróżnicowane. Ale to już inna historia, a ja chcę tutaj zagłębić się raczej w tajemniczą przeszłość... Powstanie komórki eukariotycznej było z pewnością przełomem, lecz przez długi czas nie wiedziano co może być brakującym ogniwem w tej układance. Prokarionty utożsamiano po prostu z bakteriami.

Do bakterii zaliczano zaś wszystkie jednokomórkowce pozbawione jądra. Nowe odkrycia przyniosły dopiero badania kodu genetycznego. W 1977 roku amerykański mikrobiolog Carl Woese odkrył organizmy tak bardzo różniące się genetycznie od bakterii, że wyodrębnił z nich nową domenę. Początkowo nazwał je archebakteriami, gdyż sądził że to niedobitki jakichś archaicznych przodków bakterii.

W przeciwieństwie do protistów czyli jednokomórkowych eukariontów nie miały wszak jądra ani organelli, lecz ich unikalna biochemia przypominała bardziej komórki eukariotyczne. Paradoksalnie bardziej nawet przypomina biochemię komórki ludzkiej niż bakteryjnej... W 1990 roku Carl Woese zrozumiał, że to zupełnie odrębna ewolucyjnie grupa i zaproponował utworzenie (obok prokariontów i eukariontów) domeny archeonów, a nowa taksonomia została uznana przez naukę.

Archeony miały ewoluować całkiem niezależnie od bakterii, choć w pewnym momencie stały się swoistym łącznikiem ze światem eukariontów. Doprowadzić miała do tego właśnie wspomniana już endosymbioza - to właśnie archeon miał być tą "nadrzędną" komórką która wchłonęła bakterię. W 2015 roku naukowcy odkryli na dnie Morza Arktycznego (między Norwegią a Grenlandią) grupę archeonów Asgard, z której wywodzą się wszystkie organizmy wielokomórkowe.

Okazało się że pewne elementy komórki eukariotycznej istniały na Ziemi na długo przed pojawieniem się pierwszych eukariontów. Archeony te tworzą wypustki dzięki którym mogły pochwycić bakterię i przerobić ją na mitochondrium... Cały nasz aparat genetyczny - sposób replikacji DNA, transkrypcja RNA, upakowanie chromatyny oraz synteza białek to dziedzictwo archonów z Asgardu. Te żywe skamieliny wyewoluowały ponad 2 miliardy lat temu!!!

Wskazuje na to tak zwany "zegar molekularny". Mutacje w DNA akumulują się w pewnym stałym i przewidywalnym tempie, więc mając do dyspozycji geny wielokomórkowców i tych pradawnych archeonów naukowcy mogli obliczyć kiedy nasze drogi rozdzieliły się. Dzięki temu wiemy, że archeony te zbudowały potrzebne do rozwoju zaawansowanych form życia narzędzia na długo przed endosymbiozą.

Zaobserwowano też że żywe mikroby Asgard potrafią łączyć się z bakteriami za pomocą nanorurek żeby wymieniać z nimi substancje odżywcze. A zatem było to zapewne miejsce narodzin naszych własnych komórek... Skąd jednak wzięły się archeony i bakterie? Najprawdopodobniej pochodzą od wspólnego przodka. Tego ostatniego wspólnego przodka wszystkich organizmów nauka określa akronimem LUCA (Last Universal Common Ancestor).


LUCA nie był pierwszą żywą istotą jaka powstała, ale ostatnim ogniwem od którego wywodzą się wszystkie żywe organizmy. Najprawdopodobniej istniały alternatywne gałęzie życia które jednak nie rozwinęły się w złożone formy. Niektórzy naukowcy snują hipotezy o istnieniu tak zwanej "biosfery cieni" czyli żyjących gdzieś w niedostępnych środowiskach drobnoustrojach, wywodzących się z innego aktu abiogenezy.

Organizmy takie miałyby zupełnie inną biochemię, co czyniło by je niewidocznym dla naszych narzędzi pomiarowych. Poza tym mogłyby się rozwijać w zupełnie ekstremalnych środowiskach. Jak wiadomo takie środowiska są słabo zbadane, ale to co w nich zdołaliśmy już odkryć przeczy naszym  dotychczasowym intuicjom. Życie jest dużo odporniejsze niż mogłoby się wydawać i prawdopodobnie przetrwa nawet atomową apokalipsę kiedy jakiś pijany świr naciśnie w końcu czerwony guzik.

Możliwe jest nawet życie bez tlenu i energii słonecznej. W RPA odkryto w odizolowanych przez miliony lat podziemnych zbiornikach wody jednostkowy ekosystem tworzony przez jedyny organizm zdolny tam do życia - bakterię Desulforudis audaxviator. Ten mikrob żyje tam dzięki... rozpadowi radioaktywnego uranu. W procesie zwanym radiolizą promieniowanie rozbija cząsteczki wody na wodór i nadtlenek wodoru, a niewybredna bakteria łącząc wodór z siarczanami wytwarza życiową energię.

Z otoczenia pobiera tylko węgiel i azot, ale to wystarczy jej żeby syntezować wszystkie potrzebne cząsteczki organiczne. Pożeranie przysłowiowych kamieni (a ściślej mówiąc związków nieorganicznych) określa się litoautotrofią. Ten sposób odżywiania wykorzystują bakterie wodorowe, siarkowe, nitryfikacyjne czy żelaziste. Prawdopodobnie był to pierwotny sposób odżywiania się organizmów na Ziemi.

Pierwotne organizmy czerpały energię bezpośrednio z minerałów i gazów organicznych. Porównując stopień różnic genetycznych pomiędzy archeonami i bakteriami badacze mogą określić kiedy ich genetyczne drogi rozeszły się, to znaczy kiedy żył LUCA. Zegar molekularny wskazuje, że miało to miejsce jakieś 4,2 miliarda lat temu - zaledwie kilkaset milionów lat po uformowaniu się planety. Środowisko Ziemi było wtedy pozbawione tlenu i warstwy ozonowej.


Życie miało narodzić się w głębinach oceanów, gdzie alkaliczne kominy hydrotermalne dostarczały w bród "kamieni" i gazów do utleniania, a jedynym źródłem węgla był wszechobecny dwutlenek węgla. Oczywiście LUCA nie był pojedynczą komórką a raczej pewną populacją komórek która żyła w tym czasie, dokonującą horyzontalnego transferu genów między sobą.  Komórki "przerzucały" się genami tworząc swego rodzaju pierwotny genetyczny megasystem.

System ten nie wystrzelił sam z siebie, lecz musiały istnieć już wcześniej miliardy innych wcześniejszych form "życia", a w zasadzie prostych replikatorów. Lecz tamte linie wymarły (prawdopodobnie) a przetrwały jedynie "dzieci" populacji LUCA, oparte na dwudziestu tych samych aminokwasach do budowy białek. Co jednak paradoksalne - a nawet kuriozalne - trwa spór w jakim stopniu LUCA był... żywy.

Wiele wskazuje na to, że nie był w pełni samodzielny i brał różne gotowe "cegiełki" ze środowiska. Nie miał też (być może) szczelnej granicy w postaci błony komórkowej, rozwijając się we wnętrzu mikroskopijnych porów skał wulkanicznych. Był raczej półotwartym systemem biochemicznym, czymś pośrednim pomiędzy chemią a biologią. Samoorganizujący się cykl reakcji chemicznych zaczął się replikować przy pomocy genów...

Życie potrafi funkcjonować w trybie niemal... martwym. W głębokiej biosferze (na dnie oceanów czy wewnątrz skał kontynentalnych) odkryliśmy w XXI wieku mikroorganizmy o ekstremalnie wolnym metabolizmie, pobierające z otoczenia tylko minimalne ilości energii i reprodukujące się raz na kilka tysięcy lat!!! Jedynym "zajęciem" takiego jednokomórkowego zombie jest przetrwanie metaboliczne i naprawa powstających z upływem czasu uszkodzeń DNA.

Pokazuje to, że życie pierwotnie mogło po prostu "trwać" przez tysiące, setki tysięcy czy miliony lat, zanim wykształciło mechanizmy reprodukcji. Ale to właśnie takie nudne życie pozwoliło przetrwać setki milionów lat tym niezwykłym organizmom, pomimo globalnych kataklizmów i katastrof. W 2010 roku japoński geomikrobiolog Yuki Morono wydobył z głębin Wiru Południowopacyficznego mikroorganizmy pamiętające czasy dinozaurów.

Biedaczki nie miały od dawna dostępu do pożywienia, ale kiedy je im dostarczono okazało się, że jeszcze żyją, choć minęło już 100 milionów lat!!! Kiedy już się "najadły" mikroby zaczęły się gwałtownie dzielić. Koncepcja maksymalnej długości życia komórki w zasadzie nie istnieje, o ile mamy ekstremalnie wolny metabolizm i minimum energii do naprawy uszkodzonych struktur.

piątek, 2 października 2026

FUR DEUTSCHLAND

 
Kiedy kształtował się "nowoczesny" nacjonalizm (XIX w.) definiował naród przez pryzmat wspólnej historii, kultury czy języka. Ponieważ Europa była w znacznej mierze "zawłaszczona" przez mocarstwa z natury swej był też antyimperialny. Głosił wszak ideę samostanowienia - każdy naród miał mieć prawo do posiadania własnego państwa.

Paradoksem jest to, że w sensie politologicznym większość powstałych po rozbiciu struktur imperialnych państw to państwa niehistoryczne. Jako Polacy szczycić się możemy tym, że my należeliśmy do narodów historycznych - obok Anglików, Francuzów, Hiszpanów czy Portugalczyków. Finowie, Estończycy, Łotysze, Białorusini, Słowacy czy Albańczycy nigdy wcześniej nie posiadali własnego państwa.

Dowodem ich tożsamości był najczęściej lokalny język rdzennych chłopów i stworzone w nim przekazy ludowe, a pomimo braku ciągłości historycznej i struktur państwowych można było też pogrzebać w bardziej odległej przeszłości, nawiązując choćby do ludów starożytnych zamieszkujących dane terytorium... Naród jest urojeniem - tworem stworzonym w umysłach.

Ponieważ tak powstające państwa walczyły z imperialnym uciskiem walce tej nadawano wymiar wręcz moralny. Nie tylko my byliśmy "Chrystusem narodów" - paliwem wszystkich nacjonalizmów stawał się topos różnie rozumianej "misji dziejowej". Oczywiście misję taką zupełnie inaczej rozumiały mocarstwa - Wielka Brytania, Francja, Niemcy czy Rosja.

Ich "zadaniem" miało być niesienie cywilizacji azjatyckim i afrykańskim dzikusom, przewodzenie Europie czy zjednoczenie Słowian... Fakt że często musieli to robić wbrew woli ludów którym nieśli te dobrodziejstwa wynikał z ciemnoty i ignorancji tych zacofanych niewdzięczników. Po pierwszej wojnie światowej mapa Europy rozpadła się na małe puzzle, lecz imperialny nacjonalizm znalazł pożywkę w poczuciu krzywdy i rewanżyzmie.

Wydymani Włosi postanowili odrestaurować Cesarstwo Rzymskie, a upodleni Niemcy unieważnić traktat wersalski, bolszewicka Rosja za cel postawiła sobie "wyzwolenie" europejskiego proletariatu... O wielki kryzys gospodarczy masy zaczęły obwiniać system demokracji liberalnej - po co komu wolność skoro nie ma co do garnka włożyć? Władzę (także w Polsce) objęli populiści, którzy obiecali dyscyplinę, porządek, silną rękę...


Za tym miał iść dobrobyt, sprawiedliwość dziejowa, świetlana przyszłość i Bóg wie co jeszcze... Skutek był odwrotny do zamierzonego - krew, pot i łzy. Morze ruin i bezmiar cierpienia. Lecz to również dało pożywkę nacjonalizmowi - tym razem poprzez zmitologizowanie heroizmu, męczeństwa i ofiar. Tak zwany "nacjonalizm niewiniątek" koncentruje się na historycznych krzywdach, cierpieniach i martyrologii dając prześladowanym poczucie moralnej wyższości.

Jako Polacy wiemy o tym najlepiej - powstanie warszawskie, rzeź wołyńska, Katyń... Jeszcze lepiej znają to Żydzi - przeszli w końcu przez holokaust, mogą więc zabijać Palestyńczyków bo to antysemici. Ukraińcy przecierpieli pod ruskim butem wielki głód. I tak dalej. Dzięki tym historycznym zaszłościom zyskujemy wieczne rozgrzeszenie ze wszystkich politycznych win i zamykamy się w "oblężonej twierdzy".

Pal licho jeśli jeszcze dotyczy to jakichś pokoleniowo odległych ale realnych prześladowań. O swoim cierpieniu coraz chętniej opowiadają też narody odpowiedzialne za wywołanie drugiej wojny światowej. Japończycy kultywują pamięć o atomowej apokalipsie, Niemcy o bombardowaniu Drezna, a Ruscy o wielkiej wojnie ojczyźnianej. Oczywiście wydarzenia te były straszne, ale nacjonaliści zupełnie przesuwają akcenty.

Skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec pieprzy o wstawaniu z kolan i odrzuceniu pedagogiki wstydu (skąd my to znamy?), co nie wróży zbyt dobrze. Swego czasu Jarosław i nieżyjący już Lech rozwodzili się nad demonizmem Eriki Steinbach i jej Związku Wypędzonych. Dziś kiedy mamy do czynienia z ruchem politycznie znacznie bardziej niebezpiecznym - bo zyskującym na popularności i znaczeniu - nasi "patrioci" zachowują się bardziej wstrzemięźliwie.

Odnieść można wręcz wrażenie, że wolą pastwić się nad niemieckim liberalnym mainstreamem niż faszyzującą AfD. Polityka i jeszcze raz polityka.... Można by pomyśleć, że wreszcie PiSowi i Konfederacji (nie mówiąc już o Braunie) trafił się archetypiczny wręcz przykład "niemieckiego rewizjonizmu" nad którym można by do woli się wyżywać. Niestety w układzie altprawicowej międzynarodówki wspieranej przez Trumpa AfD staje się dla nich... potencjalnym sojusznikiem.

Pomimo prorosyjskości i rewizjonizmu niemieckich braci nacjonalistycznych cudaków łączy stosunek do integracji europejskiej, migracji czy ekologii. W takiej sytuacji pamięć o ofiarach drugiej wojny światowej poświęcić można na ołtarzu pragmatyzmu - jest ona tylko instrumentem do atakowania mitycznych "niemieckich lewaków". Tymczasem AfD pogratulować można sukcesu wyborczego jak zrobił to jebnięty Grzesiek.


Polak i Niemiec to dwa bratanki, o ile jest to prawdziwy Niemiec i prawdziwy Polak, a nie jakaś popkulturowa podróbka. W końcu prawdziwi Polacy mają często wytatuowane swastyki i germanizmy, salutują i palą pochodnie. Niby nacjonalizm stawia na pierwszym miejscu interes własnego narodu, lecz dzisiejszym nacjonalistom chodzi o interes nawet bardziej partykularny, a główną przeszkodą w jego realizacji jest centralizm europejski.

Postuluje się więc powrót do zmitologizowanej Europy Ojczyzn i tradycyjnych wartości, choć podzielona Europa już i tak zaczyna przegrywać gospodarczy wyścig, a demografia leży i kwiczy. W tej niezłomnej walce ze spiskiem globalnych korporacji sponsoruje ich bezinteresownie oligarcha Elon Musk czy Władimir Putin. AfD sprzeciwia się wysyłaniu funduszy do krajów takich jak Polska, lecz nie będzie się przynajmniej wpierdalać w nasze prawodawstwo.

A zatem nacjonaliści wszystkich krajów łączcie się - tylko tak odzyskamy suwerenność. Co z tą suwerennością zrobimy to już nasza sprawa. Coś czuję że i tak nie odzyskam dzięki temu osobistej godności, ale przynajmniej pokażą mi winnego. To jakiś chuj z Brukseli sprawił że tyram jak wół, a mój potencjał leży odłogiem.

sobota, 26 września 2026

PIRAMIDA NIENAWIŚCI

 
Ofiara gwałtu jest sama sobie winna, bo założyła za krótką spódniczkę. A jak ktoś poszkodowany zgłosi coś na policję, to zawsze można nazwać go konfidentem, bo to przecież niehonorowe. I tak dalej... Zawsze winien jest ten, kto jest słabszy, obcy albo inny, bo sam się prosił - to syndrom znany już z przedszkola. Takie postawienie sprawy redukuje dysonans moralny.

Szukanie "frajera" to najbardziej prymitywny mechanizm obronny pozwalający zredukować napięcie panujące w grupie - dlatego tak często stosują go nawet dzieci. Co gorsze może być mechanizmem specyficznej "integracji" - wspólne gnojenie kogoś buduje tożsamość. Na poziomie politycznym naród, klasa, partia, plemię musi mieć jakiegoś wspólnego wroga. A jak go nie ma, to trzeba go wymyślić.

Można się wtedy wyżyć, gdyż odpowiedzialność ulega rozproszeniu. Nie trzeba nawet zbytnio wnikać w meritum, bo przecież łatka została już przypięta, a zwykła ignorancja czy choćby konformizm nie obudzą w nas "obrońcy uciśnionych". Takie postawy dobrze wyglądają tylko na filmach, ale nie w życiu. Nawet jeśli prywatnie mamy inną opinię nie mówimy tego głośno.

Strukturę hejtu psycholodzy opisali w koncepcji PIRAMIDY NIENAWIŚCI. Jądro systemu stanowi Lider czyli Główny Agresor - osobnik który za wszelką cenę chce zabłysnąć, przewodzić grupie, dowartościować się czy przykryć własne niedostatki cudzym kosztem. Musi więc znaleźć sobie możliwie bezbronną, wyalienowaną i odstającą od "normy" ofiarę, a następnie nastawić przeciwko niej całą grupę.


Pierwszy krąg w rozchodzącej się fali hejtu przejmują Aktywni Asystenci czyli Pomocnicy - przydupasy owej plującej jadem gwiazdy, którzy pod skrzydłami "silniejszego" czują się pewnie i powielają jego narrację by umocnić swoją pozycję. Przy okazji dodają coś od siebie, rozsiewają plotki, eskalują nienawiść... Tak rozkręca się efekt kuli śnieżnej - bezrefleksyjne wzmacnianie i powielanie nienawistnego przekazu oraz legitymizacja agresji.

Do nagonki przyłączają się Bierni Popieracze (Dopingujący) - co prawda to nie oni inicjują najgorsze ataki, lecz nie zamierzają ich hamować i rozlewają drugi krąg przemocy. Śmieją się z ordynarnych żartów, powielają niesprawdzone plotki, przyzwalają na złośliwości. Zjawisko znieczulicy w którym grupa nie reaguje na niższe stopnie agresji powoduje normalizację języka nienawiści, przesuwanie granic i przejście do groźniejszych etapów.

Zazwyczaj jednak tylko niewielka część grupy aktywnie uczestniczy w "gnojeniu frajera". Temu wszystkiemu z obojętnością przygląda się natomiast Milcząca Większość (Bierni Świadkowie). Nawet jeśli czasami uważają, że dochodzi do czegoś złego z obawy przed wykluczeniem boją się to wyartykułować. W oczach agresora oznacza to niestety aprobatę jego działań. Rola tej biernej masy staje się więc kluczowa w tworzeniu iluzji nazywanej zbiorową ignorancją. 

Polega ona na utrwaleniu wrażenia, że "wszyscy tak myślą".  Pogłębia też izolację autsajdera - brak wsparcia ze strony świadków sprawia, że czuje się osamotniony, a hejterom daje poczucie bezkarności. Wielu z tych niby neutralnych obserwatorów przesuwa się z biegiem czasu w stronę skrytych pomocników agresora rozsiewając plotki dalej i dochodząc do wniosku, że coś musi w tym być, a ostatecznie i tak winny jest ten który nie umie się obronić, bo jest zbyt pizdowaty.

Nikt więc nie przerywa łańcucha agresji. No prawie. Czasami ktoś coś po cichu bąknie, że ten gamoń wcale nie jest taki zły, ale na ogół z takim protekcjonalnym pobłażaniem jakby był od niego lepszy. Potencjalni Obrońcy z reguły boją się mocno ingerować w dynamikę grupy bo to nie ich problem, mogą się narazić, sądzą że jeden głos i tak niczego nie zmieni... W sensie ilościowym stanowią margines obojętnej grupy (efekt skali) więc rzadko się aktywują, tym bardziej że sam poszkodowany wstydzi się o to prosić.


Często internalizuje on uwłaczające godności informacje zaczynając sam siebie obwiniać i postrzegać jako kogoś gorszego. Boi się eskalacji więc milczy, licząc że sprawa w końcu sama przycichnie, co paradoksalnie może być zachętą do jeszcze bardziej bezczelnej dehumanizacji. Stres wyczerpuje zasoby emocjonalne, a do tego dochodzi poczucie osamotnienia i asymetrii sił. Co więcej oczerniać nas może anonimowy sprawca wspierany przez plującą biomasę, a wtedy zupełnie nie wiemy jak z nim walczyć.

Dla agresora zaś hejt jest nie tylko narzędziem poprawiania swojej pozycji, ale też samopoczucia gdyż daje złudne poczucie wyższości i chwilowo pozwala regulować emocjonalne deficyty. Najczęściej działa tu mechanizm projekcji - przypisujemy ofierze cechy których nie akceptujemy u samych siebie, leczymy własne kompleksy lub atakujemy sukcesy których zazdrościmy. Innymi słowy - kto się przezywa tak się sam nazywa.

Zamiast realizować się w jakiejś konstruktywnej pasji czy własnym życiu agresor namiętnie oddaje się bezcelowej złośliwości, zaspokajając w ten sposób głód dopaminowy. Niedorozwojowi zainteresowań często towarzyszy cynizm, narcyzm i sadyzm. Hejter czerpie satysfakcję z cudzego cierpienia emocjonalnego, traktuje ludzi instrumentalnie, za wszelką cenę szuka podziwu.

piątek, 18 września 2026

JAK WYWOŁAŁAĆ TRZECIĄ WOJNĘ ŚWIATOWĄ

 
W Europie robi się coraz bardziej gorąco - nie dość, że wojna na Ukrainie zamieniła się w niekończącą się opowieść (w dodatku z ciągłymi zwrotami akcji) to nasilają się rosyjskie operacje hybrydowe, a pierdolnięcie na stacji kolejowej w pobliżu polskiej granicy o mało nie zabiło zagranicznych polityków, dyplomatów i byłego szefa CIA. A zatem to już nie przelewki.

Wygląda na to, że Rosja powoli przygotowuje się do konfrontacji z NATO. Oczywiście w swojej percepcji już jest w stanie takiego "starcia cywilizacji", bo Ukraina jest tylko zachodnim proxy. Jak dotąd Rosja napierdala tylko w Ukrainę, działając w Europie poniżej progu wojny, choć coraz bardziej bezczelnie. Jest to taktyka o tyle niebezpieczna, że w ten sposób systematycznie poszerza swoją "szarą strefę".

Jeśli chodzi o opinię publiczną mamy mentalne "gotowanie żaby". Kolejne akty sabotażu, dywersji, cyberterroryzmu i plucia nam w twarz uznajemy za normalne. Gdyby to robili Niemcy to chyba już wypowiedzielibyśmy im wojnę. Ale Rosja? No cóż, Rosja już taka jest... A w ogóle to nie wiadomo czy nie stoją za tym Ukraińcy i tak dalej. Poza tym wszyscy chcemy pokoju, zwłaszcza że heroizm w czasach popkultury jest dobry tylko na filmach.

W czasie największej geopolitycznej rozpierduchy od czasów drugiej wojny światowej Amerykanie zamierzają... ewakuować się z Europy. Mówi się o wycofaniu 25-40 tysięcy żołnierzy, głównie z Niemiec, Włoch i Hiszpanii. Nas ta redukcja ma nie dotyczyć, ale i tak nie wygląda to wesoło. Założenie jest takie, że Europa ma przejąć konwencjonalną odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo, choć pod amerykańskim parasolem nuklearnym. Przyklasnąć temu może tylko głupek.


Może to i słuszne z amerykańskiego punktu widzenia, bo nasze bezpieczeństwo to przede wszystkim nasz interes, a Europejczycy - zwłaszcza od "końca historii" - olewali rozwój własnej obronności. Nie można się jednak cieszyć z faktu, że dla Jankesów ważniejszy staje się Indopacyfik oraz Bliski Wschód. Dużo było spekulacji o tym że Chiny zajmą Tajwan, tymczasem Donald Trump rozpętał wojnę w najbardziej roponośnym regionie i o wzrost cen diesla obwinia Zełenskiego, bo ten niszczy rosyjskie rafinerie.

Niby Trump zaczął dusić irańską gospodarkę uniemożliwiając szmatogłowym eksport ropy, ale jej agonia trwa bardzo długo... Tymczasem w Jemenie rebelianci Huti zajęli Bramę Łez - przesmyk przez który wiedzie alternatywny dla Cieśniny Ormuz szlak eksportu saudyjskiej ropy, a w dodatku przepływa przezeń 12% globalnego handlu kontenerowego. Aby omijać Cieśninę Ormuz Arabia Saudyjska przesyłała ropę rurociągami do portów nad Morzem Czerwonym, lecz proirańskie bojówki działające na terenie Iraku przeprowadziły na tą instalację atak dronowy...

Sytuacja na rynku paliw wygląda więc póki co coraz bardziej nieciekawie, ale chuj to Trumpa obchodzi bo prezydent sam się wyżywi. Jego synalek postanowił się ohajtać, a bizantyńską imprezę na Bahamach za kilkaset tysięcy dolarów zafundował mu rosyjski oligarcha Umar Kremlow. Ten skurwiel był kiedyś bokserem, a potem gangsterem. Karany za pobicia i wymuszenia odzyskał jednak dobre imię dzięki działalności w nacjonalistycznym gangu motocyklowym Nocne Wilki, gdzie zbudował sieć kontaktów wiodącą do kręgów putinowskiej śmietanki.


Teraz Umar  Kremlow angażuje się w działalność faszystowskiej organizacji Zdrowa Ojczyzna prowadzonej zresztą przez jego szwagierkę. Organizacja ta zajmuje się wywożeniem ukraińskich dzieci w głąb Rosji gdzie poddawane są rusyfikacji, praniu mózgu i tym podobnym niecnym oddziaływaniom. Jak zrobił się medialny smród to podobno Trump Junior zwrócił kacapowi pieniądze. a jego żona bredziła że był to tylko prezent ślubny. Na weselu gdzie alkohol lał się strumieniami języki pewnie się rozwiązywały...

Rosja jest w chujowej sytuacji jeśli chodzi o mięso armatnie i bardziej traci niż zyskuje terytorium w Donbasie, choć front w zasadzie "stoi". Dostaje też mocno po dupie jeśli chodzi o przemysł naftowy, ale pechowo Ukrainie zaczyna brakować pocisków Patriot, przez co nasila się terror balistyczny. W dodatku drony o napędzie tłokowym Rosja zaczęła zastępować dronami o napędzie odrzutowym, a póki co Ukraina nie wymyśliła skutecznych środków przechwytujących - Patrioty musi natomiast oszczędzać właśnie na balistykę, gdyż to ona powoduje największe spustoszenie.

Do przechwytywania dronów odrzutowych musi stosować lotnictwo myśliwskie co zmusza pilotów do bardzo ryzykownych manewrów. Mobile grupy ogniowe z karabinami maszynowymi są w tej sytuacji nieskuteczne. Szybkie bezzałogowce przechwytujące są dopiero w powijakach, choć prace nad skutecznymi innowacjami trwają dniami i nocami. Jedynym krajem który mógłby przekazać kilkadziesiąt rakiet są Niemcy, ale wolą dmuchać na zimne i zabezpieczać własne dupsko - jak zresztą każdy.


Wyraźnie widać że przyciskana do ściany Rosja coraz bardziej zagraża Europie, a szczególnie wschodniej flance. Wciela do wojska Azjatów których wabi do siebie obietnicą dobrze płatnej pracy, a potem zniewala i wysyła na śmierć. Ludzkie i materiałowe wsparcie zapewnia także - oczywiście nie za darmo - Korea Północna, co przy okazji wzmacnia ten najbardziej tyrański na świecie reżim. Po przeprowadzeniu wyborczej szopki pewnie przeprowadzi się jakąś mniej lub bardziej ukrytą mobilizację.

Już ponoć zdarzają się jakieś łapanki na prowincji. W "patriotyczny" cyrk włącza się cerkiew, system edukacji, politykę historyczną... Nawet dysydenci wykazują tendencje nacjonalistyczne. Inżynierowie społeczni wykuwają nowy typ człowieka, który nienawidzi wszystkiego co zachodnie... Tymczasem u nas prezydent kłoci się z premierem, a miliardy dolarów w kryptowalutach znikają bez śladu.