Czternastego lutego jestem jak Adaś Miauczyński. Oczywiście mniej wysublimowany bo nie jestem zdziwaczałym nauczycielem, tylko zmęczonym robotnikiem, ale w pewnym sensie również sfrustrowanym inteligentem. Bo niestety te wszystkie książki namieszały mi w głowie i słychać tam teraz tylko monolog. Poczucie wyższości wiedzie mnie do alienacji.
Poza tym że był niedocenionym przez świat poetą - który z tego powodu nawet porzucił pisanie - świr Miauczyński marzył również o wielkiej miłości. Tyle że miała to być miłość idealna, a ze znalezieniem takiej zawsze jest problem. I rodzi się z tego poczucie wielkiej frustracji, bo człowiek byłby wielki gdyby tylko warunki mu na to pozwoliły. I kochałby gdyby miał kogo.
Świr nie ma już czasu ani miejsca na kobietę życia - wypełniają je rytuały zagłuszające egzystencjalne lęki. Nostalgia i marzenia które przekreślasz to chyba znak, że już się starzejesz. Zawsze jest co powspominać, choć gdy słuchasz takich opowieści wydają się żałosne. Bo nie wiadomo co dokładnie ci się przydarzyło, a co tylko przyśniło.
Przeszłość jest miejscem bezpiecznym, a przyszłość niekoniecznie. Choć gdybyś był szczery przyznałbyś, że ten szczeniacki głód doświadczeń to była desperacja. Wydawało ci się że musisz doświadczać i doświadczać, bo jeśli nie doświadczysz wystarczająco dużo to zginiesz. A potem życie staje się wypełnione absurdalnym kieratem, a ty zamykasz się we własnych schematach.
Nazywają to strefą komfortu, choć z komfortem nie ma to wiele wspólnego. To raczej kwestia bezpieczeństwa. Chcesz kontrolować i przewidywać rzeczywistość, nie wierząc już w coś istotnie "nowego". Kiedy brakowało ci jeszcze gotowych odpowiedzi mogłeś bardziej angażować uwagę i emocje. Potem zbudowałeś fundament pamięci i porównujesz z nim wszystko.
A jak można porównać dziką namiętność z chłodną kalkulacją której musimy się podporządkować? To nie scenariusze zaczerpnięte z tandetnego kina tylko rutyna i konieczność wyznaczają ramy naszej przestrzeni. Miłość nie zawsze zwycięża, nie jest absolutna, a tym bardziej nie jest idealna. Boimy się odpowiedzialności, kompromisów, a czasami też ryzykownej bliskości.
Szukamy "lepszego modelu", bo tak naprawdę najbardziej kochamy samych siebie... Choć może w słowie MIŁOŚĆ jest coś magicznego. Podobno nawet stara nie rdzewieje. Więc czasami myślę, że nic lepszego nie przytrafiło mi się w życiu. Choć była zwierzęca, zwariowana, pijana i efemeryczna. Ulotniła się z życia pozostawiając tylko swój szampański zapach.
Lecz czy można ją kontrolować? Panować nad nią? I skąd w ogóle wiadomo kiedy jest prawdziwa? Chyba nie ma innej prawdy niż ta wyryta gdzieś w sercu. Chyba że jesteś tym szczęśliwcem który kocha aż do śmierci. Choć to już ponoć nie hormonalne szaleństwo tylko akceptacja całego spektrum osobistych nonsensów i przywiązanie do ich nosiciela.
Ale na ten temat to już niech się wypowie jakiś dziadek czy babcia. Byle nie moi rodzice bo choć żyją ze sobą pod jednym dachem lubią się jak pies z kotem. Dzisiaj mamy tak zwane walentynki czyli wszędzie serduszka i jakieś romantyczne historie. Ale na szczęście jutro jest dzień singla czyli będzie można sobie odbić. Ponoć bycie "samemu" nie jest takie złe jeśli wiesz co ze sobą zrobić.
Kobiety mają swoje zalety - dupy, cycki, poczucie humoru i inteligencję - lecz co czwarty dorosły mężczyzna woli trzepać kapucyna niż aktywnie poszukiwać partnerki. W dużych miastach to już jedna trzecia. Czasem uda im się coś bzyknąć po jakiejś imprezie i to im wystarcza. Bo niestety miłość jest zbyt skomplikowana, a nowym imperatywem staje się samorealizacja.
Masz robić karierę, albo przynajmniej brać nadgodziny. Musisz czasem odpocząć. Jeśli masz jakieś hobby to tym bardziej nie masz czasu, nie mówiąc już o dramacie nierozumianego twórcy. Poza tym masz alkohol i inne używki... Do tego internet i telewizję. Więc zasadniczo ciągle jesteś zbyt zajęty. Zdaniem wielu moralistów tylko udajesz szczęśliwego, choć ze szczęściem jest jak z miłością - nigdy nic nie wiadomo.

























