Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 7 lipca 2026

GEOPOLITYCZNY POKER

 
Trwa piłkarskie szaleństwo, które zupełnie mi wisi, ale dla wielu jest kwestią życia i śmierci. Trumpowi nie spodobało się, że amerykański piłkarz dostał czerwoną kartkę, co uniemożliwiało mu udział w kolejnym meczu. Zadzwonił do swojego kumpla, który przypadkowo jest szefem Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej i przekonał go, że żadnego faulu nie było.

Kara została anulowana i brutalny zawodnik wystąpił w następnym spotkaniu co na niewiele się zdało, gdyż Amerykanie i tak przegrali. Pokazuje to nowe standardy - jak dotąd nikt nie odważył się na tak ostentacyjne łamanie reguł współzawodnictwa. W sporcie stosuje się doping, mecze bywają ustawiane, bywało że decydujące gole strzelano ręką. Niemniej zasad przestrzegano przynajmniej teoretycznie.

Ale wiecie przecież, że Trump ma zasady w dupie i zbytnio się z tym nie kryje. Zasady są dla frajerów, a prawdziwi twardziele grają wedle własnych. Naczelną zasadą jest zaś wola Donalda Trumpa. Niestety nie dotyczy to tylko piłki nożnej, ale także geopolityki. Trump wypowiedział porozumienie nuklearne zawarte przez Obamę, tylko po to żeby doprowadzić do kosztownej wojny w newralgicznym dla światowej gospodarki regionie.

Przeliczył się i marzy teraz o powrocie do naruszonego status quo. To znaczy zawrzyjmy nowe porozumienie na podobnych zasadach, może nawet niech Iran pobiera jakieś opłaty od transportu ropy. Niech jednak zrezygnuje z posiadania broni nuklearnej w zamian za zniesienie sankcji. Po co była więc ta wojna za bardzo nie wiadomo. Zadziałał tu "efekt Wenezueli" czyli wiara w łatwy przewrót. Zachęcała też napięta sytuacja wewnętrzna w Iranie oraz sugestie Netanjahu.

Izrael nie zamierza jednak wycofać swoich wojsk z Południowego Libanu, co miało być jednym z irańskich warunków. Toczy bowiem swoją wojnę i realizuje swoje cele, a kwestie ropy naftowej są dla niego drugorzędne. Problem w tym, że nie ma teraz do kogo zadzwonić, bo Netanjahu jest zbyt asertywny. Putin także ma w dupie rozmowy pokojowe, choć Trump ciągle bredzi o "świetnych relacjach" jakie ma z tym pojebem.

Pomimo kluczowej roli USA w NATO europejscy sojusznicy olali wezwania do zaangażowania się w bliskowschodnią awanturę. Niektórzy mówili wręcz o złamaniu prawa międzynarodowego, co doprowadzało narcystycznego Trumpa do coraz bardziej radykalnych wypowiedzi i wpisów. Jak widać nie wszystko da się załatwić jednym telefonem, choć w mentalności amerykańskiego prezydenta powinno tak być. Każdy powinien lizać mu dupę bo jest zajebistym władcą potężnej Ameryki.


Psychiatrzy dopatrują się w tym narcystycznego zaburzenia osobowości. Paradoksalnie cecha ta stałą się bronią marketingową służącą budowaniu politycznego kultu i własnej marki. Trump nie uznaje cudzego punktu widzenia, ale zawsze próbuje narzucić swój. W niektórych wypadkach okazuje to się skuteczne - nawet w Polsce zyskał sporą rzeszę wyznawców, zwłaszcza wśród fanatycznych eurosceptyków.

Widzą w Waszyngtonie strategiczną przeciwwagę dla Berlina i Paryża, co dodatkowo wzmacnia przymierze ideologiczne czyli całe to pierdolenie o kobietach z brodą, imigracji, złej ekologii i tradycyjnych wartościach. Gorzej jeśli idzie o kulinaria bo kebab stał się już polskim daniem narodowym i dominuje już nad hamburgerem, a nawet pizzą - zostaliśmy już globalnymi liderami w spożyciu tego placka z niezidentyfikowaną mielonką.

Prawdziwy Polak powinien jednak kupić sobie zestaw z colą i frytkami we franczyzowej placówce, żeby nie zjeżdżali się tu kozojebcy. To restauracja inna niż wszystkie, podobnie jak amerykański prezydent. W ostateczności można czapnąć hot-doga na stacji, byle nie z kawą bo jeszcze Owsiak na tym zarobi. Zacznij pucować buty - nawet od spodu - to zostaniesz w końcu miliarderem. 

piątek, 3 lipca 2026

PUŁAPKI ABSTYNENCJI

 
Uzależnienie to przewlekła choroba mózgu która zmienia jego strukturę - wiąże się z gwałtownymi skokami poziomu dopaminy po zażyciu substancji czy wykonaniu czynności przez co mózg wytwarza mniej dopaminy "własnej". Spada tak zwany poziom bazowy, a więc zdolność do czerpania z życia "zwykłych" przyjemności.

Nadmiar dopaminy osłabia połączenia z korą przedczołową, a kontrolę przejmuje impulsywny układ limbiczny. Jest to więc kwestia czysto biologiczna, choć lubimy doszukiwać się w tym słabej woli. Owszem - można tak powiedzieć, jeśli jako słabą wolę rozumiemy ten właśnie proces mózgowy. Mózgiem niestety rządzi chemia.

Mogłoby to być wygodne usprawiedliwienie dla osób uzależnionych aby nie podejmować walki ze swoimi skłonnościami - muszę pić, ćpać, grać, kupować, skrolować i tak dalej, bo mam chory mózg. Na pewnych poziomach rozumiemy własną destrukcję, lecz nieodparty przymus (kompulsja) nie pozwala nam zachować kontroli.

Po prostu czujemy, że bez kieliszka, kreski, papierosa czy telefonu zaraz dostaniemy szału. Najwspanialszą cechą ludzkiego mózgu jest jednak neuroplastyczność - przy zachowaniu abstynencji utracone połączenia w korze przedczołowej mogą się odbudować. Wymagać to może terapii czy nawet całkowitego odizolowania się od dotychczasowego środowiska.

Brak fizycznego dostępu do "źródła" patologicznej namiętności czy też odcięcie mózgu od sygnałów zazwyczaj go prowokujących ułatwia pokonanie biochemicznego głodu. Wtedy wracający do normy poziom dopaminy pozwala na przebudowę połączeń, co wiąże się z różnymi aktywnościami. Celowe zajęcia trenują funkcje wykonawcze.


Praca uczy mózg, że nagroda wymaga wysiłku i czasu, a zatem odraczania gratyfikacji, a nie natychmiastowego "kopa". Niestety zanim to nastąpi mamy problem ze znajdowanie sobie celowych zajęć, bo z powodu niskiego poziomu dopaminy wszystko wydaje nam się nudne. No i szukamy byle pretekstu, żeby tylko sobie "ulżyć".

Kora przedczołowa może stosować różne sztuczki byle natychmiast przełamać dopaminowy "impas". Próbuje więc racjonalizować nieracjonalną potrzebę destrukcyjnego odruchu. Tworzy iluzje i zaprzeczenia. Logicznie brzmiący powód czemu "musiałem" postąpić inaczej niż powinienem pozwala rozgrzeszyć ego z moralnych rozterek. 

Zrzucamy odpowiedzialność na innych ludzi albo szeroko rozumianą sytuację i możemy dalej kontynuować destrukcję. Psychicznym obciążeniem jest tu właśnie obniżona odporność na stres i trudne emocje - nawet małe problemy wydawać się mogą dla niedostosowanego mózgu ogromnym zagrożeniem.

Mózg może też celowo (podświadomie) "szukać" problemów, żeby zrobić sobie "dobrze" i mieć wymówkę. To mechanizm głodu utajonego - deklarujemy, że chcemy zerwać z nałogiem ale jakaś część nas wcale tego nie chce i w tym w zasadzie cały problem. Toczymy wewnętrzną walkę, hamletyzujemy, a na koniec "automatycznie" odtwarzamy zgrany skrypt.


Uczucia balansują pomiędzy cierpieniem a ulgą, a życie zamienia się w ucieczkę od bólu. Znasz łatwy sposób jak sobie ulżyć i uciekasz się do chemicznego czy też behawioralnego "oszustwa".  W mózgu utrwala się połączenie ulgi z jakimś syfem, a dopamina spada poniżej normy (efekt wahadła) co wywołuje jeszcze większe uzależnienie i wpadamy w błędne koło.

Konieczne jest "wyjście z pętli" czyli zmiana dynamiki pracy mózgu, ten jednak jest "maszynką do uczenia się", a jak już raz się czegoś nauczy to ciężko go potem oduczyć. Mózg biologicznie dąży do oszczędzania energii czyli opierania się na podświadomych schematach. Utrwalone "autostrady neuronalne" umożliwiają pracę na "autopilocie".

Wyłączenie automatycznego pilota wymaga budowania połączeń neuronalnych od zera, a to wiąże się z wyższymi kosztami energetycznymi. Kiedy musimy stary nawyk (czy też nałóg) zastąpić nowym, zapis tego starego gdzieś tam jednak pozostaje... W momentach zmęczenia czy stresu może uaktywnić się "mimowolnie". Mówi się więc, że uzależnienie pozostaje z nami na całe życie.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

POKOLENIE KOLUMBÓW

 
Kiedyś mówiło się, że Amerykę odkrył Krzysztof Kolumb. Można tak powiedzieć, choć nie było to pierwsze odkrycie tego kontynentu. Był już wcześniej odkrywany, tyle że... zapominany. Jak dzisiaj wiadomo wcześniej Nowy Świat odwiedzili choćby Wikingowie, lecz problemy z logistyką i wrogość tubylców nie pozwoliły im się tam zagnieździć.

Opowieści o tych podróżach przetrwały w sagach czyli staroskandynawskich dziełach epickich tworzonych przez tak zwanych skaldów i przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Uważano je jednak za mity, a więc nie traktowano jako źródeł wiedzy geograficznej. Odkrycie pozostałości po wikińskiej osadzie w Ameryce Północnej było więc pewnym zaskoczeniem. Ale to już fakt.

Istnieją też silne dowody językowe, genetyczne i botaniczne, że Amerykę Południową odwiedzały ludy Polinezji. Sprowadzali sobie stamtąd bataty i kobiety, co zapisało się w ich DNA. Odnaleziono też kości prekolumbijskich kurcząt powiązanych genetycznie z polinezyjskim drobiem. Istnieją hipotezy, że polinezyjscy żeglarze dotarli nawet do Kalifornii, gdyż unikalne techniki szkutnicze stosowane tam przez plemię Czumaszów przypominają te z Polinezji. 

Choć Polinezyjczykom udało się skolonizować bezludne wyspy Pacyfiku w Ameryce natrafili na ląd gęsto zaludniony przez rozwinięte cywilizacje, więc... zwinęli żagle.  Bardziej kontrowersyjne są inne teorie o prekolumbijskich odkrywcach. Czternastowieczny arabski historyk al-Umari twierdzi, że bajecznie bogaty cesarz z Afryki, władca Imperium Mali - Mansa Abu Bakr II - zrzekł się tronu aby badać granice Atlantyku.

Miał rzekomo wyruszyć na czele gigantycznej ekspedycji, która jednak nigdy nie powróciła... Entuzjaści "zakazanej historii" spekulują, że prądy oceaniczne teoretycznie mogły znieść flotę w kierunku Ameryki Południowej... Popularna (choć nie w kręgach naukowych) jest też teoria o afrykańskim wpływie na starożytną cywilizację Olmeków, o czym świadczyć mają wielkie kamienne głowy w których niektórzy dopatrują się cech fenotypu afrykańskiego.

Inni wiążą nawet pojawienie się Olmeków z upadkiem chińskiej dynastii Shang, na co mają wskazywać podobieństwa piktogramów. Oczywiście nie brakuje też takich którzy twierdzą, że Amerykę odwiedzali Templariusze, a nawet kosmici. A nawet takich co wierzą że Krzysztof Kolumb był Polakiem, a mianowicie nieznanym synem króla Włodysława Warneńczyka, który upozorował swoją śmierć w bitwie by czmychnąć na Maderę i rozkoszować się tam życiem incognito.

Środowisko naukowe uważa raczej, że Kolumb był sefardyjskim Żydem. Przyznają się do niego też Portugalczycy, Hiszpanie, Grecy i Włosi. Tak czy siak  Krzysiek nie wiedział nawet że odkrył Amerykę - sądził że dotarł do Indii. Możliwe więc, że najebał się na tradycyjnym polskim weselu a potem film mu się urwał i obudził się w dżungli. Ale to jeszcze nic - do Ameryki miał już szesnaście lat wcześniej dopłynąć inny Polak - Jan z Kolna.


Nie jest jednak pewne czy to był Polak i katolik bo Norwegowie i Duńczycy twierdzą inaczej. Ale źródłem tych rewelacji są kroniki spisane dwa wieki później więc może komuś pomyliły się daty. No i nie wiadomo czy w ogóle tam dopłynął, ani czy w ogóle istniał... Turecki prezydent Recep Erdogan twierdzi, że Amerykę odkryli Turcy. Domorośli "badacze" dopatrują się nawet w starożytnej Ameryce śladów Rzymian, Fenicjan i zaginionych plemion Izraela.

Owszem, czasami ogólnie przyjęte paradygmaty bywają błędne i na trop prawdy wpaść można tylko otwierając umysł na teorie z pozoru niedorzeczne. Ostatnio mamy niestety wysyp telewizyjnych "historyków", którzy tak naprawdę szukają na siłę sensacji, bo sensacja najlepiej się sprzedaje. Alternatywne teorie podważając autorytet "jajogłowych" budując u swoich odbiorców dumę z przynależności do ezoterycznej elity.

"Fake news" jest według algorytmów odsłaniających banalną statystyczną prawidłowość o naszych emocjonalnych skłonnościach bardziej klikalny od nudnej prawdy, nie daj Boże naukowej. Media i algorytmy siłą rzeczy karmią nas "atrakcyjną narracją" zamiast suchymi faktami, co może się zamienić w czystą fikcję. Wszyscy czasem lubimy odkryć jakąś Amerykę. Albo Atlantydę.

sobota, 27 czerwca 2026

OFIARY HISTORII


 Pokłóciliśmy się ostatnio z Ukraińcami. W zasadzie to Nawrocki się pokłócił, a cała reszta musiała się do tego ustosunkować. Bo dla "prawdziwego Polaka" najważniejsza jest godność narodowa, a dla kosmopolitycznego euroentuzjasty pragmatyzm geopolityczny. Oficjalnie Nawrocki nadal sprzeciwia się rosyjskiej agresji, ale zabrał Zełenskiemu Order Orła Białego.

Powodem miało być nazwanie jednostki wojskowej imieniem "bohaterów UPA". Odczytywać to można jako jakiś zgrzyt, lecz nie jest to żaden nagły zwrot w polityce historycznej naszych sąsiadów. Gloryfikacja Ukraińskiej Armii Powstańczej trwa tam już od odzyskania niepodległości w wyniku upadku Związku Radzieckiego, a więc od co najmniej trzech dekad. Swoje ordery dumnie zwrócili więc też pozostali trzej prezydenci Ukrainy.

Wiktor Juszczenko przyznał w 2010 roku tytuł bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze, a po euromajdanie zaczęto nawet nazywać imieniem tego niezbyt nam przyjaznego faszysty ulice w Kijowie... Od początku pełnoskalowej rosyjskiej inwazji symbole UPA są wykorzystywane w przestrzeni publicznej jako ikony walki z rosyjskim imperializmem. Pozdrowienie "Chwała Ukrainie" poniekąd jest odwołaniem do oficjalnego salutu tej organizacji.


Nagła historyczna histeria wydaje się co najwyżej przebudzeniem z ręką w nocniku, choć dopatrywać się w tym można też koniunkturalnego cynizmu. Kwesta ukraińska - czy też antyukraińska stała się ostatnio politycznym złotem. Kreatury takie jak Grzegorz Braun nie kryją się nawet z bezpardonową wrogością wobec tej kurewskiej, złodziejskiej, niewdzięcznej i krwiożerczej nacji. Dzisiaj nękające nas plagi to nie tylko wina Tuska i Niemców, ale również Ukraińców.

Rozpętanie historycznej kłótni wydaje się uwieńczeniem antyukraińskiej nagonki, w której już od dawna licytują się politycy prawicy. Co prawda na początku wojny pisowcy włazili Ukraińcom w dupę, wysyłali im czołgi i przyznawali ordery - byle tylko chcieli walczyć i chronić nas przed rosyjskim butem. Był nawet taki moment, że każdy w Europie (no prawie) chciał się fotografować z Zełenskim, bo ten stał się gwiazdą "walki ze złem". Duda sam rzucał mu się na szyję i nie chciał puścić aż prawie udusił...

Była to jednak "mądrość etapu". Na obecnym etapie mamy tu raczej chłopca do bicia. Bo ten kokainowy skurwiel liże teraz dupę Niemcom, Francuzom i Brytyjczykom, byle tylko dostawać broń i pieniądze. A my przecież przyjęliśmy do pracy na budowach i w rzeźniach tylu roboli, ruchamy prostytutki i płacimy im socjal. Ukraińskie zboże zalewa nasz rynek, a rosyjskie trolle ciężko pracują w internecie żebyśmy tylko nie zapomnieli o Wołyniu i tak dalej.


Oczywiście mieliśmy tam do czynienia z ludobójstwem, tyle że - co również prawdziwe - było ono zwieńczeniem wielowiekowego procesu historycznego. Nasze sąsiedztwo zaczęło się od najazdu Bolesława Chrobrego na Kijów, w ferworze której ten opasły knur wyczyścił Rusinom skarbiec i zgwałcił siostrę wielkiego księcia kijowskiego, ale nie cofajmy się aż tak daleko...  Prawdziwie wspólna historia to okres Rzeczypospolitej Obojga Narodów, kiedy to podbite wcześniej przez Litwę zimie ukraińskie inkorporowano do Korony Polskiej.

Ziemie te - zwane Dzikimi Polami - stały się "spichlerzem Europy" i źródłem potęgi ekonomicznej na której zbudowaliśmy swój "złoty wiek". Magnaci tworzyli tam gigantyczne latyfundia i trzepali kasę dzięki półniewolniczej sile roboczej, a chcąc podlizać się polskiej administracji ulegali kulturowej polonizacji i katolicyzmowi, odsuwając się od chamskiego prawosławnego ludu.

Zbiegli chłopi szukali wolności na niemożliwych do kontrolowania stepach tworząc tam wraz z przeróżnymi banitami i rzezimieszkami  specyficzną grupę społeczną zwaną kozaczyzną. Zorganizowali tam w zasadzie państwo w państwie, choć królowie polscy lubili korzystać z ich usług bo byli to tani i bitni najemnicy. Część z nich wciągnięto nawet oficjalnie do rejestru i przyznano stały żołd jako obrońcom granic przed najazdami tatarskimi. Niemniej narastający konflikt narodowo-religijny doprowadził w końcu do Powstania Chmielnickiego. 

Kozacki hetman szukał pomocy w Moskwie co z perspektywy czasu uwikłało Ukrainę w fatalną zależność od tyrańskiego imperium. Skutkiem apokaliptycznej wręcz rozpierduchy była katastrofa demograficzna i gospodarcza, geopolityczny podział Ukrainy a także trwale osłabienie pozycji Rzeczypospolitej na rzecz Moskwy. W końcu Polska stała się tylko rosyjskim protektoratem, a ostatecznie zniknęła z mapy.

Kozacy zostali oszukani przez Rosję co zrozumiał już Chmielnicki, pod koniec życia szukając sojuszu ze Szwecją... Ale było już za późno. Moskwa od razu po przejęciu lewobrzeżnej Ukrainy zaczęła ograniczać prawa Kozaków, lokować tam swoje wojska i ściągać podatki. Niezależna Metropolia Kijowska została podporządkowana Patriarchatowi Moskiewskiemu, co zniszczyło autonomię religijną. A dzieła dopełnił terror skierowany również w ludność cywilną.

Caryca Katarzyna II zlikwidowała urząd hetmana i zniszczyła kolebkę kozaczyzny - Sicz Zaporoską - narzucając miłującym wolność Kozakom pańszczyznę. Można więc powiedzieć, że Kozacy walcząc z "polskimi panami" zafundowali sobie "większe zło". Ale po pierwszej wojnie światowej państwowość polska zaczęła się odradzać. Józef Piłsudski w koncepcji państw buforowych z kluczową rolą Ukrainy widział zaporę przed rosyjskim imperializmem.


Stąd znane powiedzenie, że nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. Piłsudski zawarł nawet taktyczny sojusz z twórcą efemerycznej Ukraińskiej Republiki Ludowej Symonem Petlurą. Choć Ukraińcy walczyli wtedy ramię w ramię z Polakami oddając im Wołyń zostali zmiażdżeni przez tryby bezlitosnej historii. Polacy zasiedli z Bolszewikami do stołu bez udziału Petlury oddając "przyjaciół" na pastwę systemu radzieckiego. Skończyło to się wielkim głodem.

W optyce ukraińskiej wyglądać to musiało na cyniczny podział jej etnicznego terytorium. W II RP Ukraińcy stanowili 14% całego społeczeństwa, ale odmówiono im autonomii. Prowadzono politykę polonizacji przez edukację i kulturę, zamykano i burzono cerkwie... Sytuacja po polskiej stronie granicy była bez wątpienia lepsza niż po radzieckiej, co nie zmienia faktu, że Ukraińcy czuli się tu obywatelami drugiej kategorii.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów odrzucała dialog z Polską uciekając się do terroryzmu i sabotażu, a kulminacją jej działalności był zamach na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego. Odpowiedzią była tym mocniejsza pacyfikacja i niszczenie instytucji ukraińskiej kultury. Narastające resentymenty miały znaleźć swoje tragiczne ujście w trakcie chaosu drugiej wojny światowej, który stał się katalizatorem etnicznej nienawiści.

Jak to się wszystko skończyło wiemy wszyscy... W 1943 roku sytuacja wskazywała już na nieuchronną klęskę Niemiec, więc UPA szykowała się na długi konflikt z Moskwą. Obawiano się też ponownego włączenia Wołynia do Polski. Skrajnie sfrustrowane i straumatyzowane ukraińskie masy chłopskie dokonały okrutnej rzezi na Polakach, którzy również byli chłopami, a nie żadnymi mitycznymi "panami".


Przy pomocy prostych narzędzi gospodarskich (wideł, siekier, kos) mordowano masowo całe wsie - niemowlęta, kobiety i starców - co dzisiaj stanowi iskrę zapalną historycznego sporu. Domagamy się rozliczenia w formie jakiegoś "przyznania się do winy", choć ciężko powiedzieć na czym miałoby ono dokładnie polegać. W 2016 roku prezydent Petro Poroszenko klęczał już przez pomnikiem ofiar zbrodni wołyńskiej na warszawskim Żoliborzu.

Ale my oczekiwalibyśmy raczej zdecydowanego odcięcia się od tradycji UPA co w obecnych realiach wojennych wydaje się zupełnie niemożliwe. Jest to przecież fundament pewnego mitu założycielskiego opowiadającego o ludowym oporze przeciwko sowieckiemu totalitaryzmowi. Sprawiedliwie trzeba jednak przyznać, że zbrodnie UPA popełnione na Polakach są w ukraińskiej historiografii systematycznie bagatelizowane.

sobota, 20 czerwca 2026

ROLOWANIE DOPAMINY


 Jednym z kluczowych neuroprzekaźników regulujących nasze zachowanie jest dopamina. Dużo się o niej ostatnio mówi w kontekście bodźców dostarczanych nam przez "cyfrowe narkotyki" - spersonalizowane treści, media społecznościowe, przewijanie rolek. Aplikacje przykuwają naszą uwagę dzięki stymulacji układu nagrody.

Dekoncentrujemy się i zapętlamy w bezmyślnym nawyku który nie służy w zasadzie niczemu poza dostarczaniem pustej dopaminy. W ewolucyjnej przeszłości służyła ona celom związanym z przetrwaniem i reprodukcją, dziś okiełznaliśmy ją dla własnej "przyjemności", choć to przyjemność mocno dyskusyjna. Gdy poziom dopaminy zwiększa się nadmiernie zmniejsza się jej poziom bazowy.

To pułapka znana alkoholikom czy amfetaminiarzom, choć także "ćpunom behawioralnym" - hazardzistom, pracoholikom, zakopoholikom czy wreszcie kompulsywnym użytkownikom smartfonów. Wszyscy mamy w sobie adaptacyjny "głód nagrody" który motywował nas do osiągania zamierzonych celów. Gdy nagrody są natychmiastowe mózg zajmuje się "robieniem sobie dobrze".

Poziom bazowy to ogólny poziom energii, motywacji i chęci do działania. Podlega on "huśtawce" - stężenie dopaminy rośnie gdy doświadczasz czegoś ekscytującego, przewidujesz przyjemność lub jesteś mile zaskoczony (tak zwana niespodzianka). Po chwilowej przyjemności poziom spada poniżej wartości bazowej, a ty chcesz powtórzyć przyjemne doświadczenie.

Będziesz chciał powtarzać takie doświadczenie, nawet jeśli adaptacyjnie jest gówno warte, gdyż ewolucja nie przewidziała istnienia nowoczesnych "nagród" , które tak naprawdę są złodziejami naszej uwagi, czasu i pieniędzy. To pułapka celowo opracowana przez behawiorystów zaprzedanych korporacjom - przeglądarki i media społecznościowe wzorowano na automatach do gier wywołujących nagłe i losowe skoki dopaminy.


Smartfony to zaś esencja tej "rewolucji informacyjnej" - osobiste i kieszonkowe "igły dopaminowe" dzięki którym możemy w każdej chwili wstrzyknąć sobie "działkę". A ponieważ przebodźcowanie powoduje spadek poziomu bazowego odczuwamy coraz większy głód i uzupełniamy braki kolejnymi pustymi bodźcami. Nawet siedząc przed telewizorem nie jesteśmy w stanie powstrzymać się od spoglądania na telefon.

Kiedy tylko poczujemy najlżejsze oznaki znudzenia automatycznie musimy pobudzić się obrazkiem ze smartfona. Mózg przyzwyczaja się do łatwych nagród przez co coraz trudniej koncentrować się na trudnych wyzwaniach. W ewolucyjnej przeszłości nie mieliśmy tylu łatwych źródeł dopaminy, więc pomagała ona pokonywać opór psychiczny związany z realizacją ambitnych planów i pokonywaniem przeszkód.

Mózg przetwarza przyjemność i ból w kluczowym dla homeostazy obszarze zwanym podwzgórzem ponieważ nagrody często były odpowiedzią na nieprzyjemne doznania takie jak głód, niezaspokojone popędy czy stres. W takich sytuacjach potrzebny był nam napęd do działania który zmuszał nas do wysiłku. Podstawową funkcją dopaminy jest budzenie motywacji w dążeniu do celu.

Jeśli widzisz w czymś sens i wartość gotowy jesteś do tego dążyć nawet jeśli wiąże się to z niekomfortowymi doznaniami, gdyż dopamina zaczyna uwalniać się już w trakcie procesu zmagania się z przeciwnościami wzmacniając naszą wytrzymałość i determinację. Dzięki temu nie zniechęcamy się porażkami i błędami, uczymy się nowych rzeczy i budujemy konstruktywne nawyki.


Natychmiastowe nagrody wyczerpują poziom dopaminy. Tymczasem w trakcie realizacji pasjonujących zadań jej poziom rośnie. Gdy mózg otrzymuje pozytywne informacje zwrotne o postępach w zbliżaniu się do nagrody motywujący neuroprzekaźnik już zaczyna się wydzielać podtrzymując nasze zainteresowanie. Każdy kolejny krok to nowy zastrzyk energii, stąd porzekadło o radosnej pogoni za króliczkiem.

Mózg czerpie energię z samego procesu dążenia do celu, a po jego osiągnięciu wyznacza sobie nowy. To paliwo naszej ciekawości, zmuszające nas do ciągłego zadawania pytań i pogłębiania wiedzy. Prawdziwa pasja jest najlepszym antidotum na wypalenie, ponieważ zapewnia nam autonomiczną od zewnętrznych nagród motywację - daje nam prawdziwą radość zamiast pieniędzy, dyplomów i motywacyjnego bełkotu.

Często po prostu "wypadamy z narracji", robiąc rzeczy które wcale nie przynoszą nam satysfakcji ponieważ musimy zarabiać, inni tego oczekują, czy też boimy się stracić twarz. Gdy rzeczywistość rozmija się z marzeniami coraz trudniej nam się motywować. Podczas robienia tego co naprawdę kochasz wysoki poziom dopaminy blokuje rozpraszające bodźce i zapewnia głębokie skupienie w którym zatracasz poczucie czasu.

To mistyczny stan przepływu (flow). Zatapiasz się w wykonywanej czynności ulegając hipnotycznemu wręcz zaangażowaniu, sprawnie łączysz informacje odsiewając szum, a godziny mijają jak minuty. W aktywności elektrycznej mózgu dominują fale alfa i theta. Fale alfa zapewniają stan relaksu wyłączając "krytyczne ego", natomiast fale theta uruchamiają nieszablonową kreatywność i konsolidację pamięci.

Kora przedczołowa nieco "zmniejsza kontrolę" nad spontaniczną aktywnością mózgu, dzięki czemu staje się ona bardziej płynna - pomysły nie podlegają cenzurze mentalnego dupościsku, a my możemy przekraczać własne granice. Mózg zalewa koktajl neuroprzekaźników z dopaminą w roli głównej. Czujemy się uskrzydleni, wyzwoleni, zjednoczeni z rzeczywistością.

Gdy energia psychiczna zostaje przekierowana na konkretne zadanie mózg nie zamartwia się przyszłością, nie analizuje przeszłości, koncentruje się na "tu i teraz". Niestety innych ludzi na ogół gówno obchodzi czy realizujemy swoje pasje, a bardziej to czy mogą nas wykorzystać do swoich celów. Często więc nie mamy szansy na rozwijanie swojego potencjału.


Zmęczenie i stres drastycznie obniżają naszą samokontrolę przez co tym częściej korzystamy z łatwych źródeł dopaminy - telefonu, zakupów, słodyczy czy alkoholu. Kora czołowa "oszczędza energię" oddając pole impulsywnemu układowi limbicznemu domagającemu się natychmiastowej gratyfikacji. Wyczerpany mózg desperacko szuka krótkotrwałej choćby przyjemności.

Może to prowadzić do błędnego koła w którym czynności uzależniające stają się lekarstwem na nasze bolączki, a dawne pasje odkładasz gdzieś na półkę. Przypomnij sobie zresztą ile kiedyś miałeś pomysłów. Dziś jedynym pomysłem jest po prostu przetrwać dzień i sprostać ciążącym na tobie zadaniom. Stopniowe kurczenie się puli rzeczy które sprawiają nam przyjemność wiedzie nas do cyfrowego nałogu.

Długo broniłem się przed posiadaniem komórki, a potem smartfona, przez co uchodziłem za niedostosowanego debila. Dziś posiadanie tego gadżetu stało się egzystencjalną koniecznością, a ja stałem się debilem dostosowanym. Niby więc wykorzystuję go do czytania, choć często to sam nie wiem do czego.

piątek, 12 czerwca 2026

WYBRYK NATURY


Twojego mózgu nie obchodzi czy jesteś szczęśliwy czy nie, tylko czy przeżyjesz. Stąd też dysponuje całą gamą nieprzyjemnych stanów aby ci uświadomić, że pakujesz się w jakieś gówno. Czujesz ból - niekoniecznie fizyczny - i wiesz, że zrobiłeś coś złego z ewolucyjnego punktu widzenia.

Dlatego unikasz pakowania się w bolesne sytuacje. Zapisują się one jednak silnie w pamięci, abyś unikał takich doświadczeń w przyszłości. Niekiedy ten mechanizm może prowadzić do zespołu stresu pourazowego i zupełnie dezorganizować życie. Pamiętamy o rzeczach o których nie chcemy pamiętać.

Możemy o nich nawet nie mówić, czy starać się nie myśleć. Freud nazywał to wyparciem. Ale gdy jakiś wyzwalacz uruchomi nasze skojarzenia pociągnie to za sobą całą kaskadę emocjonalną. Organizmy ludzkie które zapominały o kłopotach jakich doświadczyły zwykle miały mniejszą szansę na ich unikanie.

Tyle w teorii, bo jak masz zespół stresu pourazowego to może ci spierdolić życie - nawet w bezpiecznych sytuacjach towarzyszyć ci będzie absurdalny lęk który nie ma żadnego uzasadnienia poza twoimi emocjami. Ale system woli być raczej nadwrażliwy niż ignorować zagrożenia.

Lęk to strach przed potencjalnymi zagrożeniami. Nasz mózg bez przerwy tworzy różne symulacje, scenariusze i prognozy w których uwzględnia potencjalne problemy. Można nawet powiedzieć, że aktywnie je wyolbrzymia, żeby przygotować na nie właściwą reakcję.


Jesteśmy mistrzami w martwieniu się na zapas. Siłą rzeczy wiele czynników pozostaje poza naszą kontrolą, a kiedy tracimy kontrolę wpadamy w panikę. Szczególnie stresują nas sytuacje społeczne, choć w dzisiejszych czasach z powodu wykluczenia społecznego nie grozi nam już śmierć głodowa.

Choćbyśmy zapierali się, że jest inaczej, jesteśmy bardzo wyczuleni na informacje zwrotne i stale porównujemy swój status z innymi. Jesteśmy wręcz przeczuleni na punkcie swojego wizerunku i tego jak jesteśmy przez innych odbierani. Społeczny konformizm każe nam zbytnio nie odstawać i zabiegać o uznanie.

Ale wszelkie przyjemne stany są ulotne abyśmy nie spoczywali na laurach. Nie wystarczy być dobrym - trzeba być jeszcze lepszym. Trenerzy rozwoju osobistego nazywają to rozwojem, choć w gruncie rzeczy to pogoń za satysfakcją która ciągle się wyczerpuje. Gdy sytuacja nas przerośnie możemy popaść w depresję.

To również mechanizm obronny - przeciążony organizm mówi wtedy STOP i zaczyna "lizać rany". Ale w dzisiejszych czasach musimy być ciągle aktywni więc nie możemy pozwolić sobie na depresję. Życie to ciągły wyścig, a kto zostaje w tyle ten może nie nadrobić potem zaległości.

Nawet kiedy nie jesteśmy szczęśliwi musimy udawać że jest inaczej żeby nie zepsuć sobie wizerunku. Żyjemy w kulturze sukcesu w której nie ma miejsca dla przegrywów, nieudaczników i frajerów. Wszyscy unikają takich dupków więc wielu z nich nosi maski i zaciska zwieracze. Publikują zdjęcia z "wesołych wakacji" na fejsbuku.


Ile naszych emocji jest prawdziwych, a ile tylko inscenizowanych? Każdy z nas chyba to rozróżnia - niektóre wspomnienia powracają do nas właśnie z mocą swej "autentyczności". Najczęściej są unikalne i wiążą się z odkrywaniem nowych rzeczy czy miłością. Gdy zaś zaczynamy "grać" cały czar ulatuje i pozostaje tylko przyklejony uśmiech.

Piękno zachowuje swoją niezwykłość właśnie przez kontrast z szarą codziennością. Najpiękniejsze chwile nie mogą więc trwać wiecznie, ale zyskują swoją największą magię kiedy już przeminęły i z nostalgią do nich powracamy. Życie to spektrum różnych stanów w których odnaleźć możemy niekiedy prawdziwe skarby.

Bądźmy więc uważni, a na co dzień zmagajmy się z rutyną, a niekiedy nawet lękiem. Taka już jest nasza biologia - neurochemiczny koktajl nie może wiecznie lać się niczym szampan w Dubaju.  Przede wszystkim zaś nie bierzmy wszystkiego na serio. Życie jest żartem, nawet jeśli czasami jest to czarny humor.

czwartek, 4 czerwca 2026

SZLIFOWANIE MÓZGU


 Życie bez mózgu nie jest możliwe, ale z ekstremalnie małym mózgiem niekiedy tak. Dzięki neuroplastyczności układ nerwowy potrafi przystosować się do różnych anomalii. Jeśli niszczenie tkanki mózgu następuje powoli zdrowe neurony uczą się przejmować funkcje tych utraconych.

O ile działa zarządzający podstawowymi procesami życiowymi pień mózgu, do "myślenia" wystarczy nawet cienka warstwa kory mózgowej. Pewien 44-letni francuski urzędnik utracił 90% mózgu, co zresztą odkryto zupełnie przypadkiem gdy zgłosił się do szpitala z powodu osłabienia nogi.

Jego mózg został dosłownie zmiażdżony przez gromadzący się płyn mózgowy-rdzeniowy, a resztki ostały się tylko na ściankach czaszki. Choć biurokrata miał dosyć niskie IQ (na poziomie 75 punktów) nadal pracował, był mężem i ojcem dwójki dzieci.

A więc to jednak prawda że wykorzystujemy tylko 10% swojego mózgu? Oczywiście nie - mit ten wywołuje u neurobiologów irytację, gdyż cały mózg jest aktywny nawet podczas snu. Mit wziął się z tego, że mózg składa się w większości z komórek glejowych.

Owszem - za myślenie odpowiedzialne sensu stricto są neurony, lecz bez komórek glejowych ich działanie nie byłoby możliwe. Einstein miał wyższy stosunek komórek glejowych do neuronów niż przeciętny człowiek, w czym niektórzy widzą sekret jego inteligencji.

Więc raczej wskazane jest posiadanie całego mózgu, choć możliwe jest na przykład życie bez jednej półkuli. Usunięcie jej to ostateczność, ale jeśli wykona się taki zabieg w dziecięcym wieku gdy plastyczność jest najpotężniejsza druga połówka potrafi się "przeprogramować" przejmując funkcje tej utraconej.

Po dziecięcym porażeniu mózgowym stan sprawności pacjenta może się zmienić na lepsze dzięki rehabilitacji. Nawet gdy w wieku dorosłym przydarzy się nam udar mózg może jeszcze częściowo skompensować sobie utracone funkcje. Naturalną koleją rzeczy jest utrata neuronów postępująca z wiekiem.


Po 40 roku życia nasz najwspanialszy organ kurczy się w tempie 5% na dekadę, a po siedemdziesiątce nawet jeszcze szybciej. Ubywa nie tylko neuronów ale również istoty białej z której zbudowane są osłonki mielinowe - swoista izolacja impulsów elektrycznych. Rozproszenie powoduje ich wolniejsze przesyłanie.

Mózg traci też stopniowo zdolność do tworzenia nowych połączeń synaptycznych, coraz bardziej polegając na skrystalizowanych schematach. Ich nagromadzone zasoby kompensują jednak ubytki tak długo jak to tylko możliwe. Zwyczajowo nazywamy to mądrością życiową, neurobiolodzy mówią zaś o rezerwie poznawczej.

Mózg zbierając różnorodne doświadczenia tworzy gęstą sieć zoptymalizowanych "połączeń awaryjnych" - gdy jedne neurony umierają inne przejmują ich zadania dzięki czemu długo nie odczuwamy intelektualnych konsekwencji starzenia. Do pewnego momentu utrwalone wzorce zwiększają nawet naszą sprawność w rutynowych zadaniach.

Mózg się "specjalizuje" choć koncentracja i szybkość przetwarzania informacji słabnie. Może to przebiegać wolniej lub szybciej w zależności od genetyki i trybu życia - diety, ilości snu, regularnego wysiłku fizycznego, ciągłej nauki nowych umiejętności, stosowanych używek i tak dalej...

Koniec końców mózg musi się zepsuć, choć zazwyczaj prędzej zepsuje się coś innego dzięki czemu umieramy bez demencji. Przedłużająca się długość życia zwiększa niestety ryzyko, że w końcu i my staniemy się zdziecinniałymi staruszkami. Dlatego żyj szybko, umrzyj młodo i zostaw atrakcyjne zwłoki.

Albo umrzyj młodo najpóźniej jak się da... Zwłaszcza jeśli to pierwsze ci się nie udało musisz spróbować tej drugiej opcji. Życie bez mózgu jest możliwe (powiedzmy), ale co to za życie? Najważniejsze jest głębokie doświadczenie - kilka takich zapadło mi w pamięć. Zawsze jednak warto próbować czegoś nowego, eksplorować nowe obszary, podróżować w nieznane.


Tyle że chciwy świat lubi okradać nas z energii - aby sprostać wymaganiom tracimy ją na rzeczy które tak naprawdę nie są najważniejsze. Zwłaszcza dzisiaj gdy nieustanny strumień bodźców degraduje dopaminę w układzie nagrody a stres i zaburzenia rytmu dobowego osłabiają samokontrolę, uwagę przyciągają rozmaite duperele.

Kiedy byłem mały wszyscy kazali mi się uczyć różnych rzeczy, które z perspektywy czasu okazywały się służyć tylko uzyskaniu dokumentów. Dziś gdy chcę zgłębiać jakieś tematy odmawia mi się do tego prawa, bo to się nie monetyzuje. Mój starzejący się mózg powinien być "mądry" i zrozumieć, że wolność jest towarem luksusowym.

Wszystkim wokoło chodzi tylko o to by mnie uzależnić - od swoich aplikacji, produktów, społecznych nagród. Niczym płyn w czaszce słynnego medycznego przypadku - wspomnianego Żabojada z pustym łbem - głowę wypełnia mi sterta informacyjnych śmieci. Na koniec wypali się tam czarna dziura, stanę się cynikiem i... będę żył dalej.