Łączna liczba wyświetleń

piątek, 9 października 2026

LABORATORIUM BOGA


 W 1925 roku francuski biolog Edouard Chatton zauważył pomiędzy organizmami różnice w budowie komórkowej - badając pierwotniaki odkrył, że ich komórki zbudowane są inaczej niż te należące do bakterii. Zaproponował więc podział na prokarionty i eukarionty, który szybko się spopularyzował i stał się obowiązujący.

Podstawową różnicą była kwestia jądra komórkowego - u prokariontów nie występowało ani jądro, ani zaawansowane organelle ("organy"), a ich komórki są znacznie mniejsze. Eukarionty przechowują liniowo zbudowane DNA właśnie w jądrze, gdy tymczasem koliste DNA prokariontów pływa swobodnie w cytoplazmie.

Do najbardziej zaawansowanych organelli eukariontów należy mitochondrium, w którym ze składników odżywczych i tlenu (lub też wykorzystując inne związki chemiczne)  syntezuje się uniwersalne życiodajne "paliwo"  ATP. A jak bez tej "elektrowni" radzą sobie prokarionty? Wykorzystują podobną maszynerię białkową, tyle że u nich cała komórka jest "jednym wielkim mitochondrium".

Jest to ciekawe w świetle teorii endosymbiozy. Według niej mitochondria nie powstały "od zera", lecz były kiedyś samodzielnymi bakteryjnymi komórkami wchłoniętymi później przez większe komórki. Bakteria była bezpieczna we wnętrzu gospodarza, a w zamian dostarczała mu energii. Wskazuje na to choćby posiadanie przez mitochondria swoistego kodu genetycznego (innego od komórkowego) o kolistej strukturze.

U organizmów samożywnych uzupełnieniem mitochondrium jest chloroplast pochodzący od bakterii zdolnej do fotosyntezy. Komórka która była już eukariotyczna dodatkowo wchłonęła jeszcze sinicę zaopatrującą ją w cukry... Dzięki tym "innowacjom" komórki eukariotyczne mogły przełamać ograniczenia energetyczne i strukturalne.

Eukarionty zaczęły ewoluować w organizmy wielokomórkowe - tak powstały rośliny, grzyby, zwierzęta, człowiek... Dodatkowa energia pozwoliła zwiększyć rozmiary komórek, zbudować szkielet komórkowy, a także precyzyjnie regulować ogromne ilości informacji genetycznej, co jest niezbędne dla funkcjonowania wielokomórkowców. Geny muszą u nich włączać i wyłączać się w zależności od potrzeb.


Wszystkie komórki naszego ciała posiadają przecież zasadniczo takie samo DNA, a jednak komórki są zróżnicowane. Ale to już inna historia, a ja chcę tutaj zagłębić się raczej w tajemniczą przeszłość... Powstanie komórki eukariotycznej było z pewnością przełomem, lecz przez długi czas nie wiedziano co może być brakującym ogniwem w tej układance. Prokarionty utożsamiano po prostu z bakteriami.

Do bakterii zaliczano zaś wszystkie jednokomórkowce pozbawione jądra. Nowe odkrycia przyniosły dopiero badania kodu genetycznego. W 1977 roku amerykański mikrobiolog Carl Woese odkrył organizmy tak bardzo różniące się genetycznie od bakterii, że wyodrębnił z nich nową domenę. Początkowo nazwał je archebakteriami, gdyż sądził że to niedobitki jakichś archaicznych przodków bakterii.

W przeciwieństwie do protistów czyli jednokomórkowych eukariontów nie miały wszak jądra ani organelli, lecz ich unikalna biochemia przypominała bardziej komórki eukariotyczne. Paradoksalnie bardziej nawet przypomina biochemię komórki ludzkiej niż bakteryjnej... W 1990 roku Carl Woese zrozumiał, że to zupełnie odrębna ewolucyjnie grupa i zaproponował utworzenie (obok prokariontów i eukariontów) domeny archeonów, a nowa taksonomia została uznana przez naukę.

Archeony miały ewoluować całkiem niezależnie od bakterii, choć w pewnym momencie stały się swoistym łącznikiem ze światem eukariontów. Doprowadzić miała do tego właśnie wspomniana już endosymbioza - to właśnie archeon miał być tą "nadrzędną" komórką która wchłonęła bakterię. W 2015 roku naukowcy odkryli na dnie Morza Arktycznego (między Norwegią a Grenlandią) grupę archeonów Asgard, z której wywodzą się wszystkie organizmy wielokomórkowe.

Okazało się że pewne elementy komórki eukariotycznej istniały na Ziemi na długo przed pojawieniem się pierwszych eukariontów. Archeony te tworzą wypustki dzięki którym mogły pochwycić bakterię i przerobić ją na mitochondrium... Cały nasz aparat genetyczny - sposób replikacji DNA, transkrypcja RNA, upakowanie chromatyny oraz synteza białek to dziedzictwo archonów z Asgardu. Te żywe skamieliny wyewoluowały ponad 2 miliardy lat temu!!!

Wskazuje na to tak zwany "zegar molekularny". Mutacje w DNA akumulują się w pewnym stałym i przewidywalnym tempie, więc mając do dyspozycji geny wielokomórkowców i tych pradawnych archeonów naukowcy mogli obliczyć kiedy nasze drogi rozdzieliły się. Dzięki temu wiemy, że archeony te zbudowały potrzebne do rozwoju zaawansowanych form życia narzędzia na długo przed endosymbiozą.

Zaobserwowano też że żywe mikroby Asgard potrafią łączyć się z bakteriami za pomocą nanorurek żeby wymieniać z nimi substancje odżywcze. A zatem było to zapewne miejsce narodzin naszych własnych komórek... Skąd jednak wzięły się archeony i bakterie? Najprawdopodobniej pochodzą od wspólnego przodka. Tego ostatniego wspólnego przodka wszystkich organizmów nauka określa akronimem LUCA (Last Universal Common Ancestor).


LUCA nie był pierwszą żywą istotą jaka powstała, ale ostatnim ogniwem od którego wywodzą się wszystkie żywe organizmy. Najprawdopodobniej istniały alternatywne gałęzie życia które jednak nie rozwinęły się w złożone formy. Niektórzy naukowcy snują hipotezy o istnieniu tak zwanej "biosfery cieni" czyli żyjących gdzieś w niedostępnych środowiskach drobnoustrojach, wywodzących się z innego aktu abiogenezy.

Organizmy takie miałyby zupełnie inną biochemię, co czyniło by je niewidocznym dla naszych narzędzi pomiarowych. Poza tym mogłyby się rozwijać w zupełnie ekstremalnych środowiskach. Jak wiadomo takie środowiska są słabo zbadane, ale to co w nich zdołaliśmy już odkryć przeczy naszym  dotychczasowym intuicjom. Życie jest dużo odporniejsze niż mogłoby się wydawać i prawdopodobnie przetrwa nawet atomową apokalipsę kiedy jakiś pijany świr naciśnie w końcu czerwony guzik.

Możliwe jest nawet życie bez tlenu i energii słonecznej. W RPA odkryto w odizolowanych przez miliony lat podziemnych zbiornikach wody jednostkowy ekosystem tworzony przez jedyny organizm zdolny tam do życia - bakterię Desulforudis audaxviator. Ten mikrob żyje tam dzięki... rozpadowi radioaktywnego uranu. W procesie zwanym radiolizą promieniowanie rozbija cząsteczki wody na wodór i nadtlenek wodoru, a niewybredna bakteria łącząc wodór z siarczanami wytwarza życiową energię.

Z otoczenia pobiera tylko węgiel i azot, ale to wystarczy jej żeby syntezować wszystkie potrzebne cząsteczki organiczne. Pożeranie przysłowiowych kamieni (a ściślej mówiąc związków nieorganicznych) określa się litoautotrofią. Ten sposób odżywiania wykorzystują bakterie wodorowe, siarkowe, nitryfikacyjne czy żelaziste. Prawdopodobnie był to pierwotny sposób odżywiania się organizmów na Ziemi.

Pierwotne organizmy czerpały energię bezpośrednio z minerałów i gazów organicznych. Porównując stopień różnic genetycznych pomiędzy archeonami i bakteriami badacze mogą określić kiedy ich genetyczne drogi rozeszły się, to znaczy kiedy żył LUCA. Zegar molekularny wskazuje, że miało to miejsce jakieś 4,2 miliarda lat temu - zaledwie kilkaset milionów lat po uformowaniu się planety. Środowisko Ziemi było wtedy pozbawione tlenu i warstwy ozonowej.


Życie miało narodzić się w głębinach oceanów, gdzie alkaliczne kominy hydrotermalne dostarczały w bród "kamieni" i gazów do utleniania, a jedynym źródłem węgla był wszechobecny dwutlenek węgla. Oczywiście LUCA nie był pojedynczą komórką a raczej pewną populacją komórek która żyła w tym czasie, dokonującą horyzontalnego transferu genów między sobą.  Komórki "przerzucały" się genami tworząc swego rodzaju pierwotny genetyczny megasystem.

System ten nie wystrzelił sam z siebie, lecz musiały istnieć już wcześniej miliardy innych wcześniejszych form "życia", a w zasadzie prostych replikatorów. Lecz tamte linie wymarły (prawdopodobnie) a przetrwały jedynie "dzieci" populacji LUCA, oparte na dwudziestu tych samych aminokwasach do budowy białek. Co jednak paradoksalne - a nawet kuriozalne - trwa spór w jakim stopniu LUCA był... żywy.

Wiele wskazuje na to, że nie był w pełni samodzielny i brał różne gotowe "cegiełki" ze środowiska. Nie miał też (być może) szczelnej granicy w postaci błony komórkowej, rozwijając się we wnętrzu mikroskopijnych porów skał wulkanicznych. Był raczej półotwartym systemem biochemicznym, czymś pośrednim pomiędzy chemią a biologią. Samoorganizujący się cykl reakcji chemicznych zaczął się replikować przy pomocy genów...

Życie potrafi funkcjonować w trybie niemal... martwym. W głębokiej biosferze (na dnie oceanów czy wewnątrz skał kontynentalnych) odkryliśmy w XXI wieku mikroorganizmy o ekstremalnie wolnym metabolizmie, pobierające z otoczenia tylko minimalne ilości energii i reprodukujące się raz na kilka tysięcy lat!!! Jedynym "zajęciem" takiego jednokomórkowego zombie jest przetrwanie metaboliczne i naprawa powstających z upływem czasu uszkodzeń DNA.

Pokazuje to, że życie pierwotnie mogło po prostu "trwać" przez tysiące, setki tysięcy czy miliony lat, zanim wykształciło mechanizmy reprodukcji. Ale to właśnie takie nudne życie pozwoliło przetrwać setki milionów lat tym niezwykłym organizmom, pomimo globalnych kataklizmów i katastrof. W 2010 roku japoński geomikrobiolog Yuki Morono wydobył z głębin Wiru Południowopacyficznego mikroorganizmy pamiętające czasy dinozaurów.

Biedaczki nie miały od dawna dostępu do pożywienia, ale kiedy je im dostarczono okazało się, że jeszcze żyją, choć minęło już 100 milionów lat!!! Kiedy już się "najadły" mikroby zaczęły się gwałtownie dzielić. Koncepcja maksymalnej długości życia komórki w zasadzie nie istnieje, o ile mamy ekstremalnie wolny metabolizm i minimum energii do naprawy uszkodzonych struktur.

piątek, 2 października 2026

FUR DEUTSCHLAND

 
Kiedy kształtował się "nowoczesny" nacjonalizm (XIX w.) definiował naród przez pryzmat wspólnej historii, kultury czy języka. Ponieważ Europa była w znacznej mierze "zawłaszczona" przez mocarstwa z natury swej był też antyimperialny. Głosił wszak ideę samostanowienia - każdy naród miał mieć prawo do posiadania własnego państwa.

Paradoksem jest to, że w sensie politologicznym większość powstałych po rozbiciu struktur imperialnych państw to państwa niehistoryczne. Jako Polacy szczycić się możemy tym, że my należeliśmy do narodów historycznych - obok Anglików, Francuzów, Hiszpanów czy Portugalczyków. Finowie, Estończycy, Łotysze, Białorusini, Słowacy czy Albańczycy nigdy wcześniej nie posiadali własnego państwa.

Dowodem ich tożsamości był najczęściej lokalny język rdzennych chłopów i stworzone w nim przekazy ludowe, a pomimo braku ciągłości historycznej i struktur państwowych można było też pogrzebać w bardziej odległej przeszłości, nawiązując choćby do ludów starożytnych zamieszkujących dane terytorium... Naród jest urojeniem - tworem stworzonym w umysłach.

Ponieważ tak powstające państwa walczyły z imperialnym uciskiem walce tej nadawano wymiar wręcz moralny. Nie tylko my byliśmy "Chrystusem narodów" - paliwem wszystkich nacjonalizmów stawał się topos różnie rozumianej "misji dziejowej". Oczywiście misję taką zupełnie inaczej rozumiały mocarstwa - Wielka Brytania, Francja, Niemcy czy Rosja.

Ich "zadaniem" miało być niesienie cywilizacji azjatyckim i afrykańskim dzikusom, przewodzenie Europie czy zjednoczenie Słowian... Fakt że często musieli to robić wbrew woli ludów którym nieśli te dobrodziejstwa wynikał z ciemnoty i ignorancji tych zacofanych niewdzięczników. Po pierwszej wojnie światowej mapa Europy rozpadła się na małe puzzle, lecz imperialny nacjonalizm znalazł pożywkę w poczuciu krzywdy i rewanżyzmie.

Wydymani Włosi postanowili odrestaurować Cesarstwo Rzymskie, a upodleni Niemcy unieważnić traktat wersalski, bolszewicka Rosja za cel postawiła sobie "wyzwolenie" europejskiego proletariatu... O wielki kryzys gospodarczy masy zaczęły obwiniać system demokracji liberalnej - po co komu wolność skoro nie ma co do garnka włożyć? Władzę (także w Polsce) objęli populiści, którzy obiecali dyscyplinę, porządek, silną rękę...


Za tym miał iść dobrobyt, sprawiedliwość dziejowa, świetlana przyszłość i Bóg wie co jeszcze... Skutek był odwrotny do zamierzonego - krew, pot i łzy. Morze ruin i bezmiar cierpienia. Lecz to również dało pożywkę nacjonalizmowi - tym razem poprzez zmitologizowanie heroizmu, męczeństwa i ofiar. Tak zwany "nacjonalizm niewiniątek" koncentruje się na historycznych krzywdach, cierpieniach i martyrologii dając prześladowanym poczucie moralnej wyższości.

Jako Polacy wiemy o tym najlepiej - powstanie warszawskie, rzeź wołyńska, Katyń... Jeszcze lepiej znają to Żydzi - przeszli w końcu przez holokaust, mogą więc zabijać Palestyńczyków bo to antysemici. Ukraińcy przecierpieli pod ruskim butem wielki głód. I tak dalej. Dzięki tym historycznym zaszłościom zyskujemy wieczne rozgrzeszenie ze wszystkich politycznych win i zamykamy się w "oblężonej twierdzy".

Pal licho jeśli jeszcze dotyczy to jakichś pokoleniowo odległych ale realnych prześladowań. O swoim cierpieniu coraz chętniej opowiadają też narody odpowiedzialne za wywołanie drugiej wojny światowej. Japończycy kultywują pamięć o atomowej apokalipsie, Niemcy o bombardowaniu Drezna, a Ruscy o wielkiej wojnie ojczyźnianej. Oczywiście wydarzenia te były straszne, ale nacjonaliści zupełnie przesuwają akcenty.

Skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec pieprzy o wstawaniu z kolan i odrzuceniu pedagogiki wstydu (skąd my to znamy?), co nie wróży zbyt dobrze. Swego czasu Jarosław i nieżyjący już Lech rozwodzili się nad demonizmem Eriki Steinbach i jej Związku Wypędzonych. Dziś kiedy mamy do czynienia z ruchem politycznie znacznie bardziej niebezpiecznym - bo zyskującym na popularności i znaczeniu - nasi "patrioci" zachowują się bardziej wstrzemięźliwie.

Odnieść można wręcz wrażenie, że wolą pastwić się nad niemieckim liberalnym mainstreamem niż faszyzującą AfD. Polityka i jeszcze raz polityka.... Można by pomyśleć, że wreszcie PiSowi i Konfederacji (nie mówiąc już o Braunie) trafił się archetypiczny wręcz przykład "niemieckiego rewizjonizmu" nad którym można by do woli się wyżywać. Niestety w układzie altprawicowej międzynarodówki wspieranej przez Trumpa AfD staje się dla nich... potencjalnym sojusznikiem.

Pomimo prorosyjskości i rewizjonizmu niemieckich braci nacjonalistycznych cudaków łączy stosunek do integracji europejskiej, migracji czy ekologii. W takiej sytuacji pamięć o ofiarach drugiej wojny światowej poświęcić można na ołtarzu pragmatyzmu - jest ona tylko instrumentem do atakowania mitycznych "niemieckich lewaków". Tymczasem AfD pogratulować można sukcesu wyborczego jak zrobił to jebnięty Grzesiek.


Polak i Niemiec to dwa bratanki, o ile jest to prawdziwy Niemiec i prawdziwy Polak, a nie jakaś popkulturowa podróbka. W końcu prawdziwi Polacy mają często wytatuowane swastyki i germanizmy, salutują i palą pochodnie. Niby nacjonalizm stawia na pierwszym miejscu interes własnego narodu, lecz dzisiejszym nacjonalistom chodzi o interes nawet bardziej partykularny, a główną przeszkodą w jego realizacji jest centralizm europejski.

Postuluje się więc powrót do zmitologizowanej Europy Ojczyzn i tradycyjnych wartości, choć podzielona Europa już i tak zaczyna przegrywać gospodarczy wyścig, a demografia leży i kwiczy. W tej niezłomnej walce ze spiskiem globalnych korporacji sponsoruje ich bezinteresownie oligarcha Elon Musk czy Władimir Putin. AfD sprzeciwia się wysyłaniu funduszy do krajów takich jak Polska, lecz nie będzie się przynajmniej wpierdalać w nasze prawodawstwo.

A zatem nacjonaliści wszystkich krajów łączcie się - tylko tak odzyskamy suwerenność. Co z tą suwerennością zrobimy to już nasza sprawa. Coś czuję że i tak nie odzyskam dzięki temu osobistej godności, ale przynajmniej pokażą mi winnego. To jakiś chuj z Brukseli sprawił że tyram jak wół, a mój potencjał leży odłogiem.

sobota, 26 września 2026

PIRAMIDA NIENAWIŚCI

 
Ofiara gwałtu jest sama sobie winna, bo założyła za krótką spódniczkę. A jak ktoś poszkodowany zgłosi coś na policję, to zawsze można nazwać go konfidentem, bo to przecież niehonorowe. I tak dalej... Zawsze winien jest ten, kto jest słabszy, obcy albo inny, bo sam się prosił - to syndrom znany już z przedszkola. Takie postawienie sprawy redukuje dysonans moralny.

Szukanie "frajera" to najbardziej prymitywny mechanizm obronny pozwalający zredukować napięcie panujące w grupie - dlatego tak często stosują go nawet dzieci. Co gorsze może być mechanizmem specyficznej "integracji" - wspólne gnojenie kogoś buduje tożsamość. Na poziomie politycznym naród, klasa, partia, plemię musi mieć jakiegoś wspólnego wroga. A jak go nie ma, to trzeba go wymyślić.

Można się wtedy wyżyć, gdyż odpowiedzialność ulega rozproszeniu. Nie trzeba nawet zbytnio wnikać w meritum, bo przecież łatka została już przypięta, a zwykła ignorancja czy choćby konformizm nie obudzą w nas "obrońcy uciśnionych". Takie postawy dobrze wyglądają tylko na filmach, ale nie w życiu. Nawet jeśli prywatnie mamy inną opinię nie mówimy tego głośno.

Strukturę hejtu psycholodzy opisali w koncepcji PIRAMIDY NIENAWIŚCI. Jądro systemu stanowi Lider czyli Główny Agresor - osobnik który za wszelką cenę chce zabłysnąć, przewodzić grupie, dowartościować się czy przykryć własne niedostatki cudzym kosztem. Musi więc znaleźć sobie możliwie bezbronną, wyalienowaną i odstającą od "normy" ofiarę, a następnie nastawić przeciwko niej całą grupę.


Pierwszy krąg w rozchodzącej się fali hejtu przejmują Aktywni Asystenci czyli Pomocnicy - przydupasy owej plującej jadem gwiazdy, którzy pod skrzydłami "silniejszego" czują się pewnie i powielają jego narrację by umocnić swoją pozycję. Przy okazji dodają coś od siebie, rozsiewają plotki, eskalują nienawiść... Tak rozkręca się efekt kuli śnieżnej - bezrefleksyjne wzmacnianie i powielanie nienawistnego przekazu oraz legitymizacja agresji.

Do nagonki przyłączają się Bierni Popieracze (Dopingujący) - co prawda to nie oni inicjują najgorsze ataki, lecz nie zamierzają ich hamować i rozlewają drugi krąg przemocy. Śmieją się z ordynarnych żartów, powielają niesprawdzone plotki, przyzwalają na złośliwości. Zjawisko znieczulicy w którym grupa nie reaguje na niższe stopnie agresji powoduje normalizację języka nienawiści, przesuwanie granic i przejście do groźniejszych etapów.

Zazwyczaj jednak tylko niewielka część grupy aktywnie uczestniczy w "gnojeniu frajera". Temu wszystkiemu z obojętnością przygląda się natomiast Milcząca Większość (Bierni Świadkowie). Nawet jeśli czasami uważają, że dochodzi do czegoś złego z obawy przed wykluczeniem boją się to wyartykułować. W oczach agresora oznacza to niestety aprobatę jego działań. Rola tej biernej masy staje się więc kluczowa w tworzeniu iluzji nazywanej zbiorową ignorancją. 

Polega ona na utrwaleniu wrażenia, że "wszyscy tak myślą".  Pogłębia też izolację autsajdera - brak wsparcia ze strony świadków sprawia, że czuje się osamotniony, a hejterom daje poczucie bezkarności. Wielu z tych niby neutralnych obserwatorów przesuwa się z biegiem czasu w stronę skrytych pomocników agresora rozsiewając plotki dalej i dochodząc do wniosku, że coś musi w tym być, a ostatecznie i tak winny jest ten który nie umie się obronić, bo jest zbyt pizdowaty.

Nikt więc nie przerywa łańcucha agresji. No prawie. Czasami ktoś coś po cichu bąknie, że ten gamoń wcale nie jest taki zły, ale na ogół z takim protekcjonalnym pobłażaniem jakby był od niego lepszy. Potencjalni Obrońcy z reguły boją się mocno ingerować w dynamikę grupy bo to nie ich problem, mogą się narazić, sądzą że jeden głos i tak niczego nie zmieni... W sensie ilościowym stanowią margines obojętnej grupy (efekt skali) więc rzadko się aktywują, tym bardziej że sam poszkodowany wstydzi się o to prosić.


Często internalizuje on uwłaczające godności informacje zaczynając sam siebie obwiniać i postrzegać jako kogoś gorszego. Boi się eskalacji więc milczy, licząc że sprawa w końcu sama przycichnie, co paradoksalnie może być zachętą do jeszcze bardziej bezczelnej dehumanizacji. Stres wyczerpuje zasoby emocjonalne, a do tego dochodzi poczucie osamotnienia i asymetrii sił. Co więcej oczerniać nas może anonimowy sprawca wspierany przez plującą biomasę, a wtedy zupełnie nie wiemy jak z nim walczyć.

Dla agresora zaś hejt jest nie tylko narzędziem poprawiania swojej pozycji, ale też samopoczucia gdyż daje złudne poczucie wyższości i chwilowo pozwala regulować emocjonalne deficyty. Najczęściej działa tu mechanizm projekcji - przypisujemy ofierze cechy których nie akceptujemy u samych siebie, leczymy własne kompleksy lub atakujemy sukcesy których zazdrościmy. Innymi słowy - kto się przezywa tak się sam nazywa.

Zamiast realizować się w jakiejś konstruktywnej pasji czy własnym życiu agresor namiętnie oddaje się bezcelowej złośliwości, zaspokajając w ten sposób głód dopaminowy. Niedorozwojowi zainteresowań często towarzyszy cynizm, narcyzm i sadyzm. Hejter czerpie satysfakcję z cudzego cierpienia emocjonalnego, traktuje ludzi instrumentalnie, za wszelką cenę szuka podziwu.

piątek, 18 września 2026

JAK WYWOŁAŁAĆ TRZECIĄ WOJNĘ ŚWIATOWĄ

 
W Europie robi się coraz bardziej gorąco - nie dość, że wojna na Ukrainie zamieniła się w niekończącą się opowieść (w dodatku z ciągłymi zwrotami akcji) to nasilają się rosyjskie operacje hybrydowe, a pierdolnięcie na stacji kolejowej w pobliżu polskiej granicy o mało nie zabiło zagranicznych polityków, dyplomatów i byłego szefa CIA. A zatem to już nie przelewki.

Wygląda na to, że Rosja powoli przygotowuje się do konfrontacji z NATO. Oczywiście w swojej percepcji już jest w stanie takiego "starcia cywilizacji", bo Ukraina jest tylko zachodnim proxy. Jak dotąd Rosja napierdala tylko w Ukrainę, działając w Europie poniżej progu wojny, choć coraz bardziej bezczelnie. Jest to taktyka o tyle niebezpieczna, że w ten sposób systematycznie poszerza swoją "szarą strefę".

Jeśli chodzi o opinię publiczną mamy mentalne "gotowanie żaby". Kolejne akty sabotażu, dywersji, cyberterroryzmu i plucia nam w twarz uznajemy za normalne. Gdyby to robili Niemcy to chyba już wypowiedzielibyśmy im wojnę. Ale Rosja? No cóż, Rosja już taka jest... A w ogóle to nie wiadomo czy nie stoją za tym Ukraińcy i tak dalej. Poza tym wszyscy chcemy pokoju, zwłaszcza że heroizm w czasach popkultury jest dobry tylko na filmach.

W czasie największej geopolitycznej rozpierduchy od czasów drugiej wojny światowej Amerykanie zamierzają... ewakuować się z Europy. Mówi się o wycofaniu 25-40 tysięcy żołnierzy, głównie z Niemiec, Włoch i Hiszpanii. Nas ta redukcja ma nie dotyczyć, ale i tak nie wygląda to wesoło. Założenie jest takie, że Europa ma przejąć konwencjonalną odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo, choć pod amerykańskim parasolem nuklearnym. Przyklasnąć temu może tylko głupek.


Może to i słuszne z amerykańskiego punktu widzenia, bo nasze bezpieczeństwo to przede wszystkim nasz interes, a Europejczycy - zwłaszcza od "końca historii" - olewali rozwój własnej obronności. Nie można się jednak cieszyć z faktu, że dla Jankesów ważniejszy staje się Indopacyfik oraz Bliski Wschód. Dużo było spekulacji o tym że Chiny zajmą Tajwan, tymczasem Donald Trump rozpętał wojnę w najbardziej roponośnym regionie i o wzrost cen diesla obwinia Zełenskiego, bo ten niszczy rosyjskie rafinerie.

Niby Trump zaczął dusić irańską gospodarkę uniemożliwiając szmatogłowym eksport ropy, ale jej agonia trwa bardzo długo... Tymczasem w Jemenie rebelianci Huti zajęli Bramę Łez - przesmyk przez który wiedzie alternatywny dla Cieśniny Ormuz szlak eksportu saudyjskiej ropy, a w dodatku przepływa przezeń 12% globalnego handlu kontenerowego. Aby omijać Cieśninę Ormuz Arabia Saudyjska przesyłała ropę rurociągami do portów nad Morzem Czerwonym, lecz proirańskie bojówki działające na terenie Iraku przeprowadziły na tą instalację atak dronowy...

Sytuacja na rynku paliw wygląda więc póki co coraz bardziej nieciekawie, ale chuj to Trumpa obchodzi bo prezydent sam się wyżywi. Jego synalek postanowił się ohajtać, a bizantyńską imprezę na Bahamach za kilkaset tysięcy dolarów zafundował mu rosyjski oligarcha Umar Kremlow. Ten skurwiel był kiedyś bokserem, a potem gangsterem. Karany za pobicia i wymuszenia odzyskał jednak dobre imię dzięki działalności w nacjonalistycznym gangu motocyklowym Nocne Wilki, gdzie zbudował sieć kontaktów wiodącą do kręgów putinowskiej śmietanki.


Teraz Umar  Kremlow angażuje się w działalność faszystowskiej organizacji Zdrowa Ojczyzna prowadzonej zresztą przez jego szwagierkę. Organizacja ta zajmuje się wywożeniem ukraińskich dzieci w głąb Rosji gdzie poddawane są rusyfikacji, praniu mózgu i tym podobnym niecnym oddziaływaniom. Jak zrobił się medialny smród to podobno Trump Junior zwrócił kacapowi pieniądze. a jego żona bredziła że był to tylko prezent ślubny. Na weselu gdzie alkohol lał się strumieniami języki pewnie się rozwiązywały...

Rosja jest w chujowej sytuacji jeśli chodzi o mięso armatnie i bardziej traci niż zyskuje terytorium w Donbasie, choć front w zasadzie "stoi". Dostaje też mocno po dupie jeśli chodzi o przemysł naftowy, ale pechowo Ukrainie zaczyna brakować pocisków Patriot, przez co nasila się terror balistyczny. W dodatku drony o napędzie tłokowym Rosja zaczęła zastępować dronami o napędzie odrzutowym, a póki co Ukraina nie wymyśliła skutecznych środków przechwytujących - Patrioty musi natomiast oszczędzać właśnie na balistykę, gdyż to ona powoduje największe spustoszenie.

Do przechwytywania dronów odrzutowych musi stosować lotnictwo myśliwskie co zmusza pilotów do bardzo ryzykownych manewrów. Mobile grupy ogniowe z karabinami maszynowymi są w tej sytuacji nieskuteczne. Szybkie bezzałogowce przechwytujące są dopiero w powijakach, choć prace nad skutecznymi innowacjami trwają dniami i nocami. Jedynym krajem który mógłby przekazać kilkadziesiąt rakiet są Niemcy, ale wolą dmuchać na zimne i zabezpieczać własne dupsko - jak zresztą każdy.


Wyraźnie widać że przyciskana do ściany Rosja coraz bardziej zagraża Europie, a szczególnie wschodniej flance. Wciela do wojska Azjatów których wabi do siebie obietnicą dobrze płatnej pracy, a potem zniewala i wysyła na śmierć. Ludzkie i materiałowe wsparcie zapewnia także - oczywiście nie za darmo - Korea Północna, co przy okazji wzmacnia ten najbardziej tyrański na świecie reżim. Po przeprowadzeniu wyborczej szopki pewnie przeprowadzi się jakąś mniej lub bardziej ukrytą mobilizację.

Już ponoć zdarzają się jakieś łapanki na prowincji. W "patriotyczny" cyrk włącza się cerkiew, system edukacji, politykę historyczną... Nawet dysydenci wykazują tendencje nacjonalistyczne. Inżynierowie społeczni wykuwają nowy typ człowieka, który nienawidzi wszystkiego co zachodnie... Tymczasem u nas prezydent kłoci się z premierem, a miliardy dolarów w kryptowalutach znikają bez śladu.

sobota, 12 września 2026

ZIMA STULECIA


 Lato się kończy, idzie jesień, a potem zima. Wojna w Ukrainie - do której zdążyliśmy się już na tyle przyzwyczaić, że przestaliśmy dostrzegać w niej egzystencjalne zagrożenie dla tej zasranej suwerenności wydzieranej nam przez Niemców, Brukselę, ekologów i cyklistów - ciągle trwa i nie wiadomo jak się skończy. Wiadomo tylko że po niej nic już nie będzie takie samo.

Tej zimy Putin będzie próbował wykorzystać okienko możliwości jakie stwarza brak rakiet do systemów obrony przeciwlotniczej (w tym przede wszystkim pocisków Patriot). Jeśli rzeczywiście nie uda się uzupełnić tych deficytów ukraińska energetyka i ciepłownictwo zostaną bezlitośnie zniszczone, a miasta sterroryzowane pociskami balistycznymi. Niestety mądry Trump nie sprzeda nam już nic, bo wystrzelał się w Iranie.

Głównym dostawcą tego amerykańskiego cudu techniki wojskowej dla Ukrainy są teraz Niemcy, ale ponoć ich zapasy są na wyczerpaniu. Zdaniem Polaków - zwłaszcza tych "prawdziwych" - powinni dać znacznie więcej. My sami jako kraj przyfrontowy nie możemy tego zrobić, ale Niemcy jak najbardziej bo ryzyko nalotów na Berlin jest w tej chwili dosyć abstrakcyjne.

Zdaniem znanego eksperta Zbigniewa Parafianowicza niemiecka pomoc ma wręcz wymiar minimalny w stosunku do ich realnych możliwości. Inni mówią natomiast o niesamowitej hojności Szwabów, więc ciężko się w tym połapać. Mieli oni oddać Ukraińcom 25% swoich baterii. Regularnie dostarczają też systemy krótkiego zasięgu Iris-T. Tak czy siak to zachodnioeuropejska hołota z Niemcami, Francuzami i Brytyjczykami finansuje tę wojnę.

Polska - choć coś tam jeszcze wysyła i przede wszystkim umożliwia tranzyt - znaczenie ogranicza swoją pomoc, słusznie czy nie (czas pokaże) obawiając się o własne dupsko. Z tego też powodu liczymy się coraz mniej w tej geopolitycznej układance, gdzie wdzięczność szybko się wyczerpuje, a pozostają realne interesy. Skoro nie możemy dać tyle co nadziani - lecz jakże zgnili moralnie i historycznie obciążeni oraz nieczyści rasowo Zachodni Europejczycy - zasługujemy jedynie na słowa uznania.


I żaden Braun z Nawrockim tego nie zmieni. Co najwyżej możemy pokłócić się o Wołyń i wymusić kolejne rytualne podziękowania za pomoc bratniego narodu polskiego. Kto inny rozdaje jednak teraz karty w tej ponurej rozgrywce. Napięcie na linii Warszawa-Kijów stało się tak wysokie, że Zełenski zrezygnował nawet z usług lotniska w Rzeszowie. W swoje zagraniczne podróże wyrusza z lotniska w Kiszyniowie w Mołdawii, choć powoduje to liczne perypetie.

Podczas niedawnego wylotu do Oslo samolot musiał czekać na pasie startowym przez godzinę z powodu zagrożenia dronowego. Przestrzeń powietrzna Mołdawii jest tak nieszczelna, że Rosja regularnie wykorzystuje ją do atakowania południowo-zachodniej Ukrainy, po prostu przez nią przelatując. Ale widocznie z powodów politycznych lepiej już wylatywać z kraju którego część okupują rosyjskie wojska niż z bratniej Polski.

Tutaj społeczny klimat dla rozwijania wzajemnych relacji zrobił się naprawdę zjebany. Nacjonaliści mają wreszcie na swoim podwórku "obcych" do bicia - do tej pory walczyć musieli z jakimiś wyimaginowanymi halucynacjami, a teraz są tu ludzie z krwi i kości których można obwiniać o przestępstwa, pasożytniczy socjal i zabieranie Polakom pracy której i tak nie chcą. W dodatku ten bohatersko broniący się kraj przeżera wciąż korupcja, a różne bogate kutasy kręcą tam mętne interesy.


Tak czy siak to jedyna zapora przed rosyjskim terroryzmem, więc naprawdę miarkowałbym całą to coraz bardziej histeryczną nagonkę, bo plugawa wolność pozwalająca imbecylom wypisywać i wykrzykiwać dowolne brednie może szybko zniknąć. Być może model dotychczasowego wsparcia zaczyna się wyczerpywać... W ostatnich wyborach regionalnych w Saksonii-Anhalt spektakularne zwycięstwo odniosła Alternatywa dla Niemiec.

Jak wiadomo nie jest to partia zbyt przychylna finansowaniu Ukrainy, z nostalgią zaś wspomina dostawy tanich rosyjskich surowców dzięki którym Niemcy rosły w siłę, a ludziom żyło się dostatnio. Liderka tej skrajnie antyimigranckiej formacji nienawidzącej tęczowych flag prywatnie jest lesbą w sformalizowanym związku parnterskim z ciapatą Lankijką posiadającą obywatelstwo szwajcarskie. Sama Alice Weidel praktycznie nie mieszka w Niemczech gdzie robi karierę polityczną, tylko właśnie w Szwajcarii gdzie spędza czas prywatny.

Ale to tylko taki paradoks, bo jej program polityczny schlebia poglądom konserwatywnych patriotów z postkomunistycznych obszarów byłej NRD, gdzie AfD zdobywa póki co największą popularność. Wykazuje też dosyć rewizjonistyczne refleksje historyczne na temat drugiej wojny światowej, ale co do czego elastycznej polskiej prawicy nie będzie to pewnie przeszkadzać w zawarciu antyunijnego przymierza, do czasu aż nada jakiejś jednostce wojskowej imię bohaterów SS.


We Francji rekordowe poparcie wykazuje teraz Zjednoczenie Narodowe, co w najlepszym wypadku (jeśli dopcha się do koryta) skutkować może izolacjonistyczną jeśli nie jawnie prorosyjską polityką. Swego czasu ugrupowanie brało od Putina pieniądze, lecz dziś zdaje się nieco lawirować, choć zapewne doprowadziłoby do drastycznego zahamowania pomocy udzielanej Ukrainie. Zaczęłaby się gadka o tym, że należy chronić własne interesy zamiast rozdawać pieniądze...

Bezprecedensowy wzrost popularności przeżywa też brytyjska partia Reform UK przekształcająca tradycyjny w praktyce dwupartyjny system. Jej lider Nigel Farage (niegdyś namawiający do Brexitu) podpisał ze stojącym na czele Zjednoczenia Narodowego Jordanem Bardellą wspólny pakt migracyjny deklarujący program masowych deportacji. Jego stosunek do konfliktu w Ukrainie jest trochę zagadkowy - kiedyś podziwiał Putina, pod wpływem sondażów zaczął go jednak krytykować.

A w Ameryce mamy już Donalda Trumpa, który bardziej interesuje się Iranem niż Rosją. Putin ma oczywiście z tą wojną gigantyczne problemy, ale z pewnością nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nie ma co liczyć na to, że odpuści bo w kulturze politycznej Rosji oznaczałoby to samobójstwo. Kto wie czy po przeprowadzeniu kolejnej "operacji wyborczej" nie zdecyduje się na jakąś formę szerokiej mobilizacji. Wywiady prognozują nasilenie operacji hybrydowych w Europie. Z pewnością jesteśmy więc na jego celowniku.

piątek, 4 września 2026

PASJONAT

 
Wszystko w końcu traci swoją wartość. Nie tylko dlatego, że się zużywa, ale też staje się coraz mniej warte. W języku ekonomii nazywamy to inflacją. Pieniądze z reguły tracą na wartości. Możliwy jest co prawda proces odwrotny zwany deflacją, ale jest on rzadkością. Imperatywem kapitalizmu jest wzrost gospodarczy, a dla jego zachowania ceny muszą rosnąć.

Co prawda wymaga to pewnej stabilności waluty, lecz im więcej pieniędzy mają ludzie tym chętniej je wydają. Kapitaliści dążą do maksymalizacji zysku, więc zwiększone wydatki na pensje muszą sobie odbić w cenach produktów. I tak powstaje spirala inflacyjna. Pracownicy zawsze chcą żeby im "dołożyć", przedsiębiorcy zaś zarabiać tyle samo a nawet więcej.

Ale choć powoli spada siła nabywcza to nominalna rośnie bardziej. Nie da się zaprzeczyć, że możemy kupić sobie więcej badziewia niż nasi rodzice, o dziadkach już nie mówiąc. Tyle że oni wciąż wspominają "stare dobre czasy". Na przykład komunę - ponieważ byli wtedy młodzi, a organizm produkował więcej dopaminy. Stan swojego samopoczucia mylą więc ze stanem rzeczywistości.

Poza tym konsumpcja tworzy nowe standardy. Aby być dostosowanym trzeba kupować coraz nowe rzeczy. W rezultacie nie cieszymy się z ich nabywania, tylko stresujemy tym że jesteśmy od kogoś gorsi bo nie mamy jakiegoś przereklamowanego gówna. Gdy już je zdobędziemy to zaraz medialni treserzy wymyślą jakieś nowe gówno i tak w kółko. W rezultacie toniemy w szambie.


Wzrost konsumpcji poprawia samopoczucie do momentu kiedy zaspokoimy podstawowe potrzeby życiowe. No i gdy dogonimy lub już trochę przegonimy innych. Potem krzywa szczęścia zaczyna się spłaszczać. W skrajnych przypadkach majątek staje się źródłem ogromnego stresu - musimy bez przerwy coś inwestować, przelewać, kupować, sprzedawać, pożyczać, serwisować, ubezpieczać i tak dalej...

Niektórzy mają pierdolca na tym punkcie i od rana do wieczora zajmują się swoim majątkiem aż dostają wrzodów żołądka. Pożytek z tego taki, że czują się lepsi od marnego robotnika, który co prawda również niekiedy musi zapierdalać od rana do wieczora, ale nie ma domu z ogrodem, trzech samochodów, wypasionego sprzętu i przyjaciół w lepszym towarzystwie. Czyli na jedno wychodzi z wyjątkiem statusu, ale niestety to poważna sprawa.

Bo jak masz niski status to sam jesteś sobie winien. Za słabo się starałeś, nie rozwijałeś się, nie wychodziłeś ze strefy komfortu, a przede wszystkim nie byłeś ambitny, a już na pewno wybitny. A jak masz pieniądze, firmę, stanowisko to znaczy że masz łeb jak sklep. Niski status zmienia neurobiologię - następuje efekt tunelowy, kiedy człowiek skupia się na przetrwaniu do jutra a nie planowaniu długoterminowej strategii.

No i masz mniej możliwości rozwoju zwłaszcza jeśli od dziecka żyłeś w środowisku gdzie było mniej narzędzi stymulacji - książek, zabawek, podróży, zajęć... Kupowanie przedmiotów na dłuższą metę nie uszczęśliwia, ale zdobywanie stymulujących doświadczeń w trudnej sytuacji finansowej i społecznej bywa utrudnione. Mit merytokracji mówi, że możesz się wyrwać z tego "zaklętego kręgu". Ale rządzi  pieniądz, nepotyzm i kolesiostwo.


Człowiek jest częścią wymienną w wielkiej machinie społeczno-ekonomicznej gdzie potencjał jest kształtowany przez okoliczności. Jak mawiał klasyk byt określa świadomość. Układ nagrody oczekuje coraz silniejszych bodźców bo inflacji podlegają także przyjemności. Mózg adaptuje się do osiąganego statusu i ciągle chce więcej. Można to nazwać pogonią za szczęściem, choć tak naprawdę polega na ciągłym jego przywracaniu.

Szczęście szybko się wyczerpuje i szukamy nowego "kopa". Starożytni mędrcy zalecali "hedonistyczny reset" czyli ascezę i minimalizm, aby przywracać zdolność do cieszenia się z rzeczy małych. Dzisiaj jednak nikt nie chce się ograniczać - wierzymy że wszystko można kupić jeśli tylko zdobędziemy wystarczające środki. Dlatego pieniądze są uniwersalnym wyzwalaczem dopaminy, a mózg widzi w nich klucz do każdej nagrody.

Zastrzyk gotówki wywołuje wyrzut dopaminy, nawet jeśli jeszcze nie wiemy co z nią zrobimy... Poziom dopaminy wzrasta też w trakcie jej wydawania. Uwielbiamy odwiedzać centra handlowe tak jak nasi przodkowie starożytne bazary. Jednak najłatwiejszym sposobem na poprawienie sobie humoru są zakupy internetowe - wystarczy kliknąć i już czujesz się lepiej. Ale gdy już odbierzesz paczkę ekscytacja zaczyna ci przechodzić...

Na szczęście są tańsze sposoby wytwarzania dopaminy takie jak kultywowanie swoich pasji. W odróżnieniu od zakupów czy skrolowania telefonu zamiast krótkich "zastrzyków" szybko opadającej energii dają tak zwaną długą dopaminę. Dopamina uwalnia się wtedy powoli i stopniowo, ale długofalowo i stabilnie. Nagrodą za wytrwałość staje się satysfakcja uzyskiwana z przekraczania kolejnych poziomów "wtajemniczenia", co skłania mózg do kontynowania nauki, walki, wysiłku...


Co ważne ludzie którzy mają silnie rozwinięte pasje są mniej podatni na kompulsywne zakupy, hazard, uzależnienia... Układ nagrody jest już "nasycony" dopaminą i nie musi tak obsesyjnie jej poszukiwać. Brzmi jak cudowne panaceum, lecz trudno wykształcić w sobie pasję kiedy w wieku dorosłym jej się nie ma. Jest to jeszcze możliwe, ale trudniejsze niż w wieku dziecięcym czy młodzieńczym.

Wielu z nas wręcz zapomina o swoich dawnych zainteresowaniach, albo ma problem z ich rozwijaniem...  Jesteśmy przytłoczeni pracą, stresem, obowiązkami, wymaganiami. Nie mamy czasu ani energii, a w takiej sytuacji system nerwowy łatwo ulega niezbyt wysublimowanym pokusom szybkiej gratyfikacji. Pasja to zaś efekt uboczny zaangażowania, a ludziom przemęczonym i zagonionym coraz trudniej się w coś zaangażować.

Aby było to możliwe trzeba znaleźć przestrzeń by dać szansę swojej ciekawości. Gdy już jednak się przełamiesz twoje zaangażowanie będzie stopniowo rosło i dawało coraz większą satysfakcję. Dodatkowo może to też dać poczucie przynależności do jakiegoś plemienia, nawet jeśli rozwijasz swoją pasję samotnie. Daje poczucie uniesienia, dotknięcia tajemnicy, poczucia sensu... A zatem ŻYJ Z PASJĄ!!!

sobota, 29 sierpnia 2026

MAŁPA W LABORATORIUM

 
Do działania substancji psychoaktywnych jesteśmy jakoś ewolucyjnie przystosowani. Nie w tym sensie, że ich zażywanie było przewidziane przez ewolucję, ale jest jej skutkiem. Mamy w mózgu różne receptory, wrażliwe na neuroprzekaźniki regulujące nastrój, które używki w sposób spotęgowany po prostu naśladują.

Mamy receptory kannabinoidowe, opioidowe, GABA, glutaminianowe... Niezależnie od swej specyfiki alkohol, marihuana czy opioidy wpływają też na układ nagrody. Więc choć działają na specyficzne receptory - niekiedy wielokierunkowo - skłonność do nich z grubsza da się wytłumaczyć działaniem na ten właśnie ośrodek mózgowy, który podświadomie mamy w zwyczaju pieścić.

Ekstremalnie wysoki poziom dopaminy zapewniają nam stymulanty, choć oczywiście ma to swoje negatywne konsekwencje. Ludzka słabość do tych "wspomagaczy" to w dużym stopniu efekt uboczny biologicznego układu odpowiedzialnego za motywację. Głupi mózg wie tylko, że wysoki poziom dopaminy oznacza coś dobrego, choć niekiedy może nie nieść żadnej wartości adaptacyjnej.

W takim świetle słabość do używek to błąd ewolucyjny, choć pojawiają się też inne hipotezy. 10 milionów lat temu u naszego przodka miało dojść do mutacji genów, która pozwoliła rozkładać etanol 40 razy szybciej od innych ssaków... Człowiek pożerał to co spadło z drzewa - często owoce już sfermentowane, ale za to bogate w cukier i zakonserwowane.

To specyficzne przystosowanie układu trawiennego mogło sprawić, że polubiliśmy smak alkoholu. A potem sami zaczęliśmy go wytwarzać. Choć alkohol jest ponoć szkodliwy zabija patogeny, a w warunkach niedoboru czystej wody pitnej spożywanie go w wersji niskoprocentowej chroniło przed cholerą czy czerwonką. Tak zwana hipoteza piwna mówi wręcz, że uprawa zbóż początkowo służyła produkcji piwa.


Dopiero później mieliśmy zacząć piec chleb... Alkohol miał być też spoiwem społecznym pozwalającym na budowę cywilizacji. W starożytnej Grecji wino pito podczas tak zwanych sympozjów (sympozjon oznacza dosłownie "wspólne picie"), gdzie dyskutowano o filozofii, polityce, poezji.... Ważna rolę w narodzinach teatru odegrały pijackie procesje ku czci boga Dionizosa.

W kulturze islamu - gdzie alkohol był zakazany - palono haszysz, zakazany przez kościół jako przejaw pogańskiego zielarstwa czyli czarnej magii. Stosowano go również w Indiach, Nepalu, Tybecie - gdzie wspomagał medytację i tak dalej. Wbrew popkulturowym legendom w prekolumbijskiej Ameryce konopie były natomiast nieznane. W celach religijnych stosowano psylocybinę, meskalinę, DMT...

Konopie siewne sprowadzili tam dopiero konkwistadorzy, gdyż desperacko potrzebowali płótna żaglowego, lin i powrozów. Rdzenną ludność zmuszano więc do uprawy i przetwarzania tego surowca roślinnego, który z czasem sam zaczął się rozsiewać i dziczeć. Meksykańska biedota zaczęła palić to paskudztwo jako relaksujący znieczulacz po ciężkim dniu pracy.

Po wybuchu rewolucji w 1910 roku do USA uciekło z Meksyku kilkaset tysięcy imigrantów i przynieśli tam ten paskudny zwyczaj. Jego rozprzestrzenianie podsyciła alkoholowa prohibicja i kultura klubów jazzowych, potem przyszedł czas hipisowskiego buntu... W latach sześćdziesiątych kulturę masową gwałtownie zmienił nowy psychodeliczny środek - LSD.

Początkowo "badany" na uniwersytetach szybko wymknął się rygorom naukowym, stając się pospolitą używką i przyczyną paniki moralnej. W końcu więc zdelegalizowano to świństwo. Był to niestety początek myślenia sieciowego - zainspirowana psychodelikami inżynieria komputerowa widziała w komputerze osobistym podłączonym do zdecentralizowanej sieci narzędzie osobistego wyzwolenia.

Czy tak się rzeczywiście stało to już kwestia bardzo dyskusyjna... Sam komputer w wersji maksymalnie zminimalizowanej nazywany smartfonem doi dzisiaj naszą dopaminę, byle tylko monetyzować naszą uwagę przy użyciu sprofilowanej technologii behawioralnej. Wiedzie to do podsycania patologicznych emocji, polaryzacji, radykalizacji, dekoncentracji i przebodźcowania.


Ale zostawmy te elektroniczne "dobrodziejstwa cywilizacji"...  Z punktu widzenia psychologii ewolucyjnej ciekawe jest pytanie czemu ludzie (niektórzy) tak namiętnie zażywają psychodeliki. W przeciwieństwie do heroiny, amfetaminy, kokainy czy choćby alkoholu, nie stymulują one układu nagrody, a więc nie zostaje on "zhakowany" przez hedonistyczny wytrych.

Jakie więc ewolucyjne uzasadnienie ma ta niezrozumiała dla wielu skłonność, skoro sama w sobie nie imituje dopaminowych sygnałów związanych z biologicznym przetrwaniem? Wyjaśniać to może choćby wpływ na plastyczność synaptyczną, kreatywność, reset wzorców, wyostrzenie percepcji. Nade wszystko mechanizmem przetrwania jest poszukiwanie sensu.

Zamiast prostej nagrody dopaminowej pod wpływem psychodelików mózg otrzymuje nagrodę na wyższym poziomie kognitywnym, poprzez zoptymalizowanie działania kory mózgowej. Mózg działa jak maszyna predykcyjna która niekiedy "zakleszcza się" w swoich odgórnych założeniach, więc dobrze jej robi tymczasowe rozluźnienie filtrów autocenzury.

Dla sceptyków brzmi to oczywiście jak bełkot, albo pierdolenie misjonarza. Poczucie sensu można uzyskiwać na różne sposoby, a zasadniczo najlepiej przez miłość, więź, empatię i takie tam. Wszystko to jednak wytwory naszego systemu nerwowego. A na jego pracę próbujemy wpływać od tysiącleci - w erze informacyjnej jeszcze bardziej.