Podczas ostatniej odsłony europejskiego "kryzysu migracyjnego" do hiszpańskiej enklawy pośrodku Maroka szturmem wdarło się kilkadziesiąt tysięcy imigrantów, co bardzo podnieciło środowiska narodowe - zarówno w Hiszpanii jak i bratniej Polsce, która kocha generała Franco za to, że bronił cywilizacji europejskiej przed czerwonym barbarzyństwem i tak dalej.
W dniu święta narodowego, kiedy to my również ocaliliśmy Europę - co zresztą od niepamiętnych czasów mamy w zwyczaju - tym bardziej warto wspomnieć tego wspaniałego człowieka, który co prawda miał na koncie kilkaset tysięcy ofiar, ale zawsze stał na straży tradycyjnych wartości, takich jak naród, kościół, rodzina... Ten wielki wódz ukształtował swoją wrażliwość właśnie w Maroku.
W wojnie domowej hiszpańscy nacjonaliści korzystali z usług rekrutów muzułmańskich, a sam Franco przedstawiał się jako "przyjaciel islamu", ale trzymał brudasów pod butem, a czerwonych zabijał i torturował. Jednak czerwone zagrożenie nie oznaczało w jego optyce tylko radzieckiego komunizmu - był to ideologiczny wytrych w którym zamykał liberałów, ateistów, demokratów oraz regionalnych separatystów.
Tak czy siak z Bąkiewiczem, Braunem, Bosakiem, Nawrockim czy Kaczyńskim jak najbardziej by się dogadał. Ci niesympatyczni panowie prywatnie zapewne również wyraziliby głęboki żal z powodu powojennej dekolonizacji Afryki, gdyby tylko Polska miała tam jakieś kolonie. Ale przynajmniej mieliśmy swojego Janusza Walusia który zabijał w Afryce czarnych komunistów ku chwale białego człowieka.
Proces dekolonizacji Maroka był stopniowy i trwał całe dekady - od 1956 roku kiedy kraj ten uzyskał niepodległość po 1975 rok kiedy to Franco wyciągnął kopyta. Wtedy to Maroko anektowało (pod pozorem "wyzwolenia") Saharę Hiszpańską zwaną dzisiaj Zachodnią. Wtedy to król Maroka Hassan II - powołując się na jakieś historyczne dyrdymały - przypomniał światu, że pustynny lud Sahrawi podlegał kiedyś jakiemuś średniowiecznemu królestwu.
Lud ten był jednak niewdzięczny i nie dziękował królowi za powrót do macierzy. Zorganizował lewacką partyzantkę zwaną Frontem Polisario i bił się z armią marokańską aż do lat dziewięćdziesiątych. Podpisano w końcu jakiś fikcyjny rozejm w którym Maroko zobowiązało się do przeprowadzenia referendum w sprawie politycznej przyszłości terytorium Sahary Zachodniej, ale do dzisiaj go nie przeprowadziło wykręcając się sianem.
Na wypadek gdyby kiedyś doszło do takiego plebiscytu zmieniono już strukturę etniczną - zaczęto osiedlać tam Marokańczyków podczas gdy znaczna część rdzennej populacji żyje w obozach dla uchodźców na terenie Algierii. Klasyczna metoda faktów dokonanych i przejmowania ziemi przez zasiedzenie. Co prawda suwerenność Sahary Zachodniej uznało kilkadziesiąt państw, lecz światowej opinii publicznej jest to temat szerzej nieznany.
Trochę sobie ostatnio o nim przypomniano, bo Christopher Nolan kręcił w tej pustynnej scenerii swoją Odyseję , co lewacki beton nagłośnił, potępił i uznał za legitymizację marokańskiego reżimu, ale nie wzbudziło to większych emocji. Ostatnio sam Donald Trump, jako pierwszy przywódca zachodniego mocarstwa uznał marokańską jurysdykcję nad Saharą Zachodnią, a Maroko jako czwarte państwo arabskie unormowało swoje stosunki z Izraelem.
To wparcie rozzuchwaliło marokańskiego monarchę Mohammeda VI, który - delikatnie mówiąc - ma nienajlepsze stosunki z rządem Hiszpanii. Po pierwsze rości sobie terytorialne prawa do Ceuty i Melilli, które traktuje jako relikty kolonializmu. Do tego dochodzą spory o złoża surowców na Saharze Zachodniej i rybołówstwo na Atlantyku oraz transport gazu z Algierii gazociągiem omijającym Maroko. Rzekomy "kryzys migracyjny" był więc typowym szantażem i ustawką.
Przy okazji lewicowy rząd Hiszpanii ma równie napięte stosunki z Donaldem Trumpem - nie tylko z powodów ideologicznych, ale też swojego bardzo krytycznego stosunku do poczynań Izraela w Gazie i wojny w Iranie. Trump obarczył hiszpańskiego premiera Pedro Sancheza winą za to, że marokańskie służby przepuściły przez granicę tłumy. Jego zdaniem był to skutek hiszpańskiej polityki - bezprecedensowej legalizacji pobytu blisko miliona uchodźców wytwarzających 20% PKB.
Biorąc pod uwagę kwestie ekonomiczne było to jak najbardziej logiczne, bo legalizacja po prostu wyciągnęła tych ludzi z "szarej strefy" - bez nich zaś gospodarka nie może już funkcjonować. Warto też wspomnieć, że afrykańska Ceuta choć należy do Hiszpanii ma specjalny status w Strefie Schengen - podwójny filtr graniczny uniemożliwia przedostanie się do Europy bez kontroli granicznej, co nie pasuje zbytnio do wizji zagrożenia podsycanej przez prawicowe media.
Największymi ofiarami całego tego zamieszania byli właśnie nieszczęśni imigranci - wielu utonęło w morzu, inni zostali stratowani. Zginęło blisko 150 osób. Całą sytuację przedstawiono natomiast jako kolejną "inwazję" i pieprzono o słabości liberalnej Europy. Tymczasem w Polsce też mamy kryzys migracyjny - Szmydt uciekł na Białoruś, Ziobro do USA, a Romanowski podobno poznaje uroki Naddniestrza.




















