Łączna liczba wyświetleń

piątek, 4 września 2026

PASJONAT

 
Wszystko w końcu traci swoją wartość. Nie tylko dlatego, że się zużywa, ale też staje się coraz mniej warte. W języku ekonomii nazywamy to inflacją. Pieniądze z reguły tracą na wartości. Możliwy jest co prawda proces odwrotny zwany deflacją, ale jest on rzadkością. Imperatywem kapitalizmu jest wzrost gospodarczy, a dla jego zachowania ceny muszą rosnąć.

Co prawda wymaga to pewnej stabilności waluty, lecz im więcej pieniędzy mają ludzie tym chętniej je wydają. Kapitaliści dążą do maksymalizacji zysku, więc zwiększone wydatki na pensje muszą sobie odbić w cenach produktów. I tak powstaje spirala inflacyjna. Pracownicy zawsze chcą żeby im "dołożyć", przedsiębiorcy zaś zarabiać tyle samo a nawet więcej.

Ale choć powoli spada siła nabywcza to nominalna rośnie bardziej. Nie da się zaprzeczyć, że możemy kupić sobie więcej badziewia niż nasi rodzice, o dziadkach już nie mówiąc. Tyle że oni wciąż wspominają "stare dobre czasy". Na przykład komunę - ponieważ byli wtedy młodzi, a organizm produkował więcej dopaminy. Stan swojego samopoczucia mylą więc ze stanem rzeczywistości.

Poza tym konsumpcja tworzy nowe standardy. Aby być dostosowanym trzeba kupować coraz nowe rzeczy. W rezultacie nie cieszymy się z ich nabywania, tylko stresujemy tym że jesteśmy od kogoś gorsi bo nie mamy jakiegoś przereklamowanego gówna. Gdy już je zdobędziemy to zaraz medialni treserzy wymyślą jakieś nowe gówno i tak w kółko. W rezultacie toniemy w szambie.


Wzrost konsumpcji poprawia samopoczucie do momentu kiedy zaspokoimy podstawowe potrzeby życiowe. No i gdy dogonimy lub już trochę przegonimy innych. Potem krzywa szczęścia zaczyna się spłaszczać. W skrajnych przypadkach majątek staje się źródłem ogromnego stresu - musimy bez przerwy coś inwestować, przelewać, kupować, sprzedawać, pożyczać, serwisować, ubezpieczać i tak dalej...

Niektórzy mają pierdolca na tym punkcie i od rana do wieczora zajmują się swoim majątkiem aż dostają wrzodów żołądka. Pożytek z tego taki, że czują się lepsi od marnego robotnika, który co prawda również niekiedy musi zapierdalać od rana do wieczora, ale nie ma domu z ogrodem, trzech samochodów, wypasionego sprzętu i przyjaciół w lepszym towarzystwie. Czyli na jedno wychodzi z wyjątkiem statusu, ale niestety to poważna sprawa.

Bo jak masz niski status to sam jesteś sobie winien. Za słabo się starałeś, nie rozwijałeś się, nie wychodziłeś ze strefy komfortu, a przede wszystkim nie byłeś ambitny, a już na pewno wybitny. A jak masz pieniądze, firmę, stanowisko to znaczy że masz łeb jak sklep. Niski status zmienia neurobiologię - następuje efekt tunelowy, kiedy człowiek skupia się na przetrwaniu do jutra a nie planowaniu długoterminowej strategii.

No i masz mniej możliwości rozwoju zwłaszcza jeśli od dziecka żyłeś w środowisku gdzie było mniej narzędzi stymulacji - książek, zabawek, podróży, zajęć... Kupowanie przedmiotów na dłuższą metę nie uszczęśliwia, ale zdobywanie stymulujących doświadczeń w trudnej sytuacji finansowej i społecznej bywa utrudnione. Mit merytokracji mówi, że możesz się wyrwać z tego "zaklętego kręgu". Ale rządzi  pieniądz, nepotyzm i kolesiostwo.


Człowiek jest częścią wymienną w wielkiej machinie społeczno-ekonomicznej gdzie potencjał jest kształtowany przez okoliczności. Jak mawiał klasyk byt określa świadomość. Układ nagrody oczekuje coraz silniejszych bodźców bo inflacji podlegają także przyjemności. Mózg adaptuje się do osiąganego statusu i ciągle chce więcej. Można to nazwać pogonią za szczęściem, choć tak naprawdę polega na ciągłym jego przywracaniu.

Szczęście szybko się wyczerpuje i szukamy nowego "kopa". Starożytni mędrcy zalecali "hedonistyczny reset" czyli ascezę i minimalizm, aby przywracać zdolność do cieszenia się z rzeczy małych. Dzisiaj jednak nikt nie chce się ograniczać - wierzymy że wszystko można kupić jeśli tylko zdobędziemy wystarczające środki. Dlatego pieniądze są uniwersalnym wyzwalaczem dopaminy, a mózg widzi w nich klucz do każdej nagrody.

Zastrzyk gotówki wywołuje wyrzut dopaminy, nawet jeśli jeszcze nie wiemy co z nią zrobimy... Poziom dopaminy wzrasta też w trakcie jej wydawania. Uwielbiamy odwiedzać centra handlowe tak jak nasi przodkowie starożytne bazary. Jednak najłatwiejszym sposobem na poprawienie sobie humoru są zakupy internetowe - wystarczy kliknąć i już czujesz się lepiej. Ale gdy już odbierzesz paczkę ekscytacja zaczyna ci przechodzić...

Na szczęście są tańsze sposoby wytwarzania dopaminy takie jak kultywowanie swoich pasji. W odróżnieniu od zakupów czy skrolowania telefonu zamiast krótkich "zastrzyków" szybko opadającej energii dają tak zwaną długą dopaminę. Dopamina uwalnia się wtedy powoli i stopniowo, ale długofalowo i stabilnie. Nagrodą za wytrwałość staje się satysfakcja uzyskiwana z przekraczania kolejnych poziomów "wtajemniczenia", co skłania mózg do kontynowania nauki, walki, wysiłku...


Co ważne ludzie którzy mają silnie rozwinięte pasje są mniej podatni na kompulsywne zakupy, hazard, uzależnienia... Układ nagrody jest już "nasycony" dopaminą i nie musi tak obsesyjnie jej poszukiwać. Brzmi jak cudowne panaceum, lecz trudno wykształcić w sobie pasję kiedy w wieku dorosłym jej się nie ma. Jest to jeszcze możliwe, ale trudniejsze niż w wieku dziecięcym czy młodzieńczym.

Wielu z nas wręcz zapomina o swoich dawnych zainteresowaniach, albo ma problem z ich rozwijaniem...  Jesteśmy przytłoczeni pracą, stresem, obowiązkami, wymaganiami. Nie mamy czasu ani energii, a w takiej sytuacji system nerwowy łatwo ulega niezbyt wysublimowanym pokusom szybkiej gratyfikacji. Pasja to zaś efekt uboczny zaangażowania, a ludziom przemęczonym i zagonionym coraz trudniej się w coś zaangażować.

Aby było to możliwe trzeba znaleźć przestrzeń by dać szansę swojej ciekawości. Gdy już jednak się przełamiesz twoje zaangażowanie będzie stopniowo rosło i dawało coraz większą satysfakcję. Dodatkowo może to też dać poczucie przynależności do jakiegoś plemienia, nawet jeśli rozwijasz swoją pasję samotnie. Daje poczucie uniesienia, dotknięcia tajemnicy, poczucia sensu... A zatem ŻYJ Z PASJĄ!!!

sobota, 29 sierpnia 2026

MAŁPA W LABORATORIUM

 
Do działania substancji psychoaktywnych jesteśmy jakoś ewolucyjnie przystosowani. Nie w tym sensie, że ich zażywanie było przewidziane przez ewolucję, ale jest jej skutkiem. Mamy w mózgu różne receptory, wrażliwe na neuroprzekaźniki regulujące nastrój, które używki w sposób spotęgowany po prostu naśladują.

Mamy receptory kannabinoidowe, opioidowe, GABA, glutaminianowe... Niezależnie od swej specyfiki alkohol, marihuana czy opioidy wpływają też na układ nagrody. Więc choć działają na specyficzne receptory - niekiedy wielokierunkowo - skłonność do nich z grubsza da się wytłumaczyć działaniem na ten właśnie ośrodek mózgowy, który podświadomie mamy w zwyczaju pieścić.

Ekstremalnie wysoki poziom dopaminy zapewniają nam stymulanty, choć oczywiście ma to swoje negatywne konsekwencje. Ludzka słabość do tych "wspomagaczy" to w dużym stopniu efekt uboczny biologicznego układu odpowiedzialnego za motywację. Głupi mózg wie tylko, że wysoki poziom dopaminy oznacza coś dobrego, choć niekiedy może nie nieść żadnej wartości adaptacyjnej.

W takim świetle słabość do używek to błąd ewolucyjny, choć pojawiają się też inne hipotezy. 10 milionów lat temu u naszego przodka miało dojść do mutacji genów, która pozwoliła rozkładać etanol 40 razy szybciej od innych ssaków... Człowiek pożerał to co spadło z drzewa - często owoce już sfermentowane, ale za to bogate w cukier i zakonserwowane.

To specyficzne przystosowanie układu trawiennego mogło sprawić, że polubiliśmy smak alkoholu. A potem sami zaczęliśmy go wytwarzać. Choć alkohol jest ponoć szkodliwy zabija patogeny, a w warunkach niedoboru czystej wody pitnej spożywanie go w wersji niskoprocentowej chroniło przed cholerą czy czerwonką. Tak zwana hipoteza piwna mówi wręcz, że uprawa zbóż początkowo służyła produkcji piwa.


Dopiero później mieliśmy zacząć piec chleb... Alkohol miał być też spoiwem społecznym pozwalającym na budowę cywilizacji. W starożytnej Grecji wino pito podczas tak zwanych sympozjów (sympozjon oznacza dosłownie "wspólne picie"), gdzie dyskutowano o filozofii, polityce, poezji.... Ważna rolę w narodzinach teatru odegrały pijackie procesje ku czci boga Dionizosa.

W kulturze islamu - gdzie alkohol był zakazany - palono haszysz, zakazany przez kościół jako przejaw pogańskiego zielarstwa czyli czarnej magii. Stosowano go również w Indiach, Nepalu, Tybecie - gdzie wspomagał medytację i tak dalej. Wbrew popkulturowym legendom w prekolumbijskiej Ameryce konopie były natomiast nieznane. W celach religijnych stosowano psylocybinę, meskalinę, DMT...

Konopie siewne sprowadzili tam dopiero konkwistadorzy, gdyż desperacko potrzebowali płótna żaglowego, lin i powrozów. Rdzenną ludność zmuszano więc do uprawy i przetwarzania tego surowca roślinnego, który z czasem sam zaczął się rozsiewać i dziczeć. Meksykańska biedota zaczęła palić to paskudztwo jako relaksujący znieczulacz po ciężkim dniu pracy.

Po wybuchu rewolucji w 1910 roku do USA uciekło z Meksyku kilkaset tysięcy imigrantów i przynieśli tam ten paskudny zwyczaj. Jego rozprzestrzenianie podsyciła alkoholowa prohibicja i kultura klubów jazzowych, potem przyszedł czas hipisowskiego buntu... W latach sześćdziesiątych kulturę masową gwałtownie zmienił nowy psychodeliczny środek - LSD.

Początkowo "badany" na uniwersytetach szybko wymknął się rygorom naukowym, stając się pospolitą używką i przyczyną paniki moralnej. W końcu więc zdelegalizowano to świństwo. Był to niestety początek myślenia sieciowego - zainspirowana psychodelikami inżynieria komputerowa widziała w komputerze osobistym podłączonym do zdecentralizowanej sieci narzędzie osobistego wyzwolenia.

Czy tak się rzeczywiście stało to już kwestia bardzo dyskusyjna... Sam komputer w wersji maksymalnie zminimalizowanej nazywany smartfonem doi dzisiaj naszą dopaminę, byle tylko monetyzować naszą uwagę przy użyciu sprofilowanej technologii behawioralnej. Wiedzie to do podsycania patologicznych emocji, polaryzacji, radykalizacji, dekoncentracji i przebodźcowania.


Ale zostawmy te elektroniczne "dobrodziejstwa cywilizacji"...  Z punktu widzenia psychologii ewolucyjnej ciekawe jest pytanie czemu ludzie (niektórzy) tak namiętnie zażywają psychodeliki. W przeciwieństwie do heroiny, amfetaminy, kokainy czy choćby alkoholu, nie stymulują one układu nagrody, a więc nie zostaje on "zhakowany" przez hedonistyczny wytrych.

Jakie więc ewolucyjne uzasadnienie ma ta niezrozumiała dla wielu skłonność, skoro sama w sobie nie imituje dopaminowych sygnałów związanych z biologicznym przetrwaniem? Wyjaśniać to może choćby wpływ na plastyczność synaptyczną, kreatywność, reset wzorców, wyostrzenie percepcji. Nade wszystko mechanizmem przetrwania jest poszukiwanie sensu.

Zamiast prostej nagrody dopaminowej pod wpływem psychodelików mózg otrzymuje nagrodę na wyższym poziomie kognitywnym, poprzez zoptymalizowanie działania kory mózgowej. Mózg działa jak maszyna predykcyjna która niekiedy "zakleszcza się" w swoich odgórnych założeniach, więc dobrze jej robi tymczasowe rozluźnienie filtrów autocenzury.

Dla sceptyków brzmi to oczywiście jak bełkot, albo pierdolenie misjonarza. Poczucie sensu można uzyskiwać na różne sposoby, a zasadniczo najlepiej przez miłość, więź, empatię i takie tam. Wszystko to jednak wytwory naszego systemu nerwowego. A na jego pracę próbujemy wpływać od tysiącleci - w erze informacyjnej jeszcze bardziej.

sobota, 22 sierpnia 2026

NIE UDAWAJ GREKA

 
Kultura to zbiór pradawnych opowieści. Korzeni tej europejskiej upatrujemy w starożytnej Grecji. Tyle że mitologia nie jest tak kanoniczna jak nas tego nauczali w szkole. Nie wiem czego dzisiaj uczą, ale to na pewno określa program ministerstwa edukacji - czyli ścisłe wytyczne zadekretowane odpowiednią pieczątką. A zatem ktoś mądrzejszy już wie co poeta miał na myśli i tak dalej.

Ale w przekazie ustnym mity nie miały jednej niezmiennej wersji. Powstawały różne lokalne tradycje spisywane później przez różnych autorów. Co do samych autorów to zaś niewiele wiadomo. Nie wiadomo na przykład czy Homer - rzekomy autor Odysei - rzeczywiście istniał, a tym bardziej kim w ogóle był. Rozpowszechniane informacje o jego "życiorysie" to tylko wytwór kultury.

W zasadzie sam Homer był więc postacią mitologiczną. Według legendy był niewidomym pieśniarzem, choć w takim wypadku zdumiewać musi precyzja wizualnych opisów. Tak czy siak istniały też inne podania o dziejach Odyseusza. Sam kultowy epos nie wyjaśnia też wszystkiego do końca urzekając nas hollywoodzkim happy endem. Niestrudzony bohater wraca do domu, do wiernej żony która czekała na niego przez dwadzieścia lat...

Penelopa dzielnie odpierała zalotników, choć nie wiedziała czy ukochany jeszcze żyje. Zdumiewająca postawa jak na grecki antyk w którym cudzołóstwu oddawali się notorycznie nawet bogowie.. Ale nie bądźmy cyniczni, powiedzmy że była szczerze oddana niezwykłemu człowiekowi. Odyseusz odzyskuje królewską władzę, bierze lubą w ramiona, a potem żyli długo i szczęśliwie. Dalsze przekazy opowiadają jak wyciągnął kopyta, choć to już nie jest Odyseja.

Według najpopularniejszej opowieści miał zginąć z rąk własnego syna Telegonosa, spłodzonego bynajmniej nie z Penelopą tylko jakąś czarodziejką. Jak to w greckiej tragedii syn ruszył na poszukiwanie ojca, a gdy go już spotkał to nieświadomie zabił dziada - głodny grabił trzodę owiec, a Odyseusz postanowił go przegnać. Przepowiedni ślepego wieszcza z Odysei - o śmierci która nadejdzie z morza - stało się zadość, gdy syn ukłuł ojca włócznią o ostrzu z kolca jadowitej płaszczki.

W nieco bardziej groteskowej - choć może przez to mniej znanej legendzie - Odyseusza zabiły spadające z nieba odchody ptaka w których znajdował się właśnie taki kolec. Poważnym badaczom starożytności śmierć taka wydawała się pewnie za mało bohaterska, nie ciągnęli więc dalej tego tematu. Ale jak mawiał klasyk: zdarza się. Tak czy siak mity greckie żyły w kulturze europejskiej dzięki ich RECEPCJI czyli dalszym przetwarzaniu.


Kultura jest procesem aktywnym w jakim coraz to nowi odbiorcy nadają dziełom nowe znaczenia. Znaczenie to zaś zmienia się w zależności od epoki, współczesnego kontekstu społecznego, aktualnych trendów, nowych adaptacji, urojeń krytyków sztuki lub natchnienia ekspertów z ministerstwa edukacji. Odyseja to więc tytuł starożytnego eposu, ale też określenie długiej i niebezpiecznej podróży. Można tak nazywać też trudne zmagania z losem czy drogę rozwoju wewnętrznego.

Nieśmiertelne dzieła podlegają wspomnianej recepcji. Z czasem dochodzi to przekształcania znaczeń i tworzenia nowych sensów. Telewizyjni spece od kultury wystrojeni jak pajace - bo przecież nie można krytykować sztuki w dresie - używają patetycznych słów żeby wyjaśnić (a w zasadzie zaciemnić) to rozciągnięte w czasie zjawisko. Mówi się o ponadczasowości czy wręcz uniwersalizmie niektórych opowieści. Tak zwane pierdolenie o Szopenie.

Uniwersalne prawdy jakimi raczą nas starożytni mają być wiecznie recepcjonowane w tysiącach opowieści. Filtry kulturowe przyswajają je do lokalnego języka i tradycji. Ale kulturowa potęga greckiego antyku nie byłaby możliwa bez tego rzymskiego który uczynił go podstawą swojej imperialnej tożsamości. Następnie antyk zmieszał się z chrześcijaństwem. Dodano do tego szczyptę celtyckiego, germańskiego, skandynawskiego i słowiańskiego pogaństwa.

A zatem tyle w tym uniwersalizmu co politycznego przypadku. Starożytna Europa była mozaiką alternatywnych kultur z których na dobrą sprawę każda nosiła w sobie zalążki uniwersalizmu, gdyż kulturowe przekazy poruszają ludzi dlatego, że są takie... ludzkie. Nie odmawiając piękna, znaczenia, głębi, greckim mitom, przyznać trzeba, że europejska kultura ukształtować się mogła na całkiem innych fundamentach. Ewolucja kulturowa to wynik losowych mutacji historycznych.

A ponieważ wpływ europejskiej myśli i estetyki na kulturę światową był przemożny (kolonializm i tak dalej), gdyby w Europie przeważyła inna tradycja wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej... W ósmym wieku chrześcijanie powstrzymali ekspansję arabską, moglibyśmy więc przejąć kulturę islamu. Ale paradoksalnie to Arabom zawdzięczamy ocalenie antycznego dziedzictwa. Muzułmanie odrzucali co prawda politeistyczne historyjki, ale inspirowali się grecką filozofią i nauką.

Zanim arabskie umysły zaczadziła konserwatywna ortodoksja nie widzieli oni sprzeczności między grecką filozofią a objawieniami Koranu. Europa przypomniała sobie o własnym antycznym dziedzictwie dopiero gdy świat islamu zaczął je porzucać, pozostawiając jednak tłumaczenia i własne komentarze. Wtedy z języka arabskiego przetłumaczono to wszystko na łacinę i "odkrywano na nowo". Na Półwyspie Iberyjskim i Sycylii Arabowie zbudowali kulturowy most łączący Europę z jej zapomnianą tradycją.


Pierwsi chrześcijanie odrzucili z pogardą grecki antyk - zwłaszcza że kojarzył się z rzymskim "ciemiężycielem", który jednak uczynił z chrześcijaństwa religię państwową upadającego imperium. Wszystko co pogańskie miało oznaczać herezję, tyle że rewolucja zwykle wraca do jakichś korzeni czy fundamentów, bo nie da się wymyśleć świata zupełnie na nowo. Chrześcijańscy teolodzy zaczęli odwoływać się do Platona i Arystotelesa w akcie syntezy wiary i rozumu.

Estetyczny "powrót do korzeni" nastąpił później w renesansie, który to przerywał "mroki średniowiecza". Ten zwrot ku humanizmowi przywołał dawną architekturę, nagość... Choć wielu renesansowych artystów tworzyło niezapomniane dzieła na zlecenie kościoła, a sami papieże zamawiali dzieła z mitologicznym scenami, ciężar zainteresowania przeniósł się z Boga na człowieka, co skutkowało sekularyzacją - otworzyło drogę do Oświecenia i rewolucji naukowej.

Ojcowie-założyciele Stanów Zjednoczonych uznali się za spadkobierców ateńskiej demokracji i rzymskiego republikanizmu, co widać zwłaszcza w architekturze urzędów i symbolice państwowej. Kapitol, Biały Dom, siedzibę Sądu Najwyższego i setki innych budynków państwowych a nawet banki wznoszono w antycznej stylizacji. Greckie mity przetwarzała też popkultura. Mówi się o tak zwanym "kinie sandałowym" - megaprodukcje ekranizują antyczne działa, ostatnio łącząc to wszystko z komiksową manierą i widowiskowymi efektami.

Paradoksalnie sama Grecja jest dziś "kolebką na peryferiach". W strukturze gospodarczej Unii Europejskiej odstaje daleko od niemiecko-francuskiego rdzenia. Kryzys zadłużenia uzależnia kraj od międzynarodowych instytucji finansowych, brak tu nowoczesnego przemysłu i zaawansowanych technologii, gospodarka opiera się na rolnictwie i turystyce. Napływa tu niewiele inwestycji, a za to wiele unijnych środków ratunkowych i strukturalnych.


Przez to wszystko Grecy bywają postrzegani jako pasożyci - nie do końca słusznie. Greckie zadłużenie jest co prawda skutkiem nieodpowiedzialnej polityki budżetowej, przerostu biurokracji, nadmiernego socjalu, fałszowania statystyk ekonomicznych i rekordowych wydatków na zbrojenia (z powodu napiętych stosunków z Turcją).  Państwo to borykało się jednak z problemami finansowymi już od czasów odzyskania niepodległości spod tureckiego buta.

Dziewiętnastowieczne powstanie przeciwko Turkom sfinansowano z brytyjskich kredytów na skrajnie niekorzystnych warunkach co stanowiło już zawsze finansową kulę u nogi. Młode państwo aby przetrwać zaciągało dalsze kredyty na utrzymanie armii i modernizację zacofanej infrastruktury. W dwudziestym wieku mamy wojny bałkańskie, pierwszą wojnę światową i katastrofalną wojnę z Turcją, a potem hitlerowską okupację, której Grecy bynajmniej nie poddali się spokojnie jak baranki.

Po wygnaniu Szwabów doszło do krwawej wojny domowej między siłami prawicy i lewicy. W latach osiemdziesiątych - w ramach demokratycznych już wyborów- władzę przejęła socjalistyczna partia realizująca nazbyt "ambitny" program państwa opiekuńczego. Przyłączenie do strefy euro wiązało się natomiast z kreatywną księgowością - aby ratować walutę Niemcy musieli potem bulić, choć oczywiście Grecy nadal domagają się od nich reparacji...


Jakby nie patrzeć w starożytności również Grecja nie była jednak jakimś "centrum Europy". Nawet geografia lokują ją na obrzeżach kontynentu. Na Bliskim Wschodzie kwitły wtedy potężne scentralizowane imperia - Egipt, Babilon, Persja... Odizolowana górami uniknęła jednak centralistycznego orientalnego despotyzmu tworząc unikalny system niezależnych polis, suwerennych politycznie ale połączonych kulturą, religią, mitologią i językiem.

Nawet jeśli w poszczególnych miastach-państwach rządziła oligarchia zdecentralizowany system tworzył zalążki idei demokracji i wolności osobistej. W chwilach zagrożenia Grecy łączyli siły by odeprzeć orientalne zagrożenie. Masowa migracja z jałowej ziemi - a więc ucieczka od biedy - rozsiewała grecką kulturę po całym basenie Morza Śródziemnego. Gdyby starożytna Hellada była bogatą prowincją scentralizowanego Imperium Wschodu prawdopodobnie zostałaby kulturalnie zmiażdżona.

Tymczasem podejście Zachodu (Rzymu) charakteryzowało się kompleksem niższości. Choć Rzymianie górowali nad Grekami militarnie wiedzieli, że zetknęli się z cywilizacją bardziej rozwiniętą od ich własnej - nie mieli filozofii, literatury, teatru, rozwiniętej architektury. Przejęli więc gotowe wzorce, uosabiające w ich oczach kulturowy prestiż. Już na długo przed tym zanim Rzym stał się potęgą kultura grecka inspirowała Etrusków, więc zanim Rzymianie podbili samą Grecję zetknęli się już z przefiltrowaną i zmodyfikowaną wersją jej kultury.

sobota, 15 sierpnia 2026

OKO NA MAROKO

 
Podczas ostatniej odsłony europejskiego "kryzysu migracyjnego" do hiszpańskiej enklawy pośrodku Maroka szturmem wdarło się kilkadziesiąt tysięcy imigrantów, co bardzo podnieciło środowiska narodowe - zarówno w Hiszpanii jak i bratniej Polsce, która kocha generała Franco za to, że bronił cywilizacji europejskiej przed czerwonym barbarzyństwem i tak dalej.

W dniu święta narodowego, kiedy to my również ocaliliśmy Europę - co zresztą od niepamiętnych czasów mamy w zwyczaju - tym bardziej warto wspomnieć tego wspaniałego człowieka, który co prawda miał na koncie kilkaset tysięcy ofiar, ale zawsze stał na straży tradycyjnych wartości, takich jak naród, kościół, rodzina... Ten wielki wódz ukształtował swoją wrażliwość właśnie w Maroku.

W wojnie domowej hiszpańscy nacjonaliści korzystali  z usług rekrutów muzułmańskich, a sam Franco przedstawiał się jako "przyjaciel islamu", ale trzymał brudasów pod butem, a czerwonych zabijał i torturował. Jednak czerwone zagrożenie nie oznaczało w jego optyce tylko radzieckiego komunizmu - był to ideologiczny wytrych w którym zamykał liberałów, ateistów, demokratów oraz regionalnych separatystów.

Tak czy siak z Bąkiewiczem, Braunem, Bosakiem, Nawrockim czy Kaczyńskim jak najbardziej by się dogadał. Ci niesympatyczni panowie prywatnie zapewne również wyraziliby głęboki żal z powodu powojennej dekolonizacji Afryki, gdyby tylko Polska miała tam jakieś kolonie. Ale przynajmniej mieliśmy swojego Janusza Walusia który zabijał w Afryce czarnych komunistów ku chwale białego człowieka.


Proces dekolonizacji Maroka był stopniowy i trwał całe dekady - od 1956 roku kiedy kraj ten uzyskał niepodległość po 1975 rok kiedy to Franco wyciągnął kopyta. Wtedy to Maroko anektowało (pod pozorem "wyzwolenia") Saharę Hiszpańską zwaną dzisiaj Zachodnią. Wtedy to król Maroka Hassan II - powołując się na jakieś historyczne dyrdymały - przypomniał światu, że pustynny lud Sahrawi podlegał kiedyś jakiemuś średniowiecznemu królestwu.

Lud ten był jednak niewdzięczny i nie dziękował królowi za powrót do macierzy. Zorganizował lewacką partyzantkę zwaną Frontem Polisario i bił się z armią marokańską aż do lat dziewięćdziesiątych. Podpisano w końcu jakiś fikcyjny rozejm w którym Maroko zobowiązało się do przeprowadzenia referendum w sprawie politycznej przyszłości terytorium Sahary Zachodniej, ale do dzisiaj go nie przeprowadziło wykręcając się sianem.

Na wypadek gdyby kiedyś doszło do takiego plebiscytu zmieniono już strukturę etniczną - zaczęto osiedlać tam Marokańczyków podczas gdy znaczna część rdzennej populacji żyje w obozach dla uchodźców na terenie Algierii. Klasyczna metoda faktów dokonanych i przejmowania ziemi przez zasiedzenie. Co prawda suwerenność Sahary Zachodniej uznało kilkadziesiąt państw, lecz światowej opinii publicznej jest to temat szerzej nieznany.

Trochę sobie ostatnio o nim przypomniano, bo Christopher Nolan kręcił w tej pustynnej scenerii swoją Odyseję , co lewacki beton nagłośnił, potępił i uznał za legitymizację marokańskiego reżimu, ale nie wzbudziło to większych emocji. Ostatnio sam Donald Trump, jako pierwszy przywódca zachodniego mocarstwa uznał marokańską jurysdykcję nad Saharą Zachodnią, a Maroko jako czwarte państwo arabskie unormowało swoje stosunki z Izraelem.


To wparcie rozzuchwaliło marokańskiego monarchę Mohammeda VI, który - delikatnie mówiąc - ma nienajlepsze stosunki z rządem Hiszpanii. Po pierwsze rości sobie terytorialne prawa do Ceuty i Melilli, które traktuje jako relikty kolonializmu. Do tego dochodzą spory o złoża surowców na Saharze Zachodniej i rybołówstwo na Atlantyku oraz transport gazu z Algierii gazociągiem omijającym Maroko. Rzekomy "kryzys migracyjny" był więc typowym szantażem i ustawką.

Przy okazji lewicowy rząd Hiszpanii ma równie napięte stosunki z Donaldem Trumpem - nie tylko z powodów ideologicznych, ale też swojego bardzo krytycznego stosunku do poczynań Izraela w Gazie i wojny w Iranie. Trump obarczył hiszpańskiego premiera Pedro Sancheza winą za to, że marokańskie służby przepuściły przez granicę tłumy. Jego zdaniem był to skutek hiszpańskiej polityki - bezprecedensowej legalizacji pobytu blisko miliona uchodźców wytwarzających 20%  PKB.

Biorąc pod uwagę kwestie ekonomiczne było to jak najbardziej logiczne, bo legalizacja po prostu wyciągnęła tych ludzi z "szarej strefy" - bez nich zaś gospodarka nie może już funkcjonować. Warto też wspomnieć, że afrykańska Ceuta choć należy do Hiszpanii ma specjalny status w Strefie Schengen - podwójny filtr graniczny uniemożliwia przedostanie się do Europy bez kontroli granicznej, co nie pasuje zbytnio do wizji zagrożenia podsycanej przez prawicowe media.

Największymi ofiarami całego tego zamieszania byli właśnie nieszczęśni imigranci - wielu utonęło w morzu, inni zostali stratowani. Zginęło blisko 150 osób. Całą sytuację przedstawiono natomiast jako kolejną "inwazję" i pieprzono o słabości liberalnej Europy. Tymczasem w Polsce też mamy kryzys migracyjny - Szmydt uciekł na Białoruś, Ziobro do USA, a Romanowski podobno poznaje uroki Naddniestrza.

sobota, 8 sierpnia 2026

SOWIECKA PSYCHOLOGIA

CZARNA WDOWA
 
Za naszą wschodnią granicą trwa wojna płci czyli polowanie na mężczyzn. Rosyjskie służby zakładają fałszywe profile randkowe żeby zabić lub zwerbować ukraińskich żołnierzy. Popisze taki sobie na komunikatorze, może nawet spotka się z jakąś słodką ślicznotką, a potem zostanie otruty lub zwabiony w ustronne miejsce gdzie czekać na niego będą rosyjscy siepacze.

Metoda stara jak świat, ale jakże skuteczna, bo mężczyźni są tacy prymitywni. W ich mózgu jest taki guzik, który każe im podążać za głosem syreny. Wystarczy im coś pokazać i rzucić kilka gorących tekstów. A w warunkach wojny stres obniża czujność. Internet ułatwia ukrywanie prawdziwej tożsamości. Agenci są szkoleni w budowaniu więzi i zaufania - mają czas i mogą kusić aż do skutku.

Ale i rosyjscy żołnierze stają się ofiarami seksownych hien. Tak zwane czarne wdowy wyszukują mężczyzn w trudnej sytuacji, biorą z nimi ślub i przekonują do wstąpienia do wojska. Ponieważ w realiach tej wojny to praktycznie samobójstwo niebawem kasują sowite odszkodowanie, które wynosić może nawet 100 tysięcy dolarów. Jedna z takich przedsiębiorczych dam pochować zdążyła już pięciu nieszczęśników.

Gdy spojrzysz na fotki którymi ta wesoła wdówka lansuje się w mediach społecznościowych widzisz wydekoltowaną ostrą sucz napompowaną botoksem w luksusowej scenerii. Taki typowy obrazek gumowej lalki z Instagrama. Każdy dał by się złapać na taką przynętę, chociaż śmierdzi kurestwem na kilometr. Biologiczne mechanizmy skupiają samczą uwagę na bodźcach wzrokowych, a testosteron blokuje logiczne myślenie.



Podniecenie wyłącza racjonalną ocenę ryzyka i przestajesz myśleć o konsekwencjach. W końcu żyje się raz. Jeśli w dodatku jesteś zagubiony emocjonalnie, a ktoś wykaże zainteresowanie twoimi problemami, historyjkami i marudzeniem, oraz dowartościuje cię komplementami, przejmując przy tym inicjatywę - której ty sam nie miałbyś odwagi wykazać - wpadłeś jak śliwka w kompot. Ruski prymitywny wieśniak nie ma szans.

Działanie takie wymaga oczywiście wyłączenia empatii - trzeba całkowicie podporządkować swoje uwodzicielskie zachowanie cynicznemu celowi, nie wczuwając się zbytnio w uczucia ofiary. Ale kto by się przejmował takimi pierdołami? Polacy są oczywiście równie durni co Ukraińcy i Kacapy, więc również i u nas odbywa się podobny, choć nieco mniej śmiercionośny proceder.

Filtruje się w sieci facetów podatnych na manipulacje - żołnierzy, urzędników, dyplomatów, pracowników przemysłu zbrojeniowego - żeby kobiecym wdziękiem wyłudzić z nich informacje. Przy okazji można w ten sposób uzyskać różne kompromaty - dotyczące choćby zdrady małżeńskiej - a potem wykorzystywać je do bólu. SEKS to jeden z fundamentów tak zwanej UNIWERSALNEJ MATRYCY MOTYWACJI. Okazja czyni hedonistę.


Innym prostym narzędziem są PIENIĄDZE - człowiek zawsze chciałby mieć ich więcej, sami zresztą wiecie o tym najlepiej... A jeśli przypadkowo macie długi, uprawiacie hazard lub żyjecie ponad stan wystarczy sypnąć wam trochę grosza. Ale pieniądze to nie wszystko - dla wielu z nas liczy się przede wszystkim EGO. Skuteczną metodą jest więc karmienie narcyzmu, sprawianie żeby ktoś czuł się ważny, podziwianie "niedocenionego geniusza"...

Niekiedy takie "płytkie pobudki" jak seks, pieniądze i ego, schodzą na dalszy plan. Kiedy mamy do czynienia z idealistą najważniejsza jest IDEA. Idealista myśli, że jest kimś lepszym, bo ważne są dla niego zasady, a nie marności tego świata. Idea jest jak religia, jest czymś wyższym, uduchowionym, moralnym. Niestety idealista może czuć się odrzucony i nierozumiany, a poza tym być fanatycznie zaślepiony. Dla idei można się stać "pożytecznym idiotą".

Swego czasu wielu zachodnich intelektualistów dało się uwieść idei komunizmu, a Moskwa poznała nuklearne tajemnice Zachodu dzięki kretynom wierzącym w radziecką propagandę. Dziś komunizm wyszedł nieco z mody, ale Rosja pieprzy o obronie tradycyjnych wartości, antyglobalizmie i budowie wielobiegunowego świata. To oczywiście bełkot cynicznej, imperialistycznej i pazernej dyktatury, która chce nas okraść, zniewolić i skłócić.

Wielu daje się jednak nabrać na różne jakże idealistyczne hasełka, zwłaszcza jeśli trolle podleją je patriotycznym sosem - brońmy interesu narodowego, wolności słowa i tak dalej... Rosja nauczyła się świetnie wykorzystywać polaryzującą "logikę algorytmów" - budzić silne emocje, rozsiewać teorie spiskowe, odwoływać się do historycznych zaszłości i stereotypów. Efekt rykoszetu sprawia, że bronimy swoich poglądów jak niepodległości.


System UNIWERSALNEJ MATRYCY MOTYWACJI zakłada, że nie ma ludzi nieprzemakalnych - są tylko źle sprofilowani. Każdy potrzebuje seksu, pieniędzy, uznania - a jeśli jest taki "szlachetny", że nie da się go na to złapać, to można wykorzystać jego wartości. Niestety niezależnie od kultury, epoki, wykształcenia i statusu zachowaniem homo sapiensa rządzi zamknięty katalog potrzeb i popędów. To uniwersalny mechanizm ewolucyjny.

Aby przetrwać jako gatunek musieliśmy się reprodukować (seks), zdobywać zasoby (pieniądze), czy walczyć o status (ego). Specyficzną ludzką przypadłością jest też zdolność do tworzenia kulturowych fikcji zwanych ideami. Różnimy się między sobą, ale u każdego z nas dominuje jeden z tych mechanizmów, który wystarczy po prostu zidentyfikować.

Nasze motywacje nie są nigdy monolityczne, ale dzięki znajomości matrycy można płynnie, synergicznie i komplementarnie nimi manipulować, dynamicznie przełączając oddziałujące bodźce. Przy okazji ofiara będzie myśleć, że realizuje własne cele, reagując po prostu na podsuwane jej nagrody. Ta sowiecka metoda zyskuje nowy wymiar dzięki cyfrowym śladom które bezwiednie pozostawia każdy z nas, pozwalając algorytmom na mapowanie naszych motywacji.

sobota, 1 sierpnia 2026

ŚLEPY TUNEL

 
O osobach energicznych i aktywnych zwykliśmy mówić, że mają ADHD. To oczywiście metafora, ale zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi przejawia się właśnie nadmierną aktywnością i impulsywnością, wynikającą z problemów z koncentracją.

Znanym środkiem wywołującym niekontrolowane pobudzenie jest natomiast amfetamina, którą - paradoksalnie - wykorzystuje się do leczenia ciężkich przypadków ADHD. Czemu osobom nadpobudliwym podaje się stymulanty? Bo mają zbyt niski poziom dopaminy.

Ten magiczny neuroprzekaźnik - odmieniany ostatnio przez wszystkie przypadki - reguluje motywację, uwagę i poszukiwanie nowych bodźców. Deficyt dopaminy sprawia, że realizowane zadania wydają się nudne, więc mózg poluje na dopaminę szukając szybkiej stymulacji. Dlatego nie może się skupić.

Gdy wyreguluje się poziom dopaminy mózg przestanie poszukiwać "nowości" i szybko się wszystkim nudzić... Przynajmniej w teorii, bo sami często karmimy się łatwymi przyjemnościami takimi jak smartfon czy zakupy, o hazardzie i używkach nie wspominając.

Dawka terapeutyczna jest kilkadziesiąt razy mniejsza od tej którą przyjmuje się rekreacyjnie i nie powoduje haju ani euforii, a jedynie "powrót do normy". Ale funkcjonuje też mit jakoby zażywanie amfetaminy na własną rękę mogło poprawić zdolności poznawcze. Już w liceum koledzy polecali mi ten środek jako panaceum na presję edukacyjną.

Problem dla większości z nas była wtedy konieczność nadrabiania zaległości w ostatniej możliwej chwili. Nikomu z nas nie chciało się uczyć, bo mieliśmy ważniejsze sprawy na głowie... Założenie było takie, że jak walniesz kreskę i zarwiesz noc, to wykujesz się na blaszkę i masz ten problem z głowy. Uzyskać można jednak w ten sposób raczej fałszywą pewność siebie.

Dla naszej pamięci kluczowe znaczenie ma sen, o czym większość młodocianych entuzjastów "szybkich rozwiązań" nie zdążyła się jeszcze dowiedzieć... Właśnie podczas najgłębszego snu mózg konsoliduje wiedzę, usuwając "śmieci informacyjne" i przenosząc dane z pamięci krótkotrwałej do długotrwałej. W dodatku niewyspany mózg popełnia więcej błędów.

Do tego dochodzi natłok myśli wywołany amfetaminą, co dezorganizuje logiczny ciąg wypowiedzi. Jednym słowem specyfik ten mógłby coś poprawić jedynie doraźnie i w bardzo małej dawce skracając czas reakcji i zwiększając czujność. Ale ogranicza się to zazwyczaj do przeceniania własnych możliwości, podczas gdy jakość elastycznego myślenia pogarsza się.


Amfetamina nasila myślenie tunelowe, co prowadzi do nadmiernej koncentracji na detalach kosztem całości. Nadmiar dopaminy zawęża - a nie rozszerza - pole widzenia i ramy interpretacji faktów. Dopamina uwypukla to co uznaje za nagrodę lub cel wyłączając "szum informacyjny" - jej nadmierny wyrzut może niestety zamykać umysł na alternatywne rozwiązania.

A to oznacza sztywność poznawczą. Silny bodziec dopaminowy sprawia, że mózg ignoruje sygnały z otoczenia peryferyjnego, co przejawia się tak zwaną obsesją. Cały układ nagrody koncentruje się na jednym punkcie - może to być ciągłe pierdolenie o jednym i tym samym. Hitler pierdolił na przykład o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej.

Może być to ślepy upór. Może być to "przyklejenie" do jednego bodźca takiego jak pornografia czy hazard. To perseweracja czyli mechaniczne odtwarzanie tej samej czynności lub myśli, zapętlenie się na temacie i fiksacja na jednym zadaniu. W skrajnych przypadkach nadużywanie amfetaminy doprowadzi nas do paranoi, a nawet psychozy.

Nadmiar dopaminy blokuje zdolność zmiany celów i oderwania się od wykonywanej czynności. Jeśli nawet skupimy się na pożytecznym zadaniu najpewniej pogrążymy się w nadmiernym i bezsensownym dopracowywaniu nic nie znaczących detali. Mózg "blokuje się" na bodźcu który zdołał przykuć jego uwagę i nie potrafi tej uwagi przełączyć.

Każda absurdalna czynność może stać się wtedy skrajnie satysfakcjonująca i ważna. Istnieją oczywiście wyjątki potwierdzające regułę, że amfetamina ryje beret. Philip Dick obżerał się tym ścierwem pisząc powieści z prędkością 120 słów na minutę. To zabójcze tempo było konieczne ponieważ w latach sześćdziesiątych twórcy science fiction zarabiali grosze.


Żył więc skromnie i w końcu mu odjebało, przedwcześnie wyciągnął kopyta, ale pośmiertnie został kultowym pisarzem i ojcem chrzestnym cyberpunka oraz "pokolenia Matrix" rewolucjonizując postrzeganie rzeczywistości. Jednak statystycznie prawdopodobieństwo zwiększenia w ten sposób swojej kreatywności jest raczej odwrotnie proporcjonalne do ilości zażywanego proszku...

Twórcze generowanie wielu różnych pomysłów zostaje zablokowane tunelową powtarzalnością, hiperkoncentracją na nieistotnych detalach, iluzją produktywności, wyczerpaniem neuroprzekaźników i deprywacją snu. Mózg Dicka po prostu przetworzył paranoję w paliwo twórcze obsesyjnie zastanawiając się nad strukturą rzeczywistości.

Twój mózg zapewne zadziała inaczej bo to w zasadzie dopaminowa loteria. Skoncentrujesz się na jakiejś absurdalnej dupereli, która nic dobrego nie przyniesie ludzkości, ani nawet tobie samemu. Dojdzie do sprzężenia zwrotnego które dodatkowo napędza wszelkie uzależnienia behawioralne - synergiczne połączenie zamknie cię w pętli behawioralnej i wpędzi w bolesny kryzys neurochemiczny.

piątek, 24 lipca 2026

GŁODNE KROKODYLE

 
Pamiętacie jeszcze Strefę Gazy? Może coś wam się obiło o uszy, bo niedawno było tam gorąco. W odpowiedzi na okrutne ataki Hamasu (palestyńskiej organizacji terrorystycznej) - które były jednak skutkiem żydowskiego kolonializmu i dyskryminacji rdzennej ludności - izraelska armia dokonała tam nieproporcjonalnej rzezi. Za każdego zabitego Żyda wyeliminowano siedemdziesięciu brudasów.

Przy okazji praktycznie zniszczono tkankę miejską, zamieniając to i tak slumsowate miasto w morze ruin. Zablokowano międzynarodową pomoc humanitarną, żeby dzieci zdychały z głodu. Na koniec podpisano jakiś gówniany pokój z totalnie zdehumanizowanym przeciwnikiem. Donald Trump snuł absurdalne wizje transformacji tego apokaliptycznego pobojowiska w luksusowy kurort na wzór Dubaju.

Do pięknego obrazka niezbyt jednak pasowali głodni, brudni i niepotrzebni nikomu Palestyńczycy. Padł nawet pomysł żeby zapłacić każdemu 5000 dolarów i wypierdolić motłoch gdzieś do Afryki. Problem w tym, że nikt nie chciał tej hołoty. Szkoda bo przez to taki ładny kawałek ziemi pod inwestycje się marnuje... Nie warto pakować się w ten interes - koszt samej tylko odbudowy szacuje się na 70 miliardów dolarów.

Realnie administracja amerykańska nie wysupłała ani dolara na ten cel, ale powołano Radę Pokoju żeby o tym pierdolić. To co wpłynęło od innych darczyńców poszło zaś na pensje urzędników tego pasożytniczego tworu. Zresztą Izrael zabrania wwozu do enklawy materiałów budowlanych... To co zostało z Gazy jest aktualnie okrajane przez budowę nowej bariery - wał wyznacza strefę śmierci. Jeśli się do niej zbliżysz zostaniesz odstrzelony.


Uniemożliwia to Palestyńczykom powrót do zniszczonych domów. Dwa miliony ludzi stłoczono w ciasnych obozach namiotowych bez żadnej nadziei. Zawieszenie broni jest codziennie łamane, ciągle giną ludzie. Do tego dochodzi skrajne niedożywienie, katastrofa sanitarna i drastyczny wzrost śmiertelności okołoporodowej.

Wokół więzienia na pustyni gdzie przetrzymuje się co bardziej podejrzany palestyński element rozpoczęto kopanie fosy. Jest nawet pomysł żeby wpuścić do niej krokodyle i wygląda na to że nawet protesty ekologów go nie zablokują... Minister środowiska podpisała już specjalny dekret zmieniający status krokodyla nilowego na zwierzę hodowlane, pozbawione dotychczasowej specjalnej ochrony gatunkowej.

Nikt się tym specjalnie nie przejmuje bo zaprzątały nam ostatnio głowę ważniejsze sprawy takie jak mistrzostwa świata w piłce nożnej. Szef Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej Gianni Infantino tak świetnie się spisał, że Trump chciałby go nawet awansować na sekretarza generalnego ONZ. Nowa amerykańska ustawa obronna NDAA na rok 2027 zakłada bezprecedensową integrację potęgi Wuja Sama z izraelskim kompleksem wojskowo-przemysłowym.


Budzi to kontrowersje w samych Stanach Zjednoczonych, bo daje Izraelowi dostęp do ściśle tajnych technologii wojskowych, systemów wywiadowczych i łańcuchów dostaw. Nawet co niektórzy Republikanie widzą w prawnym usankcjonowaniu partnerstwa obronnego zagrożenie dla stosowania elastyczności dyplomatycznej. Zmieniłoby to dotychczasową relację gdzie USA były nadrzędnym partnerem w nierozerwalne partnerstwo i legitymizowało ludobójstwo w Gazie.

Ogromne kontrowersje wzbudza też amerykańskie porozumienie o współpracy nuklearnej z Arabią Saudyjską. Dokument nie zakłada rygorystycznej kontroli saudyjskich placówek przez inspektorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Przy okazji umożliwia też stworzenie w przyszłości saudyjskiego zakładu wzbogacania uranu, co może być pierwszym krokiem do skonstruowania w przyszłości saudyjskiej bomby. A to może zapoczątkować wyścig zbrojeń w tym jakże skonfliktowanym regionie.

Trumpiści wskazują co prawda, że to lepsza opcja niż olanie nuklearnych ambicji Saudyjczyków, gdyż mogliby uzyskać taką technologię od Rosji lub Chin. Pytanie czy dla Europy cokolwiek z tego wynika. Izrael odmówił przekazania Ukrainie swojej zaawansowanej broni. Integracja wojskowo-technologiczna USA i Izraela osłabia za to europejski przemysł zbrojeniowy i pozycję Europy w strukturach NATO. Natomiast destabilizacja Bliskiego Wschodu zagraża nową falą migracji za którą eurosceptyczni populiści obwiniać będą Brukselę.