Łączna liczba wyświetleń

piątek, 24 lipca 2026

GŁODNE KROKODYLE

 
Pamiętacie jeszcze Strefę Gazy? Może coś wam się obiło o uszy, bo niedawno było tam gorąco. W odpowiedzi na okrutne ataki Hamasu (palestyńskiej organizacji terrorystycznej) - które były jednak skutkiem żydowskiego kolonializmu i dyskryminacji rdzennej ludności - izraelska armia dokonała tam nieproporcjonalnej rzezi. Za każdego zabitego Żyda wyeliminowano siedemdziesięciu brudasów.

Przy okazji praktycznie zniszczono tkankę miejską, zamieniając to i tak slumsowate miasto w morze ruin. Zablokowano międzynarodową pomoc humanitarną, żeby dzieci zdychały z głodu. Na koniec podpisano jakiś gówniany pokój z totalnie zdehumanizowanym przeciwnikiem. Donald Trump snuł absurdalne wizje transformacji tego apokaliptycznego pobojowiska w luksusowy kurort na wzór Dubaju.

Do pięknego obrazka niezbyt jednak pasowali głodni, brudni i niepotrzebni nikomu Palestyńczycy. Padł nawet pomysł żeby zapłacić każdemu 5000 dolarów i wypierdolić motłoch gdzieś do Afryki. Problem w tym, że nikt nie chciał tej hołoty. Szkoda bo przez to taki ładny kawałek ziemi pod inwestycje się marnuje... Nie warto pakować się w ten interes - koszt samej tylko odbudowy szacuje się na 70 miliardów dolarów.

Realnie administracja amerykańska nie wysupłała ani dolara na ten cel, ale powołano Radę Pokoju żeby o tym pierdolić. To co wpłynęło od innych darczyńców poszło zaś na pensje urzędników tego pasożytniczego tworu. Zresztą Izrael zabrania wwozu do enklawy materiałów budowlanych... To co zostało z Gazy jest aktualnie okrajane przez budowę nowej bariery - wał wyznacza strefę śmierci. Jeśli się do niej zbliżysz zostaniesz odstrzelony.


Uniemożliwia to Palestyńczykom powrót do zniszczonych domów. Dwa miliony ludzi stłoczono w ciasnych obozach namiotowych bez żadnej nadziei. Zawieszenie broni jest codziennie łamane, ciągle giną ludzie. Do tego dochodzi skrajne niedożywienie, katastrofa sanitarna i drastyczny wzrost śmiertelności okołoporodowej.

Wokół więzienia na pustyni gdzie przetrzymuje się co bardziej podejrzany palestyński element rozpoczęto kopanie fosy. Jest nawet pomysł żeby wpuścić do niej krokodyle i wygląda na to że nawet protesty ekologów go nie zablokują... Minister środowiska podpisała już specjalny dekret zmieniający status krokodyla nilowego na zwierzę hodowlane, pozbawione dotychczasowej specjalnej ochrony gatunkowej.

Nikt się tym specjalnie nie przejmuje bo zaprzątały nam ostatnio głowę ważniejsze sprawy takie jak mistrzostwa świata w piłce nożnej. Szef Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej Gianni Infantino tak świetnie się spisał, że Trump chciałby go nawet awansować na sekretarza generalnego ONZ. Nowa amerykańska ustawa obronna NDAA na rok 2027 zakłada bezprecedensową integrację potęgi Wuja Sama z izraelskim kompleksem wojskowo-przemysłowym.


Budzi to kontrowersje w samych Stanach Zjednoczonych, bo daje Izraelowi dostęp do ściśle tajnych technologii wojskowych, systemów wywiadowczych i łańcuchów dostaw. Nawet co niektórzy Republikanie widzą w prawnym usankcjonowaniu partnerstwa obronnego zagrożenie dla stosowania elastyczności dyplomatycznej. Zmieniłoby to dotychczasową relację gdzie USA były nadrzędnym partnerem w nierozerwalne partnerstwo i legitymizowało ludobójstwo w Gazie.

Ogromne kontrowersje wzbudza też amerykańskie porozumienie o współpracy nuklearnej z Arabią Saudyjską. Dokument nie zakłada rygorystycznej kontroli saudyjskich placówek przez inspektorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Przy okazji umożliwia też stworzenie w przyszłości saudyjskiego zakładu wzbogacania uranu, co może być pierwszym krokiem do skonstruowania w przyszłości saudyjskiej bomby. A to może zapoczątkować wyścig zbrojeń w tym jakże skonfliktowanym regionie.

Trumpiści wskazują co prawda, że to lepsza opcja niż olanie nuklearnych ambicji Saudyjczyków, gdyż mogliby uzyskać taką technologię od Rosji lub Chin. Pytanie czy dla Europy cokolwiek z tego wynika. Izrael odmówił przekazania Ukrainie swojej zaawansowanej broni. Integracja wojskowo-technologiczna USA i Izraela osłabia za to europejski przemysł zbrojeniowy i pozycję Europy w strukturach NATO. Natomiast destabilizacja Bliskiego Wschodu zagraża nową falą migracji za którą eurosceptyczni populiści obwiniać będą Brukselę.

sobota, 18 lipca 2026

KREW I NAFTA

 
Na Bliskim Wschodzie robi się coraz bardziej gorąco, pomimo podpisanego miesiąc temu memorandum z Islamabadu, które rzekomo miało obowiązywać przez 60 dni. W zasadzie był to tylko nic nie znaczący świstek papieru zawierający bardzo ogólne stwierdzenia, które obie strony szybko zaczęły interpretować na swoją korzyść. Mówiło się o testowaniu i sondowaniu, lecz jest już pewne że konflikt rozgorzał na nowo.

Trump - chociaż nie lubi ustępować - był naprawdę przyciśnięty do ściany przez opinię publiczną. Zgodził się więc na legalny i bezcłowy eksport ropy naftowej przez Iran, wycofując flotę blokującą irańskie porty handlowe. Zagraniczne aktywa Iranu miały zostać odblokowane. Powstać miał nawet specjalny fundusz o wartości 300 miliardów dolarów (!!!) służący odbudowie infrastruktury cywilnej, stymulacji rozwoju gospodarczego i utrwalaniu pokoju.

Co Stany Zjednoczone miały uzyskać w zamian? Najbardziej chodziło o otwarcie Cieśniny Ormuz, choć przecież przed wojną była już otwarta... No i do tego miała dojść rezygnacja Teheranu z rozwijania programu nuklearnego, żeby Trump zyskał uzasadnienie czemu wpakował kraj w kosztowną zadymę - chronimy świat przed małpami z głowicami i tak dalej... Analitycy mówili już o dyplomatycznym zwycięstwie reżimu szmatogłowych.

Po pierwsze system władzy przetrwał, po drugie obronił się przed gigantycznym wrogiem, po trzecie rozwijać dalej mógł broń balistyczną i finansować sieć bojówek nazywanych Osią Oporu. Same zapisy w kwestii atomowej były zaś dosyć miękkie i ograniczające się do deklaracji. Jak jednak widać gówno z tego wszystkiego wyszło. I tu już mamy analityczną kakofonię. Czy fiasko całego tego szumnie ogłoszonego porozumienia było winą ajatollahów czy kowbojów?

Ponoć całkiem korzystne warunki miały zostać podeptane przez pałających żądzą zemsty islamskich radykałów... W końcu kraj został zrujnowany, przywódcy zabici, a honor i swoisty kult męczeństwa nie pozwalały paktować z Wielkim Szatanem. W dodatku twardogłowi nie chcieli wcale rezygnować z kontroli nad Cieśniną Ormuz, widząc w tym jedyne skuteczne narzędzie szachujące spragniony ropy Zgniły Zachód. Europie wcale nie spodobała się ta awantura w momencie zrywania więzi energetycznych z Rosją...


Komendantura Iranu chciała wyznaczenia korytarza morskiego wzdłuż irańskiego wybrzeża, tymczasem amerykańska marynarka wojenna chciała wyznaczyć alternatywny szlak wzdłuż wybrzeża Omanu. Irańczycy widzieli w tym próbę przejęcia kontroli przez Jankesów nad ich wodami, co nie było im w smak tym bardziej, że po upływie 60 dni mieli zamiar powrócić do pobierania opłat od statków. Irańskie aktywa miały być zaś dalej blokowane przez biurokratyczne uniki.

Nie pomogła też arogancka retoryka Donalda Trumpa, ani ciągła obecność sił amerykańskich w rejonie Zatoki Perskiej odczytywana jako trzymanie pistoletu przy skroni. Poza tym izraelska okupacja Południowego Libanu... Iran zaczął więc coraz bardziej "kąsać" i atakować statki handlowe, co dla narcystycznego prezydenta Stanów Zjednoczonych było wręcz upokorzeniem. Ten niezbyt zrównoważony osobnik musiał znowu pokazać jak wielkim jest twardzielem i rozpętać rozpierduchę.

Scenariusze rozwoju wypadków są tym bardziej nieprzewidywalne o ile zależą od kaprysów niezbyt pragmatycznego oszołoma. Z drugiej strony mamy zaś islamistycznych fanatyków, których ideologia również wymyka się zachodniej konsumpcyjnej logice. Co prawda wielu ludzi w Iranie ma już tej średniowiecznej ortodoksji powyżej uszu i tęskni za materialistyczną dekadencją, ale póki co kontrolę polityczną sprawuje sekciarski reżim. USrael jest zaś tam synonimem zła.

Szczęściem w nieszczęściu okazała się duża elastyczność rynków. Ceny ropy i gazu skoczyły, lecz nie są to jeszcze wartości ekstremalne. Kluczową rolę "niewidzialnej ręki" odegrały tu paskudne Chiny, którym zależy na światowej stabilizacji gospodarczej ponieważ opierają swój rozwój na eksporcie. Chiny dokonały drastycznego ograniczenia importu produktów naftowych, zdejmując z globalnego rynku ogromną presję popytową.


Umożliwiły to ogromne zapasy zgromadzone zawczasu dzięki skupowaniu objętej sankcjami rosyjskiej i irańskiej ropy. Pekin zaczął masowo wykorzystywać swoje rezerwy co pozwoliło zaspokoić potrzeby krajowych rafinerii bez konieczności dodatkowych zakupów. Stabilizacja rynku wewnętrznego była tam możliwa dzięki daleko posuniętej transformacji energetycznej czyli gigantycznej flocie samochodów elektrycznych i inwestycjom w zielone technologie, w czym nasi rodzimi populiści widzą przejawy "ekologicznego szaleństwa".

Tymczasem równolegle z całą tą bliskowschodnią wojenką w podupadłej Rosji wybuchł bezprecedensowy kryzys paliwowy. Jeszcze niedawno ten dziki kraj nazywano "wielką stacją benzynową", a dziś zaczyna brakować tam paliwa... Ukraińskie ataki wyłączyły z użytku niemal każdą dużą rafinerię w zachodniej części Imperium Kacapów. Wskutek tego reglamentowane paliwo do "europejskiej" części państwa trzeba ściągać z odległych zakątków.

W Rosji obowiązuje embargo na eksport benzyny i diesla, co dodatkowo winduje światowe ceny. Zagrożone są nawet tegoroczne żniwa, a Rosja jest przecież wielkim eksporterem pszenicy, co może zachwiać i tym rynkiem. Dobrze tak ruskim skurwysynom, ale nie głodnym dzieciom w Afryce. Tempo żniw spadło trzykrotnie. Koszt transportu ciężarowego z centralnych regionów do portów nadmorskich niebotycznie podrożał.

W wyniku zablokowania szlaku Morzem Azowskim przez siły ukraińskie 25% eksportu ziarna i oleju słonecznikowego poszło się jebać. Z perspektywy naszej racji stanu ta gospodarcza katastrofa wygląda może i dobrze, lecz zagraża bezpieczeństwu żywnościowemu Afryki i Bliskiego Wschodu. Człowiek jeść musi więc zawsze coś wykombinuje. Może charytatywne głupki przyślą coś nierobom. Niemniej ktoś może sobie nie poradzić i wyciągnąć kopyta. Poza tym jak to zwykle bywa biedni będą jeszcze biedniejsi.

Ruscy są tak zdesperowani, że chcieli nawet odkupywać z Indii benzynę wytworzoną z wcześniej eksportowanej tam własnej ropy, na co jednak przebiegli Hindusi nie wyrazili zgody. Swój rynek uszczelnił też Kazachstan. Jedynym stabilnym "dostawcą" pozostaje już tylko Białoruś. Naprawę uszkodzonych instalacji uniemożliwia brak zachodnich komponentów. Deficyt wymusił uproszenie procesów technologicznych i lanie do baków czego popadnie.

niedziela, 12 lipca 2026

WIELKA WOJNA TRUMPA


 W obliczu amerykańskiej agresji, inwazji czy też uderzenia prewencyjnego, Iran doprowadził do tak zwanej eskalacji horyzontalnej czyli przeniósł konflikt na nowe obszary. Oprócz blokady Cieśniny Ormuz zastosował uderzenia dronowe i rakietowe na Półwyspie Arabskim, a także uruchomił sprzyjające mu organizacje paramilitarne na całym Bliskim Wschodzie.

Takie asymetryczne działania są znacznie bardziej efektywne niż sam tylko zaciekły opór. Nie od dzisiaj wiadomo, że najlepszą obroną jest atak. Przejmujesz wtedy inicjatywę i zyskujesz psychologiczną przewagę, a przeciwnik jest zmuszony do rozproszenia swoich sił. Proces decyzyjny jest zaburzony, stres wywołuje błędy a planowanie staje się znacznie utrudnione.

Jednym słowem kiedy ktoś chce cię załatwić zrób totalne zamieszanie i staraj się pociągnąć wszystkich na dno wraz ze sobą - może to być skuteczne, choć nie wiadomo jeszcze jak się skończy Wielka Wojna Trumpa. Iran dąży do załamania gospodarczego regionu i wzrostu cen ropy na całym świecie, lecz rynki wykazują większą odporność niż początkowo sądzono.

Tyle że po wyczerpaniu rezerw strategicznych kolejne wstrząsy podażowe mogą być znacznie boleśniejsze... Może to być problemem w kontekście wojny w Ukrainie. Z jednej strony rosnące ceny węglowodorów mogłyby naoliwić machinę wojenną Putina. Z drugiej Rosja na skutek zniszczeń infrastruktury już ma problem z wydobyciem, przetwarzaniem i eksportem.


Dla nas to jeszcze pikuś - jeśli zapłacimy za benzynę kilka groszy więcej jakoś to przeżyjemy, napędzi to inflację i zjemy mniej kebabów. Nie będzie to jednak taki szok konsumpcyjny jak w krajach Zatoki Perskiej gdzie ceny żywności wzrosły o 40-120%. Ale szejkowie w Dubaju ani rezydujące tam międzynarodowe kurestwo raczej biedy nie klepie. Niestety nie każdy jest tam bogaty - obok luksusowych dzielnic funkcjonują ukryte przed oczami turystów obozy pracy.

Azjatyccy eksporterzy energii tacy jak Japonia, Korea Południowa czy Indie zmagają się z potężnym kryzysem energetycznym i przestojami w przemyśle. W 170 milionowym Bangladeszu który i tak należał do najbiedniejszych państw świata doszło do załamania przemysłu odzieżowego oraz wielkiego kryzysu w rolnictwie - zabrakło wytwarzanych z gazu nawozów sztucznych i oleju napędowego do pomp nawadniających pola ryżowe.

Jedynym ratunkiem była pożyczka z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Co gorsze w półupadłym Bangladeszu system ekonomiczny opiera się w zasadzie na przekazach pieniężnych które emigranci zarobkowi pracujący w krajach Zatoki Perskiej przesyłają swoim rodzinom. A tam doszło do masowych zwolnień niepotrzebnej już hołoty. Kto zaś zachował pracę musi się mierzyć z drastycznym wzrostem kosztów życia, co uszczupliło tak potrzebne transfery.


Podobne problemy dotknęły mieszkańców Nepalu i Sri Lanki, którzy również opierali swój byt na pieniądzach przysyłanych przez robotników harujących w Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy Katarze. W odgrywającym rolę kluczowego mediatora Pakistanie doszło do drastycznego spadku produkcji żywności i masowych kilkunastogodzinnych blackoutów, ponieważ energię elektryczną importowano z irańskiego Beludżystanu.

W Libanie gdzie działa proirański Hezbollah Izrael zniszczył infrastrukturę cywilną i wywołał falę emigracji wewnętrznej. W Jemenie zaangażowanie w konflikt Huti odcięło kraj od kroplówki humanitarnej, co jest tym boleśniejsze że większość żywności dociera tam drogą morską. Miliony Jemeńczyków znalazły się na skraju śmierci głodowej, wstrzymano wypłaty dla urzędników i lekarzy.

Również kraje Afryki Wschodniej takie jak Kenia czy Etiopia ucierpiały z powodu paraliżu logistycznego na Morzu Czerwonym. Drastyczny wzrost cen produktów naftowych z których wytwarzano nawozy doprowadził do ruiny setki tysięcy gospodarstw rolnych. Osobnym od tej wojny tematem jest amerykańska blokada Kuby, która doprowadziła tam do najcięższego kryzysu humanitarnego i gospodarczego od dekad...

czwartek, 9 lipca 2026

KARMA WRACA

 
Można mieć w życiu wyjątkowe szczęście, ale też wyjątkowego pecha. Bo losowość podlega tak zwanemu prawu serii. Rzadkie zdarzenia losowe mogą występować kilka razy z rzędu i nie ma w tym żadnego bożego palca ani przekleństwa losu. Jak mawiał klasyk - zdarza się.

Wywołuje to jednak przemożne psychologiczne wrażenie. Ludzki mózg zaprogramowany do wyszukiwania wzorców przypisuje takiej serii wyimaginowane znaczenie. Nazywamy to złudzeniem grupowania. Natura tworzy większe lub mniejsze grupy podobnych zdarzeń.

My widzimy w tym zaś skutek jakiegoś rytuału. Kodujemy to iluzoryczne powiązanie przyczyn i skutków. Potem szukamy potwierdzenia że to działa, ale nie ma to nic wspólnego ze statystyką, a raczej z programowaniem uwagi. W czystym przypadku dostrzegamy magię lub prawidłowość.

Tyle że w życiu rzadko co jest klarowne. Choć przypadek rządzi naszym życiem seria nie musi być całkowicie przypadkowa. Jeden błąd może wynikać z drugiego. Swoje robi też psychologia - gdy już się zestresujemy popełniamy więcej błędów, a gdy nas zaszufladkują odbieramy stresujące informacje zwrotne.

I tak dalej. Zła passa nie musi świadczyć, że coś jest z nami nie tak. Dobra nie musi dowodzić naszej wyższości. Pewne karty otrzymujemy już na starcie, a ciąg dalszy jest tego konsekwencją. Zły start powoduje negatywne nastawienie, podejmowanie gorszych decyzji i zniechęcenie. W skrajnych przypadkach możemy nauczyć się bezradności.

Całkowity RESET rzadko jest możliwy. Postrzegamy życie jako ciąg zdarzeń, więc to co się zdarzyło lubi do nas powracać. Jak już coś wbijemy sobie do głowy to ciężko to wybić - opinie na temat siebie czy innych wpływają na interpretacje faktów - jeśli fakty są sprzeczne z opiniami tym gorzej dla nich.

A do tego wszyscy popełniamy pieprzony błąd atrybucji. O swoje porażki lubimy oskarżać innych albo okoliczności. Sukcesy dowodzą naszych niezaprzeczalnych przymiotów. Jeśli zaś chodzi o bliźnich to zazwyczaj nie staramy się ich usprawiedliwiać tylko obarczać odpowiedzialnością. Wynika to z asymetrii perspektywy.


W swoim wypadku widzimy cały kontekst, a w przypadku innego nieudacznika tylko efekt. No chyba że odnieśliśmy sukces, który oczywiście nam się należał - wtedy korzystamy z okazji żeby podbudować swoje ego i przypisujemy sobie wszystkie zasługi bagatelizując rolę innych, szczęśliwego trafu i sprzyjających nam warunków.

Mechanizm ten służy budowania własnej wartości, ale zniekształca perspektywę. W skrajnych przypadkach tworzymy na temat innych krzywdzące stereotypy, co przekłada się na społeczny dowód słuszności i tak zwaną reputację. Jeśli zaś znajdziemy kozła ofiarnego to możemy wyładować na nim swoją frustrację i dowartościować się.

Dołączamy do nagonki - kiedy cała grupa ludzi ulegnie błędowi poznawczemu przypisującemu komuś złe intencje efekt jednomyślności może wzmacniać niechęć, wstręt, oburzenie i tym podobne emocje. Ponieważ ocena grupy ma dla nas kluczowe znaczenie my również "dokładamy do pieca". Iluzja moralnej wyższości dehumanizuje ofiarę.

Wtedy usprawiedliwiony staje się radosny lincz czyli dręczenie. Znaną tendencją myślenia grupowego jest eskalująca radykalizacja - atak staje się normą grupową do której należy się przyłączyć, a nawet licytować się kto przypierdoli skurwysynowi bardziej. Ostatecznie prowadzi do izolacji, ośmieszania i deprecjonowania. Co za pech...

wtorek, 7 lipca 2026

GEOPOLITYCZNY POKER

 
Trwa piłkarskie szaleństwo, które zupełnie mi wisi, ale dla wielu jest kwestią życia i śmierci. Trumpowi nie spodobało się, że amerykański piłkarz dostał czerwoną kartkę, co uniemożliwiało mu udział w kolejnym meczu. Zadzwonił do swojego kumpla, który przypadkowo jest szefem Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej i przekonał go, że żadnego faulu nie było.

Kara została anulowana i brutalny zawodnik wystąpił w następnym spotkaniu co na niewiele się zdało, gdyż Amerykanie i tak przegrali. Pokazuje to nowe standardy - jak dotąd nikt nie odważył się na tak ostentacyjne łamanie reguł współzawodnictwa. W sporcie stosuje się doping, mecze bywają ustawiane, bywało że decydujące gole strzelano ręką. Niemniej zasad przestrzegano przynajmniej teoretycznie.

Ale wiecie przecież, że Trump ma zasady w dupie i zbytnio się z tym nie kryje. Zasady są dla frajerów, a prawdziwi twardziele grają wedle własnych. Naczelną zasadą jest zaś wola Donalda Trumpa. Niestety nie dotyczy to tylko piłki nożnej, ale także geopolityki. Trump wypowiedział porozumienie nuklearne zawarte przez Obamę, tylko po to żeby doprowadzić do kosztownej wojny w newralgicznym dla światowej gospodarki regionie.

Przeliczył się i marzy teraz o powrocie do naruszonego status quo. To znaczy zawrzyjmy nowe porozumienie na podobnych zasadach, może nawet niech Iran pobiera jakieś opłaty od transportu ropy. Niech jednak zrezygnuje z posiadania broni nuklearnej w zamian za zniesienie sankcji. Po co była więc ta wojna za bardzo nie wiadomo. Zadziałał tu "efekt Wenezueli" czyli wiara w łatwy przewrót. Zachęcała też napięta sytuacja wewnętrzna w Iranie oraz sugestie Netanjahu.

Izrael nie zamierza jednak wycofać swoich wojsk z Południowego Libanu, co miało być jednym z irańskich warunków. Toczy bowiem swoją wojnę i realizuje swoje cele, a kwestie ropy naftowej są dla niego drugorzędne. Problem w tym, że nie ma teraz do kogo zadzwonić, bo Netanjahu jest zbyt asertywny. Putin także ma w dupie rozmowy pokojowe, choć Trump ciągle bredzi o "świetnych relacjach" jakie ma z tym pojebem.

Pomimo kluczowej roli USA w NATO europejscy sojusznicy olali wezwania do zaangażowania się w bliskowschodnią awanturę. Niektórzy mówili wręcz o złamaniu prawa międzynarodowego, co doprowadzało narcystycznego Trumpa do coraz bardziej radykalnych wypowiedzi i wpisów. Jak widać nie wszystko da się załatwić jednym telefonem, choć w mentalności amerykańskiego prezydenta powinno tak być. Każdy powinien lizać mu dupę bo jest zajebistym władcą potężnej Ameryki.


Psychiatrzy dopatrują się w tym narcystycznego zaburzenia osobowości. Paradoksalnie cecha ta stałą się bronią marketingową służącą budowaniu politycznego kultu i własnej marki. Trump nie uznaje cudzego punktu widzenia, ale zawsze próbuje narzucić swój. W niektórych wypadkach okazuje to się skuteczne - nawet w Polsce zyskał sporą rzeszę wyznawców, zwłaszcza wśród fanatycznych eurosceptyków.

Widzą w Waszyngtonie strategiczną przeciwwagę dla Berlina i Paryża, co dodatkowo wzmacnia przymierze ideologiczne czyli całe to pierdolenie o kobietach z brodą, imigracji, złej ekologii i tradycyjnych wartościach. Gorzej jeśli idzie o kulinaria bo kebab stał się już polskim daniem narodowym i dominuje już nad hamburgerem, a nawet pizzą - zostaliśmy już globalnymi liderami w spożyciu tego placka z niezidentyfikowaną mielonką.

Prawdziwy Polak powinien jednak kupić sobie zestaw z colą i frytkami we franczyzowej placówce, żeby nie zjeżdżali się tu kozojebcy. To restauracja inna niż wszystkie, podobnie jak amerykański prezydent. W ostateczności można czapnąć hot-doga na stacji, byle nie z kawą bo jeszcze Owsiak na tym zarobi. Zacznij pucować buty - nawet od spodu - to zostaniesz w końcu miliarderem. 

piątek, 3 lipca 2026

PUŁAPKI ABSTYNENCJI

 
Uzależnienie to przewlekła choroba mózgu która zmienia jego strukturę - wiąże się z gwałtownymi skokami poziomu dopaminy po zażyciu substancji czy wykonaniu czynności przez co mózg wytwarza mniej dopaminy "własnej". Spada tak zwany poziom bazowy, a więc zdolność do czerpania z życia "zwykłych" przyjemności.

Nadmiar dopaminy osłabia połączenia z korą przedczołową, a kontrolę przejmuje impulsywny układ limbiczny. Jest to więc kwestia czysto biologiczna, choć lubimy doszukiwać się w tym słabej woli. Owszem - można tak powiedzieć, jeśli jako słabą wolę rozumiemy ten właśnie proces mózgowy. Mózgiem niestety rządzi chemia.

Mogłoby to być wygodne usprawiedliwienie dla osób uzależnionych aby nie podejmować walki ze swoimi skłonnościami - muszę pić, ćpać, grać, kupować, skrolować i tak dalej, bo mam chory mózg. Na pewnych poziomach rozumiemy własną destrukcję, lecz nieodparty przymus (kompulsja) nie pozwala nam zachować kontroli.

Po prostu czujemy, że bez kieliszka, kreski, papierosa czy telefonu zaraz dostaniemy szału. Najwspanialszą cechą ludzkiego mózgu jest jednak neuroplastyczność - przy zachowaniu abstynencji utracone połączenia w korze przedczołowej mogą się odbudować. Wymagać to może terapii czy nawet całkowitego odizolowania się od dotychczasowego środowiska.

Brak fizycznego dostępu do "źródła" patologicznej namiętności czy też odcięcie mózgu od sygnałów zazwyczaj go prowokujących ułatwia pokonanie biochemicznego głodu. Wtedy wracający do normy poziom dopaminy pozwala na przebudowę połączeń, co wiąże się z różnymi aktywnościami. Celowe zajęcia trenują funkcje wykonawcze.


Praca uczy mózg, że nagroda wymaga wysiłku i czasu, a zatem odraczania gratyfikacji, a nie natychmiastowego "kopa". Niestety zanim to nastąpi mamy problem ze znajdowanie sobie celowych zajęć, bo z powodu niskiego poziomu dopaminy wszystko wydaje nam się nudne. No i szukamy byle pretekstu, żeby tylko sobie "ulżyć".

Kora przedczołowa może stosować różne sztuczki byle natychmiast przełamać dopaminowy "impas". Próbuje więc racjonalizować nieracjonalną potrzebę destrukcyjnego odruchu. Tworzy iluzje i zaprzeczenia. Logicznie brzmiący powód czemu "musiałem" postąpić inaczej niż powinienem pozwala rozgrzeszyć ego z moralnych rozterek. 

Zrzucamy odpowiedzialność na innych ludzi albo szeroko rozumianą sytuację i możemy dalej kontynuować destrukcję. Psychicznym obciążeniem jest tu właśnie obniżona odporność na stres i trudne emocje - nawet małe problemy wydawać się mogą dla niedostosowanego mózgu ogromnym zagrożeniem.

Mózg może też celowo (podświadomie) "szukać" problemów, żeby zrobić sobie "dobrze" i mieć wymówkę. To mechanizm głodu utajonego - deklarujemy, że chcemy zerwać z nałogiem ale jakaś część nas wcale tego nie chce i w tym w zasadzie cały problem. Toczymy wewnętrzną walkę, hamletyzujemy, a na koniec "automatycznie" odtwarzamy zgrany skrypt.


Uczucia balansują pomiędzy cierpieniem a ulgą, a życie zamienia się w ucieczkę od bólu. Znasz łatwy sposób jak sobie ulżyć i uciekasz się do chemicznego czy też behawioralnego "oszustwa".  W mózgu utrwala się połączenie ulgi z jakimś syfem, a dopamina spada poniżej normy (efekt wahadła) co wywołuje jeszcze większe uzależnienie i wpadamy w błędne koło.

Konieczne jest "wyjście z pętli" czyli zmiana dynamiki pracy mózgu, ten jednak jest "maszynką do uczenia się", a jak już raz się czegoś nauczy to ciężko go potem oduczyć. Mózg biologicznie dąży do oszczędzania energii czyli opierania się na podświadomych schematach. Utrwalone "autostrady neuronalne" umożliwiają pracę na "autopilocie".

Wyłączenie automatycznego pilota wymaga budowania połączeń neuronalnych od zera, a to wiąże się z wyższymi kosztami energetycznymi. Kiedy musimy stary nawyk (czy też nałóg) zastąpić nowym, zapis tego starego gdzieś tam jednak pozostaje... W momentach zmęczenia czy stresu może uaktywnić się "mimowolnie". Mówi się więc, że uzależnienie pozostaje z nami na całe życie.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

POKOLENIE KOLUMBÓW

 
Kiedyś mówiło się, że Amerykę odkrył Krzysztof Kolumb. Można tak powiedzieć, choć nie było to pierwsze odkrycie tego kontynentu. Był już wcześniej odkrywany, tyle że... zapominany. Jak dzisiaj wiadomo wcześniej Nowy Świat odwiedzili choćby Wikingowie, lecz problemy z logistyką i wrogość tubylców nie pozwoliły im się tam zagnieździć.

Opowieści o tych podróżach przetrwały w sagach czyli staroskandynawskich dziełach epickich tworzonych przez tak zwanych skaldów i przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Uważano je jednak za mity, a więc nie traktowano jako źródeł wiedzy geograficznej. Odkrycie pozostałości po wikińskiej osadzie w Ameryce Północnej było więc pewnym zaskoczeniem. Ale to już fakt.

Istnieją też silne dowody językowe, genetyczne i botaniczne, że Amerykę Południową odwiedzały ludy Polinezji. Sprowadzali sobie stamtąd bataty i kobiety, co zapisało się w ich DNA. Odnaleziono też kości prekolumbijskich kurcząt powiązanych genetycznie z polinezyjskim drobiem. Istnieją hipotezy, że polinezyjscy żeglarze dotarli nawet do Kalifornii, gdyż unikalne techniki szkutnicze stosowane tam przez plemię Czumaszów przypominają te z Polinezji. 

Choć Polinezyjczykom udało się skolonizować bezludne wyspy Pacyfiku w Ameryce natrafili na ląd gęsto zaludniony przez rozwinięte cywilizacje, więc... zwinęli żagle.  Bardziej kontrowersyjne są inne teorie o prekolumbijskich odkrywcach. Czternastowieczny arabski historyk al-Umari twierdzi, że bajecznie bogaty cesarz z Afryki, władca Imperium Mali - Mansa Abu Bakr II - zrzekł się tronu aby badać granice Atlantyku.

Miał rzekomo wyruszyć na czele gigantycznej ekspedycji, która jednak nigdy nie powróciła... Entuzjaści "zakazanej historii" spekulują, że prądy oceaniczne teoretycznie mogły znieść flotę w kierunku Ameryki Południowej... Popularna (choć nie w kręgach naukowych) jest też teoria o afrykańskim wpływie na starożytną cywilizację Olmeków, o czym świadczyć mają wielkie kamienne głowy w których niektórzy dopatrują się cech fenotypu afrykańskiego.

Inni wiążą nawet pojawienie się Olmeków z upadkiem chińskiej dynastii Shang, na co mają wskazywać podobieństwa piktogramów. Oczywiście nie brakuje też takich którzy twierdzą, że Amerykę odwiedzali Templariusze, a nawet kosmici. A nawet takich co wierzą że Krzysztof Kolumb był Polakiem, a mianowicie nieznanym synem króla Włodysława Warneńczyka, który upozorował swoją śmierć w bitwie by czmychnąć na Maderę i rozkoszować się tam życiem incognito.

Środowisko naukowe uważa raczej, że Kolumb był sefardyjskim Żydem. Przyznają się do niego też Portugalczycy, Hiszpanie, Grecy i Włosi. Tak czy siak  Krzysiek nie wiedział nawet że odkrył Amerykę - sądził że dotarł do Indii. Możliwe więc, że najebał się na tradycyjnym polskim weselu a potem film mu się urwał i obudził się w dżungli. Ale to jeszcze nic - do Ameryki miał już szesnaście lat wcześniej dopłynąć inny Polak - Jan z Kolna.


Nie jest jednak pewne czy to był Polak i katolik bo Norwegowie i Duńczycy twierdzą inaczej. Ale źródłem tych rewelacji są kroniki spisane dwa wieki później więc może komuś pomyliły się daty. No i nie wiadomo czy w ogóle tam dopłynął, ani czy w ogóle istniał... Turecki prezydent Recep Erdogan twierdzi, że Amerykę odkryli Turcy. Domorośli "badacze" dopatrują się nawet w starożytnej Ameryce śladów Rzymian, Fenicjan i zaginionych plemion Izraela.

Owszem, czasami ogólnie przyjęte paradygmaty bywają błędne i na trop prawdy wpaść można tylko otwierając umysł na teorie z pozoru niedorzeczne. Ostatnio mamy niestety wysyp telewizyjnych "historyków", którzy tak naprawdę szukają na siłę sensacji, bo sensacja najlepiej się sprzedaje. Alternatywne teorie podważając autorytet "jajogłowych" budując u swoich odbiorców dumę z przynależności do ezoterycznej elity.

"Fake news" jest według algorytmów odsłaniających banalną statystyczną prawidłowość o naszych emocjonalnych skłonnościach bardziej klikalny od nudnej prawdy, nie daj Boże naukowej. Media i algorytmy siłą rzeczy karmią nas "atrakcyjną narracją" zamiast suchymi faktami, co może się zamienić w czystą fikcję. Wszyscy czasem lubimy odkryć jakąś Amerykę. Albo Atlantydę.