Łączna liczba wyświetleń

sobota, 15 sierpnia 2026

OKO NA MAROKO

 
Podczas ostatniej odsłony europejskiego "kryzysu migracyjnego" do hiszpańskiej enklawy pośrodku Maroka szturmem wdarło się kilkadziesiąt tysięcy imigrantów, co bardzo podnieciło środowiska narodowe - zarówno w Hiszpanii jak i bratniej Polsce, która kocha generała Franco za to, że bronił cywilizacji europejskiej przed czerwonym barbarzyństwem i tak dalej.

W dniu święta narodowego, kiedy to my również ocaliliśmy Europę - co zresztą od niepamiętnych czasów mamy w zwyczaju - tym bardziej warto wspomnieć tego wspaniałego człowieka, który co prawda miał na koncie kilkaset tysięcy ofiar, ale zawsze stał na straży tradycyjnych wartości, takich jak naród, kościół, rodzina... Ten wielki wódz ukształtował swoją wrażliwość właśnie w Maroku.

W wojnie domowej hiszpańscy nacjonaliści korzystali  z usług rekrutów muzułmańskich, a sam Franco przedstawiał się jako "przyjaciel islamu", ale trzymał brudasów pod butem, a czerwonych zabijał i torturował. Jednak czerwone zagrożenie nie oznaczało w jego optyce tylko radzieckiego komunizmu - był to ideologiczny wytrych w którym zamykał liberałów, ateistów, demokratów oraz regionalnych separatystów.

Tak czy siak z Bąkiewiczem, Braunem, Bosakiem, Nawrockim czy Kaczyńskim jak najbardziej by się dogadał. Ci niesympatyczni panowie prywatnie zapewne również wyraziliby głęboki żal z powodu powojennej dekolonizacji Afryki, gdyby tylko Polska miała tam jakieś kolonie. Ale przynajmniej mieliśmy swojego Janusza Walusia który zabijał w Afryce czarnych komunistów ku chwale białego człowieka.


Proces dekolonizacji Maroka był stopniowy i trwał całe dekady - od 1956 roku kiedy kraj ten uzyskał niepodległość po 1975 rok kiedy to Franco wyciągnął kopyta. Wtedy to Maroko anektowało (pod pozorem "wyzwolenia") Saharę Hiszpańską zwaną dzisiaj Zachodnią. Wtedy to król Maroka Hassan II - powołując się na jakieś historyczne dyrdymały - przypomniał światu, że pustynny lud Sahrawi podlegał kiedyś jakiemuś średniowiecznemu królestwu.

Lud ten był jednak niewdzięczny i nie dziękował królowi za powrót do macierzy. Zorganizował lewacką partyzantkę zwaną Frontem Polisario i bił się z armią marokańską aż do lat dziewięćdziesiątych. Podpisano w końcu jakiś fikcyjny rozejm w którym Maroko zobowiązało się do przeprowadzenia referendum w sprawie politycznej przyszłości terytorium Sahary Zachodniej, ale do dzisiaj go nie przeprowadziło wykręcając się sianem.

Na wypadek gdyby kiedyś doszło do takiego plebiscytu zmieniono już strukturę etniczną - zaczęto osiedlać tam Marokańczyków podczas gdy znaczna część rdzennej populacji żyje w obozach dla uchodźców na terenie Algierii. Klasyczna metoda faktów dokonanych i przejmowania ziemi przez zasiedzenie. Co prawda suwerenność Sahary Zachodniej uznało kilkadziesiąt państw, lecz światowej opinii publicznej jest to temat szerzej nieznany.

Trochę sobie ostatnio o nim przypomniano, bo Christopher Nolan kręcił w tej pustynnej scenerii swoją Odyseję , co lewacki beton nagłośnił, potępił i uznał za legitymizację marokańskiego reżimu, ale nie wzbudziło to większych emocji. Ostatnio sam Donald Trump, jako pierwszy przywódca zachodniego mocarstwa uznał marokańską jurysdykcję nad Saharą Zachodnią, a Maroko jako czwarte państwo arabskie unormowało swoje stosunki z Izraelem.


To wparcie rozzuchwaliło marokańskiego monarchę Mohammeda VI, który - delikatnie mówiąc - ma nienajlepsze stosunki z rządem Hiszpanii. Po pierwsze rości sobie terytorialne prawa do Ceuty i Melilli, które traktuje jako relikty kolonializmu. Do tego dochodzą spory o złoża surowców na Saharze Zachodniej i rybołówstwo na Atlantyku oraz transport gazu z Algierii gazociągiem omijającym Maroko. Rzekomy "kryzys migracyjny" był więc typowym szantażem i ustawką.

Przy okazji lewicowy rząd Hiszpanii ma równie napięte stosunki z Donaldem Trumpem - nie tylko z powodów ideologicznych, ale też swojego bardzo krytycznego stosunku do poczynań Izraela w Gazie i wojny w Iranie. Trump obarczył hiszpańskiego premiera Pedro Sancheza winą za to, że marokańskie służby przepuściły przez granicę tłumy. Jego zdaniem był to skutek hiszpańskiej polityki - bezprecedensowej legalizacji pobytu blisko miliona uchodźców wytwarzających 20%  PKB.

Biorąc pod uwagę kwestie ekonomiczne było to jak najbardziej logiczne, bo legalizacja po prostu wyciągnęła tych ludzi z "szarej strefy" - bez nich zaś gospodarka nie może już funkcjonować. Warto też wspomnieć, że afrykańska Ceuta choć należy do Hiszpanii ma specjalny status w Strefie Schengen - podwójny filtr graniczny uniemożliwia przedostanie się do Europy bez kontroli granicznej, co nie pasuje zbytnio do wizji zagrożenia podsycanej przez prawicowe media.

Największymi ofiarami całego tego zamieszania byli właśnie nieszczęśni imigranci - wielu utonęło w morzu, inni zostali stratowani. Zginęło blisko 150 osób. Całą sytuację przedstawiono natomiast jako kolejną "inwazję" i pieprzono o słabości liberalnej Europy. Tymczasem w Polsce też mamy kryzys migracyjny - Szmydt uciekł na Białoruś, Ziobro do USA, a Romanowski podobno poznaje uroki Naddniestrza.

sobota, 8 sierpnia 2026

SOWIECKA PSYCHOLOGIA

CZARNA WDOWA
 
Za naszą wschodnią granicą trwa wojna płci czyli polowanie na mężczyzn. Rosyjskie służby zakładają fałszywe profile randkowe żeby zabić lub zwerbować ukraińskich żołnierzy. Popisze taki sobie na komunikatorze, może nawet spotka się z jakąś słodką ślicznotką, a potem zostanie otruty lub zwabiony w ustronne miejsce gdzie czekać na niego będą rosyjscy siepacze.

Metoda stara jak świat, ale jakże skuteczna, bo mężczyźni są tacy prymitywni. W ich mózgu jest taki guzik, który każe im podążać za głosem syreny. Wystarczy im coś pokazać i rzucić kilka gorących tekstów. A w warunkach wojny stres obniża czujność. Internet ułatwia ukrywanie prawdziwej tożsamości. Agenci są szkoleni w budowaniu więzi i zaufania - mają czas i mogą kusić aż do skutku.

Ale i rosyjscy żołnierze stają się ofiarami seksownych hien. Tak zwane czarne wdowy wyszukują mężczyzn w trudnej sytuacji, biorą z nimi ślub i przekonują do wstąpienia do wojska. Ponieważ w realiach tej wojny to praktycznie samobójstwo niebawem kasują sowite odszkodowanie, które wynosić może nawet 100 tysięcy dolarów. Jedna z takich przedsiębiorczych dam pochować zdążyła już pięciu nieszczęśników.

Gdy spojrzysz na fotki którymi ta wesoła wdówka lansuje się w mediach społecznościowych widzisz wydekoltowaną ostrą sucz napompowaną botoksem w luksusowej scenerii. Taki typowy obrazek gumowej lalki z Instagrama. Każdy dał by się złapać na taką przynętę, chociaż śmierdzi kurestwem na kilometr. Biologiczne mechanizmy skupiają samczą uwagę na bodźcach wzrokowych, a testosteron blokuje logiczne myślenie.



Podniecenie wyłącza racjonalną ocenę ryzyka i przestajesz myśleć o konsekwencjach. W końcu żyje się raz. Jeśli w dodatku jesteś zagubiony emocjonalnie, a ktoś wykaże zainteresowanie twoimi problemami, historyjkami i marudzeniem, oraz dowartościuje cię komplementami, przejmując przy tym inicjatywę - której ty sam nie miałbyś odwagi wykazać - wpadłeś jak śliwka w kompot. Ruski prymitywny wieśniak nie ma szans.

Działanie takie wymaga oczywiście wyłączenia empatii - trzeba całkowicie podporządkować swoje uwodzicielskie zachowanie cynicznemu celowi, nie wczuwając się zbytnio w uczucia ofiary. Ale kto by się przejmował takimi pierdołami? Polacy są oczywiście równie durni co Ukraińcy i Kacapy, więc również i u nas odbywa się podobny, choć nieco mniej śmiercionośny proceder.

Filtruje się w sieci facetów podatnych na manipulacje - żołnierzy, urzędników, dyplomatów, pracowników przemysłu zbrojeniowego - żeby kobiecym wdziękiem wyłudzić z nich informacje. Przy okazji można w ten sposób uzyskać różne kompromaty - dotyczące choćby zdrady małżeńskiej - a potem wykorzystywać je do bólu. SEKS to jeden z fundamentów tak zwanej UNIWERSALNEJ MATRYCY MOTYWACJI. Okazja czyni hedonistę.


Innym prostym narzędziem są PIENIĄDZE - człowiek zawsze chciałby mieć ich więcej, sami zresztą wiecie o tym najlepiej... A jeśli przypadkowo macie długi, uprawiacie hazard lub żyjecie ponad stan wystarczy sypnąć wam trochę grosza. Ale pieniądze to nie wszystko - dla wielu z nas liczy się przede wszystkim EGO. Skuteczną metodą jest więc karmienie narcyzmu, sprawianie żeby ktoś czuł się ważny, podziwianie "niedocenionego geniusza"...

Niekiedy takie "płytkie pobudki" jak seks, pieniądze i ego, schodzą na dalszy plan. Kiedy mamy do czynienia z idealistą najważniejsza jest IDEA. Idealista myśli, że jest kimś lepszym, bo ważne są dla niego zasady, a nie marności tego świata. Idea jest jak religia, jest czymś wyższym, uduchowionym, moralnym. Niestety idealista może czuć się odrzucony i nierozumiany, a poza tym być fanatycznie zaślepiony. Dla idei można się stać "pożytecznym idiotą".

Swego czasu wielu zachodnich intelektualistów dało się uwieść idei komunizmu, a Moskwa poznała nuklearne tajemnice Zachodu dzięki kretynom wierzącym w radziecką propagandę. Dziś komunizm wyszedł nieco z mody, ale Rosja pieprzy o obronie tradycyjnych wartości, antyglobalizmie i budowie wielobiegunowego świata. To oczywiście bełkot cynicznej, imperialistycznej i pazernej dyktatury, która chce nas okraść, zniewolić i skłócić.

Wielu daje się jednak nabrać na różne jakże idealistyczne hasełka, zwłaszcza jeśli trolle podleją je patriotycznym sosem - brońmy interesu narodowego, wolności słowa i tak dalej... Rosja nauczyła się świetnie wykorzystywać polaryzującą "logikę algorytmów" - budzić silne emocje, rozsiewać teorie spiskowe, odwoływać się do historycznych zaszłości i stereotypów. Efekt rykoszetu sprawia, że bronimy swoich poglądów jak niepodległości.


System UNIWERSALNEJ MATRYCY MOTYWACJI zakłada, że nie ma ludzi nieprzemakalnych - są tylko źle sprofilowani. Każdy potrzebuje seksu, pieniędzy, uznania - a jeśli jest taki "szlachetny", że nie da się go na to złapać, to można wykorzystać jego wartości. Niestety niezależnie od kultury, epoki, wykształcenia i statusu zachowaniem homo sapiensa rządzi zamknięty katalog potrzeb i popędów. To uniwersalny mechanizm ewolucyjny.

Aby przetrwać jako gatunek musieliśmy się reprodukować (seks), zdobywać zasoby (pieniądze), czy walczyć o status (ego). Specyficzną ludzką przypadłością jest też zdolność do tworzenia kulturowych fikcji zwanych ideami. Różnimy się między sobą, ale u każdego z nas dominuje jeden z tych mechanizmów, który wystarczy po prostu zidentyfikować.

Nasze motywacje nie są nigdy monolityczne, ale dzięki znajomości matrycy można płynnie, synergicznie i komplementarnie nimi manipulować, dynamicznie przełączając oddziałujące bodźce. Przy okazji ofiara będzie myśleć, że realizuje własne cele, reagując po prostu na podsuwane jej nagrody. Ta sowiecka metoda zyskuje nowy wymiar dzięki cyfrowym śladom które bezwiednie pozostawia każdy z nas, pozwalając algorytmom na mapowanie naszych motywacji.

sobota, 1 sierpnia 2026

ŚLEPY TUNEL

 
O osobach energicznych i aktywnych zwykliśmy mówić, że mają ADHD. To oczywiście metafora, ale zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi przejawia się właśnie nadmierną aktywnością i impulsywnością, wynikającą z problemów z koncentracją.

Znanym środkiem wywołującym niekontrolowane pobudzenie jest natomiast amfetamina, którą - paradoksalnie - wykorzystuje się do leczenia ciężkich przypadków ADHD. Czemu osobom nadpobudliwym podaje się stymulanty? Bo mają zbyt niski poziom dopaminy.

Ten magiczny neuroprzekaźnik - odmieniany ostatnio przez wszystkie przypadki - reguluje motywację, uwagę i poszukiwanie nowych bodźców. Deficyt dopaminy sprawia, że realizowane zadania wydają się nudne, więc mózg poluje na dopaminę szukając szybkiej stymulacji. Dlatego nie może się skupić.

Gdy wyreguluje się poziom dopaminy mózg przestanie poszukiwać "nowości" i szybko się wszystkim nudzić... Przynajmniej w teorii, bo sami często karmimy się łatwymi przyjemnościami takimi jak smartfon czy zakupy, o hazardzie i używkach nie wspominając.

Dawka terapeutyczna jest kilkadziesiąt razy mniejsza od tej którą przyjmuje się rekreacyjnie i nie powoduje haju ani euforii, a jedynie "powrót do normy". Ale funkcjonuje też mit jakoby zażywanie amfetaminy na własną rękę mogło poprawić zdolności poznawcze. Już w liceum koledzy polecali mi ten środek jako panaceum na presję edukacyjną.

Problem dla większości z nas była wtedy konieczność nadrabiania zaległości w ostatniej możliwej chwili. Nikomu z nas nie chciało się uczyć, bo mieliśmy ważniejsze sprawy na głowie... Założenie było takie, że jak walniesz kreskę i zarwiesz noc, to wykujesz się na blaszkę i masz ten problem z głowy. Uzyskać można jednak w ten sposób raczej fałszywą pewność siebie.

Dla naszej pamięci kluczowe znaczenie ma sen, o czym większość młodocianych entuzjastów "szybkich rozwiązań" nie zdążyła się jeszcze dowiedzieć... Właśnie podczas najgłębszego snu mózg konsoliduje wiedzę, usuwając "śmieci informacyjne" i przenosząc dane z pamięci krótkotrwałej do długotrwałej. W dodatku niewyspany mózg popełnia więcej błędów.

Do tego dochodzi natłok myśli wywołany amfetaminą, co dezorganizuje logiczny ciąg wypowiedzi. Jednym słowem specyfik ten mógłby coś poprawić jedynie doraźnie i w bardzo małej dawce skracając czas reakcji i zwiększając czujność. Ale ogranicza się to zazwyczaj do przeceniania własnych możliwości, podczas gdy jakość elastycznego myślenia pogarsza się.


Amfetamina nasila myślenie tunelowe, co prowadzi do nadmiernej koncentracji na detalach kosztem całości. Nadmiar dopaminy zawęża - a nie rozszerza - pole widzenia i ramy interpretacji faktów. Dopamina uwypukla to co uznaje za nagrodę lub cel wyłączając "szum informacyjny" - jej nadmierny wyrzut może niestety zamykać umysł na alternatywne rozwiązania.

A to oznacza sztywność poznawczą. Silny bodziec dopaminowy sprawia, że mózg ignoruje sygnały z otoczenia peryferyjnego, co przejawia się tak zwaną obsesją. Cały układ nagrody koncentruje się na jednym punkcie - może to być ciągłe pierdolenie o jednym i tym samym. Hitler pierdolił na przykład o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej.

Może być to ślepy upór. Może być to "przyklejenie" do jednego bodźca takiego jak pornografia czy hazard. To perseweracja czyli mechaniczne odtwarzanie tej samej czynności lub myśli, zapętlenie się na temacie i fiksacja na jednym zadaniu. W skrajnych przypadkach nadużywanie amfetaminy doprowadzi nas do paranoi, a nawet psychozy.

Nadmiar dopaminy blokuje zdolność zmiany celów i oderwania się od wykonywanej czynności. Jeśli nawet skupimy się na pożytecznym zadaniu najpewniej pogrążymy się w nadmiernym i bezsensownym dopracowywaniu nic nie znaczących detali. Mózg "blokuje się" na bodźcu który zdołał przykuć jego uwagę i nie potrafi tej uwagi przełączyć.

Każda absurdalna czynność może stać się wtedy skrajnie satysfakcjonująca i ważna. Istnieją oczywiście wyjątki potwierdzające regułę, że amfetamina ryje beret. Philip Dick obżerał się tym ścierwem pisząc powieści z prędkością 120 słów na minutę. To zabójcze tempo było konieczne ponieważ w latach sześćdziesiątych twórcy science fiction zarabiali grosze.


Żył więc skromnie i w końcu mu odjebało, przedwcześnie wyciągnął kopyta, ale pośmiertnie został kultowym pisarzem i ojcem chrzestnym cyberpunka oraz "pokolenia Matrix" rewolucjonizując postrzeganie rzeczywistości. Jednak statystycznie prawdopodobieństwo zwiększenia w ten sposób swojej kreatywności jest raczej odwrotnie proporcjonalne do ilości zażywanego proszku...

Twórcze generowanie wielu różnych pomysłów zostaje zablokowane tunelową powtarzalnością, hiperkoncentracją na nieistotnych detalach, iluzją produktywności, wyczerpaniem neuroprzekaźników i deprywacją snu. Mózg Dicka po prostu przetworzył paranoję w paliwo twórcze obsesyjnie zastanawiając się nad strukturą rzeczywistości.

Twój mózg zapewne zadziała inaczej bo to w zasadzie dopaminowa loteria. Skoncentrujesz się na jakiejś absurdalnej dupereli, która nic dobrego nie przyniesie ludzkości, ani nawet tobie samemu. Dojdzie do sprzężenia zwrotnego które dodatkowo napędza wszelkie uzależnienia behawioralne - synergiczne połączenie zamknie cię w pętli behawioralnej i wpędzi w bolesny kryzys neurochemiczny.

piątek, 24 lipca 2026

GŁODNE KROKODYLE

 
Pamiętacie jeszcze Strefę Gazy? Może coś wam się obiło o uszy, bo niedawno było tam gorąco. W odpowiedzi na okrutne ataki Hamasu (palestyńskiej organizacji terrorystycznej) - które były jednak skutkiem żydowskiego kolonializmu i dyskryminacji rdzennej ludności - izraelska armia dokonała tam nieproporcjonalnej rzezi. Za każdego zabitego Żyda wyeliminowano siedemdziesięciu brudasów.

Przy okazji praktycznie zniszczono tkankę miejską, zamieniając to i tak slumsowate miasto w morze ruin. Zablokowano międzynarodową pomoc humanitarną, żeby dzieci zdychały z głodu. Na koniec podpisano jakiś gówniany pokój z totalnie zdehumanizowanym przeciwnikiem. Donald Trump snuł absurdalne wizje transformacji tego apokaliptycznego pobojowiska w luksusowy kurort na wzór Dubaju.

Do pięknego obrazka niezbyt jednak pasowali głodni, brudni i niepotrzebni nikomu Palestyńczycy. Padł nawet pomysł żeby zapłacić każdemu 5000 dolarów i wypierdolić motłoch gdzieś do Afryki. Problem w tym, że nikt nie chciał tej hołoty. Szkoda bo przez to taki ładny kawałek ziemi pod inwestycje się marnuje... Nie warto pakować się w ten interes - koszt samej tylko odbudowy szacuje się na 70 miliardów dolarów.

Realnie administracja amerykańska nie wysupłała ani dolara na ten cel, ale powołano Radę Pokoju żeby o tym pierdolić. To co wpłynęło od innych darczyńców poszło zaś na pensje urzędników tego pasożytniczego tworu. Zresztą Izrael zabrania wwozu do enklawy materiałów budowlanych... To co zostało z Gazy jest aktualnie okrajane przez budowę nowej bariery - wał wyznacza strefę śmierci. Jeśli się do niej zbliżysz zostaniesz odstrzelony.


Uniemożliwia to Palestyńczykom powrót do zniszczonych domów. Dwa miliony ludzi stłoczono w ciasnych obozach namiotowych bez żadnej nadziei. Zawieszenie broni jest codziennie łamane, ciągle giną ludzie. Do tego dochodzi skrajne niedożywienie, katastrofa sanitarna i drastyczny wzrost śmiertelności okołoporodowej.

Wokół więzienia na pustyni gdzie przetrzymuje się co bardziej podejrzany palestyński element rozpoczęto kopanie fosy. Jest nawet pomysł żeby wpuścić do niej krokodyle i wygląda na to że nawet protesty ekologów go nie zablokują... Minister środowiska podpisała już specjalny dekret zmieniający status krokodyla nilowego na zwierzę hodowlane, pozbawione dotychczasowej specjalnej ochrony gatunkowej.

Nikt się tym specjalnie nie przejmuje bo zaprzątały nam ostatnio głowę ważniejsze sprawy takie jak mistrzostwa świata w piłce nożnej. Szef Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej Gianni Infantino tak świetnie się spisał, że Trump chciałby go nawet awansować na sekretarza generalnego ONZ. Nowa amerykańska ustawa obronna NDAA na rok 2027 zakłada bezprecedensową integrację potęgi Wuja Sama z izraelskim kompleksem wojskowo-przemysłowym.


Budzi to kontrowersje w samych Stanach Zjednoczonych, bo daje Izraelowi dostęp do ściśle tajnych technologii wojskowych, systemów wywiadowczych i łańcuchów dostaw. Nawet co niektórzy Republikanie widzą w prawnym usankcjonowaniu partnerstwa obronnego zagrożenie dla stosowania elastyczności dyplomatycznej. Zmieniłoby to dotychczasową relację gdzie USA były nadrzędnym partnerem w nierozerwalne partnerstwo i legitymizowało ludobójstwo w Gazie.

Ogromne kontrowersje wzbudza też amerykańskie porozumienie o współpracy nuklearnej z Arabią Saudyjską. Dokument nie zakłada rygorystycznej kontroli saudyjskich placówek przez inspektorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Przy okazji umożliwia też stworzenie w przyszłości saudyjskiego zakładu wzbogacania uranu, co może być pierwszym krokiem do skonstruowania w przyszłości saudyjskiej bomby. A to może zapoczątkować wyścig zbrojeń w tym jakże skonfliktowanym regionie.

Trumpiści wskazują co prawda, że to lepsza opcja niż olanie nuklearnych ambicji Saudyjczyków, gdyż mogliby uzyskać taką technologię od Rosji lub Chin. Pytanie czy dla Europy cokolwiek z tego wynika. Izrael odmówił przekazania Ukrainie swojej zaawansowanej broni. Integracja wojskowo-technologiczna USA i Izraela osłabia za to europejski przemysł zbrojeniowy i pozycję Europy w strukturach NATO. Natomiast destabilizacja Bliskiego Wschodu zagraża nową falą migracji za którą eurosceptyczni populiści obwiniać będą Brukselę.

sobota, 18 lipca 2026

KREW I NAFTA

 
Na Bliskim Wschodzie robi się coraz bardziej gorąco, pomimo podpisanego miesiąc temu memorandum z Islamabadu, które rzekomo miało obowiązywać przez 60 dni. W zasadzie był to tylko nic nie znaczący świstek papieru zawierający bardzo ogólne stwierdzenia, które obie strony szybko zaczęły interpretować na swoją korzyść. Mówiło się o testowaniu i sondowaniu, lecz jest już pewne że konflikt rozgorzał na nowo.

Trump - chociaż nie lubi ustępować - był naprawdę przyciśnięty do ściany przez opinię publiczną. Zgodził się więc na legalny i bezcłowy eksport ropy naftowej przez Iran, wycofując flotę blokującą irańskie porty handlowe. Zagraniczne aktywa Iranu miały zostać odblokowane. Powstać miał nawet specjalny fundusz o wartości 300 miliardów dolarów (!!!) służący odbudowie infrastruktury cywilnej, stymulacji rozwoju gospodarczego i utrwalaniu pokoju.

Co Stany Zjednoczone miały uzyskać w zamian? Najbardziej chodziło o otwarcie Cieśniny Ormuz, choć przecież przed wojną była już otwarta... No i do tego miała dojść rezygnacja Teheranu z rozwijania programu nuklearnego, żeby Trump zyskał uzasadnienie czemu wpakował kraj w kosztowną zadymę - chronimy świat przed małpami z głowicami i tak dalej... Analitycy mówili już o dyplomatycznym zwycięstwie reżimu szmatogłowych.

Po pierwsze system władzy przetrwał, po drugie obronił się przed gigantycznym wrogiem, po trzecie rozwijać dalej mógł broń balistyczną i finansować sieć bojówek nazywanych Osią Oporu. Same zapisy w kwestii atomowej były zaś dosyć miękkie i ograniczające się do deklaracji. Jak jednak widać gówno z tego wszystkiego wyszło. I tu już mamy analityczną kakofonię. Czy fiasko całego tego szumnie ogłoszonego porozumienia było winą ajatollahów czy kowbojów?

Ponoć całkiem korzystne warunki miały zostać podeptane przez pałających żądzą zemsty islamskich radykałów... W końcu kraj został zrujnowany, przywódcy zabici, a honor i swoisty kult męczeństwa nie pozwalały paktować z Wielkim Szatanem. W dodatku twardogłowi nie chcieli wcale rezygnować z kontroli nad Cieśniną Ormuz, widząc w tym jedyne skuteczne narzędzie szachujące spragniony ropy Zgniły Zachód. Europie wcale nie spodobała się ta awantura w momencie zrywania więzi energetycznych z Rosją...


Komendantura Iranu chciała wyznaczenia korytarza morskiego wzdłuż irańskiego wybrzeża, tymczasem amerykańska marynarka wojenna chciała wyznaczyć alternatywny szlak wzdłuż wybrzeża Omanu. Irańczycy widzieli w tym próbę przejęcia kontroli przez Jankesów nad ich wodami, co nie było im w smak tym bardziej, że po upływie 60 dni mieli zamiar powrócić do pobierania opłat od statków. Irańskie aktywa miały być zaś dalej blokowane przez biurokratyczne uniki.

Nie pomogła też arogancka retoryka Donalda Trumpa, ani ciągła obecność sił amerykańskich w rejonie Zatoki Perskiej odczytywana jako trzymanie pistoletu przy skroni. Poza tym izraelska okupacja Południowego Libanu... Iran zaczął więc coraz bardziej "kąsać" i atakować statki handlowe, co dla narcystycznego prezydenta Stanów Zjednoczonych było wręcz upokorzeniem. Ten niezbyt zrównoważony osobnik musiał znowu pokazać jak wielkim jest twardzielem i rozpętać rozpierduchę.

Scenariusze rozwoju wypadków są tym bardziej nieprzewidywalne o ile zależą od kaprysów niezbyt pragmatycznego oszołoma. Z drugiej strony mamy zaś islamistycznych fanatyków, których ideologia również wymyka się zachodniej konsumpcyjnej logice. Co prawda wielu ludzi w Iranie ma już tej średniowiecznej ortodoksji powyżej uszu i tęskni za materialistyczną dekadencją, ale póki co kontrolę polityczną sprawuje sekciarski reżim. USrael jest zaś tam synonimem zła.

Szczęściem w nieszczęściu okazała się duża elastyczność rynków. Ceny ropy i gazu skoczyły, lecz nie są to jeszcze wartości ekstremalne. Kluczową rolę "niewidzialnej ręki" odegrały tu paskudne Chiny, którym zależy na światowej stabilizacji gospodarczej ponieważ opierają swój rozwój na eksporcie. Chiny dokonały drastycznego ograniczenia importu produktów naftowych, zdejmując z globalnego rynku ogromną presję popytową.


Umożliwiły to ogromne zapasy zgromadzone zawczasu dzięki skupowaniu objętej sankcjami rosyjskiej i irańskiej ropy. Pekin zaczął masowo wykorzystywać swoje rezerwy co pozwoliło zaspokoić potrzeby krajowych rafinerii bez konieczności dodatkowych zakupów. Stabilizacja rynku wewnętrznego była tam możliwa dzięki daleko posuniętej transformacji energetycznej czyli gigantycznej flocie samochodów elektrycznych i inwestycjom w zielone technologie, w czym nasi rodzimi populiści widzą przejawy "ekologicznego szaleństwa".

Tymczasem równolegle z całą tą bliskowschodnią wojenką w podupadłej Rosji wybuchł bezprecedensowy kryzys paliwowy. Jeszcze niedawno ten dziki kraj nazywano "wielką stacją benzynową", a dziś zaczyna brakować tam paliwa... Ukraińskie ataki wyłączyły z użytku niemal każdą dużą rafinerię w zachodniej części Imperium Kacapów. Wskutek tego reglamentowane paliwo do "europejskiej" części państwa trzeba ściągać z odległych zakątków.

W Rosji obowiązuje embargo na eksport benzyny i diesla, co dodatkowo winduje światowe ceny. Zagrożone są nawet tegoroczne żniwa, a Rosja jest przecież wielkim eksporterem pszenicy, co może zachwiać i tym rynkiem. Dobrze tak ruskim skurwysynom, ale nie głodnym dzieciom w Afryce. Tempo żniw spadło trzykrotnie. Koszt transportu ciężarowego z centralnych regionów do portów nadmorskich niebotycznie podrożał.

W wyniku zablokowania szlaku Morzem Azowskim przez siły ukraińskie 25% eksportu ziarna i oleju słonecznikowego poszło się jebać. Z perspektywy naszej racji stanu ta gospodarcza katastrofa wygląda może i dobrze, lecz zagraża bezpieczeństwu żywnościowemu Afryki i Bliskiego Wschodu. Człowiek jeść musi więc zawsze coś wykombinuje. Może charytatywne głupki przyślą coś nierobom. Niemniej ktoś może sobie nie poradzić i wyciągnąć kopyta. Poza tym jak to zwykle bywa biedni będą jeszcze biedniejsi.

Ruscy są tak zdesperowani, że chcieli nawet odkupywać z Indii benzynę wytworzoną z wcześniej eksportowanej tam własnej ropy, na co jednak przebiegli Hindusi nie wyrazili zgody. Swój rynek uszczelnił też Kazachstan. Jedynym stabilnym "dostawcą" pozostaje już tylko Białoruś. Naprawę uszkodzonych instalacji uniemożliwia brak zachodnich komponentów. Deficyt wymusił uproszenie procesów technologicznych i lanie do baków czego popadnie.

niedziela, 12 lipca 2026

WIELKA WOJNA TRUMPA


 W obliczu amerykańskiej agresji, inwazji czy też uderzenia prewencyjnego, Iran doprowadził do tak zwanej eskalacji horyzontalnej czyli przeniósł konflikt na nowe obszary. Oprócz blokady Cieśniny Ormuz zastosował uderzenia dronowe i rakietowe na Półwyspie Arabskim, a także uruchomił sprzyjające mu organizacje paramilitarne na całym Bliskim Wschodzie.

Takie asymetryczne działania są znacznie bardziej efektywne niż sam tylko zaciekły opór. Nie od dzisiaj wiadomo, że najlepszą obroną jest atak. Przejmujesz wtedy inicjatywę i zyskujesz psychologiczną przewagę, a przeciwnik jest zmuszony do rozproszenia swoich sił. Proces decyzyjny jest zaburzony, stres wywołuje błędy a planowanie staje się znacznie utrudnione.

Jednym słowem kiedy ktoś chce cię załatwić zrób totalne zamieszanie i staraj się pociągnąć wszystkich na dno wraz ze sobą - może to być skuteczne, choć nie wiadomo jeszcze jak się skończy Wielka Wojna Trumpa. Iran dąży do załamania gospodarczego regionu i wzrostu cen ropy na całym świecie, lecz rynki wykazują większą odporność niż początkowo sądzono.

Tyle że po wyczerpaniu rezerw strategicznych kolejne wstrząsy podażowe mogą być znacznie boleśniejsze... Może to być problemem w kontekście wojny w Ukrainie. Z jednej strony rosnące ceny węglowodorów mogłyby naoliwić machinę wojenną Putina. Z drugiej Rosja na skutek zniszczeń infrastruktury już ma problem z wydobyciem, przetwarzaniem i eksportem.


Dla nas to jeszcze pikuś - jeśli zapłacimy za benzynę kilka groszy więcej jakoś to przeżyjemy, napędzi to inflację i zjemy mniej kebabów. Nie będzie to jednak taki szok konsumpcyjny jak w krajach Zatoki Perskiej gdzie ceny żywności wzrosły o 40-120%. Ale szejkowie w Dubaju ani rezydujące tam międzynarodowe kurestwo raczej biedy nie klepie. Niestety nie każdy jest tam bogaty - obok luksusowych dzielnic funkcjonują ukryte przed oczami turystów obozy pracy.

Azjatyccy eksporterzy energii tacy jak Japonia, Korea Południowa czy Indie zmagają się z potężnym kryzysem energetycznym i przestojami w przemyśle. W 170 milionowym Bangladeszu który i tak należał do najbiedniejszych państw świata doszło do załamania przemysłu odzieżowego oraz wielkiego kryzysu w rolnictwie - zabrakło wytwarzanych z gazu nawozów sztucznych i oleju napędowego do pomp nawadniających pola ryżowe.

Jedynym ratunkiem była pożyczka z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Co gorsze w półupadłym Bangladeszu system ekonomiczny opiera się w zasadzie na przekazach pieniężnych które emigranci zarobkowi pracujący w krajach Zatoki Perskiej przesyłają swoim rodzinom. A tam doszło do masowych zwolnień niepotrzebnej już hołoty. Kto zaś zachował pracę musi się mierzyć z drastycznym wzrostem kosztów życia, co uszczupliło tak potrzebne transfery.


Podobne problemy dotknęły mieszkańców Nepalu i Sri Lanki, którzy również opierali swój byt na pieniądzach przysyłanych przez robotników harujących w Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy Katarze. W odgrywającym rolę kluczowego mediatora Pakistanie doszło do drastycznego spadku produkcji żywności i masowych kilkunastogodzinnych blackoutów, ponieważ energię elektryczną importowano z irańskiego Beludżystanu.

W Libanie gdzie działa proirański Hezbollah Izrael zniszczył infrastrukturę cywilną i wywołał falę emigracji wewnętrznej. W Jemenie zaangażowanie w konflikt Huti odcięło kraj od kroplówki humanitarnej, co jest tym boleśniejsze że większość żywności dociera tam drogą morską. Miliony Jemeńczyków znalazły się na skraju śmierci głodowej, wstrzymano wypłaty dla urzędników i lekarzy.

Również kraje Afryki Wschodniej takie jak Kenia czy Etiopia ucierpiały z powodu paraliżu logistycznego na Morzu Czerwonym. Drastyczny wzrost cen produktów naftowych z których wytwarzano nawozy doprowadził do ruiny setki tysięcy gospodarstw rolnych. Osobnym od tej wojny tematem jest amerykańska blokada Kuby, która doprowadziła tam do najcięższego kryzysu humanitarnego i gospodarczego od dekad...

czwartek, 9 lipca 2026

KARMA WRACA

 
Można mieć w życiu wyjątkowe szczęście, ale też wyjątkowego pecha. Bo losowość podlega tak zwanemu prawu serii. Rzadkie zdarzenia losowe mogą występować kilka razy z rzędu i nie ma w tym żadnego bożego palca ani przekleństwa losu. Jak mawiał klasyk - zdarza się.

Wywołuje to jednak przemożne psychologiczne wrażenie. Ludzki mózg zaprogramowany do wyszukiwania wzorców przypisuje takiej serii wyimaginowane znaczenie. Nazywamy to złudzeniem grupowania. Natura tworzy większe lub mniejsze grupy podobnych zdarzeń.

My widzimy w tym zaś skutek jakiegoś rytuału. Kodujemy to iluzoryczne powiązanie przyczyn i skutków. Potem szukamy potwierdzenia że to działa, ale nie ma to nic wspólnego ze statystyką, a raczej z programowaniem uwagi. W czystym przypadku dostrzegamy magię lub prawidłowość.

Tyle że w życiu rzadko co jest klarowne. Choć przypadek rządzi naszym życiem seria nie musi być całkowicie przypadkowa. Jeden błąd może wynikać z drugiego. Swoje robi też psychologia - gdy już się zestresujemy popełniamy więcej błędów, a gdy nas zaszufladkują odbieramy stresujące informacje zwrotne.

I tak dalej. Zła passa nie musi świadczyć, że coś jest z nami nie tak. Dobra nie musi dowodzić naszej wyższości. Pewne karty otrzymujemy już na starcie, a ciąg dalszy jest tego konsekwencją. Zły start powoduje negatywne nastawienie, podejmowanie gorszych decyzji i zniechęcenie. W skrajnych przypadkach możemy nauczyć się bezradności.

Całkowity RESET rzadko jest możliwy. Postrzegamy życie jako ciąg zdarzeń, więc to co się zdarzyło lubi do nas powracać. Jak już coś wbijemy sobie do głowy to ciężko to wybić - opinie na temat siebie czy innych wpływają na interpretacje faktów - jeśli fakty są sprzeczne z opiniami tym gorzej dla nich.

A do tego wszyscy popełniamy pieprzony błąd atrybucji. O swoje porażki lubimy oskarżać innych albo okoliczności. Sukcesy dowodzą naszych niezaprzeczalnych przymiotów. Jeśli zaś chodzi o bliźnich to zazwyczaj nie staramy się ich usprawiedliwiać tylko obarczać odpowiedzialnością. Wynika to z asymetrii perspektywy.


W swoim wypadku widzimy cały kontekst, a w przypadku innego nieudacznika tylko efekt. No chyba że odnieśliśmy sukces, który oczywiście nam się należał - wtedy korzystamy z okazji żeby podbudować swoje ego i przypisujemy sobie wszystkie zasługi bagatelizując rolę innych, szczęśliwego trafu i sprzyjających nam warunków.

Mechanizm ten służy budowania własnej wartości, ale zniekształca perspektywę. W skrajnych przypadkach tworzymy na temat innych krzywdzące stereotypy, co przekłada się na społeczny dowód słuszności i tak zwaną reputację. Jeśli zaś znajdziemy kozła ofiarnego to możemy wyładować na nim swoją frustrację i dowartościować się.

Dołączamy do nagonki - kiedy cała grupa ludzi ulegnie błędowi poznawczemu przypisującemu komuś złe intencje efekt jednomyślności może wzmacniać niechęć, wstręt, oburzenie i tym podobne emocje. Ponieważ ocena grupy ma dla nas kluczowe znaczenie my również "dokładamy do pieca". Iluzja moralnej wyższości dehumanizuje ofiarę.

Wtedy usprawiedliwiony staje się radosny lincz czyli dręczenie. Znaną tendencją myślenia grupowego jest eskalująca radykalizacja - atak staje się normą grupową do której należy się przyłączyć, a nawet licytować się kto przypierdoli skurwysynowi bardziej. Ostatecznie prowadzi do izolacji, ośmieszania i deprecjonowania. Co za pech...