Kiedy kształtował się "nowoczesny" nacjonalizm (XIX w.) definiował naród przez pryzmat wspólnej historii, kultury czy języka. Ponieważ Europa była w znacznej mierze "zawłaszczona" przez mocarstwa z natury swej był też antyimperialny. Głosił wszak ideę samostanowienia - każdy naród miał mieć prawo do posiadania własnego państwa.
Paradoksem jest to, że w sensie politologicznym większość powstałych po rozbiciu struktur imperialnych państw to państwa niehistoryczne. Jako Polacy szczycić się możemy tym, że my należeliśmy do narodów historycznych - obok Anglików, Francuzów, Hiszpanów czy Portugalczyków. Finowie, Estończycy, Łotysze, Białorusini, Słowacy czy Albańczycy nigdy wcześniej nie posiadali własnego państwa.
Dowodem ich tożsamości był najczęściej lokalny język rdzennych chłopów i stworzone w nim przekazy ludowe, a pomimo braku ciągłości historycznej i struktur państwowych można było też pogrzebać w bardziej odległej przeszłości, nawiązując choćby do ludów starożytnych zamieszkujących dane terytorium... Naród jest urojeniem - tworem stworzonym w umysłach.
Ponieważ tak powstające państwa walczyły z imperialnym uciskiem walce tej nadawano wymiar wręcz moralny. Nie tylko my byliśmy "Chrystusem narodów" - paliwem wszystkich nacjonalizmów stawał się topos różnie rozumianej "misji dziejowej". Oczywiście misję taką zupełnie inaczej rozumiały mocarstwa - Wielka Brytania, Francja, Niemcy czy Rosja.
Ich "zadaniem" miało być niesienie cywilizacji azjatyckim i afrykańskim dzikusom, przewodzenie Europie czy zjednoczenie Słowian... Fakt że często musieli to robić wbrew woli ludów którym nieśli te dobrodziejstwa wynikał z ciemnoty i ignorancji tych zacofanych niewdzięczników. Po pierwszej wojnie światowej mapa Europy rozpadła się na małe puzzle, lecz imperialny nacjonalizm znalazł pożywkę w poczuciu krzywdy i rewanżyzmie.
Wydymani Włosi postanowili odrestaurować Cesarstwo Rzymskie, a upodleni Niemcy unieważnić traktat wersalski, bolszewicka Rosja za cel postawiła sobie "wyzwolenie" europejskiego proletariatu... O wielki kryzys gospodarczy masy zaczęły obwiniać system demokracji liberalnej - po co komu wolność skoro nie ma co do garnka włożyć? Władzę (także w Polsce) objęli populiści, którzy obiecali dyscyplinę, porządek, silną rękę...
Za tym miał iść dobrobyt, sprawiedliwość dziejowa, świetlana przyszłość i Bóg wie co jeszcze... Skutek był odwrotny do zamierzonego - krew, pot i łzy. Morze ruin i bezmiar cierpienia. Lecz to również dało pożywkę nacjonalizmowi - tym razem poprzez zmitologizowanie heroizmu, męczeństwa i ofiar. Tak zwany "nacjonalizm niewiniątek" koncentruje się na historycznych krzywdach, cierpieniach i martyrologii dając prześladowanym poczucie moralnej wyższości.
Jako Polacy wiemy o tym najlepiej - powstanie warszawskie, rzeź wołyńska, Katyń... Jeszcze lepiej znają to Żydzi - przeszli w końcu przez holokaust, mogą więc zabijać Palestyńczyków bo to antysemici. Ukraińcy przecierpieli pod ruskim butem wielki głód. I tak dalej. Dzięki tym historycznym zaszłościom zyskujemy wieczne rozgrzeszenie ze wszystkich politycznych win i zamykamy się w "oblężonej twierdzy".
Pal licho jeśli jeszcze dotyczy to jakichś pokoleniowo odległych ale realnych prześladowań. O swoim cierpieniu coraz chętniej opowiadają też narody odpowiedzialne za wywołanie drugiej wojny światowej. Japończycy kultywują pamięć o atomowej apokalipsie, Niemcy o bombardowaniu Drezna, a Ruscy o wielkiej wojnie ojczyźnianej. Oczywiście wydarzenia te były straszne, ale nacjonaliści zupełnie przesuwają akcenty.
Skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec pieprzy o wstawaniu z kolan i odrzuceniu pedagogiki wstydu (skąd my to znamy?), co nie wróży zbyt dobrze. Swego czasu Jarosław i nieżyjący już Lech rozwodzili się nad demonizmem Eriki Steinbach i jej Związku Wypędzonych. Dziś kiedy mamy do czynienia z ruchem politycznie znacznie bardziej niebezpiecznym - bo zyskującym na popularności i znaczeniu - nasi "patrioci" zachowują się bardziej wstrzemięźliwie.
Odnieść można wręcz wrażenie, że wolą pastwić się nad niemieckim liberalnym mainstreamem niż faszyzującą AfD. Polityka i jeszcze raz polityka.... Można by pomyśleć, że wreszcie PiSowi i Konfederacji (nie mówiąc już o Braunie) trafił się archetypiczny wręcz przykład "niemieckiego rewizjonizmu" nad którym można by do woli się wyżywać. Niestety w układzie altprawicowej międzynarodówki wspieranej przez Trumpa AfD staje się dla nich... potencjalnym sojusznikiem.
Pomimo prorosyjskości i rewizjonizmu niemieckich braci nacjonalistycznych cudaków łączy stosunek do integracji europejskiej, migracji czy ekologii. W takiej sytuacji pamięć o ofiarach drugiej wojny światowej poświęcić można na ołtarzu pragmatyzmu - jest ona tylko instrumentem do atakowania mitycznych "niemieckich lewaków". Tymczasem AfD pogratulować można sukcesu wyborczego jak zrobił to jebnięty Grzesiek.
Polak i Niemiec to dwa bratanki, o ile jest to prawdziwy Niemiec i prawdziwy Polak, a nie jakaś popkulturowa podróbka. W końcu prawdziwi Polacy mają często wytatuowane swastyki i germanizmy, salutują i palą pochodnie. Niby nacjonalizm stawia na pierwszym miejscu interes własnego narodu, lecz dzisiejszym nacjonalistom chodzi o interes nawet bardziej partykularny, a główną przeszkodą w jego realizacji jest centralizm europejski.
Postuluje się więc powrót do zmitologizowanej Europy Ojczyzn i tradycyjnych wartości, choć podzielona Europa już i tak zaczyna przegrywać gospodarczy wyścig, a demografia leży i kwiczy. W tej niezłomnej walce ze spiskiem globalnych korporacji sponsoruje ich bezinteresownie oligarcha Elon Musk czy Władimir Putin. AfD sprzeciwia się wysyłaniu funduszy do krajów takich jak Polska, lecz nie będzie się przynajmniej wpierdalać w nasze prawodawstwo.
A zatem nacjonaliści wszystkich krajów łączcie się - tylko tak odzyskamy suwerenność. Co z tą suwerennością zrobimy to już nasza sprawa. Coś czuję że i tak nie odzyskam dzięki temu osobistej godności, ale przynajmniej pokażą mi winnego. To jakiś chuj z Brukseli sprawił że tyram jak wół, a mój potencjał leży odłogiem.

























