W końcu przychodzi taki czas gdy sobie uświadamiasz, że jedynie co w życiu masz to rodzina. A w niej najważniejsza jest matka. Kobiety mogą odejść, przyjaciele się ciebie wyrzec, ale matka nigdy. Zastanawiasz się jakim cudem, skoro byłeś taki inny od tego jakim chciała cię wychować. Lecz dorastając ty także uczysz ją akceptacji tego kim się stałeś.
I tak nie miałeś wielkiego wyboru - chodziłeś do szkoły, a teraz musisz do pracy. W końcu - bez względu czy założyłeś własne gniazdo - i tak musiałeś odejść. Bo nawet bez własnego gniazda musiałeś znaleźć własny kąt, żeby móc wreszcie być sobą. Odseparować się od nieznośnej dydaktyki doświadczenia przeszłych pokoleń. Coś jednak w tobie z niego zostaje, czegoś się nauczyłeś.
Czego? Chyba kochać. Być uczciwym. I wierzyć w to, że jesteś kimś wyjątkowym, nawet gdy wszyscy inni już przestali. Gdzieś w tobie siedzi małe dziecko i czeka aż ktoś je pogłaszcze po głowie, przytuli i powie że wszystko będzie dobrze. A nie jest? No cóż, bywa różnie... Poza tym nigdy nie wiadomo jak będzie. Wszyscy czegoś od ciebie chcą i stawiają warunki. Matce wystarczy że jesteś.
Lecz nie wystarczy być, bo świat ciebie nie zauważy. Pozostaniesz anonimowym konsumentem ochłapów gdzieś na drabinie społecznej porównującym się z wyższymi i niższymi bytami. Musisz coś zbudować, coś drogiego kupić, obsikać jakieś terytorium i stać się na nim dominującym samcem. Nie możesz płakać, musisz działać. To imperatyw dorosłości.
Teraz masz realizować to wszystko do czego przygotowywały cię zabawy dzieciństwa. Byłeś żołnierzem, policjantem, astronautą, strażakiem, marynarzem... Człowiekiem czynu. Bohaterem. Stałeś się księgowym, robotnikiem, kasjerem albo przedstawicielem handlowym. W zasadzie to teraz modlisz się żeby nie iść na wojnę, nie spotkać przestępców, nie walczyć z pożarem ani sztormem. Nie zgubić się w kosmicznej otchłani.
Dziecięca fantazja bywa nieograniczona, lecz kłamie że możesz być kim tylko zechcesz. Dziś już nie potrafisz wyobrazić sobie tak wiele. I dlatego tęsknisz za tą iluzją, choć tak naprawdę nie mogłeś wtedy zrobić nic, a jedynie marzyć. Śniłeś o dziewczętach które nie chciały cię znać, pisałeś wiersze których nikt nie czytał, szukałeś prawdy której nikt nie poznał. Dziś już myślisz że nigdy nie przeżyjesz takich przygód jakie wtedy przeżyłeś.
Kilka lat po czterdziestce zauważasz, że właściwie to już się starzejesz. Brakuje ekscytacji, pożera cię nostalgia, powtarzasz wyuczone skrypty. Już do śmierci pozostaniesz sobą, ale czy właśnie o to ci chodziło? Drugiej młodości już nie przeżyjesz, bo tylko raz można się tak zachłysnąć życiem. Marzenia które odkładałeś "na później" stały się już nierealne. Nie masz siły, czasu, emocji, testosteronu. To tak zwany kryzys wieku średniego.
Psychologowie obiecują, że odbicie od tego stanu nastąpić ma po pięćdziesiątce, kiedy już zaakceptujesz możliwą perspektywę. Jednym słowem najmniej szczęśliwy jesteś w połowie drogi. Potem przestajesz koncentrować się na przyszłości, rywalizacji, gromadzeniu, a zaczynasz doceniać to co masz. Kurwa, jakie to proste. Tyle że każdy musi w końcu to zrozumieć. Najtrudniejszy w życiu jest realizm.
Kiedy byłem dzieckiem wydawał się wręcz nieznośnym ostrzeżeniem - bo jak tu nie wierzyć w to że zadziwimy cały świat? Kiedy ma się przed sobą tysiąc szans niezbyt przejmujemy się tym, że kolejną z nich zmarnujemy. W końcu widzimy rzeczy takimi jakie są i przestajemy udowadniać wszystkim wokoło swoją wartość. Nasza sieć społeczna się kurczy, ale pozostaje w niej to co najcenniejsze.
Świadomość uciekającego czasu każe nam coś nadrobić, wyjaśnić, wyprostować. Czasem masz poczucie winy, że wymagałeś od kogoś bycia idealnym. Od buntu przechodzisz do wdzięczności, lecz był on konieczny żebyś przeżył swoje wielkie przygody, dramaty i próby. Prawdziwa jest tylko krew, pot i łzy. Miłość, a nie zabawki. Źródło twojego życia zaczyna wysychać, matka się kurczy, aż ostatecznie gaśnie w niej iskra życia.
Twoja rzeka płynie zaś dalej, lecz już odłączona od pierwotnej miłości - kiedy byłeś bezbronny, ona cię chroniła. Kiedy wpadłeś w tarapaty wyciągała z nich. Kiedy byłeś smutny pytała dlaczego, a ty w końcu przestałeś zawracać jej głowę swoimi problemami, żeby jej nie martwić. Zawdzięczasz jej to, że stałeś się człowiekiem, nawet jeśli za dużo marudziła.

















