Łączna liczba wyświetleń

sobota, 20 lipca 2024

HISTORIA ALTERNATYWNA

    
    W Stanach Zjednoczonych o fotel prezydenta ubiega się dwóch starców - z tym że jeden ledwie zipie, a drugi to jurny maniak seksualny. No i ten sprośny starzec - molestujący kogo popadnie i nie gardzący też gwiazdami porno - jest przy okazji konserwatystą, to znaczy zwolennikiem tradycyjnych wartości - dom, rodzina, kościół, paramilitarne bojówki i takie tam. Poza tym potrafi mówić biednym ludziom o spisku elit, choć sam odziedziczył miliardy dolarów. Chodzi oczywiście o Donalda Trumpa.

Ostatnio jakiś zbyt zaangażowany małolat postanowił go odstrzelić. Wiecie jak to jest w kraju, gdzie prawo do noszenia ze sobą broni jest przejawem wolności. Wszędzie walają się jakieś pistolety, strzelby czy karabinki, a dzieciaki biorą to ze sobą do szkoły i wyrównują rachunki z rówieśnikami. Tym razem poszło o sprawy wielkie, albowiem polityczne. A polityka to przecież przyszłość kraju, narodu, całego świata i tak dalej. Można więc sobie we łbie uroić, że jest się jakimś mesjaszem i prewencyjnie usunąć zagrożenie.

Tyle że nie wiadomo na ile zagrożenie jest realne. Gdyby Trump naprawdę okazał się amerykańskim Hitlerem wtedy heroiczny młodzieniec, którego imienia i nazwiska po tygodniu już nikt nie pamięta, stałby się bohaterem książek historycznych. Żołnierzem wyklętym. No ale na razie jest paskudnym zamachowcem, którego należy potępić, i wyrazić dyplomatyczne oburzenie tym "atakiem na demokrację". Ostatecznie nikt w cywilizowanym świecie nie chce, żeby w ten sposób załatwiano polityczne porachunki. To byłby regres.


Ale prawdą jest, że w takich chwilach ważą się losy świata. I mniejsza już o wewnętrzne sprawy Ameryki - chyba że kogoś ekscytuje to z powodów ideologicznych, bo jest fanatykiem światowego dżihadu, krucjaty, rewolucji czy innej moralizującej sekty. Po prostu wraz ze zmianą władzy zmienia się też cała sieć "znajomych królika", która legitymizuje się określonym bełkotem. A z punktu widzenia Polaka i Europejczyka kluczowa jest polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych, bo wszystko zmierza do jakiegoś bliżej nieokreślonego przewartościowania międzynarodowego porządku.

Wiadomo przecież, że po rosyjskiej inwazji na Ukrainę świat nie będzie już taki sam. A przecież niespokojnie jest również na Bliskim Wschodzie, no i Chiny wciąż prężą muskuły. W Afryce tradycyjnie wszyscy walczą ze wszystkimi, co generuje nieustającą presję migracyjną. To w jaki sposób największa gospodarka świata użyje swoich zasobów przemysłowych, handlowych, finansowych i militarnych zdefiniuje losy Europy na dziesięciolecia. Może i dziadek Biden miał sklerozę i poruszał się jak żółw, ale wobec agresywnej Rosji przyjął postawę jastrzębia. Twardziel Trump stał się natomiast gołębiem pokoju.

Owszem - nawet postrzelony w ucho wymachiwał pięścią i zagrzewał swoich wyborców do walki, lecz nie chodziło tu bynajmniej o walkę z Putinem tylko ze zgniłymi liberałami. Bo trzeba tych skurwysynów odsunąć od władzy, żeby znów uczynić Amerykę wielką. Poza tą narracyjną rzeczywistością zmieniają się niestety "ustalone" od dekad paradygmaty. To znaczy Europa staje się dla Amerykanów mniej ważna od Azji. Dumni Europejczycy wciąż dzielą się na małe i nieskoordynowane plemiona, tak naprawdę niezdolne do samodzielnej walki z Rosją.


Trump nie widzi żadnego interesu w dalszym szachowaniu neoimperialnych ambicji naszego nieprzyjaznego sąsiada, gdyż kosztuje to zbyt drogo. Lepiej pomagać Żydom niż Ukraińcom, choć od lat wspieranie Izraela jest dla Wuja Sama tylko obciążeniem. Gdyby spojrzeć na to realistycznie cała ta proizraelska polityka wynika jedynie z kulturowych sympatii Amerykanów. Dla nas - zapatrzonych wiecznie w amerykańskie filmy - może być to nieco zaskakujące. Podobno jesteśmy tacy "zachodni". Tyle że nie chcemy mieć tu murzyńskich dzielnic jak w Nowym Jorku.

No ale Afrykę Trump ma głęboko w dupie. Czyli nikt nie będzie regulował tej wylęgarni imigrantów, której zresztą wyregulować się nie da. Można tam niestety instalować różnych obwieszonych medalami dyktatorów, więc Rosja, Chiny, chciwe korporacje i dżihadyści będą sponsorować swoich terrorystów. My zaś będziemy musieli mierzyć się z moralnym problemem co robić z nadciągającymi masami ludzkimi. Humanitaryzm jest co prawda taki wzniosły, lecz żeby jednemu dać trzeba drugiemu zabrać. A ten któremu dajesz będzie i tak z tego powodu czuł się poniżony. Oto przepis na problemy społeczne.

Tak czy siak skazani będziemy na współpracę z naszym AMERYKAŃSKIM WIELKIM BRATEM. Czyli z Trumpem - takim jakim on jest - trzeba będzie się dogadywać. Bo jakiś ponury fatalizm wskazuje, że to ten podstarzały playboy jest politycznie bardziej seksowny od gasnącego Bidena, który niedługo zamieni się w roztrzęsionego Wojtyłę albo sparaliżowanego Lenina. A szkoda bo Demokraci bardzo poważnie traktowali kwestie europejskiego bezpieczeństwa.

Co w kwestii ukraińskiej zrobi Donald Trump wie tylko on sam. Ja szykowałbym się na jakiś zgniły i prowizoryczny kompromis. Ukraina będzie musiała zrobić to co podyktuje jej Zachód, bo jest tak zdewastowana, że sama nie może funkcjonować. Zachód ma potencjał żeby wygrać tę wojnę, tylko jest zbyt konsumpcyjny, zachowawczy, a ostatnio populistyczny. Tak naprawdę nikt z wyjątkiem Rosji nie chciał tej wojny i w tym tkwi nasza słabość.


Lubimy bredzić o ojczyźnie i europejskich wartościach, ale nie ma komu robić za mięso armatnie. Przestawienie gospodarki na tryb wojenny zbytnio ograniczyłoby styl życia który tak kochamy -  byłoby to polityczne samobójstwo, tym bardziej, że na każdym rogu politycznej sceny licytują się socjalni populiści. Ryzyko eskalacji konfliktu czy destabilizacji Rosji sprawia, że wolimy dmuchać na zimne i w zasadzie nie wiemy jak wykurzyć Putina z Ukrainy. No bo co jeśli jeszcze bardziej mu odjebie?

Pozostaje tylko patetyczne zapewnienie o wieczystym polsko-amerykańskim braterstwie, zapoczątkowanym już przez Kościuszkę i Pułaskiego, a potem kontynuowanym przez Reagana i Busha. Ramię w ramię z Jankesami "wyzwalaliśmy" przecież Afganistan i Irak. Można więc dalej organizować defilady i pieprzyć coś w tym stylu. W zasadzie to nie ma innego wyjścia. Z tym że Trump będzie grał na zmianę władzy w Polsce, dlatego jego popularność tak emocjonuje polską alternatywną prawicę. Ostatecznym celem tak zwanych "patriotów" jest decentralizacja Europy. A potem czeka nas tożsamość, dobrobyt i świetlana przyszłość. Znamy to już z historii - ona lubi się powtarzać, choć ciągle nas zaskakuje. 

sobota, 13 lipca 2024

NOWY PORZĄDEK ŚWIATA


 Ludzie pracują na zbytki, czyli rzeczy zbyteczne. Ale te zbytki wcale nie są zbytkami, bo są im już kulturowo konieczne. Nie możesz już żyć bez telefonu, ani chodzić bez gaci. Z tym że telefon nie jest już telefonem, ale centrum multimedialnym. Musisz więc mieć centrum multimedialne zawsze przy sobie, a jak już masz to jesteś bombardowany sprofilowanymi informacjami. Chodzi o to, żebyś chciał jeszcze więcej rzeczy zbytecznych, bo będziesz wtedy ciężej pracował i więcej ich wytwarzał.

Jest jeszcze coś dosyć abstrakcyjnego co możesz wymieniać na takie zbytki. I to się nazywa forsa - jest elastycznym zasobem który możesz dowolnie przeznaczać na rzeczy potrzebne albo zbyteczne. Co kto woli. Kiedy nadwyżka forsy trafia w ręce kapitalisty staje się kapitałem, a tym można obracać w celu pomnażania go czyli inwestować. Można dzięki niemu kupować środki produkcji i opłacać siłę roboczą, uzyskując jeszcze więcej nieskonsumowanych środków płatniczych. Zysk taki można ponownie inwestować i tak następuje akumulacja kapitału.

Największe zyski przynosi obracanie takim kapitałem czyli finansowe spekulacje. Z punktu widzenia szarego człowieka finansowe spekulacje są zbyteczne, bo całą śmietankę liberalnego systemu spijają pasożyty. Kokosy trafiają do "znawców rynku", czyli tych którzy śledzą te wszystkie wykresy giełdowe i sprzedają oraz kupują papiery w zależności od trendów, prognoz, intuicji i przecieków. Ale oni oczywiście odpowiedzą, że bez nich nie byłoby naszych wspaniałych fejsbuków, samochodów, telewizorów, hipermarketów, fast foodów i salonów tatuażu.

No bo tam gdzie jest komuna tam nie ma tego wszystkiego - na przykład w Korei Północnej robole żrą cały czas kapustę, bo gospodarkę zawłaszczyli "geniusze rewolucji". Gdyby spytać takiego komunistycznego niewolnika czy woli żreć kapustę czy na przykład niezdrową przetworzoną żywność, to idę o zakład że wybrałby to drugie... Analogicznie nam nie wystarczał już zwykły polski schabowy bez coca-coli, chipsów i batoników, więc przegoniliśmy komunistów i zaprosiliśmy zagranicznych wyzyskiwaczy dysponujących owym mitycznym kapitałem. 

Po brutalnej transformacji wreszcie możemy rozkoszować się owocami zgniłego kapitalizmu. Narzekamy, ale przecież tak bardzo tego chcieliśmy. Chcieliśmy mieć więcej wszystkiego no i mamy. No może z wyjątkiem czasu, ale przecież czas to pieniądz - łatwo go roztrwonić. Pałowani poeci kiedyś nazywali to wolnością. Dziś nikt ci nic nie każe - lecz sam czujesz że coś musisz. Ten system opętał nasze mózgi. Kto jednak nie lubi konsumować niech pierwszy rzuci kamieniem... Konsumpcjonizm nie ma granic, bo jest motorem napędowym rozwoju gospodarki.

Nierówności społeczne są konieczne, gdyż musimy ciągle porównywać się z innymi. Jeśli konsumujemy zbyt mało, możemy wypadać blado w oczach innych, a jako zwierzęta skrajnie społeczne czujemy wtedy dyskomfort. Paradoks człowieka w drogim samochodzie polega na tym, że przecenia on rzeczywisty wpływ jaki prezentowany atrybut wywiera na otoczenie. Bo i owszem, wielu chce go naśladować, ale nie dlatego, że jest zajebistym kolesiem. Po prostu chcą się też tak wozić. Konsumpcja to nie tylko zmysłowe przyjemności - to również status i prestiż.


Jeśli mamy odpowiedni potencjał to właśnie po to, żeby go ujawniać. A najłatwiej pokazać na co nas stać kopiując styl życia tych którym zazdrościmy. To gdzie mieszkamy i jeździmy na wakacje manifestuje naszą rangę, choć oczywiście możemy czerpać z tego jak najbardziej szczerą satysfakcję. Dzięki nadążaniu za "nowością" sygnalizujemy jak bardzo jesteśmy na czasie. Im bardziej coś jest ekskluzywne tym bardziej przerysowane i zbyteczne. Na tym właśnie żeruje branża podrabianego masowego luksusu - wiecznie kupujemy sobie imitacje i namiastki.

Kapitalizm konsumpcyjny nie jest w swej istocie materialistyczny, lecz czysto psychologiczny. Taka czy inna marka staje się symbolem jakiejś naszej aspiracji. Reklama zaszczepia nam w głowach różne fantazje i przypisujemy gadżetom lub usługom jakieś "magiczne" właściwości. Cnota oszczędności ustąpiła cnocie rozrzutności, gdyż popyt napędza podaż. Nasz mały, zabiegany, zestresowany dobrobyt napędza zyski korporacji i miliarderów, oraz utrzymuje struktury państwowe. A oni serwując nam coraz bardziej wyszukane "ulepszenia" pozwalają nam czerpać z tego przemysłowego rogu obfitości co tylko zechcemy.

A zatem potrzebujemy tych obrzydliwych spekulantów palących na bankietach cygara... Ostatecznie i tak w każdym systemie wykształca się jakaś oligarchia. Wielkie korporacje zadają kłam tezie, jakoby niemożliwe było centralne planowanie na wielką skalę - ich przewagi często ograniczają wolną konkurencję. Jednak działają dla zysku, a nie ideologii, nie muszą więc trzymać się żadnych teoretycznych dogmatów. Poza tym odgórnie generują nam to całe jakże przyjemne badziewie bez którego nie umiemy się już obywać. I to najlepiej nas motywuje. Pieprzone pragnienie.

sobota, 6 lipca 2024

CENA PRAWDY

     
    W Polsce mamy długą tradycję domagania się wolności słowa. Najpierw musieliśmy wywalczyć sobie w ogóle prawo do posługiwania się własnym językiem bo Niemiec pluł nam w twarz i dzieci nam germanił. Potem mieliśmy sanację, gdzie za krytykowanie Naczelnika dziennikarze dostawali regularne wpierdol. A potem komunę, gdzie w zasadzie nie było dziennikarstwa - istniał tylko oficjalny przekaz.

Następnie radykalizująca się prawica zaczęła mówić o postkomunistycznym układzie dominującym w polskich mediach. Jak dorwała się do koryta to przekierowywała strumienie konfitur do swoich propagandystów. No i teraz znowu sytuacja się odwróciła i będzie promowanie innych talentów i tematów. Dziennikarze dużo lubią mówić o tym jak bardzo są potrzebni, ale tak naprawdę potrzebują kasy.

Nie chcę przez to powiedzieć, że nie są potrzebni, gdyż dostarczają nam informacji o ważnych wydarzeniach - można by to nazwać funkcją edukacyjną. Często jednak plotą o dupie Maryni, a to nazwać by można funkcją ogłupiającą. No i poza tym niekiedy nami manipulują w określonych celach politycznych, ideologicznych czy wręcz czysto marketingowych. Media to biznes więc muszą zarabiać na siebie.


Można oczywiście uzyskać jakiś mecenat, pisząc o tym czy o tamtym, najczęściej jednak oznacza to korzystanie z publicznych środków, a sami wiecie jak elastyczne mamy w Polsce standardy. Trzeba promować jakąś z góry przyjętą wizję zgodną ze światopoglądem i interesami politycznych patronów. Jedynym wyjściem jest komercyjny przekaz - fundusze uzyskuje się podbijając oglądalność, klikalność i tak dalej. Bo popularność generuje zyski z reklam. A bez zysków nie ma wolności słowa.

Czyli w tym wypadku wolność oznacza robienie politykom dobrze albo schlebianie gustom gawiedzi. Kiedyś Rydzyk płakał, że nie dostał miejsca na multipleksie, teraz marudzi że opłaty za multipleks go wykończą i prosi o wsparcie. Całkiem niedawno niedoszłe "lex TVN", wymierzone jakoby w "obce wpływy" prawo ograniczać miało udział zagranicznego kapitału w rynku medialnym. Orlen pod przewodem bezczelnego Obajtka przejął kontrolę nad wydawnictwem Polska Press i tym samym prasą lokalną. Media publiczne przechodzą z rąk do rąk i radykalnie zmieniają się koncepcje oraz personalia. 

W tych komercyjnych parcie na szkło napędza szalony wyścig szczurów. Efemeryczne gwiazdy pojawiają się i znikają. Swoistym nowotworem informacyjnym jest związana z nimi branża plotkarska, zajmująca się pieprzeniem o tym kto z kim się bzyka i w jakie luksusy opływa. Można też popatrzeć sobie jak ludzie grają w piłkę, tańczą z gwiazdami, smażą naleśniki, kupują domy czy walczą z otyłością... Dla każdego coś miłego - policjanci łapią złodziei, rolnicy szukają żony, eksperci prawią nam morały...

Co by nie mówić patrząc na ramówki mediów widać jak bardzo nie lubimy treści trudnych. Jeśli jednak tylko chcemy w tej obfitości informacyjnej również odnajdziemy je bez trudu. Klikasz i masz. No i niby tym właśnie jest wolność - możemy wybierać treści z którymi chcemy obcować. Przy okazji cyfrowej rewolucji władzę nad mediami przejmują jednak wielkie korporacje takie jak Google czy Meta. Big Techy de facto organizują rynek cyfrowej reklamy tworząc nowe środowisko informacyjne, moderowane przez algorytmy wpływające na zasięgi treści.


Nowelizacja prawa autorskiego przegłosowana niedawno w Sejmie ma podobno dodatkowo faworyzować technologicznych gigantów kosztem wszelkiej maści ambitnych dziennikarzy. Bo żeby być ambitnym trzeba mieć forsę. A jak nie masz forsy to już nie możesz być ambitnym. Bo jak nie masz forsy to musisz pracować w jakiejś fabryce, placówce handlowej, zakładzie fryzjerskim czy biurze. I już nie masz ochoty na abstrakcyjne rozkminy. Musisz być wydajny i skoncentrowany. Potem marzysz tylko o odpoczynku i odrobinie rozrywki.

A mędrcy narzekają, że społeczeństwo jest głupie bo nie myśli o wielkich sprawach... Wszyscy tworzymy ten system, bo wszyscy chcemy kasy. Jedni generują produkty, a inni ich informują. Siłą rzeczy wszystko sprowadza się do jakichś transakcji. Czy więc internet przestaje być ostoją wolności słowa czy też jest jedyną możliwością wykrzyczenia swojej frustracji przez dosłownie każdego? Może w każdym z nas siedzi mały troll, hejter czy pozer szukający sensacji i stąd mamy cały ten informacyjny bałagan?

W gruncie rzeczy nieograniczona wolność budzi niskie instynkty, ale nie wiadomo kto powinien ją moderować. Jedno jest pewne: informacja to władza. Władza to pieniądze, ale też realizowanie określonych wizji społecznych. Szczerze mówiąc chuj mnie obchodzi do czyjej kieszeni trafią te wszystkie pieniądze, bo wiem, że nie do mojej. A tak rozumiana wolność słowa jest jednokierunkowa - zasady określa ten kto ma złoto. To prawda stara jak świat. Wolność jest dzisiaj towarem. Rzeczywistość jest bańką informacyjną.

sobota, 29 czerwca 2024

POPKULTURA POLITYCZNA

 
    Zwycięzcy debat telewizyjnych zostają zwykle prezydentami. I to niekoniecznie dzięki lepszym argumentom. Już pierwsze takie show w 1960 roku przechyliło szalę zwycięstwa na stronę jakże "telewizyjnego" Johna Kennedy'ego. Co ciekawe ci którzy słuchali dyskusji w radio byli przekonani, że wygrał Richard Nixon. W świetle kamer liczy się jednak wizerunek, a Nixon zrezygnował z pudru, jego mowa ciała zdradzała nerwowość i do tego wybrał kiepski garnitur...

Dlatego dzisiaj każdy kto chce się liczyć musi zatrudniać sztab specjalistów od wizerunku. Przy czym nie jest szczególnie ważne, na ile wizerunek jest prawdziwy. Kennedy wydawał się energiczny i witalny jak młody bóg. Skrzętnie skrywana prawda była zgoła inna. W zasadzie był tak ciężko chory, że ujawnienie tego zniweczyłoby jego szanse na prezydenturę. Cierpiał między innymi na chorobę Addisona, artretyzm, owrzodzenia czy alergie, a poza tym chronicznie przyjmował leki przeciwbólowe i psychotropowe.

Kennedy był wrakiem człowieka nafaszerowanym wszelką farmakologią, ale zanim go w dziwnych okolicznościach zastrzelono, Chruszczow pokerową zagrywką zmusił Wuja Sama do wycofania z Turcji rakiet przenoszących broń nuklearną. W trosce o medialny wizerunek te poważne ustępstwo zatajono przed demokratyczną opinią publiczną. Odtrąbiono natomiast, że dzięki bezkompromisowej postawie przystojnego prezydenta Chruszczowi nie udało się zainstalować na Kubie swoich śmiercionośnych zabawek.


Media potrafią wręcz kreować fakty. A to był dopiero początek "demokratyzacji" środków masowego przekazu. Kluczowe stało się schlebianie gustom i potrzebom masowego odbiorcy przy pomocy coraz bardziej zaawansowanych inscenizacji. Polityka upodobniła się do marketingu czy reklamy, a te wcale nie odwołują się do logiki, tylko do emocji. Trzeba stworzyć odpowiednie opakowanie, obrazek, skojarzenie... Byty polityczne są jak komercyjne marki. Ludzie utożsamiając się z markami chcą wyrażać własny wizerunek, przynależność do grupy i wyznawane wartości kulturowe.

Zwycięstwo w wyborach wymaga zatem brandingu emocjonalnego. Zanim wystawi się kandydata trzeba go medialnie "stworzyć" - jeśli ludzie go zaakceptują i pokochają, jeśli zaczną mu wierzyć i ufać, jeśli obudzi w nich nadzieję, będzie odpowiednim produktem masowego użytku. I jako taki będzie mógł sprawować kontrolę nad największą gospodarką świata, NATO i arsenałem nuklearnym. Słabością demokracji jest zatem psychologia tłumu, choć o ile mi wiadomo nie wymyślono jak dotąd nic lepszego. Kwadrans wiadomości oglądanych przy wieczornym piwku decyduje o preferencjach ludu.

Do tego dochodzi jeszcze wymiana "mądrości" na portalach społecznościowych i filmiki nagrywane przez kogo popadnie... Cyfrowy populizm wymknął się już spod kontroli informacyjnego establishmentu, lecz nieskrępowana wolność stała się zagrożeniem. Gdy każdy mówi to co chce, można swobodnie rozpowszechniać niestworzone teorie spiskowe. W 2016 roku publikowano chociażby "informacje" o udziale Hillary Clinton i waszyngtońskiej elity w zorganizowanej grupie pedofilskiej. W specjalnie oznakowanych pizzeriach miano odprawiać jakieś satanistyczne rytuały... Walkę z tajemniczą światową sitwą ma prowadzić osobiście twardziel Donald Trump.


No i amerykańska ulica coraz bardziej mu wierzy. Co jeszcze gorsze emanujący aroganckim entuzjazmem populista wygrał debatę telewizyjną z ledwie żywym starcem Joe Bidenem. Demokraci nie zdążą teraz wykreować nowego kandydata, tym bardziej że jest już po prawyborach. Nie wnikając w niuanse amerykańskiej mentalności dla nas to fatalna prognoza. Jak groźnym i cynicznym politykiem jest Trump pokazał już krwawy szturm na Kapitol, a teraz sytuacja międzynarodowa zmieniła się na gorsze. Trump ciągle mówi o potrzebie dialogu z Rosją i astronomicznych kosztach wojny na Ukrainie.

Biało-czerwoni wirtuozi bogoojczyźnianej ideologii na siłę będą jednak szukać w tym niebezpiecznym przekazie jakiejś zakodowanej interpretacji. No bo przecież Donald Trump to ich sojusznik w alternatywnej międzynarodówce i dziele "odzyskiwania tożsamości". Naprzeciw są natomiast brukselskie elity, Niemcy, Donald Tusk, LGBT i hordy zdziczałych kozojebców. A to jest przecież zagrożenie dla naszych odwiecznych tradycji takich jak kult Jana Pawła II-ego, miesięcznice smoleńskie, kibicowanie Orłom czy noszenie odzieży patriotycznej.

sobota, 22 czerwca 2024

ZAZDROSNE MONSTRUM

    Rosja od zawsze naśladowała Europę - Moskwa była już Drugim Kijowem i Trzecim Rzymem, a Petersburg Wenecją Północy. Jak wiadomo to Europa skolonizowała świat, a nie odwrotnie. Rosja natomiast skolonizowała Azję centralną i północną. Na tyle skutecznie, że po rozpadzie europejskich imperiów kolonialnych to rosyjskie pozostaje "federacją". Co więcej to właśnie dzięki zasobom Syberii temu niezbyt innowacyjnemu państwu udaje się wciąż funkcjonować.

Rosjanie chętnie pogrążyliby się w zachodnim konsumpcjonizmie, tyle że za bardzo ich na to nie stać. Kto tylko może kupuje markowe produkty i zakłada konta na portalach społecznościowych, ale ponieważ jest statystycznie biedniejszy od Europejczyka czy Amerykanina czuje się gorszy. Udrękę zazdrości koi opowieść o "zgniłym Zachodzie", gdzie co prawda wszystko jest modniejsze i obfitsze, ale ludziom w dupach się od tego przewraca. Rosja natomiast zachowuje dyscyplinę moralną poprzez zachowanie tradycyjnych wartości...

Ten potiomkinowski konserwatyzm w kraju pełnym biedy, przestępczości i korupcji zohydzić ma liberalne wartości. Rosja sama pogrążając się w demograficznej zapaści i wszelkich patologiach oficjalnie kreuje się na alternatywę dla dekadenckiej cywilizacji euroatlantyckiej - kultywując sowieckie sentymenty ma jednocześnie być ostatnią ostoją chrześcijaństwa, naturalnego modelu rodziny i słowiańskiej tożsamości. Chętnie sypie więc groszem eurosceptykom i alternatywnym idiotom, bo jak wszyscy poodgradzamy się w nacjonalizmach to nie będzie Kolektywnego Zachodu.

Eurazjatycki "anioł pokoju" bombardując Ukrainę walczy z zachodnim satanizmem, nazizmem czy imperializmem... Ukrainiec to przecież faszystowski podgatunek Rosjanina który trzeba nawrócić na ruski mir. Ale przede wszystkim to sługa Zachodu i polski parobek zainfekowany liberalizmem. Mieszkańcom Globalnego Południa można więc przedstawić całą wojenną aferę jako walkę z postkolonialnym molochem. W Afryce świeża jest przecież jeszcze pamięć o wyzysku dokonywanym przez liberalnych Europejczyków rozprawiających o demokracji i prawach człowieka.


Kreując kryzys imigracyjny wzmacnia się z kolei zachodnie trendy nacjonalistyczne i populistyczne. W obliczu problemów społecznych związanych z niegdyś idealizowaną wielokulturowością zaczynamy wątpić w nasze humanitarne wzniosłe hasła. Wydaje się, że Rosja stymuluje nie tylko kryzys na polsko-białoruskiej granicy, ale też dużo bardziej problematyczny geopolitycznie "szlak śródziemnomorski". Wykorzystuje prywatne afrykańskie milicje do sterowania przepływem imigrantów do Europy. Dzięki temu można dowolnie zamykać i otwierać emigracyjną falę w kluczowych momentach - choćby przed wyborami. Wiadomo jak fale takie wpływają na opinię publiczną.

Jednocześnie Rosja usiłuje destabilizować sytuację wewnętrzną w Stanach Zjednoczonych. Tam również niechciani ludzie z Południa stanowią poważny problem. Teksas stawia na granicy z Meksykiem druty kolczaste, a władze federalne każą je usuwać... Politycy Partii Republikańskiej blokują z tego powodu pomoc wojskową dla krwawiącej Ukrainy, a skoordynowane działania kremlowskich blogerów podsycają antagonizmy miedzy Demokratami a Republikanami, Teksasem a Waszyngtonem, czarnymi a białymi i tak dalej...

Putin stara się także mieszać na Bliskim i Dalekim Wschodzie. Swego czasu jego działania znacząco zmieniły układ sił w Syrii. Współpracuje wojskowo z reżimem ajjatolllahów. Przypuszczalnie w jakimś stopniu wspiera Hamas i Hezbollah, bo im bardziej się gotuje na Bliskim Wschodzie tym skuteczniej będzie to odwracać amerykańską uwagę od Ukrainy. W Moskwie przyjmowano już nawet delegacje talibów. Rosjanie flirtują też z Indiami, które jednak nie dają się ograć i wykorzystują polityczno-gospodarczą koniunkturę choćby do zakupów taniej ropy w zamian za zachowanie neutralności wobec wojennej rozpierduchy w Europie.


Dyplomatyczny Putin odwiedził też niedawno Koreę Północną czy Wietnam, gdzie witano go jak cesarza lub papieża. Podpisywanie jakichś tajnych - bończucznie jednak ogłaszanych paktów - świadczyć ma rzekomo o rozszerzaniu wpływów i sojuszy. Może to jakoś eskalować napięcie w rejonie Pacyfiku, tym bardziej, że Rosja "przyjaźni" się z Chinami. Nie jest to już jednak pełnoprawne partnerstwo - Rosja stała się zapleczem surowcowym i pożytecznym harcownikiem, skazanym nieodwołalnie na pewien rodzaj podległości wobec przedstawicieli rasy żółtej.

Z orbity jej wpływów wydostały się też państwa Azji Centralnej - Armenia, Azerbejdżan, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan Turmenistan czy Uzbekistan... Swoją wielką grę prowadzą tam teraz Chiny i Turcja, a posowieckie republiki usiłują lawirować pomiędzy nimi a Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską. Ośmiornica która starała się opleść świat póki co nie zyskała na  absurdalnej agresji nic prócz wpływów w najbiedniejszych krajach świata, choć przy okazji bardzo nam zaszkodziła. No ale Rosja to stan umysłu.

sobota, 15 czerwca 2024

ALTER EGO

 
    O ile masz co jeść bieda nie jest bolesna tylko przeraźliwie nudna i poniżająca. Bo jak nie masz kasy to nie możesz pozwolić sobie na żadne rozrywki czy pasje. Wyobrażasz sobie, że jak zdobędziesz pieniądze to będziesz wolny jak ptak - i zaczynasz harować jak wół. No i w końcu bierzesz kredyty bo nie możesz sobie odłożyć na ten dom z ogrodem i stylowy wóz. Potem już tylko harujesz, spłacasz raty i jeździsz na wakacje do Dubaju. Ale wszyscy wiedzą, że jesteś kimś ambitnym i tak dalej.

Niestety jest to wariant optymistyczny. Załóżmy, że pracujesz jako zwykły robotnik, kasjer czy sprzątaczka. I już nie masz perspektywy na to, że odłożysz sobie na jakikolwiek splendor. Musisz więc zadowolić się gorszą skórą, furą i komórą. I w dodatku żeby starczało choć na adidaski, smartfony i dziary - nie mówiąc już o piwie, fajkach i kebabach - musisz brać nadgodziny i w zasadzie świata poza robotą nie widzisz. Nie wystarcza Ci już czasu i energii aby w jakikolwiek sposób się rozwijać.

Pozostaje jeszcze żerowanie na systemie, czyli pospolite dziadowanie. Można na przykład otrzymywać różne zapomogi albo żebrać pod hipermarketem. Wyższej klasy pasożyty gnieżdżą się w dziwnych instytutach, mediach, sektach czy partiach. Oczywiście każdy taki brylant z pełnym przekonaniem bredzi że ciężko pracuje i jest wysokiej klasy specjalistą od spraw niepotrzebnych, celebrytą, świętobliwością czy sługą narodu. Lecz dziwny to sposób sprawowania posługi, kiedy to wie się lepiej czego potrzeba ciemnemu ludowi. 

Motłoch trzeba złapać za ryj i prowadzić jedyną słuszną drogą sankcjonującą opłacanie pieprzących do samych siebie dziadów. Niech oni tam się spotykają, debatują, oklaskują, nagradzają, wskazują drogę i tak dalej. No i niech pasą swą mądrość na naszej głupocie, bo przynajmniej to cementuje system szumnie zwany demokratycznym. Gdybym miał taką możliwość też zostałbym zawodowym erudytą, awangardowym artystą, gwiazdą telewizji śniadaniowej czy autorytetem moralnym. Pechowo to zbyt elitarne zajęcie dla takiego pajaca.


W Europie i Ameryce nastał czas kontestatorów dotychczasowego konsensusu ustrojowego zwany alternatywną prawicą. Motorem napędowym tego trendu są wszyscy ci, którzy czują się marginalizowani w liberalnym kapitalizmie, to znaczy ludzie pracy. Lecz przewodzą mu nowe elity - niegdyś wykluczane z podziału tortu - dobrze więc rozumiejące ludowe oburzenie. Lekiem ma być finansowanie socjalu rosnącym zadłużeniem, polityczna deglobalizacja, walka z imigracją i tradycyjne wartości. No i oczywiście wymiana elit.

Poza Kaczyńskim i Meloni przedstawiciele tej nowej populistycznej fali uważają też wspieranie Ukrainy za humanitarną fanaberię. Być może dlatego, że swoją dzisiejszą pozycję zbudowały siedząc w kieszeni Putina, który z przyjemnością finansował największych europejskich oszołomów. Swego czasu rosyjscy trolle ingerowali też w wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, rozpowszechniając niestworzone teorie spiskowe. Konsekwencje to elekcja Donalda Trumpa, a potem groteskowy szturm na Kapitol.

Szczerze mówiąc rozumiem, że ludzie chcą czegoś nowego, bo system liberalny stawał się coraz mniej wydolny. Owszem, zapewniał stały wzrost gospodarczy, lecz też rozbudzał nadmierne nadzieje, ambicje i potrzeby. A dużej grupie lepszych i równiejszych udawało się ostentacyjnie pasożytować na tkance społecznej i jeszcze uważać to za naturalne. Władza polityczna może jednak przekierować przepływy finansowe. I oto chyba najbardziej chodzi, bo utopię suwerenności w której każdy naród ma rządzić się własnymi prawami przerabialiśmy już przed drugą wojną światową.

sobota, 8 czerwca 2024

TOŻSAMOŚĆ PRZEMYSŁOWA

 Prototyp turbiny parowej został skonstruowany już w I wieku przez Herona z Aleksandrii, ale przez wieki nie znalazł praktycznego zastosowania, pozostając jedynie techniczną ciekawostką. Gdyby ktoś wpadł na pomysł wykorzystania jej jako silnika rewolucja przemysłowa zaczęłaby się już w starożytności. Tyle że nie było na taki silnik zapotrzebowania - dysponowano przecież nieprzebranymi zasobami siły roboczej czyli niewolnikami.

W XVIII-wiecznej Anglii i Szkocji istniały natomiast specyficzne warunki do wdrożenia takich zmian technologicznych... Coraz szersze stosowanie żeliwnych produktów stymulowało rozwój hutnictwa, a to z kolei napędzało górnictwo. By eksploatować niedostępne dotychczas złoża węgla skonstruowano silnik parowy. Następnie udoskonalony stał się napędem rozmaitych maszyn produkcyjnych, a nawet pociągów czy statków.

Myślimy dzisiaj o tym przełomie technologicznym jako kamieniu milowym zapoczątkowującym tak zwany wiek pary i elektryczności. Ale swego czasu maszyny zwiększające wydajność pracy nie wszystkim się spodobały... Wśród robotników szerzyła się obawa, że automatyzacja przyczyni się do wzrostu bezrobocia. Radykalny ruch społeczny zwany luddyzmem sprzeciwiał się innowacjom organizując szereg sabotaży i niszcząc szatańskie maszyny.

To oczywiście uproszczona narracja, bo nie uwzględnia roli europejskiego kolonializmu i krwawego kapitału w tych przemianach... Bo podobno wszystko skończyło się dobrze i teraz więcej ludzi usługuje i informuje niż produkuje. Oczywiście nie w krajach rolniczych, pasterskich czy upadłych, gdzie nie produkuje się nic, więc nie ma kogo informować i obsługiwać... Jedyną drogą do bogactwa pozostaje tam władza, wyzysk, bandytyzm, terroryzm i religijna szarlataneria.

Lub emigracja, bo pokonanie pustyni i przepłynięcie morza wydaje się niektórym łatwiejsze niż przetrwanie we własnym kraju... Europa to kraina mlekiem i miodem płynąca, a jak już się do niej dostaniesz to jakoś przetrwasz, żywiąc się jej śmieciami, odchodami i gadżetami, bo wszystkiego jest tu pod dostatkiem, tylko biali nie chcą się podzielić. Obecnie co dziesiąty człowiek żyje w skrajnej nędzy, czyli niedojada i nie ma praktycznie niczego do stracenia poza nędznym życiem.

A demografia jest odwrotnie proporcjonalna do stopnia dobrobytu. Kiedy żyjesz w nędzy z przyjemności pozostaje ci jedynie seks. Więc żywiąc się nieregularnie jałmużną z jakichś programów charytatywnych rozmnażasz się geometrycznie, choć nikomu nie ufasz, bo zasady określa ten kto ma pistolet i wielki tupet. Jeśli dorobisz się smartfona będziesz miał okno na świat, a w nim zobaczysz kurorty, imprezy, jachty, limuzyny, popcorn i hamburgery. I zaczniesz marzyć o owocach cudownego przemysłu.

Niestety aby zbliżyć się do tych frykasów trzeba najpierw słono zapłacić zbijającym fortuny gangom przemytniczym, nierzadko powiązanym z różnymi afrykańskimi dyktatorami. Kiedyś ci frajerzy sprzedawali nam siłę roboczą za garść szklanych paciorków, lecz dziś to oni traktują nas jak frajerów, wykorzystując zawiłości humanitaryzmu. Zdaniem radykalnej prawicy jest to początek islamskiej kolonizacji Europy, choć z drugiej strony kultura egzotycznych przybyszów nabiera tu cech hybrydowych. 

Skrytym celem większości z nich jest przecież być jak Europejczyk, Amerykanin czy inny Australijczyk. To znaczy mieć te wszystkie sprzęty, spędzać tak samo czas, konsumować i lansować się... Tyle że to wszystko efekty działania nowoczesnego rynku, a ten nie potrzebuje całej tej fali migracyjnej. Bywa ona natomiast wykorzystywana politycznie, choćby przez Rosję i Białoruś, a nawet rodzime partie... A my w naszych zautomatyzowanych fabrykach produkujemy przereklamowane marzenia.