Łączna liczba wyświetleń

sobota, 14 marca 2026

MAM TALENT


 Konsekwencją kapitalizmu jest ciągły zapierdol. Co do komunizmu to nie poznałem na własnej skórze, ale dla więźniów ze stalinowskich łagrów była to niewolnicza praca i niedożywienie. W polskiej wersji sentymentalnej - kojarzonej zwłaszcza z gierkowską "prosperitą" było to  słodkie pijaństwo, złodziejstwo, cwaniactwo i kolesiostwo.

Teraz podobno liczą się kompetencje czyli nie musisz mieć układów - musisz być zajebisty i samo się wszystko ułoży. Jeśli zaś nie masz kompetencji musisz dobrze się sprzedać. A gdy już nawet to nie pomoże to jest owszem droga kariery politycznej - lizanie dupy protektorom, makiaweliczne rozgrywki, a na koniec jakaś ciepła posadka.

Możesz oczywiście postawić na rozwój osobisty w dowolnej dziedzinie, ale bądźmy szczerzy - daleko tak nie zajedziesz. Prawo twojego rozwoju określa rynek, a na nim za dużo jest nierozumianych artystów, domorosłych filozofów, egzaltowanych influcencerów i botoksowych modelek. Jednym słowem hołota zbyt często sili się na oryginalność.

Każdy jeden "talent" czeka na odkrycie. Ja już się chyba nie doczekam - mogę za to wypisywać swoje brednie w internecie dla czystej przyjemności. Jeśli jednak chcesz zarobić albo chociaż przeżyć musisz wziąć się do roboty. A to przenosi cię w krainę absurdalnej gonitwy. Dla większości z nas jest ona największym źródłem stresu.


Czujemy się przytłoczeni obowiązkami, a niekiedy boimy się co będzie dalej. Stajemy się "realistami" coraz bardziej wyzutymi ze szczenięcych marzeń. Nie mamy energii, wyobraźni ani wiary w ich realizację. A w dodatku ciągle brakuje nam czasu, który zresztą sukcesywnie się wyczerpuje. Kapitalizm pożera naszą indywidualność.

Po pierwsze musisz sprostać wymaganiom, a najlepiej nie zastanawiać się zbytnio nad sensem rynkowego paradygmatu. Są oczywiście tacy którym to nie przeszkadza, a nawet czerpią z tego dziką satysfakcję. Nie sposób kwestionować cudzych ambicji, mnie jednak doprowadza to do bezobjawowego szału. Moje wnętrze staje się coraz bardziej hermetyczne.

Gdy myśli nie wydostają się na zewnątrz mózg zaczyna gnić we własnym sosie i projektować paranoidalną schizofrenię. Świat mnie nie docenił, nie poznał się na mnie, nie pozwolił mi rozkwitnąć. Społeczeństwo to spisek, cywilizacja to więzienie, prawda to bańka informacyjna. Wolność słowa to kakofonia idiotów - diamenty wyławia z niej sito algorytmów.


Gdybym pasował do algorytmu byłbym wielki, a tak niestety jestem popychadłem. Byle imbecyl z telewizji jest ciekawszy, choćby znany był tylko z tego że jest znany. Ma luksusowe samochody, rezydencje i kochanki. I jak tu być dumnym? Jak się wywyższać? Jak pokazywać swoje genialne wnętrze? Jedynie kreując się na ofiarę tego materialistycznego systemu.

Albo nawiązując kontakt z innym umysłem który odczyta hieroglify twoich figur retorycznych. Co się kryje za tą całą bufonadą? Kolejny znawca polityki, ekonomii, życia seksualnego i przysłowiowej piłki nożnej? Pewnie jakiś anonimowy jełop któremu troszkę pojebało się w głowie. Niech sztuczna inteligencja opracuje jego cyfrowy model, bo to tylko zbiór osobistych danych.

Jestem logiczną predykcją własnej tożsamości - powiem to co wynika z determinizmu matematyki, choć może to nawet być nieco poetyckie. Doświadczenie i przypadek to zakamuflowana konieczność. Jak już cię zmienią to i tak nie masz wyjścia - musisz być takim sobą jakim się stałeś. Jesteś produktem inżynierii społecznej. Konsumentem generowanych do znudzenia "nowości", śmieci i urojeń.

niedziela, 8 marca 2026

LECZO Z BARSZCZEM I BIGOSEM

 
Węgierska świnia Viktor Orban to wzór alternatywnego rewolucjonisty który zainspirował choćby "naszego" Kaczyńskiego. Jarek zapowiadał kiedyś przerobienie Warszawy na Budapeszt i konsekwentnie się tego trzyma. W swej kulturze politycznej staliśmy się krajem niemal bałkańskim.

Tyle że Orban jest dużo cwańszy - osobiście sprawuje urząd premiera i to nieprzerwanie już od szesnastu lat. Obu "wizjonerów" połączyła idea demokracji nieliberalnej, czyli takiej w której chłop jest chłopem, baba babą, media tubą propagandową a publiczne pieniądze łupem.

Jeśli zaś chodzi o Europę to może nam dawać jakieś środki bo przecież się należą, byle nie mieszała się do naszych spraw wewnętrznych. A na dzień dzisiejszy to nawet najlepiej niech wcale nie daje bo rządzi rudy Kaszub na usługach Berlina i jeszcze ludzi przekupi żeby wyrzekli się polskości.

Czym jest ta mityczna polskość ciężko powiedzieć - wiadomo z historii że zawsze biliśmy się z Niemcami, wyznawaliśmy katolicyzm i piłkę nożną, nawet jeśli na plecach mamy wytatuowane swastyki. Putin zabił nam prezydenta, ale możemy podać mu rękę jeśli taka będzie wola Donalda Trumpa.


Orban już dawno pije z Władkiem szampana i robi mu dobrze. Kwestie moralne są ważne o ile chodzi o życie seksualne, lecz wojna to przecież sposób prowadzenia polityki. Liczą się interesy i tak dalej. Tylko że "taniość" rosyjskich paliw jest raczej dyskusyjna, a chodzi bardziej właśnie o politykę.

Orban chce być "niezależny" to znaczy wyciągać z Unii pieniądze (często je defraudując) i jednocześnie pokazywać, że ma alternatywę w Moskwie. Pomimo że od lat krytykuje wspólnotę nie zamierza jej opuszczać. Należałoby się jednak zastanowić nad usunięciem Węgier z UE i NATO, bo jest to kraj sabotujący działania tych struktur.

Lecz wszyscy na Zachodzie boją się całkowitej utraty wpływów w Gulaszowej Republice. Bo może po zmianie władzy zmieni się kurs, a poza tym składają tam po taniości Audi i Mercedesa. Tymczasem Orban w imię specyficznie rozumianego "pokoju" blokuje unijne sankcje wobec Moskwy i pomoc finansową dla Ukrainy.


Ostatnio chory Madziar dostał patriotycznej sraczki po tym jak Ukraina "zakręciła kurek" z rosyjskim paliwem. Nieważne że ropociąg został uszkodzony w wyniku rosyjskich nalotów i naprawić go nie ma komu. W mediach rozpętano prawdziwą paranoję, wysłano nawet węgierskie wojsko żeby "ochraniało" węgierskie obiekty energetyczne przed ukraińską dywersją.

Orban od lat promuje ideę "Wielkich Węgier" - pojawił się nawet na meczu piłkarskim z mapą tychże na szaliku. Według tejże rewizjonistycznej koncepcji Węgrom należą się tereny należące dziś między innymi do Ukrainy, ale także Rumuni, Słowacji, Serbii i Chorwacji. W 1920 Węgry utraciły 71% terytorium na mocy Traktatu z Trianon...

Do dzisiaj Węgrzy pielęgnują pamięć o "historycznej niesprawiedliwości". Najwidoczniej nawet radziecka polityka nie była dla nich równie bolesna. Terytorium "spornym" jeśli chodzi o Ukrainę ma być wielokulturowe Zakarpacie. Już w zeszłym roku zdemaskowano tam siatkę węgierskiego wywiadu, co skutkowało wzajemnym wydaleniem dyplomatów.

W ostatnich dniach węgierskie służby zatrzymały samochody ukraińskiego banku przewożące złoto i waluty - dziewięć kilo kruszcu, czterdzieści milionów dolarów i trzydzieści pięć milionów euro. Rzekomo w grę wchodzi jakieś pranie brudnych pieniędzy choć wygląda to raczej na polityczną złośliwość.

piątek, 6 marca 2026

AMERICA FIRST

 
Polacy od lat marzą o broni atomowej, bo jak wiadomo tylko taka broń daje gwarancję suwerenności. Tylko strach pomyśleć co taka broń oznaczała by w rękach Kaczyńskiego, a już szczególnie Grzegorza Brauna. Prawdopodobnie Berlin podzieliłby los powstańczej Warszawy - oczywiście jedynie w skali zniszczenia a nie irracjonalnego heroizmu.

Takie "atomowe rozwiązanie" raz na zawsze załatwiłoby sprawę reparacji - po obróceniu w pył germańskich miast bylibyśmy już kwita. No i odzyskalibyśmy suwerenność od unijnych dyrektyw które właśnie stamtąd płyną do Brukseli. Brukselę też zresztą moglibyśmy zbombardować, bo to nowy Babilon. Moglibyśmy zlikwidować wszystko i nie byłoby niczego.

Wreszcie moglibyśmy urządzić świat od nowa, to znaczy po staremu. Tradycyjne polskie wartości i tak dalej. Co jeden to większy tradycjonalista, chyba że akurat musi się rozwieść albo wyskrobać niechciane dziecko. Albo spodoba mu się jakaś Ukrainka. Albo dostanie dotacje w euro. Tak więc broń atomowa jest nam do szczęścia niezbędna.

Popatrzcie na Kim Dzong Una. Aż promienieje szczęściem. Żre, chleje i dupczy na potęgę w luksusie, a wszystko za pieniądze "podatników" o ile tak można nazwać sterroryzowaną ludność. O tym samym marzyli irańscy ajatollahowie, lecz Trump i Netanjahu nie pozwolą na to. Najbardziej ekstrawagancka teoria mówi, że zaangażowanie USA ma przykryć aferę Epsteina.


Byłoby to rzeczywiście geopolityczne kuriozum. Izrael i tak zacząłby ten dym z powodu "odwiecznych" porachunków, ale Trump mógł sobie darować. Niby uderzył w sojusznika Rosji, tyle że zużyje na Bliskim Wschodzie cenne pociski których tak potrzebuje Ukraina... Nic nie cieszy Putina i jego wojennej machiny bardziej  niż drożejąca ropa.

Jeśli zaś dojdzie w Iranie do "wariantu syryjskiego" możemy mieć światowy bigos. Tym bardziej więc powinniśmy mieć parasol atomowy. Własną bombę stworzyć chciał już Gierek, lecz profesor kierujący tym programem zginął w tajemniczym wypadku samochodowym. Do gierkowskiej idei powrócił niedawno niezłomny Andrzej Duda.

Były już prezydent wielokrotnie deklarował gotowość do przyjęcia amerykańskich głowic jądrowych na naszym skromnym terytorium. Niestety administracja Bidena olała go ciepłym moczem, wypierając się jakichkolwiek rozmów w tym temacie. Nawrocki poszedł nawet o krok dalej i śnił już o własnym programie jądrowym, lecz administracja Trumpa jest temu przeciwna.


Pojawiła się jednak inna alternatywa. Francuski parasol nuklearny byłby niestety politycznie kłopotliwy dla skrajnej prawicy, która jest zakładnikiem swej narracji antyeuropejskiej i wszystko postawiła na Wuja Sama. "Patrioci" upierają się więc żeby dalej płaszczyć się przed Jankesami, bo rzekomo są bardziej wiarygodni. Mówi się też o wzmacnianiu wpływów Francji, a przecież Francja jest prawie jak Niemcy.

Kłopotliwym "prezentem" dla prawicy jest też program SAFE. Bo jak Europa coś "daje" (czy w tym wypadku pożycza na procent zbliżony do poziomu inflacji, a więc bez zysku dla siebie), to znaczy że coś knuje. Jakiś idiota mógłby sądzić, że niektórym europejskim politykom zależy na wzmocnieniu wschodniej flanki żeby zabezpieczyć własne dupska.

Ale wiadomo że na Zachodzie kontynentu kobiety noszą brody i tak dalej, więc nie można ufać takiemu bydłu. Można zastosować jakąś kreatywną księgowość i dosłownie "wyczarować" potrzebne pieniądze dzięki niesprecyzowanym operacjom finasnowym. Brzmi jak stare dobre drukowanie pieniędzy ale można na przykład przepierdolić rezerwy złota.

niedziela, 1 marca 2026

HAZARD GEOPOLITYCZNY

 
Wczorajszy news był taki, że USrael zaatakował Iran. Nazwali to "epicką furią" i "ryczącym lwem" czyli szmatogłowi muszą mieć naprawdę przejebane. Ale ich nie kochają nawet własne kobiety, które wolałyby podensić w bikini z kwiatem we włosach niż klęczeć na dywaniku w worku.

Ostatnimi czasy Strażnicy Rewolucji zmasakrowali kilkadziesiąt tysięcy własnych obywateli którzy domagali się reform gospodarczych i obyczajowych. Bo nie dość że nie możesz żyć jak na Zachodzie to w zasadzie nie masz za co. Autorytet moralny obecnego reżimu jest więc w zasadzie zerowy.

Oczywiście znajdą się i tacy którzy będą go bronić. Są to na ogół pijawki czerpiące profity z tego systemu, całkiem jeszcze liczni zaczadziali konserwatyści, oraz część społeczeństwa której co prawda los rewolucji islamskiej wisi, lecz obawia się wojny domowej.

W sytuacji ataku zewnętrznego istnieje jednak ryzyko wywołania tak zwanego efektu flagi, kiedy to naród jednoczy się w obliczu zewnętrznego zagrożenia suwerenności. Tym bardziej że Wuj Sam i jego żydofaszystowski satelita nie cieszą się w Teheranie zbytnią popularnością.

Niemniej Iran jest mozaiką kulturową. Co prawda większość obywateli wyznaje islam, lecz mamy różne grupy etniczne - obok dominujących Persów też sporo Azerów i Kurdów. Żyją tam również Lurowie, Arabowie, Beludżowie, Turkmeni..


Wschodni sąsiedzi Iranu - Afganistan i Pakistan - w ostatnich dniach zaczęli bawić się już we wojenkę. Destabilizacja grozi całemu znanemu z wybuchowości regionowi. Talibowie jako sprzymierzeńcy irańskiej dyktatury w obliczu pakistańskich bombardowań mogą ją wpierać by zabezpieczyć swoją pozycję.

Poza ty zarówno Iran jak i Afganistan zmagają się z beludżystańskimi separatystami, więc na pograniczu może być ciekawie... Bojówki mogą skorzystać z chaosu i swobodnie przemieszczać się między granicami wywołując lokalne zamieszanie. Jednocześnie w Iranie już przebywa wielu afgańskich uchodźców, a może ich jeszcze przybywać.

Cała akcja nie spodobała się Turcji która szczególnie obawia się napływu nowych uchodźców, gdyż musiała już "odpierać" bądź absorbować ich fale w związki z zadymą syryjską. Do tego ta nieszczęśliwa kwestia kurdyjska... No i wymiana handlowa z Iranem. No i wojna w regionie może odstraszać turystów.

Iran jest kluczowym dostawcą dronów którymi Rosja nęka Ukrainę, a ewentualny upadek reżimu lub jego zamiana w "państwo upadłe" mogłyby zniweczyć taką współpracę. Lecz Rosja nie kiwnie palcem w obronie Iranu, właśnie z powodu swojego uwikłania w patową wojnę. Nie wiadomo jak rozpierdol w Iranie wpłynie na południowy Kaukaz.

Mamy tam napięcie między Azerbejdżanem a Armenią, oraz coraz bardziej autorytarną Gruzję. Ale to już osobny temat. Dla nas najbardziej odczuwalnym skutkiem może być wzrost cen paliwa, zwłaszcza gdyby Iran zablokował Cieśninę Ormuz. USA już się zabezpieczyły w tanią ropę prewencyjnie kładąc łapska na wenezuelskich złożach.


To wszystko oczywiście spekulacje - nie wiadomo jakie skutki przyniesie wojna ani czy reżim upadnie. W wyniku ataków zginął tak zwany Najwyższy Przywódca Ali Chamenei, ale nic nie wskazuje na to by reżim już wywieszał białą flagę. Mówi się o zemście na syjonistach i wrednych krowojebcach.

Republika Islamska walczy już chyba o przetrwanie nie będzie więc wahać się zbytnio przed zastosowaniem ekstremalnych metod. Społeczeństwo Iranu jest nie tylko podzielone etnicznie ale też politycznie spolaryzowane. Pomysł restauracji monarchii nie jest powszechnie akceptowany.

Historia która lubi się powtarzać pokazuje, że interwencje wiodące do upadku reżimów mają nieprzewidywalne, a często katastrofalne skutki. Zniknięcie centralnej władzy sprawia że wszyscy zaczynają się gryźć ze wszystkimi, wzrasta pospolita przestępczość a nowe władze postrzegane są jako tyrańskie marionetki.

A to oczywiście scenariusz w jakim USrael "zwycięża". Bo jeśli islamistyczny reżim przetrwa to będzie jeszcze bardziej wrogi. Nie widać pozytywnego scenariusza gdy się spojrzy na Afganistan, Irak czy Libię, a przecież tam obalono tyranów. Rewolucja Islamska w Iranie to skutek obalenia przez Jankesów i Brytoli w 1953 roku demokratycznie wybranego premiera...

piątek, 27 lutego 2026

TRUCICIEL



Myślał że jest pępkiem świata

Bo miał klucze do słabości

I otwierał czaszkę brata

Nasypując tam podłości


Potem się przyglądał temu

Jak się bliźni w niej zanurzał

Lepiej się robiło jemu

Gdy człowieka zmieniał w knura


Mówił: - Patrzcie co za okaz

Potajemnie się upadla!!!

Zrobił z tego nawet pokaz

Gdy człowieka zmienił w diabła


I jad własny sączył w niego

Monstrum hodując z urojeń

Szczyptę prawdy dał do tego

Zalewając niebo gnojem


To co piękne zmienił w szambo

Żeby nikt tego nie widział

Bo ktoś musi spadać na dno

I ohydą świat obrzydzać


Chciał sterować cudzym mózgiem

Lecz ten swoje robił dalej

Wzgardził syntetycznym gównem

Marzeń kilka spełnił z bajek!!!


sobota, 21 lutego 2026

PIS BROTHER


 Mr. Nowrocky - bo tak się już z hamerykańska zaczął nazywać - ma inną wizję bezpieczeństwa niż herr Tusk. W ogóle zawsze ma inne zdanie dla samej zasady, co jest o tyle logiczne, że Tusk zawsze się myli. Wiadomo komu Tusk służy - Niemcom, Arabom, pedałom, postkomunistom i aktywistom klimatycznym, więc najbezpieczniej założyć, że w każdej sprawie jest drugie dno.

Dlatego Nowrocky zawsze będzie sabotował cokolwiek Tusk uknuje i wyjaśni ludowi na czym polega podstęp. Tym razem rudy zdrajca postanowił wziąć nisko oprocentowaną pożyczkę na zakup uzbrojenia. Podstęp polega na tym że w Europie a nie w Ameryce. Żeby chociaż w Korei... Lepiej już przecież płacić większe odsetki żółtym niż czerwonym. Bruksela zawsze daje a potem się miesza.

Dotychczas dała nam tylko 160 miliardów euro (netto), a dyktuje swoje wartości. Zmodernizowaliśmy za te brudne srebrniki infrastrukturę transportową, wodociągową, kulturalną czy sportową. Dostęp do jednolitego rynku spowodował sześciokrotny wzrost eksportu, a co za tym idzie wzrost zatrudnienia. Ale nie dajmy się zwieść statystykom - trzeba spojrzeć przez pryzmat tradycyjnych polskich wartości.

Wiadomo że eurokraci knują jakby tu wprowadzić małżeństwa jednopłciowe, osiedlić u nas kozojebców, a najlepiej zakazać węgla. A to są właśnie największe nieszczęścia jakie mogą nas spotkać. Rosyjska inwazja to przy tym pikuś. Właśnie teraz wymyślili program SAFE z którego mamy dostać 44 miliardy eurasów. Niby 80% z tych środków ma zasilić polski przemysł obronny, ale eurokratom nie można ufać bo grają na Tuska.

Moglibyśmy ten postnazistowski szmal przeznaczyć na rodzime zestawy rakietowe Piorun, wyrzutnie Langusta, armatohaubice Krab, wozy bojowe Borsuk czy transportery opancerzone Rosomak, amunicję i optoelektronikę. Ale zaciągnęlibyśmy "dług wdzięczności" u naszych odwiecznych germańskich wrogów i ich kulturowych satelitów. A przecież te skurwysyny powinni przepraszać za to że żyją. Hajlować mogą tylko "prawdziwi Polacy".


Na ogół są to fani piłki nożnej, bejsbolu ulicznego, boksu i różnych modułów szlachetnych walk. Czasem jebną sobie kreskę czegoś mocniejszego, ale dbają o zdrowie - biorą odżywki i inne sterydy, więc obronią nas przed gwałcicielami z Zachodu. A ze Wschodem jakoś się dogadają. Trzeba rozmawiać nawet z Putinem, bo tak zalecił wielki guru zza oceanu. A zresztą Ukraińcy za bardzo już się po tej Polsce panoszą siedząc  w kieszeni przebiegłego Szwaba.

Tusk żydził nawet miliarda dolarów żeby zapisać Nowrocky'ego do Rady Pokoju. A przecież los Strefy Gazy leży prezydentowi na sercu jak chuj. Nie mówiąc już o tym że potem pod dożywotnim przewodnictwem Donalda Trumpa Rada zajmie się "resztą świata". Póki co inauguracja klubu zaowocowała serią przejęzyczeń, lapsusów i gaf w wykonaniu starej "kultowej" jednostki, która bezustannie wyrzyguje strumień swojej surrealistycznej nieco świadomości.

piątek, 13 lutego 2026

WALENTYNKI ŚWIRA

 
Czternastego lutego jestem jak Adaś Miauczyński. Oczywiście mniej wysublimowany bo nie jestem zdziwaczałym nauczycielem, tylko zmęczonym robotnikiem, ale w pewnym sensie również sfrustrowanym inteligentem. Bo niestety te wszystkie książki namieszały mi w głowie i słychać tam teraz tylko monolog. Poczucie wyższości wiedzie mnie do alienacji.

Poza tym że był niedocenionym przez świat poetą - który z tego powodu nawet porzucił pisanie - świr Miauczyński marzył również o wielkiej miłości. Tyle że miała to być miłość idealna, a ze znalezieniem takiej zawsze jest problem. I rodzi się z tego poczucie wielkiej frustracji, bo człowiek byłby wielki gdyby tylko warunki mu na to pozwoliły. I kochałby gdyby miał kogo.

Świr nie ma już czasu ani miejsca na kobietę życia - wypełniają je rytuały zagłuszające egzystencjalne lęki. Nostalgia i  marzenia które przekreślasz to chyba znak, że już się starzejesz. Zawsze jest co powspominać, choć gdy słuchasz takich opowieści wydają się żałosne. Bo nie wiadomo co dokładnie ci się przydarzyło, a co tylko przyśniło.

Przeszłość jest miejscem bezpiecznym, a przyszłość niekoniecznie. Choć gdybyś był szczery przyznałbyś, że ten szczeniacki głód doświadczeń to była desperacja. Wydawało ci się że musisz doświadczać i doświadczać, bo jeśli nie doświadczysz wystarczająco dużo to zginiesz. A potem życie staje się wypełnione absurdalnym kieratem, a ty zamykasz się we własnych schematach.


Nazywają to strefą komfortu, choć z komfortem nie ma to wiele wspólnego. To raczej kwestia bezpieczeństwa. Chcesz kontrolować i przewidywać rzeczywistość, nie wierząc już w coś istotnie "nowego". Kiedy brakowało ci jeszcze gotowych odpowiedzi mogłeś bardziej angażować uwagę i emocje. Potem zbudowałeś fundament pamięci i porównujesz z nim wszystko.

A jak można porównać dziką namiętność z chłodną kalkulacją której musimy się podporządkować? To nie scenariusze zaczerpnięte z tandetnego kina tylko rutyna i konieczność wyznaczają ramy naszej przestrzeni. Miłość nie zawsze zwycięża, nie jest absolutna, a tym bardziej nie jest idealna. Boimy się odpowiedzialności, kompromisów, a czasami też ryzykownej bliskości.

Szukamy "lepszego modelu", bo tak naprawdę najbardziej kochamy samych siebie... Choć może w słowie MIŁOŚĆ jest coś magicznego. Podobno nawet stara nie rdzewieje. Więc czasami myślę, że nic lepszego nie przytrafiło mi się w życiu. Choć była zwierzęca, zwariowana, pijana i efemeryczna. Ulotniła się z życia pozostawiając tylko swój szampański zapach.

Lecz czy można ją kontrolować? Panować nad nią? I skąd w ogóle wiadomo kiedy jest prawdziwa? Chyba nie ma innej prawdy niż ta wyryta gdzieś w sercu. Chyba że jesteś tym szczęśliwcem który kocha aż do śmierci. Choć to już ponoć nie hormonalne szaleństwo tylko akceptacja całego spektrum osobistych nonsensów i przywiązanie do ich nosiciela.


Ale na ten temat to już niech się wypowie jakiś dziadek czy babcia. Byle nie moi rodzice bo choć żyją ze sobą pod jednym dachem lubią się jak pies z kotem. Dzisiaj mamy tak zwane walentynki czyli wszędzie serduszka i jakieś romantyczne historie. Ale na szczęście jutro jest dzień singla czyli będzie można sobie odbić. Ponoć bycie "samemu" nie jest takie złe jeśli wiesz co ze sobą zrobić.

Kobiety mają swoje zalety - dupy, cycki, poczucie humoru i inteligencję - lecz co czwarty dorosły mężczyzna woli trzepać kapucyna niż aktywnie poszukiwać partnerki. W dużych miastach to już jedna trzecia. Czasem uda im się coś bzyknąć po jakiejś imprezie i to im wystarcza. Bo niestety miłość jest zbyt skomplikowana, a nowym imperatywem staje się samorealizacja.

Masz robić karierę, albo przynajmniej brać nadgodziny. Musisz czasem odpocząć. Jeśli masz jakieś hobby to tym bardziej nie masz czasu, nie mówiąc już o dramacie nierozumianego twórcy. Poza tym masz alkohol i inne używki... Do tego internet i telewizję. Więc zasadniczo ciągle jesteś zbyt zajęty. Zdaniem wielu moralistów tylko udajesz szczęśliwego, choć ze szczęściem jest jak z miłością - nigdy nic nie wiadomo. 

czwartek, 5 lutego 2026

KWADRATURA PIŁKI

 
Prezydent Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej (FIFA) domaga się przywrócenia Rosji do rozgrywek. Pazerny potomek makaroniarzy Gianni Infantino odwołując się do bankierskich tradycji helweckiej neutralności proponuje piłkarski reset, bo "zakaz nic nie daje, wywołuje tylko więcej frustracji i nienawiści".

Rosyjska młodzież będzie nas nienawidzić, bo nie chcemy grać z nią w piłkę nożną - taki jest mniej więcej tok rozumowania tego alpejskiego cwaniaczka. A raczej tok argumentacji bo chodzi o pieniądze które nigdy nie śmierdzą. Łysy dobrze o tym wie bo szefowanie w światowej pralni brudnych pieniędzy zaczynał od mundialu w Rosji.

Pomimo gigantycznych skandali dopingowych, zajęcia Krymu, awantury w Donbasie i wojny w Syrii, mordów politycznych, ingerencji w amerykańskie wybory i cyberataków wymierzonych w Europę, uznano że Rosja należy do cywilizacji futbolu. W 2018 roku ta krwawa dyktatura mogła pokazać światu, że jest "normalnym krajem".

Podobnie jak Hitler na igrzyskach olimpijskich Putin serdecznie ugościł przybyszów z zagranicy, aby podważyć ich stereotypy. - Wszyscy zakochaliśmy się w Rosji - oznajmił wtedy Infantino. Rok później otrzymał za to serdeczne pierdolenie rosyjski Order Przyjaźni. Za absurdalny turniej szef FIFA zainkasował zaś 840 tysięcy euro.

Jeszcze po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę w 2022 roku wzbraniał się przed sankcjami. W końcu ugiął się pod presją międzynarodowej opinii publicznej, ale robił wszystko by ochraniać Rosję. Swoją drogą kolejne mistrzostwa w Katarze również budziły polityczne kontrowersje - mówiło się o gigantycznej korupcji działaczy i niewolniczej pracy przy budowie stadionów.


Ale czego się nie robi dla rozrywki rozentuzjomowanej gawiedzi... Ludzie tak bardzo ekscytują się tym strzelaniem bramek, że biorą nawet urlopy żeby to oglądać. Wykorzystują to oczywiście reklamodawcy i sponsorzy, nie mówiąc już o organizatorach lukratywnego widowiska. A tam gdzie są wielkie pieniądze i zbiorowe emocje pojawia się również polityka.

Z tego też powodu Gianni Infantino poczuł się chyba jednym z wielkich tego świata. W grudniu ubiegłego roku wręczył Donaldowi Trumpowi Pokojową Nagrodę FIFA. Nie jest to co prawda "nobel" ale zawsze coś. Swoją drogą Trump został jej pierwszym laureatem, można więc odnieść wrażenie że wymyślono to wątpliwe wyróżnienie specjalnie dla niego.

Piłka nożna stała się narzędziem w rękach światowych mocarstw, a także żyłą złota dla różnych pasożytów. Ale chuj z tym - dla fanatyków futbolu liczy się tylko haratanie gały i plemienne emocje. Poczucie przynależności może wywoływać skrajną identyfikację ze swoją drużyną, co w przypadku porażki obniża aktywność grzbietowej przedniej kory zakrętu obręczy.

Obszar ten zaangażowany jest w kontrolę emocji więc pozornie racjonalni ludzie mogą wpaść w szał gdy ukochana drużyna przegrywa. Analogicznie zwycięstwo może spowodować przesadnie euforyczną aktywację układu nagrody. W obu przypadkach mamy do czynienia z atawistyczną sraczką która osłabia kontrolę poznawczą.


Równowaga między wartościowaniem a kontrolą może zostać zaburzona, co przekładać się może na obsesyjne śledzenie rozgrywek, regularną histerię czy wręcz fizyczną agresję. Mózg kibola funkcjonuje w stanie ekstremalnej aktywacji wywołanej surrealistycznym stresem, czym stymuluje układ limbiczny, a zwłaszcza ciało migdałowate przekładające sportowe obrazy na uczucia lęku i zagrożenia.

Ten sam mechanizm występuje w konfliktach etnicznych, religijnych czy politycznych. Czasami zresztą to jedno i to samo. Słynny argentyński pisarz Jorge Luis Borges oceniał, że popularność piłki nożnej wynika z głupoty polegającej na ślepym poparciu społecznym. Podobne oznaki osłabionej kontroli nad sobą co kibole wykazywali choćby uczestnicy szturmu na Kapitol.

Futbolowe szaleństwo to tylko kolejny objaw naszej stadnej prymitywnej natury generującej takie zjawiska jak nacjonalizm czy religijna supremacja. Dla niektórych zresztą futbol jest religią czy specyficznym kultem. Futbol stał się fikcyjnym uniwersum w którym sama obserwacja rywalizacji przez brzuchatych piwożłopów zastąpiła rzeczywistą sportową aktywność.

To już nawet nie potrzeba przynależności a wręcz transcendencji odwołującej się do mistycznej symboliki ("czegoś większego"), charakterystyczna zresztą dla kultury masowej. Wielkie widowiska medialne wytwarzają własne mity, symbole i ikony, a często też ideologie. Rozrywka staje się świętością. Sacrum i profanum przenika się nawet na Jasnej Górze.

poniedziałek, 2 lutego 2026

HONEY TRUMP

 
W Stanach Zjednoczonych ciągle śmierdzi afera Epsteina. Presja polityczna i społeczna doprowadziła w końcu do ujawnienia wszystkich dokumentów związanych ze śledztwami. Wcześniej Trump zarzekał się, że sprawa jest nudna i nikogo już nie interesuje, a poza tym Epstein już nie żyje, więc nie ma czego wyjaśniać.

Zbereźnik ten miał popełnić samobójstwo w areszcie, choć to wersja mocno wątpliwa. Pewnego patologa dziwią na przykład dziwne złamania kości spotykane zazwyczaj przy uduszeniu, a nie powieszeniu. Spekuluje się, że na wieść o tym pięknym zbiegu okoliczności dziesiątki wysoko postawionych osób odetchnęły z ulgą.

Trump był już oskarżany o przestępstwa seksualne (łącznie przez 27 kobiet) i utrzymywał bliżej nieokreślone relacje z Epsteinem przez dwie dekady. To oczywiście samo w sobie o niczym nie świadczy, ale padać może cień podejrzenia, zważywszy na  "słabość" Trumpa do pięknych kobiet czy może raczej maniakalny seksoholizm.

Problemy z nieokiełznanym libido miał też inny prezydent USA - tym razem z Partii Demokratycznej - Bill Clinton. Podobnie jak Trump on również latał prywatnym odrzutowcem Epsteina nazywanym "Lolita Expressem" ponieważ zazwyczaj transportował tabuny nastolatek, a wyposażony był w różne dziwne udogodnienia rodem z burdelu...


Jedna z "dziewczynek" Epsteina zeznała, że ten "wypożyczał" ją księciu Andrzejowi z brytyjskiej rodziny królewskiej. Oczywiście książę nie przyznał się do tego, ale na wszelki wypadek zapłacił młodocianej ladacznicy 12 milionów funtów czym zakończył proces cywilny za oceanem. Następnie zrezygnował z używania książęcego tytułu "dla dobra ojczyzny".

Bill Gates - jeden z ojców rewolucji komputerów osobistych, a swego czasu najbogatszy człowiek świata - miał ponoć swego czasu chrapkę na Pokojową Nagrodę Nobla, w czym miała mu pomóc znajomość z Epsteinem. Gdy jednak odmówił wpłaty na "fundusz charytatywny" ten miał szantażować go wiedzą o stosunkach z rosyjskimi dziewczynami i chorobie wenerycznej.

Epstein znał też innego najbogatszego człowieka Elona Muska. Wymieniali maile w których uzależniony od ketaminy wizjoner dopytywał o "najdziksze imprezy". Być może była to tylko ciekawość, lecz raczej wiedział co to za imprezy bo ptaszki ćwierkają, że skłonności Epsteina nie były w środowisku miliarderów żadną tajemnicą. Ale kto bogatemu zabroni?


Z pewnością bliskie relacje biznesowe łączyły Epsteina z inną hajlującą kreaturą Stevem Bannonem. Ideologiczny lider ruchu MAGA miał doradzać Epsteinowi jak odbudować nadszarpnięty po wyroku  wizerunek. Ten zaś wspierał Bannona w kampaniach medialnych promujących Donalda Trumpa. Bannon korzystał z odrzutowca, paryskiej rezydencji i domu w Palm Beach należących do Epsteina.

Z korespondencji wynika że omawiał z tym skurwysynem kwestie geopolityczne takie jak Brexit!!! Z pewnością mamy do czynienia z aferą obyczajową na niespotykaną skalę lecz za tym paskudztwem może kryć się coś więcej... Mówi się o szeroko zakrojonej rosyjskiej operacji wywiadowczej mającej na celu zdobycie kompromatów obarczających amerykańską śmietankę polityczną i biznesową.

W języku służb taką metodę nazywa się miodową pułapką. Jak wiadomo łatwo jest skusić mężczyzn do nieetycznych zachowań gdy w grę wchodzi ostry seks z pięknymi dziewczętami. Jeśli są skrajnie młode nadaje to jeszcze perwersyjnego smaczku, a przede wszystkim jest nielegalne i szczególnie obciążające. Tym lepiej gdy chce się kogoś szantażować.

Pieniądze to pikuś, ale stosunkowo małym kosztem można zdobyć duże wpływy w światowym mocarstwie jakim są Stany Zjednoczone. Wiele żywego "towaru" Epstein sprowadzał z Rosji w czym najprawdopodobniej pomagały mu ludzie związani z rosyjskim aparatem władzy. Handel tym dobrem narodowym to zresztą ruska specjalność - w zamian za amunicję dostarcza się świeży narybek knurowi Kimowi.


Ujawniono maile dotyczące planowanych spotkań Epsteina z Putinem - nie wiadomo czy rzeczywiście się odbyły, ale nazwisko Putina raczej nieprzypadkowo pojawia się w dokumentach przeszło tysiąc razy... Epstein spotykał się z rosyjskimi dyplomatami i urzędnikami, a nawet oferował Siergiejowi Ławrowowi swoje analizy na temat Donalda Trumpa.

Jeśli zaś chodzi o nasz "europejski" grajdołek wiadomo, że z Epsteinem korespondował choćby szef słowackiej dyplomacji Miroslav Lajczak. Miał kilkukrotnie otrzymywać zaproszenie, ale twierdzi jakoby doszło tylko do "wymiany zdań o charakterze formalnym i pustym"... Padały tam takie stwierdzenia jak "dostaniesz dziewczyny" co miało być rzekomo żartem.

piątek, 30 stycznia 2026

GOOD JOB


 W 1970 roku na Uniwersytecie Stanowym Kent żołnierze Gwardii Narodowej Ohio zastrzelili czterech bezbronnych studentów protestujących przeciwko eskalacji wojny we Wietnamie - Stany Zjednoczone rozpoczęły wtedy bombardowania baz komunistycznych w Kambodży, co zdestabilizowało ten kraj i wyniosło do władzy Czerwonych Khmerów.

Ale mniejsza o skutki geopolityczne i miliony ofiar tego lewackiego reżimu... W kraju który szczyci się wolnością słowa i tak dalej po prostu odstrzelono kilku pacyfistycznych ćpunów, czy też może kilku przypadkowych przechodniów idących po prostu na zajęcia. Fakt że trwały protesty, ale strzały oddano z odległości 120 metrów do ludzi przemierzających chodnik.

Jedenaście dni później na Jackson State College podobny los spotkał dwóch studiujących tam czarnoskórych, zastrzelonych tym razem przez policję. - A u was biją Murzynów - przypominali zawsze Ruscy. Nie bądźmy jednak małostkowi. Czym jest sześcioro ofiar wobec okrucieństwa historii? Nixon nazywał takich egzaltowanych patałachów "nierobami", przeciwstawiając ich "dzielnym chłopcom" walczącym w azjatyckiej dżungli.

Chłopcy byli może i dzielni, ale często ledwo wytrzymywali cały ten heroizm i walili w żyłę. Palili trawę i pili alkohol, dymali małoletnie Wietnamki i masakrowali wioski. A wielu z nich zapadło na zespól stresu pourazowego i do końca życia śniły się im koszmary. Nawet dla największych idealistów szokiem był powrót do kraju gdzie wcale nie witano ich jako bohaterów.

Lata sześćdziesiąte wywróciły świat do góry nogami... Ekologia, prawa obywatelskie, prawa kobiet, prawa mniejszości - to wszystko owoce psychodelicznego fermentu który zburzył dawne schematy myślenia. Pozostawała jeszcze kwestia imperialnego socrealizmu, ale ten wykończył się sam przez swoją niezdolność do adaptacji i reformy. Nastąpił "koniec historii", a raczej chwilowe jej zawieszenie.


Mieliśmy już zmierzać do dobrobytu i powszechnej szczęśliwości po pokonaniu przejściowych problemów: bolesnej transformacji, złodziejskiej prywatyzacji, bezrobocia, inflacji i tak dalej. I już wydawało się, że tak to się będzie toczyć - konsumpcja, cyfryzacja i wolny handel. Ale nastały czasy "nowej polityki" - władzę nad umysłami przejęły algorytmy big techów, farmy ruskich trolli i farbowani antysystemowcy.

To jasne jak słońce, iż miliarderzy nie zamierzają czynić świata bardziej sprawiedliwym, ale mają tyle pieniędzy że mogą każdego do tego przekonać. Dajecie mi miliard dolarów, a niebawem rozpowszechnię dowolną bujdę którą sobie uroję - jestem przecież wielkim artystą niezrozumiałym przez cały świat czy może raczej anonimowym dupkiem łatwym do zastąpienia przez innego kretyna przekonanego o własnej wyjątkowości.

Sęk w tym, żeby ludziom mówić to co chcą usłyszeć, dlatego najlepiej wszystkich ich sprofilować i spreparować indywidualny przekaz. Najłatwiej współczuje się z pełnym żołądkiem, tyle że imigranci nie zabierają miejsc pracy celebrytom czy akademikom. A te ograniczone robole boją się o swoje nędzne etaty, presję płacową, obciążenie infrastruktury socjalnej czy po prostu wzrost przestępczości. Więc nie chcą "obcych" nawet jeśli ekonomiści mówią im, że wciąż potrzeba rąk do najgorszej pracy.


Trumpowi udało się zbić na bezkompromisowej antyimigranckiej retoryce spory kapitał polityczny. Z początkiem swojej drugiej kadencji zaczął proces masowych deportacji. Podwoił liczbę pracowników agencji federalnej ICE (amerykańskiej "straży granicznej") oraz nadał im szczególne kompetencje - normą stało się wchodzenie do domów bez nakazów sądowych, interwencje w szpitalach, szkołach i miejscach kultu religijnego czy nadużywanie przemocy.

Dzięki takim działaniom Stany Zjednoczone opuściło w ubiegłym roku prawie dwa miliony "niepożądanych "ludzi. Oczywiście zaraz podniosło się larum, że to niezgodne z prawami człowieka i tak dalej. W razie czego ICE nie waha się jednak otwierać ognia do własnych obywateli. Nic dziwnego skoro seksowna szefowa tej trumpowskiej bojówki Kristi Noem zastrzeliła własnego psa za to, że zagryzł kurczaki sąsiada.

W sylwestrową noc podobny los spotkał Keitha Portera, którego sąsiad był agentem ICE, po tym jak oddał w powietrze strzały wiwatowe, co w kraju najeżonym bronią palną w pewnych kręgach jest głupkowatą tradycją. Siódmego stycznia zastrzelono poetkę i matkę trojga dzieci Renee Nicole Good która ponoć "użyła pojazdu jako broni" po odwiezieniu swojego sześcioletniego syna do szkoły, choć na nagraniach widać że... zatrzymała samochód obok agentów.


Wybuchły protesty. Ostatnią amerykańską ofiarą siepaczy Trumpa był pielęgniarz szpitala dla weteranów Alex Jeffrey Pretti zabity strzałem w plecy z własnej pukawki po tym jak został obezwładniony - agresywnie nagrywał telefonem komórkowym funkcjonariuszy pastwiących się nad leżącą na ziemi kobietą poczęstowaną gazem. Pechowo i tym razem wszystko się nagrało.

Pretti nie wyciągnął broni, nie wygrażał agentom, a raczej błagał o pomoc. Coś w stylu: ratujcie mnie, oni mnie zabiją. Kristi Noem nazwała wszystkich zabitych przez swoją służbę "terrorystami", sugerując że planowali dokonanie masakry. W kraju gdzie to raczej prawica lubuje się w paradowaniu z giwerami i paramilitarnym błazeństwie argumenty o prewencyjnym odstrzale uzbrojonych osobników wydają się raczej dęte.

Jak widać historia nigdy się nie kończy - ona lubi się powtarzać. Tyle że tym razem chyba zmierza w przeciwnym kierunku. Nie mamy już do czynienia z antykomunizmem, tylko legalnym faszyzmem. - Good job - skomentował incydent w Minneapolis europoseł PiS Dominik Tarczyński. Więc raczej nie będzie otrzeźwienia - zaczyna się gotowanie żaby. Jak mawiają starzy patrioci: ŚMIERĆ WROGOM OJCZYZNY!!!

sobota, 24 stycznia 2026

SANATORIUM MIŁOŚCI


 Przed pierwszą wojną światową Tomasz Mann napisał "Czarodziejską górę". W tym dosyć opasłym dziele stworzył w szwajcarskim uzdrowisku w Davos swego rodzaju mikrokosmos polityczny - w dyskusjach kuracjuszy ścierały się idee liberalizmu i totalitaryzmu.

Obecnie to najwyżej położone miasto w Europie i ośrodek sportów zimowych słynie przede wszystkim z corocznego Światowego Forum Ekonomicznego, gdzie liderzy polityczni i szefowie korporacji zwykle lizali się po jajach. Niestety tegoroczne spotkanie zorganizowane pod hasłem "Duch dialogu" odbywa się w dosyć napiętej atmosferze.

Europa liczyła że będziemy rozmawiać o Ukrainie, poza tym jest też kwestia irańskich szmatogłowych mordujących własnych obywateli. Ale po tym jak Trump przejął kontrolę nad wenezuelską ropą wyskoczył jeszcze z aneksją Grenlandii i zaczęto pieprzyć o tej "bryle lodu".

Jak dotąd nikogo zbytnio nie obchodziła lecz okazało się, że są tam metale ziem rzadkich, surowce krytyczne i przemysłowe, a nawet złoto, platyna, diamenty, ropa i gaz ziemny. No i podobno jej położenie jest niezmiernie ważne dla bezpieczeństwa USA choć od niemal ośmiu dekad kwestię tę reguluje umowa z Danią.

Nawiasem mówiąc Stany Zjednoczone mają tam bazy wojskowe i mogą bez przeszkód rozszerzać swój kontyngent, lecz chyba nie o to do końca chodzi. Rdzenna ludność może ogłosić niepodległość na drodze referendum, lecz woli trzymać się Danii, bo stamtąd pochodzi połowa jej budżetu. Trump obiecuje co prawda pieniądze ale z Amerykanami tubylcy mają nie najlepsze doświadczenia historyczne...

No i podniosło się larum, że to ingerencja w suwerenność Danii i Grenlandii, a każdy Europejczyk musiał rytualnie okazać swoją solidarność z naszymi nordyckimi braćmi. Powróciła też kwestia zrujnowanej Gazy. Przedstawiono absurdalne plany jej odbudowy - futurystyczne wizje z drapaczami chmur, kurortami i luksusami. Palestyńczycy mają pewnie tam robić za kelnerów i sprzątaczki.


Trump jak zwykle postanowił rozwiązać problem po swojemu i zapowiedział powołanie jakiejś tajemniczej "Rady Pokoju" której ma być dożywotnim przewodniczącym. Zaprosił do niej takich pacyfistów jak Władimir Putin, propozycja wydaje się więc groteskowa. Niemniej może przyciągnąć choćby kraje Globalnego Południa. Wpisowe to jedynie miliard dolarów.

Trump nie mówił zbyt wiele o Rosji, za to tradycyjnie skrytykował Europę. Stwierdził że nasza stara Europa "nie zmierza we właściwym kierunku". Chodzi oczywiście o pierworodne grzechy lewicy, czyli migrację, ekologizm, niezbyt innowacyjną gospodarkę i słabość militarną. Może coś w tym jest, choć statystycznie mamy mniej zabójstw i przestępczości z użyciem broni niż za oceanem.

No i amerykańska bezdomność jest bardziej ekstremalna, choć teoretycznie w Europie jest więcej ludzi bezdomnych. Żyją oni jednak na ogół w schroniskach i  noclegowniach, czyli są jakoś zakwaterowani. W Stanach Zjednoczonych kloszardzi koczują na ulicy. Do tego mamy tam potężny kryzys opiodowy.

Amerykańskie zarobki niby są wyższe, lecz mamy tam większe nierówności społeczne, a w Europie mamy szerszy zakres bezpłatnych i dotowanych usług publicznych. System opieki zdrowotnej jest znacznie wydajniejszy dzięki czemu żyjemy dłużej a śmiertelność niemowląt jest mniejsza. Ale chuj z tym skoro u wuja Sama możesz zaczynać jako pucybut a skończyć jako milioner.

Historia nie zna co prawda zbyt wielu takich przypadków, lecz jakże ciekawe są to anegdoty... Nawiasem mówiąc takie historie o nagłym wzbogaceniu się budzą zwykle budzą sporo pytań i kontrowersji. Weźmy takiego Epsteina - ten obrzydliwie bogaty zboczeniec twierdził jakoby zajmował się handlem logarytmicznym, skomplikowanymi operacjami walutowymi i doradztwem finansowym.

Media twierdzą, że choć miał do tego łeb (wiedział na przykład jak unikać podatków) bogacić się mógł dzięki szantażowaniu wpływowych osób i stręczycielstwie nieletnich... Jednym z najbardziej niebezpiecznych zjawisk tych czasów jest budowa oligarchii finansowej, kupowanie przez nią wpływów politycznych i przejmowanie mediów.


Majątek miliarderów rósł w ubiegłym roku trzy razy szybciej niż światowa gospodarka, ale dzięki tym pieniądzom skuteczniej robili biednym ludziom wodę z mózgu. Dziewięć największych platform społecznościowych należy do sześciu osób, podobnie zdominowany jest tradycyjny rynek medialny. Oligarchowie przedstawiają się jako przeciwnicy systemu, choć sami należą do jego elit.

Przeszkadza im jednak poprawność polityczna, regulacje środowiskowe, prawa pracownicze czy podatki. Wolny rynek to eufemizm którym chcą zakryć prawdę o skrajnej nierównowadze, której zwykły konsument medialnej papki przeciwstawić może tylko wybujałe teorie. Zatem okradają nas wewnętrzni zdrajcy, kosmopolityczna sitwa i mniejszości narodowe.

Nadchodzi czas monopolu technologicznego i absolutnej "wolnej amerykanki" informacyjnej - sfabrykowanej przez sztuczną inteligencję rzeczywistości, w której nie będziesz mógł już wierzyć własnym oczom i uszom, a jedynie tresowanym algorytmami intuicjom i emocjom. Mózg szkolony na krzykliwych danych będzie "ćpunem" dopaminowej euforii, oczekującej natychmiastowej i spersonalizowanej gratyfikacji.

A to zakłóci długofalową percepcję, głębię kontekstów i empatię poznawczą. Nie będziemy próbowali zrozumieć innych poglądów sycąc się własnym wycinkiem prawdy dopasowanym przez algorytm do naszych poglądów. Połowa Polaków nie przeczyta w tym roku żadnej książki lecz dowiedzą się wszystkiego z internetu.

- Wszystko jest polityką - pisał Tomasz Mann w "Czarodziejskiej Górze". Nawet całkowita bierność jest wyborem politycznym. Dostrzec można zaskakujące uniwersalne analogie pomiędzy treścią książki a czasami obecnymi. Świat jest znowu spolaryzowany, Europa wciąż się uzdrawia, wdaje się w dyskusje z nowymi radykałami, a izolacja od wojny i nędzy więzi nas w bańce. Tymczasem nadchodzi nieznany zwrot polityczny.

sobota, 17 stycznia 2026

POLITYKA ZAGRANICZNA


 Kolejny tydzień napięcia geopolitycznego - historia dzieje się na naszych oczach. W tym czasie miałem jednak dużo pracy, docierały więc do mnie ledwie strzępki informacyjne. A szkoda bo naprawdę warto uważnie śledzić to co się dzieje, choć do wielu jełopów nawet to nie dociera.

Jeśli akurat nie zajmują się wyrabianiem norm produkcyjnych, sprzedażą gówna czy papierologią, oglądają filmiki jak ktoś poślizgnął się na skórce od banana, mecze i seriale... Jednym słowem kiedy za trzydzieści lat historycy będą toczyli spory oni przyjmą narrację zgodną z linią swojej partii.

Tak się składa że na czele państwa polskiego jak i rządu stoją historycy - Nawrocki i Tusk - więc przekonać się możemy jak różne może być podejście do mechanizmów historii. Tusk ma o wiele większe wpływy w Europie, ale to zdaniem jego oponentów świadczy o zdradzie narodowej...


Bo jak się można tak bezwstydnie dogadywać ponad głowami Polaków? Co innego Nawrocki, ten pogadać może co najwyżej z Meloni - dała mu nawet buzi w policzek. Nie wpłynęło to co prawda na jej poparcie umowy o wolnym handlu z Ameryką Południową - która tak niepokoi polskich rolników - ale z pewnością było bardzo elektryzujące.

O przyjaźni z Orbanem nawet nie będę wspominał, bo rola tego kurdupla sprowadza się do stosowanie europejskiego liberum veto. Asem w rękawie mają być świetne kontakty z Donaldem Trumpem, problem w tym że nie jest on strażnikiem dotychczasowego porządku. Amerykański prezydent zmierza raczej do podziału stref wpływów z Rosją i Chinami.

Gdyby jednak przyjąć perspektywę alternatywnej międzynarodówki to obecny system jest zgniły, więc chwała Trumpowi. Rządzą nami dekadenckie elity zajmujące się abstrakcyjnymi idejkami, podczas gdy ludzie boją się "marksizmu kulturowego", feminizmu, ekologizmu, imigracji i wielokulturowości. Ponadnarodowe struktury rzekomo dybią na naszą tożsamość i suwerenność.


Owszem, elity mają to do siebie, że często się alienują się od "zwykłych ludzi", więc niekiedy zamiast "woli ludu" realizują własne cele. Choć ta prawidłowość jest paliwem populizmu, jest w pewnym sensie stałą cechą wszystkich układów władzy. Urzędnicy i służby zamiast służyć ludowi wolą realizować własne idde fixe, którym podporządkowują wszystkie pomniejsze sprawy.

Nie mówiąc już o tym, że lubią przy okazji napchać sobie kieszenie, czy dosyć swobodnie dysponować publicznym groszem... Ale to już słabość ludzka - okazja czyni złodzieja. Jak mawiał klasyk (celowo nie używam feminatywu, żeby nie obrazić uczuć narodowych) te pieniądze im się po prostu należą, choć ciężko wytłumaczyć to tym którym się nie należą, bo zapierdalają i płacą podatki.

Ale nie brnijmy już w "alternatywną utopię" bo w zasadzie jedynym rozwiązaniem które proponuje jest zastąpienie starych pasożytów nowymi. Niektórzy wróżą w tym kontekście wręcz zwiększenie się wpływów korporacji na nasze życie.  NATO trzeszczy w szwach, po tym jak Trump pokłócił się z Duńczykami i sprzyjającymi im autochtonami o Grenlandię.


Przy okazji okazało się - o czym pamiętali tylko najwytrawniejsi juryści - że odmieniany przez wszystkie przypadki artykuł piąty Paktu Północnoatlantyckiego wcale nie gwarantuje automatyzmu jeśli zostaniemy zaatakowani przez zdziczałych skurwysynów ze Wschodu. Cytując dosłownie: każda ze stron użyje środków które uzna za konieczne...

Ktoś może uznać za stosowne na przykład rozrzucenie ulotek albo przysłanie memicznych już hełmów. Nie jest to więc żadna gwarancja bezpieczeństwa, zwłaszcza gdy na czele największej potęgi militarnej stoi człowiek pokroju Trumpa, a do tego mamy w Pakcie Erdogana i szereg państw o symbolicznych tylko możliwościach militarnych.

Stany Zjednoczone oficjalnie już powracają do tak zwanej doktryny Monroe, czyli uznają półkulę zachodnią za swoją strefę wpływów. Najdobitniejszym wyrazem tego była operacja w Wenezueli. Niektórzy liczyli na zmianę reżimu, ale po rozmowach telefonicznych Trump uznał nową prezydentkę Delcy Rodriguez za "świetną osobę" i zapowiedział "spektakularne partnerstwo".

Fakt że baba wywodzi się z krwawej junty Maduro nie będzie przeszkodą we współpracy...  Najważniejsze że zgodziła się na sprzedaż 50 mln baryłek wenezuelskiej ropy przez USA, a to dopiero początek "współpracy" energetycznej i handlowej. Ameryka już szykuje się do gigantycznych inwestycji w wenezuelski sektor naftowy, bo ponoć ma zagwarantowane tam "całkowite bezpieczeństwo".


W Iranie mieliśmy ostatnio falę masowych demonstracji przeciwko rządom ajatollahów, lecz wydają się one już wygasać pod wpływem brutalnych represji. Zapalnikiem było załamanie się irańskiej waluty lecz do postulatów ekonomicznych dołączano też polityczne czy światopoglądowe. Wielu Irańczyków marzy o demokracji czy choćby świeckim państwie.

Liczba ofiar jest ciężka do oszacowania, ale z pewnością zginęły tysiące ludzi. Pod wpływem arabskich sojuszników (Katar, Oman, Arabia Saudyjska, Egipt), a nawet Izraela, Trump zrezygnował ze zbrojnej interwencji i odpuścił chwiejącemu się reżimowi. Ewentualny wybuch pełnoskalowej wojny w regionie przeraził wszystkich gdyż jego konsekwencje byłyby co najmniej katastrofalne dla gospodarki, a nawet mogły zupełnie zdestabilizować region.


Na Ukrainie natomiast bez zmian czyli regularna rozpierducha... W tym czasie polscy politycy zajmowali się głównie sobą, to znaczy obrzucaniem się błotem. Polska polityka zagraniczna leży i kwiczy bo prezydent nie chce realizować agendy rządowej ale swoją własną, zwłaszcza w zakresie personalnym, bo najważniejsze to obsadzić na stołkach swoich ludzi.

Nawrocki blokuje kluczowe nominacje ambasadorskie - między innymi w USA, Włoszech czy placówkach międzynarodowych przy NATO i Unii Europejskiej. Chodzi o jakieś czterdzieści nominacji.

Przy okazji ten "człowiek znikąd" - na którego głos oddało 10 milionów Polaków bo tak kazał im niewybieralny Kaczyński -  nie chciał podpisać wniosków o awans 136 absolwentów kursów oficerskich, co zwyczajowo było czynnością techniczną. Argumentuje to brakiem zaufania, czystkami kadrowymi i tak dalej, choć ponoć w kwestii służb specjalnych szykuje się jakiś kompromis... Pewnie więc przepchnie gdzieś paru "swoich".

sobota, 10 stycznia 2026

TAUTOLOGIA DOJRZEWANIA

 
Święta i po świętach. Już nawet po Trzech Królach. Za to mamy w końcu śnieg - ku zgryzocie drogowców i kierowców, choć podobno korzystnie z perspektywy ekologicznej. Może też przywoływać wspomnienia z dzieciństwa - na przykład bitwy na śnieżki, choć te były zakazane przez nauczycieli.

Pewien dosyć zasadniczy pan "profesor" w ramach pruskiej dyscypliny wciskał nam śnieg za kołnierz aby oduczyć nas tego niebezpiecznego zwyczaju, który może spowodować wybicie oka zbyt ubitym pociskiem...  W podstawówce odbywało się też tak zwane "mycie" dziewcząt śniegiem.

Polegało to mniej więcej na dopadnięciu jakiejś dziewuchy i możliwie brutalnym - choć nie wiem czy nie jest to zbyt mocne słowo - wysmarowaniu jej facjaty masą śniegową. Ona piszczała, a agresor miał dziki ubaw. Im potencjalna ofiara była urodziwsza tym częściej dochodziło do rytualnego sponiewierania.

Był to wręcz element jakichś absurdalnych zalotów. Sorry, ale dorastałem na wsi... Pojawiały się nawet teorie jakoby niektóre dziewczęta same prowokowały uciążliwą adorację, zbyt często wychodząc na przerwie do toalety, która znajdowała się na podwórku. Nie było tam bieżącej wody, a za to w zimę ciężko było usiąść na zlodowaciałej desce.

Nawiasem mówiąc nie była to deska klozetowa, tylko prawdziwa deska z drewna, w której wycięto otwór na dupę nad suchym dołem. Szkolny kibel był trzykabinową sławojką z dwoma wersjami - kwadrat i kółko - tak żeby chłopcy i dziewczęta mogli załatwiać się komfortowo. W przybytku tym nigdy nie było papieru toaletowego, ogrzewania ani sprzątaczki.


Z tego powodu niektórzy wypróżniając się stosowali metodę "na Małysza" choć były to czasy, gdy nikt w Polsce zbytnio się nie interesował skokami narciarskimi. Polegało to na sraniu bez dotykania zimnej powierzchni pośladkami. Kto wie, może to dlatego latanie na nartach jest dzisiaj naszym sportem narodowym.

Pech był taki że nieraz ciężko było trafić do celu, zwłaszcza jeśli temat był rzadki. Powodowało to dalsze narastanie warstwy gówna - na osranej desce tym bardziej nie można było siadać, więc srano na oślep, starając się trzymać tyłek jak najdalej od dziury. Zdarzało się, że ktoś srał na podłogę, choć nie było to zbyt moralne.

Trzeba było więc uważać żeby nie wdepnąć w jakieś gówno. Niekiedy więc prostszym rozwiązaniem było po prostu iść wysrać się w krzaki. Tragedią były problemy żołądkowe. Z wyżej opisanych względów sanitarnych nie dokonywano wtedy "spłukiwania" głowy małoletnich frajerów w toalecie. 

Pozostawało jednak klasyczne "karczycho", czyli cios z liścia w kark. Wyzwiska, szyderstwa i innego rodzaju gnębienie. Jednym słowem stara jak świat przemoc szkolna, choć kiedyś chyba częściej ją bagatelizowano. Afera robiła się dopiero wtedy gdy ktoś rozkwasił komuś nos. Walka o pozycję w szkolnej hierarchii miała swoją własną dynamikę.


Najgorszy debil mógł być królem, bo najbezpieczniej przyłączyć się do silniejszego. W kupie siła więc nigdy nie należało odstawać od grupy. A jeśli ktoś stawał się pośmiewiskiem to należało się przyłączyć do hejtu i nagonki, chwilowo zabezpieczając się przed staniem się nim samemu. Musimy jednak rozgrzeszyć bachory z powodu nieuniknionej niedojrzałości emocjonalnej.

Dopiero zbieraliśmy doświadczenia społeczne i trenowaliśmy umiejętność przetrwania. Dzisiaj - z powodu smartfonów i manii utrwalania oraz publikowania swoich "wyczynów" na światło dzienne wypływa nieco więcej tych szkolnych "kwiatków". Wtedy zwykle mówi się o zdziczeniu spowodowanym internetem, telewizją, popkulturą i podłożem społecznym.

Z czasem idealizujemy przeszłość i racjonalizujemy to wszystko jako "żarty" i "zabawę". Więc dzisiejsza "rozwydrzona młodzież" pewnie zrobi tak samo. Edukacja wymaga ofiar i poświęceń. Trzeba przyswajać nieformalne zasady, bo te oficjalne to tylko pobożne życzenia. Naucz się panować nad swoją siłą - to trudniejsze jest od pokonania słabości.

niedziela, 4 stycznia 2026

AMERYKA PODWÓRKOWA

 Kandydat do pokojowej Nagrody Nobla Donald Trump dokonał wczoraj małego przewrotu w Wenezueli. Jankesi zatakowali siedzibę resortu obrony, bazę lotniczą i szkołę wojskową, przy czym podobno nie stracili ani jednego żołnierza. Dotychczasowy prezydent Wenezueli Nicolas Maduro wraz z małżonką został pojmany i przetransportowany do USA gdzie zostanie osądzony.

Nam Wenezuela kojarzy się z kiepskimi telenowelami, lecz Donaldowi Trumpowi raczej z narkoterroryzmem. Złośliwi zaś mówią, że z największymi na świecie złożami ropy. Oskarżenie o produkcję kokainy nie jest całkowicie bezpodstawne, lecz więcej koksu produkuje się chociażby w Kolumbii, Peru czy Boliwii. Jeśli zaś chodzi o tranzyt, to transporty z Wenezueli zmierzają głównie do Europy.

No ale zarzuty wobec reżimu są jeszcze bardziej wyrafinowane. Ponoć Maduro nie traktował narkobiznesu tylko jako źródła dochodu - akt oskarżenia mówi o wojnie hybrydowej przeciwko Ameryce, prowadzonej przy pomocy narkotyków, choć Wenezuela nie odgrywa w kokainowym procederze kluczowej roli. Jeśli chodzi metamfetaminę i fentanyl - które są największym problemem w Stanach - docierają one z Meksyku i Kanady.

Należy więc przyjąć że mamy tu do czynienia z dosyć mocno naciąganym pretekstem. To co możemy zarzucić obalonemu Maduro to z pewnością sfałszowanie wyborów, prześladowanie opozycji i doprowadzenie kraju do kompletnej ruiny. Lud Wenezueli raczej nie będzie po nim płakał, lecz pozostaje problem aparatu władzy - demokratyzacja bananowej republiki może być pozorna.


To wszystko oczywiście "wyjdzie w praniu", ale sami wiecie jak imperialistyczna polityka ukształtowała Amerykę Łacińską... Sam Trump zapowiada ręczne sterowanie transformacją, tak aby Wenezuela rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatnio. Jeśli uda się rozruszać przemysł wydobywczy i odpowiednio redystrybuować zyski może to nawet być możliwe. Priorytetem będzie jednak obsadzenie "swoich ludzi" i kontrola nad zasobami.

W razie czego Trump nie wyklucza drugiego ataku... Możliwe są różne scenariusze, w tym trwała destabilizacja upadłego już w znacznym stopniu wenezuelskiego państwa. A wtedy wzrosłaby na przykład liczba imigrantów... Jeśli chodzi o konsekwencje rynkowe to pewnie cena ropy skoczy, choć optymiści wieszczą spadek w długofalowej perspektywie. Mówi się nawet o ciosie zadanym Rosji przez zwiększenie wydobycia.

Na razie to tylko telewizyjne pierdolenie, lecz wszystko jest za sobą powiązane. Fakt faktem, że Maduro był - niezbyt przesadnie cennym - sojusznikiem Putina. Jego rola sprowadzała się do werbalnej walki ze "zgniłym Zachodem" o tak zwany wielobiegunowy świat. Innymi słowy jedyną zaletą wenezuelskiego dyktatora było to, że miał na pieńku z Waszyngtonem. Tak czy siak możliwości Rosji w zakresie pomocy okazały się równie groteskowe.

Mówi się co prawda o złamaniu prawa międzynarodowego, co w kontekście Ukrainy i tak dalej stanowić by miało "niebezpieczny precedens", jest to jednak dosyć standardowe działanie imperialistów. Nie od dziś Stany Zjednoczone uznają obydwa amerykańskie kontynenty za "swoje podwórko" na którym mogą dowolnie obalać i instalować rządy.


Kreml rytualnie zażądał pilnego zwołania Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale nieoficjalnie mówi się o tym że los bananowego reżimu Ruskim już wisi. Spiskolodzy mówią o globalnym podziale stref wpływów, wobec czego Trump odpuści sobie Ukrainę, byle tylko zrealizować amerykańskie interesy. 

W każdym bądź razie mamy teraz w Wenezueli stan wyjątkowy i harde deklaracje wiceprezydentki Delcy Rodriguez o niezgodzie na neokolonializm. A to wskazuje że zmiana reżimu może nie być wcale taką oczywistością. Z drugiej strony amerykańska operacja przebiegała tak gładko, bo Maduro musiał być wystawiony przez swoich. Reżim jest podzielony. Być może dojdzie do walk wewnętrznych. Być może zwycięży jakaś pragmatyczna frakcja, dążąca do porozumienia z opozycją czy Amerykanami. Być może będzie odwrotnie...

piątek, 2 stycznia 2026

RUSKI ROK

 
Minął rok kalendarzowy, co może być impulsem do czynienia różnych podsumowań. Niestety żyjemy w "ciekawych czasach" więc działo się dużo. Mieliśmy wybory prezydenckie które wygrał kontrowersyjny pisowski kandydat z niezbyt kryształową przeszłością. Wetuje co popadnie, flirtuje ze skrajną prawicą i kłóci się o stołki z Tuskiem. Nikt już nie nadąża za bigosem prawnym i konstytucyjnym.

Mieliśmy inwazję niewidzialnych kosmitów z Marsa na naszą zachodnią granicę, konieczne było nawet wysłanie tam bojówek Bąkiewicza. Niemcy nie zapłacili reparacji, Ukraińcy kradli socjal, a ciapaki niszczyli tradycję kulinarną. Ruscy przysłali parę gównianych dronów, wysadzili tory kolejowe i rozpowszechniali niestworzone historie. Wskutek tego naród zupełnie ześwirował.


W USA prezydenturę objął znowu Donald Trump. Przez jakiś czas aktywnie szalał tam hajlujący miliarder Elon Musk, lecz w końcu został zepchnięty na boczny tor. Marna to pociecha, ale władza polityczna wciąż góruje nad pieniądzem, nawet jeśli go potrzebuje. Pojawiły się pomysły by zaatakować Grenlandię i kanał Panamski, była awantura z Zełenskim i wizyta Putina na Alasce.

Świat stanął nawet na progu wojny handlowej. Niby dogadaliśmy się z Ameryką, lecz co jakiś czas podnoszona jest kwestia "europejskiego pasożytnictwa". Musimy więc godzić się na różne ustępstwa, a jeśli chodzi o wojnę w Ukrainie to de facto płaci za nią już tylko Europa, choć Trump ciągle sprzedaje nam broń. Robi to jednak raczej niechętnie i naciska na zawarcie "pokoju".

W Gazie oglądaliśmy ludobójstwo i głód, choć ostatecznie nieco się uspokoiło. Sytuacja humanitarna pozostaje tam tragiczna, brakuje wody, prądu i opieki medycznej. Zawieszenie broni jest co chwilę naruszane, niemniej wojna nie jest już tak "gorąca" jak była. Izrael rozprawił się też z Iranem, spektakularnymi ataki obnażając jego technologiczną bezsilność.

Niebezpiecznie napięta pozostaje sytuacja w Cieśninie Tajwańskiej gdzie Chiny regularnie dopuszczają się agresywnych prowokacji. Pentagon niezmiennie ostrzega o możliwości chińskiej inwazji na "zbuntowaną prowincję". Gdyby chodziło o jakąś inną wyspę pewnie latałoby nam to koło dupy, ale produkuje się tam mnóstwo tak potrzebnych półprzewodników. Straszy się więc proletariat i prekariat wybuchem III wojny światowej.


Dlatego właśnie Ukraina jest "problemem europejskim". Patrząc szerzej jest to jednak ta sama rozgrywka - Rosja jest tylko chińskim pionkiem wykrwawiającym się na złość Zachodowi. Pechowo największą jak dotąd potęgą militarną i gospodarczą zawiaduje facet interesujący się głównie sobą, pieniędzmi i groteskowym amerykańskim nacjonalizmem. Pieprzy co mu ślina na język przyniesie, ale media usiłują to wszystko "tłumaczyć" na racjonalny język.

Nie jest to nawet "realizm polityczny". Interesy interesami, lecz żyjemy w coraz bardziej pojebanym świecie, gdzie amerykańscy miliarderzy gwałcą setki nastolatek na prywatnych wyspach, a Stany Zjednoczone przerywają programy globalnej pomocy humanitarnej w imię "cięć budżetowych". Mieliśmy w tym roku bezprecedensową skalę wzrostu bogactwa. Sam Donald Trump z rodzinką wzbogacił się o 282 miliony dolarów!!!