Nam Wenezuela kojarzy się z kiepskimi telenowelami, lecz Donaldowi Trumpowi raczej z narkoterroryzmem. Złośliwi zaś mówią, że z największymi na świecie złożami ropy. Oskarżenie o produkcję kokainy nie jest całkowicie bezpodstawne, lecz więcej koksu produkuje się chociażby w Kolumbii, Peru czy Boliwii. Jeśli zaś chodzi o tranzyt, to transporty z Wenezueli zmierzają głównie do Europy.
No ale zarzuty wobec reżimu są jeszcze bardziej wyrafinowane. Ponoć Maduro nie traktował narkobiznesu tylko jako źródła dochodu - akt oskarżenia mówi o wojnie hybrydowej przeciwko Ameryce, prowadzonej przy pomocy narkotyków, choć Wenezuela nie odgrywa w kokainowym procederze kluczowej roli. Jeśli chodzi metamfetaminę i fentanyl - które są największym problemem w Stanach - docierają one z Meksyku i Kanady.
Należy więc przyjąć że mamy tu do czynienia z dosyć mocno naciąganym pretekstem. To co możemy zarzucić obalonemu Maduro to z pewnością sfałszowanie wyborów, prześladowanie opozycji i doprowadzenie kraju do kompletnej ruiny. Lud Wenezueli raczej nie będzie po nim płakał, lecz pozostaje problem aparatu władzy - demokratyzacja bananowej republiki może być pozorna.
To wszystko oczywiście "wyjdzie w praniu", ale sami wiecie jak imperialistyczna polityka ukształtowała Amerykę Łacińską... Sam Trump zapowiada ręczne sterowanie transformacją, tak aby Wenezuela rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatnio. Jeśli uda się rozruszać przemysł wydobywczy i odpowiednio redystrybuować zyski może to nawet być możliwe. Priorytetem będzie jednak obsadzenie "swoich ludzi" i kontrola nad zasobami.
W razie czego Trump nie wyklucza drugiego ataku... Możliwe są różne scenariusze, w tym trwała destabilizacja upadłego już w znacznym stopniu wenezuelskiego państwa. A wtedy wzrosłaby na przykład liczba imigrantów... Jeśli chodzi o konsekwencje rynkowe to pewnie cena ropy skoczy, choć optymiści wieszczą spadek w długofalowej perspektywie. Mówi się nawet o ciosie zadanym Rosji przez zwiększenie wydobycia.
Na razie to tylko telewizyjne pierdolenie, lecz wszystko jest za sobą powiązane. Fakt faktem, że Maduro był - niezbyt przesadnie cennym - sojusznikiem Putina. Jego rola sprowadzała się do werbalnej walki ze "zgniłym Zachodem" o tak zwany wielobiegunowy świat. Innymi słowy jedyną zaletą wenezuelskiego dyktatora było to, że miał na pieńku z Waszyngtonem. Tak czy siak możliwości Rosji w zakresie pomocy okazały się równie groteskowe.
Mówi się co prawda o złamaniu prawa międzynarodowego, co w kontekście Ukrainy i tak dalej stanowić by miało "niebezpieczny precedens", jest to jednak dosyć standardowe działanie imperialistów. Nie od dziś Stany Zjednoczone uznają obydwa amerykańskie kontynenty za "swoje podwórko" na którym mogą dowolnie obalać i instalować rządy.
Kreml rytualnie zażądał pilnego zwołania Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale nieoficjalnie mówi się o tym że los bananowego reżimu Ruskim już wisi. Spiskolodzy mówią o globalnym podziale stref wpływów, wobec czego Trump odpuści sobie Ukrainę, byle tylko zrealizować amerykańskie interesy.
W każdym bądź razie mamy teraz w Wenezueli stan wyjątkowy i harde deklaracje wiceprezydentki Delcy Rodriguez o niezgodzie na neokolonializm. A to wskazuje że zmiana reżimu może nie być wcale taką oczywistością. Z drugiej strony amerykańska operacja przebiegała tak gładko, bo Maduro musiał być wystawiony przez swoich. Reżim jest podzielony. Być może dojdzie do walk wewnętrznych. Być może zwycięży jakaś pragmatyczna frakcja, dążąca do porozumienia z opozycją czy Amerykanami. Być może będzie odwrotnie...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz