Łączna liczba wyświetleń

sobota, 10 stycznia 2026

TAUTOLOGIA DOJRZEWANIA

 
Święta i po świętach. Już nawet po Trzech Królach. Za to mamy w końcu śnieg - ku zgryzocie drogowców i kierowców, choć podobno korzystnie z perspektywy ekologicznej. Może też przywoływać wspomnienia z dzieciństwa - na przykład bitwy na śnieżki, choć te były zakazane przez nauczycieli.

Pewien dosyć zasadniczy pan "profesor" w ramach pruskiej dyscypliny wciskał nam śnieg za kołnierz aby oduczyć nas tego niebezpiecznego zwyczaju, który może spowodować wybicie oka zbyt ubitym pociskiem...  W podstawówce odbywało się też tak zwane "mycie" dziewcząt śniegiem.

Polegało to mniej więcej na dopadnięciu jakiejś dziewuchy i możliwie brutalnym - choć nie wiem czy nie jest to zbyt mocne słowo - wysmarowaniu jej facjaty masą śniegową. Ona piszczała, a agresor miał dziki ubaw. Im potencjalna ofiara była urodziwsza tym częściej dochodziło do rytualnego sponiewierania.

Był to wręcz element jakichś absurdalnych zalotów. Sorry, ale dorastałem na wsi... Pojawiały się nawet teorie jakoby niektóre dziewczęta same prowokowały uciążliwą adorację, zbyt często wychodząc na przerwie do toalety, która znajdowała się na podwórku. Nie było tam bieżącej wody, a za to w zimę ciężko było usiąść na zlodowaciałej desce.

Nawiasem mówiąc nie była to deska klozetowa, tylko prawdziwa deska z drewna, w której wycięto otwór na dupę nad suchym dołem. Szkolny kibel był trzykabinową sławojką z dwoma wersjami - kwadrat i kółko - tak żeby chłopcy i dziewczęta mogli załatwiać się komfortowo. W przybytku tym nigdy nie było papieru toaletowego, ogrzewania ani sprzątaczki.


Z tego powodu niektórzy wypróżniając się stosowali metodę "na Małysza" choć były to czasy, gdy nikt w Polsce zbytnio się nie interesował skokami narciarskimi. Polegało to na sraniu bez dotykania zimnej powierzchni pośladkami. Kto wie, może to dlatego latanie na nartach jest dzisiaj naszym sportem narodowym.

Pech był taki że nieraz ciężko było trafić do celu, zwłaszcza jeśli temat był rzadki. Powodowało to dalsze narastanie warstwy gówna - na osranej desce tym bardziej nie można było siadać, więc srano na oślep, starając się trzymać tyłek jak najdalej od dziury. Zdarzało się, że ktoś srał na podłogę, choć nie było to zbyt moralne.

Trzeba było więc uważać żeby nie wdepnąć w jakieś gówno. Niekiedy więc prostszym rozwiązaniem było po prostu iść wysrać się w krzaki. Tragedią były problemy żołądkowe. Z wyżej opisanych względów sanitarnych nie dokonywano wtedy "spłukiwania" głowy małoletnich frajerów w toalecie. 

Pozostawało jednak klasyczne "karczycho", czyli cios z liścia w kark. Wyzwiska, szyderstwa i innego rodzaju gnębienie. Jednym słowem stara jak świat przemoc szkolna, choć kiedyś chyba częściej ją bagatelizowano. Afera robiła się dopiero wtedy gdy ktoś rozkwasił komuś nos. Walka o pozycję w szkolnej hierarchii miała swoją własną dynamikę.


Najgorszy debil mógł być królem, bo najbezpieczniej przyłączyć się do silniejszego. W kupie siła więc nigdy nie należało odstawać od grupy. A jeśli ktoś stawał się pośmiewiskiem to należało się przyłączyć do hejtu i nagonki, chwilowo zabezpieczając się przed staniem się nim samemu. Musimy jednak rozgrzeszyć bachory z powodu nieuniknionej niedojrzałości emocjonalnej.

Dopiero zbieraliśmy doświadczenia społeczne i trenowaliśmy umiejętność przetrwania. Dzisiaj - z powodu smartfonów i manii utrwalania oraz publikowania swoich "wyczynów" na światło dzienne wypływa nieco więcej tych szkolnych "kwiatków". Wtedy zwykle mówi się o zdziczeniu spowodowanym internetem, telewizją, popkulturą i podłożem społecznym.

Z czasem idealizujemy przeszłość i racjonalizujemy to wszystko jako "żarty" i "zabawę". Więc dzisiejsza "rozwydrzona młodzież" pewnie zrobi tak samo. Edukacja wymaga ofiar i poświęceń. Trzeba przyswajać nieformalne zasady, bo te oficjalne to tylko pobożne życzenia. Naucz się panować nad swoją siłą - to trudniejsze jest od pokonania słabości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz