Przed pierwszą wojną światową Tomasz Mann napisał "Czarodziejską górę". W tym dosyć opasłym dziele stworzył w szwajcarskim uzdrowisku w Davos swego rodzaju mikrokosmos polityczny - w dyskusjach kuracjuszy ścierały się idee liberalizmu i totalitaryzmu.
Obecnie to najwyżej położone miasto w Europie i ośrodek sportów zimowych słynie przede wszystkim z corocznego Światowego Forum Ekonomicznego, gdzie liderzy polityczni i szefowie korporacji zwykle lizali się po jajach. Niestety tegoroczne spotkanie zorganizowane pod hasłem "Duch dialogu" odbywa się w dosyć napiętej atmosferze.
Europa liczyła że będziemy rozmawiać o Ukrainie, poza tym jest też kwestia irańskich szmatogłowych mordujących własnych obywateli. Ale po tym jak Trump przejął kontrolę nad wenezuelską ropą wyskoczył jeszcze z aneksją Grenlandii i zaczęto pieprzyć o tej "bryle lodu".
Jak dotąd nikogo zbytnio nie obchodziła lecz okazało się, że są tam metale ziem rzadkich, surowce krytyczne i przemysłowe, a nawet złoto, platyna, diamenty, ropa i gaz ziemny. No i podobno jej położenie jest niezmiernie ważne dla bezpieczeństwa USA choć od niemal ośmiu dekad kwestię tę reguluje umowa z Danią.
Nawiasem mówiąc Stany Zjednoczone mają tam bazy wojskowe i mogą bez przeszkód rozszerzać swój kontyngent, lecz chyba nie o to do końca chodzi. Rdzenna ludność może ogłosić niepodległość na drodze referendum, lecz woli trzymać się Danii, bo stamtąd pochodzi połowa jej budżetu. Trump obiecuje co prawda pieniądze ale z Amerykanami tubylcy mają nie najlepsze doświadczenia historyczne...
No i podniosło się larum, że to ingerencja w suwerenność Danii i Grenlandii, a każdy Europejczyk musiał rytualnie okazać swoją solidarność z naszymi nordyckimi braćmi. Powróciła też kwestia zrujnowanej Gazy. Przedstawiono absurdalne plany jej odbudowy - futurystyczne wizje z drapaczami chmur, kurortami i luksusami. Palestyńczycy mają pewnie tam robić za kelnerów i sprzątaczki.
Trump jak zwykle postanowił rozwiązać problem po swojemu i zapowiedział powołanie jakiejś tajemniczej "Rady Pokoju" której ma być dożywotnim przewodniczącym. Zaprosił do niej takich pacyfistów jak Władimir Putin, propozycja wydaje się więc groteskowa. Niemniej może przyciągnąć choćby kraje Globalnego Południa. Wpisowe to jedynie miliard dolarów.
Trump nie mówił zbyt wiele o Rosji, za to tradycyjnie skrytykował Europę. Stwierdził że nasza stara Europa "nie zmierza we właściwym kierunku". Chodzi oczywiście o pierworodne grzechy lewicy, czyli migrację, ekologizm, niezbyt innowacyjną gospodarkę i słabość militarną. Może coś w tym jest, choć statystycznie mamy mniej zabójstw i przestępczości z użyciem broni niż za oceanem.
No i amerykańska bezdomność jest bardziej ekstremalna, choć teoretycznie w Europie jest więcej ludzi bezdomnych. Żyją oni jednak na ogół w schroniskach i noclegowniach, czyli są jakoś zakwaterowani. W Stanach Zjednoczonych kloszardzi koczują na ulicy. Do tego mamy tam potężny kryzys opiodowy.
Amerykańskie zarobki niby są wyższe, lecz mamy tam większe nierówności społeczne, a w Europie mamy szerszy zakres bezpłatnych i dotowanych usług publicznych. System opieki zdrowotnej jest znacznie wydajniejszy dzięki czemu żyjemy dłużej a śmiertelność niemowląt jest mniejsza. Ale chuj z tym skoro u wuja Sama możesz zaczynać jako pucybut a skończyć jako milioner.
Historia nie zna co prawda zbyt wielu takich przypadków, lecz jakże ciekawe są to anegdoty... Nawiasem mówiąc takie historie o nagłym wzbogaceniu się budzą zwykle budzą sporo pytań i kontrowersji. Weźmy takiego Epsteina - ten obrzydliwie bogaty zboczeniec twierdził jakoby zajmował się handlem logarytmicznym, skomplikowanymi operacjami walutowymi i doradztwem finansowym.
Media twierdzą, że choć miał do tego łeb (wiedział na przykład jak unikać podatków) bogacić się mógł dzięki szantażowaniu wpływowych osób i stręczycielstwie nieletnich... Jednym z najbardziej niebezpiecznych zjawisk tych czasów jest budowa oligarchii finansowej, kupowanie przez nią wpływów politycznych i przejmowanie mediów.
Majątek miliarderów rósł w ubiegłym roku trzy razy szybciej niż światowa gospodarka, ale dzięki tym pieniądzom skuteczniej robili biednym ludziom wodę z mózgu. Dziewięć największych platform społecznościowych należy do sześciu osób, podobnie zdominowany jest tradycyjny rynek medialny. Oligarchowie przedstawiają się jako przeciwnicy systemu, choć sami należą do jego elit.
Przeszkadza im jednak poprawność polityczna, regulacje środowiskowe, prawa pracownicze czy podatki. Wolny rynek to eufemizm którym chcą zakryć prawdę o skrajnej nierównowadze, której zwykły konsument medialnej papki przeciwstawić może tylko wybujałe teorie. Zatem okradają nas wewnętrzni zdrajcy, kosmopolityczna sitwa i mniejszości narodowe.
Nadchodzi czas monopolu technologicznego i absolutnej "wolnej amerykanki" informacyjnej - sfabrykowanej przez sztuczną inteligencję rzeczywistości, w której nie będziesz mógł już wierzyć własnym oczom i uszom, a jedynie tresowanym algorytmami intuicjom i emocjom. Mózg szkolony na krzykliwych danych będzie "ćpunem" dopaminowej euforii, oczekującej natychmiastowej i spersonalizowanej gratyfikacji.
A to zakłóci długofalową percepcję, głębię kontekstów i empatię poznawczą. Nie będziemy próbowali zrozumieć innych poglądów sycąc się własnym wycinkiem prawdy dopasowanym przez algorytm do naszych poglądów. Połowa Polaków nie przeczyta w tym roku żadnej książki lecz dowiedzą się wszystkiego z internetu.
- Wszystko jest polityką - pisał Tomasz Mann w "Czarodziejskiej Górze". Nawet całkowita bierność jest wyborem politycznym. Dostrzec można zaskakujące uniwersalne analogie pomiędzy treścią książki a czasami obecnymi. Świat jest znowu spolaryzowany, Europa wciąż się uzdrawia, wdaje się w dyskusje z nowymi radykałami, a izolacja od wojny i nędzy więzi nas w bańce. Tymczasem nadchodzi nieznany zwrot polityczny.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz