Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 26 października 2014

MIŁOŚĆ W CZASACH POPKULTURY

Przez to że nie mam smartfona, nie mogę ostatnio wyrwać żadnej małolaty. Chyba będę musiał w końcu kupić sobie to dziadostwo. Wszyscy dostali już ten sprzęt za darmo, czyli w najwyższym abonamencie. A ja ciągle dzwonię z tego starego rupiecia z klawiaturą, i to tylko dlatego że ciągle działa. Powinienem się wstydzić.


Tak, tak. Wieśniak ze mnie jakich mało. Nie mam nawet
porządnego tableta, a przecież nawet dzieci w tych czasach muszą być cyfrowo mobilne. Nawet na kiblu potrzebny im jest dostęp do multum funkcji, chociażby po to, żeby trzepać sobie kapucyna, albo zamawiać dopalacze. No i przy lustrze wychodzą najlepsze sweet focie.

O czasy, o obyczaje! Kiedyś żeby zaimponować gówniarzom wystarczyło jeździć rowerem górskim (wbrew pozorom Polska to bardzo górzysty kraj) i opowiadać o swoim Nintendo. Teraz trzeba wytatuować całe ciało, zostać gangsterem i gnoić frajerów. Czy właśnie rośnie pokolenie młodych cyników, czy grzybieją pierniki którym wszystko zaczyna przeszkadzać?


Jednym z najstarszych tekstów pisanych znalezionych przez archeologów było sumeryjskie biadolenie o upadku moralności i zepsuciu młodzieży. Możliwe zatem, że proces ten jest nieodwracalny. Szkoda tylko, że ja już nie mogę tak nisko upaść, bo jestem po trzydziestce. Co za obciach...  

sobota, 11 października 2014

SADOMASO

- Większa będzie w niebie radość z jednego grzesznika który się opamiętał, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych którzy opamiętania nie potrzebują – nauczał biblijny Jezus. Do dzisiaj słowa te przytaczane są jako świadectwo jego wielkoduszności. Myślę jednak, że warto się nad nimi głębiej zastanowić, biorąc pod uwagę całą złożoność nie tylko ich wymowy, ale również rzeczywistości ludzkiej. Wydają się one bowiem zawierać w sobie pewną mądrość, ale niekonieczne. Wszystko zależy od tego jak je interpretować.

Jezus zmuszony był uciekać się do takiej retoryki, gdyż był krytykowany za bratanie się z przedstawicielami ówczesnego marginesu społecznego, nierządnicami i celnikami, czyli kurwami i konfidentami. Osoby takie narażone były na szczególną pogardę, nie zniechęcało to wszak Jezusa do biesiadowania z nimi. Imprezowanie z prostytutkami i tym podobnym elementem z oczywistych przyczyn wydawało się ludziom szczególnie podejrzane, a w faryzejskim klerze wywoływało świętoszkowate oburzenie.

Jezus usiłował wobec tego ukazywać się jako ktoś wyciągający rękę do zbłąkanych owieczek, a nie wykolejeniec spragniony uciech cielesnych i upojenia. Stworzył w ten sposób nową filozofię zła, w myśl której zło nie było immanentną cechą danej jednostki, ale konsekwencją jej błędów, pomyłek i zagubienia. W ten sposób Jezus dawał każdemu szansę na naprawienie tego co złe, pod warunkiem że zrozumie swój moralny upadek i się z niego podniesie. Wiąże się to z tak ważnym dla chrześcijaństwa pojęciem miłosierdzia, oznaczającego nie tylko litość, ale również przebaczenie.

I tu wchodzimy na bardzo grząski grunt. Niełatwo jest bowiem rozstrzygnąć, czy należy przebaczać. W myśl nauk Jezusa boską wyrozumiałość warunkować miałby żal za grzechy, czyli wyrzuty sumienia, a także postanowienie poprawy, czyli moralny przełom. Było to rewolucyjne podejście do problematyki odpowiedzialności za popełnione zło, anulujące starotestamentowe rozwiązania przepisane z Kodeksu Hammurabiego, w myśl których każdemu grzesznikowi należała się kara. Starotestamentowe metody polegały raczej na prewencji i zastraszaniu groźbą nieuniknionych konsekwencji, niż na odwoływaniu się do wartości moralnych. Jezus co prawda przekupywał wyznawców wizjami wspaniałej nagrody, ale Paweł, uważany przez niezależnych historyków za prawdziwego twórcę chrześcijaństwa w znanym nam kształcie, zaznaczał że działanie interesowne nie doprowadzi jednostki do religijnego spełnienia. – Gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał – przestrzegał Paweł.

Miłość Jezusa jest ekstremalna i to niestety powoduje całkowite wynaturzenie chrześcijaństwa. Przykazania Jezusa w swej radykalności posuwają się aż do moralnego masochizmu i skrajnego pacyfizmu, za wzór cnoty stawiając postawę pokory, typową bardziej dla bydła prowadzonego na rzeź, niż dla człowieka świadomego swojej niezbywalnej godności. – Jeśli ktoś uderzy Cię w policzek, nadstaw mu i drugi – wzywał Jezus. Kazał nam też „miłować nieprzyjaciół swoich”. Nigdy nie zrozumiem za co miałbym lubić jakiegoś palanta, przynajmniej do momentu aż mnie przeprosi. A jeśli nie mógłbym mu oddać ciosu, to mógłbym przynajmniej spierdalać, albo w ostateczności chociaż uznawać go za agresywną i parszywą kreaturę. Jezus jednak był innego zdania.

Co najśmieszniejsze w tym wszystkim, pomimo tak jednoznacznej wymowy moralnej chrześcijaństwa, wobec której nie możemy skreślić z listy istot ludzkich nawet Mariusza Trynkiewicza ani Adolfa Hitlera, w imię Jezusa dopuszczano się patologicznych barbarzyństw, takich jak krucjaty, konkwisty, święte inkwizycje i polowania na czarownice. Świadczyć to tylko może o całkowitej historycznej kompromitacji instytucji kościoła katolickiego, ale to inny temat. Paradoksalnie Jezus był właśnie przeciwnikiem instytucjonalnej religii, krytykując współczesny sobie żydowski kler i świętoszkowatą obłudę. Wolał przebywać wśród „grzeszników”, gdyż jak wierzył zło im przypisywane tak naprawdę wynikało ze słabości i niedoskonałości. – Kto z Was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem – nauczał, odwołując się tym samym do empatii i tolerancji.


Przebaczenie, o ile nie jest bezwarunkowe, z pewnością jest czymś wspaniałym i godnym naśladowania. Mimo wszystko zrównanie jednego grzesznika i dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych wydaje mi się absurdalne. Osobiście uważam, że doceniać należy zmiany, ale tym bardziej stałość, lojalność i konsekwencję. Dlatego sądzę, że ojciec który wyprawił ucztę dla marnotrawnego syna, postąpił niesprawiedliwie kosztem tego syna który był mu wierny, gdyż trudno jest na coś sobie zasłużyć. Lecz możliwe, że poetyka tej przypowieści miała na celu jedynie podkreślenie że warto się zmieniać.  Najszybszym rumakiem wiodącym nas do doskonałości jest cierpienie – mawiał słynny dominikanin, Johannes Eckhart.

sobota, 20 września 2014

MATRIX

Australijski chrząszcz z rodziny bogatkowych, tak zwany jewel beetle, kopuluje z butelkami po piwie. Dzieje się tak dlatego, że ma on wrodzone preferencje co do wyglądu samic, a mianowicie lubi gdy są duże, brązowe i błyszczące. Butelki są dużo większe, bardziej brązowe i błyszczące od każdej z samic, dlatego chrząszcz tak bardzo lubi igraszki z butelkami, że nie przerywa ich nawet kiedy zaczynają pożerać go mrówki. W ten sposób ewolucyjne mechanizmy, które miały zapewnić mu sukces reprodukcyjny, wiodą go na manowce. Mamy tu do czynienia z paradoksem, który pokazuje nam jak bardzo ślepe są siły kierujące naszym zachowaniem. Również ludzie ulegają takim iluzjom.

Bodźce wyzwalające czyli kluczowe, uruchamiają instynktowną, ale złożoną reakcję organizmu. Jeśli spreparowane bodźce kluczowe przewyższają w swym działaniu bodźce naturalne, wówczas mówimy o bodźcach ponadnormalnych. Na przykład dla mewy kluczowe znaczenie ma wielkość wysiadywanego przez nią jaja, dlatego wybierze sztuczne jajo, o ile będzie większe od naturalnego. Dla mężczyzny kluczowe znaczenie ma wielkość cycków, dlatego wybierze sztuczne cycki, o ile będą większe od naturalnych. I tak dalej. Oczywiście upraszczam, ale roli ponadnormalnych bodźców, od makijażu po szpilki, nie sposób w tym wypadku zignorować. Nie ma bowiem ucieczki od schematu zachowania instynktownego.
 
Dlatego właśnie kultura masowa, chcąc przedrzeć się do naszej świadomości, ucieka się tak często do wyolbrzymiania bodźców, gdyż tylko takie bodźce zwracają na siebie naszą uwagę w obecnym gąszczu informacyjnym. Nierealne obrazki beztroskiego życia z teledysków, niestety nie tylko przykuwają nasz wzrok i przypadkowo ucho, ale także kształtują nasze oczekiwania. Eskalacja bodźców używanych w reklamach i kulturze, od orgiastycznych jęków kobiet smakujących nowej czekolady po idealnie przystrzyżone trawniki wokół rezydencji serialowych przystojniaków, powoduje eskalację naszych oczekiwań, która skończyć się może gorzkim rozczarowaniem. Współczesna reklama sprzedaje nie przedmioty, ale emocje związane z ich posiadaniem i nabywaniem. Równocześnie posiadanie ich nie jest celem samym w sobie, ale staje się wyznacznikiem pozycji jednostki w hierarchii społecznej. 

sobota, 21 czerwca 2014

AFERA TAŚMOWA

Polską sceną polityczną wstrząsnęła ostatnio afera taśmowa. Największą sensacją jest w tym wszystkim jest to, że minister Sławomir Nowak chciał żeby skarbówka odpierdoliła się od jego żony. Bardzo dobry z niego mąż, chociaż tak naprawdę chodziło mu o własną prywatną dupę, bo tej ślubnej przelał jakąś szemraną kasę. Afera jak afera, ale to zwykły małostkowy przekręt, a nie polskie Watergate. Po drugie ruskie taśmy zawierać miały wulgarne słowa, mówić o tym jak popierdolona jest Rada Polityki Pieniężnej i tak dalej. Wywołać to musiało świętoszkowate oburzenie w ludu polskim nie posługującym się nigdy taką łaciną. Wreszcie po trzecie lud w końcu pojął, że ciemną stroną polskiej polityki są dobijane przez decydentów targi polityczne. To był szok.

Temat mielony jest teraz do zesrania, jak można tak przeklinać i kupczyć Polską. A Nowak już wyleciał z rządu na kopach. Nikogo nie rusza to, że rząd był podsłuchiwany przez niewiadomo kogo. Przecież to normalne, że w demokratycznych krajach podsłuchuje się rządy. Przecież w demokracji nic nie może być tajne, o wszystkim mogą wiedzieć ruscy szpiedzy i zwykli Kowalscy. A przecież to porażka podsłuchującego, że po nagraniu dziewięciuset godzin politycznego biesiadowania udało mu się wyłowić z tego tylko jeden przekręt Nowaka na cukierki i bluzgającego Belkę. Osobiście nie wytrzymałbym przesłuchiwania dziewięciuset godzin takiej gadki-szmatki w poszukiwaniu sensacji. Ale nikt mi za to nie płaci.

Za pisanie takich głupot też mi nikt nie płaci. Niemiecka prasa już zastanawia się, czy za aferą podsłuchową w Polsce stać mogą rosyjskie służby specjalne, którym zależy na osłabieniu pozycji głównego „adwokata Ukrainy”. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego o organizowanie podsłuchów podejrzewa posła Prawa i Sprawiedliwości. Tygodnik „Wprost” sprzedaje się jak świeże bułeczki, ale jeden z podejrzanych już zaczyna robić mu gnój i oskarża pismaków o współudział w nagraniach. Zacznijcie mi płacić to poskładam to do kupy w teorię spiskową. 

sobota, 14 czerwca 2014

POZA DOBREM I ZŁEM

Jesteśmy tym kogo udajemy
- Kurt Vonnegut, „Matka noc”.

Doktryna chrześcijańska, a za nią i muzułmańska, zaczerpnęły ze starych perskich wierzeń naukę o dwoistości dobra i zła. Ukształtowana w ten sposób etyka, nawet wyłuskana z wszelkich magicznych odniesień, każe nam myśleć o kategoriach moralnych jak o dwóch różnych światach, o zawsze ostro zarysowanych granicach i sprecyzowanym sprawstwie, gdzie każdy ponosi osobistą odpowiedzialność moralną. W ten sposób zasady moralne miałyby nigdy nie ulegać zawieszeniu, a grzesznych czynów dopuszczać się jedynie jednostki podłe i nikczemne. Człowiek zaś miałby jakoby umiejętność odróżniania dobra od zła, wolną wolę i tak dalej.

Nie leży w zakresie poniższych wypocin rozprawianie się z judeochrześcijańską obłudą, dlatego zaledwie wspomnę, że chodzi mi tutaj o fundamentalne podejście do problematyki etycznej ukształtowane przez wiarę w Bozię i strasznego rogacza, nie wnikając już w absurdy zakazowo-nakazowej moralności. Nie ma bowiem w moim mniemaniu sensu tłumaczyć ludowi bożemu, że moralność jest czymś więcej niż posłuszeństwem wobec odgórnie ustalonych arbitralnych zasad, jak nas przekonują kapłani z epoki brązu. Dla nich po dzień dzisiejszy ślepe posłuszeństwo Abrahama, gotowego zaspokajać boskie kaprysy nawet krwią własnego syna, jest przykładem cnoty i doskonałości.

W istocie nadmierne oddanie autorytetowi prowadzić nas może w zupełnie odwrotnym kierunku. Prowadzić nas może, tak jak już wspomnianego Abrahama, do czynów niemoralnych, a nawet do zabicia własnego potomstwa. Z tym że gdyby to nie Bóg, a ktoś inny zażądał od patriarchy złożenia ofiary z własnej latorośli, uznalibyśmy to za skurwysyństwo. To niestety relatywizm moralny - przyznanie że taki sam czyn może mieć różny wymiar moralny, w zależności od praw moralnych przysługujących ich sprawcom. Starotestamentowy Bóg wyłączony jest z jakichkolwiek obowiązków moralnych, i choć Jezus częściowo się z tej koncepcji wycofuje, pokutowała ona przez wieki w postaci instytucjonalnych autorytetów religijnych.

Najbardziej drastycznym przykładem syndromu Abrahama była tragedia w Gujanie, gdzie raj na ziemi próbowali budować sekciarze ze Świątyni Ludu Kościoła Pełnej Ewangelii. Przywódca sekty, charyzmatyczny manipulant Jim Jones, przekonał swoich wyznawców do zbiorowego samobójstwa poprzez zażycie cyjanku. Do tego stopnia udało mu się ogłupić swoje owieczki, że nie wahały się aplikować trucizny nawet swoim dzieciom. W ten sposób w ciągu jednej nocy życie straciło ponad 900 osób, a to zbiorowe szaleństwo stało się symbolem destrukcyjnego wpływu jaki autorytet moralny może wywierać na oddanych sobie ludzi.

W dwudziestym wieku nie brakowało zresztą przywódców otaczanych kultem i autorytetem, który pozwalał im kwestionować najbardziej oczywiste zasady etyczne, popychając całe narody w otchłań szaleństwa i zbrodni. Po drugiej wojnie światowej ludziom wydawało się że obudzili się z jakiegoś koszmarnego snu, a wszystko co się przydarzyło nie było w ogóle możliwe. A jednak to działo się naprawdę. Autorytetom udało się pociągnąć za sobą całą rzeszę wyznawców, jak dotąd porządnych i uczciwych obywateli, zmieniając ich w pracowników zbrodniczego systemu, eliminującego ze świata bydło wyłączone z wszelkich kategorii moralnych – świrów, pedałów, Żydów, Polaków. Co najbardziej uderzające, po wojnie nazistowscy funkcjonariusze masowo powracali do normalnego życia, ponownie stając się spokojnymi urzędnikami, przykładnymi ojcami i tak dalej. Tak jakby wojna była tylko jakąś pomyłką, wypaczeniem ich prawdziwej natury. Zdaniem Hanny Arendt, filozof społecznej, świadczy to o tkwiącym w każdym z nas potencjale zła, jaki uruchomić się może w sprzyjających temu warunkach. W swej klasycznej już dzisiaj publikacji „Eichmann w Jerozolimie – rzecz o banalności zła” wskazała na to, iż oddziaływania społeczne mogą wpływać na nasze decyzje moralne, a zło nie jest czymś demonicznym, lecz raczej pospolitym.

- No dobra, może ludzie tacy są, ale ja na nigdy nie zachowałbym się w taki sposób – myślisz sobie na pewno. Ale to tylko teoretyzowanie. Nie wiesz jak zachowałbyś się w konkretnej sytuacji, dopóki nie przeniesiesz się w rzeczywistość tej sytuacji, a wtedy często stajesz się niewolnikiem tej sytuacji, wyłączając szerszą perspektywę moralną. Kiedyś był to jedynie temat akademickich dyskusji filozoficznych, lecz obecnie tezy takie możemy weryfikować i niestety okazuje się, że ludzie z zaskakującą łatwością potrafią wyłączać swoje zasady moralne, o ile znajdzie się jakieś uzasadnienie. Choćby polecenia autorytetu mogą wyjaśniać nam dlaczego musimy zrobić komuś coś złego. Dowiódł tego eksperyment Milgrama z początku lat sześćdziesiątych, uważany dziś za jedno z przełomowych osiągnięć eksperymentalnej psychologii. Milgram oferował ochotnikom kilka dolców w zamian za udział w badaniu nad wpływem kar na proces uczenia się. Rzeczywisty cel badania był jednak zupełnie inny. Każdy badany miał aplikować „uczniowi” wstrząsy elektryczne o coraz większym natężeniu, za każdym razem kiedy ten udzieli nieprawidłowej odpowiedzi na zadane pytanie. Eksperymentator pełnił tu rolę autorytetu, zachęcając badanego do aplikowania coraz silniejszych wstrząsów, jeśli badany wahał się widząc cierpienie swojego „ucznia”. Wyniki eksperymentu były szokujące. Spodziewano się, że tylko jednostki o skłonnościach sadystycznych zaaplikują „uczniom” wstrząsy o największej sile, to znaczy 450 woltów (na włączniku widniał napis: Niebezpieczeństwo – silny wstrząs XXX). Posunęła się do tego jednak większość badanych.

Innym znanym doświadczeniem, obnażającym jak łatwo czynniki sytuacyjne mogą wyzwolić w ludziach najniższe instynkty był Stanfordzki Eksperyment Więzienny, przeprowadzony przez tytana współczesnej psychologii Philipa Zimbardo. Badacz podzielił losowo grupę studentów na strażników i więźniów, tworząc w ten sposób symulację życia więziennego. Obserwacje ujawniły, że początkowo całkiem podobnych do siebie młodych ludzi w krótkim czasie zmieniła przypisana im rola. Strażnicy upajali się swoją władzą, stawali się coraz bardziej bezwzględni i okrutni. Więźniowie natomiast przekształcali się w bierne, patologiczne ofiary. Zimbardo dowiódł w ten sposób jak ludzkie zachowania eskalują w niekontrolowanych sytuacjach, a zarazem jak tendencje tych zachowań są wyznaczane przez kontekst społeczny. – Aby zrozumieć, jak wielkie jest znaczenie sytuacji, musimy odkryć, w jaki sposób konkretna sceneria zachowania jest postrzegana i interpretowana przez ludzi w niej działających. To właśnie znaczenie, które ludzie nadają różnym składnikom sytuacji, jest czynnikiem, który tworzy daną rzeczywistość społeczną – wyjaśnia Zimbardo. Zwraca też uwagę, na to jak plastyczna może być nasza osobowość w tym kontekście: - Zazwyczaj role powiązane są ściśle ze specyficznymi sytuacjami, zawodami, funkcjami, na przykład profesora, odźwiernego, taksówkarza, ministra, pracownika opieki społecznej, czy aktora porno. Są odgrywane gdy jednostka znajduje się w danej sytuacji, w domu, szkole, kościele, fabryce czy na scenie. Role zwykle mogą być zawieszone, gdy osoba wraca do swego innego, normalnego życia. Jednak niektóre role są zdradliwe, nie są po prostu skryptami, które odgrywamy od czasu do czasu. Mogą stać się tym, kim jesteśmy niemal przez cały czas. Mogą być uwewnętrznione nawet pomimo tego, że początkowo uznajemy je za sztuczne, tymczasowe, czy uwarunkowane sytuacyjnie. Stajemy się ojcem, matką, synem, córką, sąsiadem, szefem, pracownikiem, pomocnikiem, uzdrowicielem, prostytutką, żołnierzem, żebrakiem, złodziejem i tak dalej.                                       

sobota, 3 maja 2014

CZARNE IMPERIUM

Egipt, kolebka kultury. Obok Bliskiego Wschodu, Chin i Indii jedna z pierwszych cywilizacji stworzonych przez człowieka. Podobnie jak pozostałe, powstanie swoje zawdzięczała wielkiej rzece, zapewniającej wodę pitną i nawodnienie pól uprawnych, umożliwiającej rozwój rybołówstwa i szlaków komunikacyjno-transportowych. Z czasem zjednoczony administracyjnie, Egipt przekształcił się w scentralizowaną wspólnotę religijno-kulturową, zarządzaną przez dyktatorów zwanych faraonami, przedstawianych ludowi w roli bóstw narodowych. Organizacją kultu i szerzeniem ciemnoty zajmowała się kasta kapłańska, wykorzystująca swój potencjał intelektualny i znajomość praw przyrody do manipulowania i kontrolowania mas. Bez ich poparcia faraon nie mógłby sprawować realnej władzy.

Egipt rozwinął się w wielkie i trwałe imperium świata starożytnego, którego osiągnięcia cywilizacyjne do dziś imponują rozmachem i pięknem. Dzięki potędze gospodarczej i militarnej rozwijała się medycyna, astronomia, matematyka, architektura i sztuka. Symbolem tej potęgi są dla nas dzisiaj piramidy – monumentalne grobowce egipskich królów, w jakich składano ich zmumifikowane ciała. Starożytny Egipt kojarzy nam się także z mitologią biblijną, choć nie potwierdza jej materiał archeologiczny, i z piękną Kleopatrą, legendarną femme fatale. Mało kto jednak wie, że przez pewien czas władzę w tym potężnym mocarstwie sprawowali... Murzyni. Przez blisko wiek na tronie egipskim zasiadali bowiem czarni faraonowie.

Królestwo Kusz, zwane także przez historyków Nubią, prowadziło liczne wojny z Egiptem. Nubijczycy byli pierwszymi najeźdźcami którym udało się w całości opanować Egipt. Pierwszym czarnoskórym władcą, jaki okrzyknął się faraonem i spoczął w piramidzie był Pianchi. Za prawdziwego twórcę kuszyckiej dynastii uznaje się jednak jego brata Szabakę. Udało mu się zdławić opór i zjednać sobie kler, przyjmując tradycję egipską, choć kultywując również własne obyczaje. Pomimo ostatecznego wyparcia Kuszytów z Egiptu przez Asyryjczyków, trzeba przyznać że rządy XXV dynastii były okresem renesansu egipskiej kultury. Faraon Taharka salwował się ucieczką do ojczyzny, gdzie odtąd władcy nubijscy budowali sobie piramidy. Ich próby odzyskania kontroli nad Egiptem nie powiodły się, ale Nubia pozostawała lokalnym mocarstwem, o własnej kulturze, choć inspirowanej egipską.

Z czasem państwo nubijskie stopniowo traciło na znaczeniu, choć jeszcze raz udało mu się rzucić wyzwanie starożytnemu białemu imperium. Królowa Amanirenas poprowadziła swoich ludzi przeciwko stacjonującym w Egipcie Rzymianom. Pomimo początkowych sukcesów jej wojska zostały zmuszone do odwrotu. W końcu doszło do bezpośrednich rokowań z cesarzem Oktawianem Augustem na Samos, w wyniku którego zawarto zabezpieczający interesy nubijskie pokój, obowiązujący aż do schyłku trzeciego wieku naszej ery.     

sobota, 12 kwietnia 2014

CHEMICZNE OŚWIECENIE

Od zarania dziejów człowiek stosował rozmaite narkotyki i używki. Często robił to w celach rekreacyjnych, niekiedy jednak posługiwał się nimi w celach magicznych, czy wręcz mistycznych. Z rytualnym wymiarem uzyskiwania odmiennych stanów świadomości wiązało się zwłaszcza używanie środków halucynogennych. Wierzono, że co niektóre rośliny wyzwalają moc umożliwiającą kontakt ze światem nadprzyrodzonym. Dostępne one były dla wąskiego kręgu szamanów, kapłanów i magów. Wynikało to z braku wiedzy, uniemożliwiającego naszym przodkom zrozumienie mechanizmów działania tych substancji.

Wydawać by się mogło, że wraz z nastaniem ery rozumu, demitologizującej rzeczywistość, podobne czary-mary mamy już za sobą, ale tak się nie stało. Religia nie tylko przetrwała jako taka, jako określona zdogmatyzowana doktryna, a nie abstrakcyjna idea. Przetrwała ona w swoich najbardziej absurdalnych formach, takich jak kreacjonizm. Świadczy to o głębokiej potrzebie religijności, w obliczu której żaden Darwin czy inny dupek nie ma nic do powiedzenia. Czym innym jest bowiem język religii, a czym innym język nauki, wymagający skupienia, refleksji i analizy. Nie dość, że aby przyswoić sobie jego przekaz trzeba być człowiekiem aktywnie poszukującym, to zdobywanie wiedzy uświadamia nam naszą ignorancję, czym potęguje uczucie zagubienia.

Przetrwała także nasza potrzeba przekraczania samego siebie i własnej jednostkowej egzystencji – w odwoływaniu się do wyższych wartości, pięknie sztuki czy (o kurwa) zażywaniu narkotyków. Ten ostatni sposób wydaje się „zdrowemu” społeczeństwu najbardziej pokręcony, a cała ta hipisowska gadka o rozszerzaniu świadomości wydaje mu się po prostu naćpanym bełkotem. Nie sposób jednak ignorować fenomenu, jakim stało się w latach sześćdziesiątych LSD, syntetyczna substancja o działaniu halucynogennym, otaczana swoistym kultem i ideologią, a sprowadzanie całego tematu do hedonistycznej mody wydaje się głębokim nieporozumieniem. Ówcześni kwasiarze mieli bowiem w sobie coś z egzotycznych kapłanów i czarowników, poszukujących drogi do wyższego wymiaru.

Odkrywcą LSD był szwajcarski chemik Albert Hofmann. Podczas swych badań farmaceutycznych, mających na celu syntezę stymulatora ośrodka oddechowo-krążeniowego zsyntezował LSD, po czym przerwał eksperymenty z tą substancją. Wznowił je pięć lat później, w roku 1943. Wtedy też przypadkowo wchłonął niewielką ilość substancji co wprawiło go w intrygujący stan. Kilka dni później świadomie przyjął dawkę LSD i wracając do domu na rowerze popadł w paranoję. Obawiał się wracać – uznał że jego sąsiadka jest czarownicą. Potem wezwał lekarza, bo przestraszył się, że LSD go otruło. Medyk nie stwierdził żadnych niepokojących objawów. Wtedy lęk ustąpił uczuciu zadowolenia i kolorowym halucynacjom. Hofmann kontynuował eksperymenty z LSD, zażywając je sam i częstując nim kumpli. Nazywał swój wynalazek „lekiem dla duszy” i uważał że niesłychanie pobudza wyobraźnię. – Substancja ta jest narzędziem, które umożliwi nam rozwinąć się w to, czym mamy być – twierdził. Pomimo narkotycznych doświadczeń zmarł dopiero w wieku 102 lat w 2008 roku.

Inną postacią wykazującą pociąg do tej używki był Aldous Huxley, angielski powieściopisarz, poeta i filozof, znany przede wszystkim ze znakomitej powieści fantastyczno-naukowej „Nowy, wspaniały świat”. Namiętnie zażywał on LSD, a przyjęcie tej substancji było jego ostatnim życzeniem na łożu śmierci. Zażywał też meskalinę, alkaloid występujący w kilku kaktusach, między innymi w pejotlu. Napisał o niej esej „Drzwi percepcji”, do którego tytułu nawiązywała nazwa słynnego zespołu rockowego The Doors (Drzwi). Narkotyki halucynogenne miały się bowiem niebawem rozpowszechnić, na fali kontrkulturowej rewolucji hipisowskiej, kojarzonej dziś głównie z muzyką rockową, choć mającej swoje głębokie intelektualne uzasadnienie. Tytuł eseju Huxleya nawiązywał do słów osiemnastowiecznego poety angielskiego Williama Blake’a, jednego z prekursorów romantyzmu: - Gdyby oczyścić drzwi percepcji, każda rzecz ukazałaby się człowiekowi taka jaka jest. Nieskończona.


Zanim LSD zostało przejęte przez ruch hipisowski i masowo zastosowane, mieliśmy zatem do czynienia z pewnym kulturowym procesem, z którego dopiero miały się wykluć „dzieci-kwiaty”. Pierwsza prawdziwie buntownicza kontrkultura amerykańska była dziełem murzynów, skupionych wokół klubów jazzowych, gdzie uprawiano muzyczne improwizacje. Nazywali siebie oni hipsterami, albo „kolesiami którzy kumają gadkę”. Wiązały się z tym narkotyki, od marihuany po heroinę, hazard, ekstrawaganckie stroje i styl bycia, odróżniający ich od tych zwanych „sztywniakami”. Nowa muzyka przyciągała białą, znudzoną młodzież z bogatych domów i skupiała wokół siebie środowisko, jakie z czasem wyewoluowało w awangardowy ruch literacki zwany bitnikami. To oni utorowali drogę hipisom.

Za czołowych bitników uważa się Williama Borroughsa, Allena Ginsberga i Jacka Kerouaca. Pierwszy, pochodzący z zamożnej rodzinki absolwent elitarnych szkół i Wydziału Literatury Uniwersytetu Harvarda, był najstarszym z nich i choć nie fascynował się szczególnie halucynogenami, a raczej opiatami, przekraczał tak dalece granice moralne i artystyczne, że można go uznać za jednego z prekursorów zbliżającej się epoki „wolnej miłości” i „poszerzania świadomości”. Z kolei poetę Allena Ginsberga uznaje się wręcz za jednego z akuszerów ruchu hipisowskiego, gdyż współorganizował nawet mityng w Golden Gate w San Fransisco  w styczniu 1967 roku, gdzie hipisi pierwszy raz pokazali się światu.

Manifest nowego ruchu wygłosił Timothy Leary, psycholog nazywany „prorokiem LSD”, które to rozdawano obecnym na imprezie. LSD miało się w jego zamierzeniu stać sakramentem nowej religii. Huxley, tuż przed swoją śmiercią błagał go, aby milczał w prawie LSD, gdyż ta wiedza powinna pozostać domeną wtajemniczonych, a narkotyk może być niebezpieczny społecznie. Leary doszedł jednak do przeciwnego wniosku, uznając że każdy ma prawo do technik rewolucjonizujących ludzką świadomość. Kiedy stworzony przez niego ruch stracił na sile, bez trudu odnalazł się w nowej rzeczywistości, uznając internet za nowe narzędzie rozszerzania świadomości.

Psychodeliczną rewolucję zainicjowaną przez Learego, wyprzedzała działalność Kena Keseya, autora kultowego „Lotu nad kukułczym gniazdem”, dlatego niektórzy nazywają go pierwszym hipisem Ameryki. W latach pięćdziesiątych CIA testowało na nim LSD za pieniądze. Doświadczenia te radykalnie zmieniły jego myślenie o świecie, a praca w szpitalu psychiatrycznym, gdzie poruszył go widok zastraszanych pacjentów, zainspirowała go do stworzenia klasycznej już dzisiaj powieści. Jack Kerouac, guru pokolenia bitników nazwał go po jej lekturze „nowym, wielkim pisarzem Ameryki”. Kesey zaś, nieźle zarobiwszy na swoim dziele, w 1964 roku kupił szkolny autobus, pomalował go w kwiaty i wyruszył na wyprawę po Stanach Zjednoczonych rozdając po drodze jeszcze wówczas legalne LSD.

Z czasem LSD wyparte zostało z rynku przez nowe psychodeliczne narkotyki, takie jak ecstasy. Z powodów historycznych pozostanie jednak symbolem tego czym w istocie było – ludzkiego sprzeciwu wobec społecznego zniewolenia i tęsknoty za innym, lepszym światem. Lecz czy chemiczne oświecenie może być cokolwiek warte? Choć fala rewolucji się cofnęła, nie była to najbardziej brutalna i krwawa rewolucja jaka przydarzyła się ludziom. Pomimo wszystkich ofiar jakie pochłonęła, pozostawiła po sobie kolorowe ślady.