Łączna liczba wyświetleń

sobota, 18 lipca 2026

KREW I NAFTA

 
Na Bliskim Wschodzie robi się coraz bardziej gorąco, pomimo podpisanego miesiąc temu memorandum z Islamabadu, które rzekomo miało obowiązywać przez 60 dni. W zasadzie był to tylko nic nie znaczący świstek papieru zawierający bardzo ogólne stwierdzenia, które obie strony szybko zaczęły interpretować na swoją korzyść. Mówiło się o testowaniu i sondowaniu, lecz jest już pewne że konflikt rozgorzał na nowo.

Trump - chociaż nie lubi ustępować - był naprawdę przyciśnięty do ściany przez opinię publiczną. Zgodził się więc na legalny i bezcłowy eksport ropy naftowej przez Iran, wycofując flotę blokującą irańskie porty handlowe. Zagraniczne aktywa Iranu miały zostać odblokowane. Powstać miał nawet specjalny fundusz o wartości 300 miliardów dolarów (!!!) służący odbudowie infrastruktury cywilnej, stymulacji rozwoju gospodarczego i utrwalaniu pokoju.

Co Stany Zjednoczone miały uzyskać w zamian? Najbardziej chodziło o otwarcie Cieśniny Ormuz, choć przecież przed wojną była już otwarta... No i do tego miała dojść rezygnacja Teheranu z rozwijania programu nuklearnego, żeby Trump zyskał uzasadnienie czemu wpakował kraj w kosztowną zadymę - chronimy świat przed małpami z głowicami i tak dalej... Analitycy mówili już o dyplomatycznym zwycięstwie reżimu szmatogłowych.

Po pierwsze system władzy przetrwał, po drugie obronił się przed gigantycznym wrogiem, po trzecie rozwijać dalej mógł broń balistyczną i finansować sieć bojówek nazywanych Osią Oporu. Same zapisy w kwestii atomowej były zaś dosyć miękkie i ograniczające się do deklaracji. Jak jednak widać gówno z tego wszystkiego wyszło. I tu już mamy analityczną kakofonię. Czy fiasko całego tego szumnie ogłoszonego porozumienia było winą ajatollahów czy kowbojów?

Ponoć całkiem korzystne warunki miały zostać podeptane przez pałających żądzą zemsty islamskich radykałów... W końcu kraj został zrujnowany, przywódcy zabici, a honor i swoisty kult męczeństwa nie pozwalały paktować z Wielkim Szatanem. W dodatku twardogłowi nie chcieli wcale rezygnować z kontroli nad Cieśniną Ormuz, widząc w tym jedyne skuteczne narzędzie szachujące spragniony ropy Zgniły Zachód. Europie wcale nie spodobała się ta awantura w momencie zrywania więzi energetycznych z Rosją...


Komendantura Iranu chciała wyznaczenia korytarza morskiego wzdłuż irańskiego wybrzeża, tymczasem amerykańska marynarka wojenna chciała wyznaczyć alternatywny szlak wzdłuż wybrzeża Omanu. Irańczycy widzieli w tym próbę przejęcia kontroli przez Jankesów nad ich wodami, co nie było im w smak tym bardziej, że po upływie 60 dni mieli zamiar powrócić do pobierania opłat od statków. Irańskie aktywa miały być zaś dalej blokowane przez biurokratyczne uniki.

Nie pomogła też arogancka retoryka Donalda Trumpa, ani ciągła obecność sił amerykańskich w rejonie Zatoki Perskiej odczytywana jako trzymanie pistoletu przy skroni. Poza tym izraelska okupacja Południowego Libanu... Iran zaczął więc coraz bardziej "kąsać" i atakować statki handlowe, co dla narcystycznego prezydenta Stanów Zjednoczonych było wręcz upokorzeniem. Ten niezbyt zrównoważony osobnik musiał znowu pokazać jak wielkim jest twardzielem i rozpętać rozpierduchę.

Scenariusze rozwoju wypadków są tym bardziej nieprzewidywalne o ile zależą od kaprysów niezbyt pragmatycznego oszołoma. Z drugiej strony mamy zaś islamistycznych fanatyków, których ideologia również wymyka się zachodniej konsumpcyjnej logice. Co prawda wielu ludzi w Iranie ma już tej średniowiecznej ortodoksji powyżej uszu i tęskni za materialistyczną dekadencją, ale póki co kontrolę polityczną sprawuje sekciarski reżim. USrael jest zaś tam synonimem zła.

Szczęściem w nieszczęściu okazała się duża elastyczność rynków. Ceny ropy i gazu skoczyły, lecz nie są to jeszcze wartości ekstremalne. Kluczową rolę "niewidzialnej ręki" odegrały tu paskudne Chiny, którym zależy na światowej stabilizacji gospodarczej ponieważ opierają swój rozwój na eksporcie. Chiny dokonały drastycznego ograniczenia importu produktów naftowych, zdejmując z globalnego rynku ogromną presję popytową.


Umożliwiły to ogromne zapasy zgromadzone zawczasu dzięki skupowaniu objętej sankcjami rosyjskiej i irańskiej ropy. Pekin zaczął masowo wykorzystywać swoje rezerwy co pozwoliło zaspokoić potrzeby krajowych rafinerii bez konieczności dodatkowych zakupów. Stabilizacja rynku wewnętrznego była tam możliwa dzięki daleko posuniętej transformacji energetycznej czyli gigantycznej flocie samochodów elektrycznych i inwestycjom w zielone technologie, w czym nasi rodzimi populiści widzą przejawy "ekologicznego szaleństwa".

Tymczasem równolegle z całą tą bliskowschodnią wojenką w podupadłej Rosji wybuchł bezprecedensowy kryzys paliwowy. Jeszcze niedawno ten dziki kraj nazywano "wielką stacją benzynową", a dziś zaczyna brakować tam paliwa... Ukraińskie ataki wyłączyły z użytku niemal każdą dużą rafinerię w zachodniej części Imperium Kacapów. Wskutek tego reglamentowane paliwo do "europejskiej" części państwa trzeba ściągać z odległych zakątków.

W Rosji obowiązuje embargo na eksport benzyny i diesla, co dodatkowo winduje światowe ceny. Zagrożone są nawet tegoroczne żniwa, a Rosja jest przecież wielkim eksporterem pszenicy, co może zachwiać i tym rynkiem. Dobrze tak ruskim skurwysynom, ale nie głodnym dzieciom w Afryce. Tempo żniw spadło trzykrotnie. Koszt transportu ciężarowego z centralnych regionów do portów nadmorskich niebotycznie podrożał.

W wyniku zablokowania szlaku Morzem Azowskim przez siły ukraińskie 25% eksportu ziarna i oleju słonecznikowego poszło się jebać. Z perspektywy naszej racji stanu ta gospodarcza katastrofa wygląda może i dobrze, lecz zagraża bezpieczeństwu żywnościowemu Afryki i Bliskiego Wschodu. Człowiek jeść musi więc zawsze coś wykombinuje. Może charytatywne głupki przyślą coś nierobom. Niemniej ktoś może sobie nie poradzić i wyciągnąć kopyta. Poza tym jak to zwykle bywa biedni będą jeszcze biedniejsi.

Ruscy są tak zdesperowani, że chcieli nawet odkupywać z Indii benzynę wytworzoną z wcześniej eksportowanej tam własnej ropy, na co jednak przebiegli Hindusi nie wyrazili zgody. Swój rynek uszczelnił też Kazachstan. Jedynym stabilnym "dostawcą" pozostaje już tylko Białoruś. Naprawę uszkodzonych instalacji uniemożliwia brak zachodnich komponentów. Deficyt wymusił uproszenie procesów technologicznych i lanie do baków czego popadnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz