Łączna liczba wyświetleń

sobota, 27 marca 2021

MIKROKOSMOS


Pytanie czy pierwsze było jajko czy kura nie ma z dzisiejszego punktu widzenia żadnego sensu. Oczywistym jest, że pierwsze było jajko, bo już gady (od których pochodzą wszystkie ptaki) rozmnażały się w ten sposób. Pytanie o istotę życia dotyczy raczej tego jak zaczęła się ewolucja. Zasadniczymi cechami życia są rozmnażanie i metabolizm - nie można przetrwać bez jednego ani drugiego. Rozmnażać bez metabolizmu potrafią się tylko wirusy, lecz aby się zreplikować potrzebują innych żywych komórek. Z tego względu wydaje się, że pojawiły się dopiero kiedy na Ziemi już istniało życie. Aby utrzymywać stabilność parametrów wewnętrznych, wzrastać i się rozmnażać, trzeba pozyskiwać i przetwarzać energię, czemu właśnie służą wszystkie procesy życiowe - odżywianie się, wydalanie i oddychanie. Lecz zarządzanie metabolizmem wymaga zestawu pewnych instrukcji chemicznych - jak zatem pierwotna komórka weszła w ich posiadanie?

Kwestia wyłonienia się życia z materii nieożywionej wydaje się tak zagadkowa, że skłonni jesteśmy widzieć w tym rękę Boga, co jednak niczego nie wyjaśnia. Bez względu na to, czy z chaotycznych procesów chemicznych (których jak dotąd nie jesteśmy zdolni odtworzyć w laboratoriach), najpierw wyłoniła się informacja genetyczna, czy też było ona skutkiem jakiegoś pierwotnego metabolizmu, wokół pierwotnych molekuł życia wytworzyła się membrana - zalążek błony komórkowej i odtąd mówimy o organizmach prokariotycznych. Prokarionty tym różnią się od późniejszych eukariontów, że nie mają jeszcze wykształconych organelli ("organów" komórki), a ich DNA pływa swobodnie w całej cytoplazmie zamiast koncentrować się w jądrze komórkowym. Najstarsze znane skamieniałości prokariontów datowane są na wiek 3,5 miliarda lat, a więc to prawdopodobnie zbliżony termin samej biogenezy.

Choć z prokariotycznej struktury komórkowej wynikały ograniczenia dla jej ewolucyjnego rozwoju, daje nam ona wgląd w organizację pierwotnego życia, a zatem w jego istotę. Organizacja życia zamykała się wtedy w obrębie przestrzeni wyznaczanej przez membranę. Siłą rzeczy, brak innych "narzędzi" powoduje, że u prokariontów to błona komórkowa nie tylko izoluje integralność organizmu, ale też komunikuje jego wnętrze ze środowiskiem. Błona odpowiada za wymianę materii i informacji, a więc swoistą "percepcję" komórki. Odbiorem sygnałów środowiskowych zajmują się tak zwane białka receptorowe, zdolne do rejestracji nie tylko parametrów chemicznych, ale też energetycznych: świetlnych, akustycznych czy nawet radiowych. Same odbieranie informacji nie byłoby jednak przydatne, gdyby nie można odpowiednio na nie reagować czym z kolei zajmują się białka efektorowe. Powstały w wyniku współpracy białek receptorowych i efektorowych mechanizm bodziec-reakcja (odruch bezwarunkowy) to chyba pierwszy zalążek prymitywnej świadomości.

Dalsza ewolucja była możliwa dzięki przekształceniu się prokariontów w eukarionty, czyli komórki z wykształconymi organellami, w tym z kluczowym jądrem komórkowym i mitochondriami. Dzięki jądrom komórkowym można było zwiększyć objętość informacji genetycznej (nawet tysiąckrotnie) i wytwarzać znacznie więcej białek kierujących ich ekspresją, co umożliwiło szybsze przystosowanie do środowiska i ewolucję. Z kolei mitochondria stały się komórkowymi "elektrowniami" zwiększającymi produkcję energii w komórce, umożliwiając tym samym zwiększenie jej złożoności. Ale następną barierą w rozwoju była wytrzymałość błony komórkowej - specjalizację i związany z nią wzrost hamował rozmiar komórki. Organizm jednokomórkowy musi dokonywać wszystkich funkcji życiowych w ramach jednej komórki, nie może więc zbytnio się komplikować. Na poziomie wielokomórkowym różne zadania można rozdzielać między różne komórki, co jednak wymaga sprawniejszej komunikacji międzykomórkowej - a to już początki systemu nerwowego, mózgu i ludzkiej odysei...  


Niegdyś błona komórkowa odpowiadała za równowagę miedzy wnętrzem organizmu, a środowiskiem. Dziś czyni to mózg, który nota bene jest rodzajem... skóry!!! Tak, tak, ludzki układ nerwowy wykształca się właśnie z tkanki skórnej zarodka, stanowiącej odpowiednik błony komórkowej na wyższym poziomie organizacji. Z kolei skóra razem z narządami zmysłów jest w zasadzie przedłużeniem naszego mózgu, który zbiera informacje przez zewnętrzne receptory, tak by dostrajać do nich odpowiednie reakcje. W tym miejscu zagadka życia splata się z zagadką naszej świadomości, bo do zaistnienia życia już na poziomie komórkowym konieczny wydaje się system percepcji i reakcji. Wysuwanie z tego wniosku, że życie od początku równa się świadomości, która z czasem tylko ewoluowała w bardziej złożone formy, wydawać się może niektórym nadużyciem, a nawet naukowym bluźnierstwem. Tyle że biorąc pod uwagę całą wiedzę o ludzkim mózgu i tak nie wiadomo jak materia staje się świadoma...

Być może zdolność przetwarzania informacji przez materię trzeba oddzielić od świadomości, co zresztą dotyczy także człowieka przetwarzającego większość informacji poza świadomością. Tym niemniej homeostaza organizmu jest owocem dostosowywania reakcji do zebranych danych, a więc przekład bodźców na wewnętrzny "język" jest warunkiem życia. Dlatego też wierzymy w różne brednie, adekwatne do rzeczywistości społecznej i kulturowej w której żyjemy. Pomimo całej swojej autodestrukcyjnej zachłanności wciąż nieudolnie poszukujemy harmonii.   

wtorek, 23 marca 2021

DZIEDZICTWO KOMÓRKOWE


Ściśle mechanistyczna wizja życia czyni z organizmu coś w rodzaju maszyny, której funkcje określa konstrukcja odtwarzająca plan budowy - DNA. Jedynym celem tej maszyny jest w zasadzie ochrona tego planu i jego powielenie. Genetyczne informacje rozprzestrzeniają się w zależności od skuteczności maszyny, więc muszą wydawać jej skuteczne instrukcje. Źle skonstruowana maszyna wykształca złe mechanizmy, a te nie mogą powielić instrukcji i giną bezpowrotnie. Dobre geny determinują przetrwanie w najlepiej przystosowanej do środowiska formie. Tyle że właśnie tutaj ta sprawa się komplikuje. Środowisko może się zmienić i dobre geny mogą nagle okazać się złymi. Zdaniem darwinistów o formach życia przesądza więc ślepy traf, który selekcjonuje błędy kopiowania genetycznego (mutacje) przez zmienne filtry środowiskowe. Osobniki i gatunki gorzej przystosowane do środowiska wymierają.

Choć to Charles Darwin uchodzi za człowieka, który objawił ludzkości tajemnicę jej pochodzenia od małp, robaków i drobnoustrojów, materialistyczną teorię ewolucji stworzył już wcześniej Jean Baptiste de Lamarck. To on jako pierwszy w swojej "Filozofii zoologii" zakwestionował stałość cech gatunkowych i usiłował wyjaśnić przyczyny ich zmian, tyle że inaczej niż zrobił to później Darwin. Według Lamarcka przekształcanie się prostych organizmów w bardziej złożone wynikało z celowych, a nie losowych dostosowań. Cechą materii ożywionej miało być odpowiadanie na zmienne wyzwania środowiskowe przez przekształcanie własnej struktury i następnie przekazywanie takich adaptacyjnych mutacji. Innymi słowy lamarkizm zakładał dziedziczenie cech nabytych, a nie tylko wrodzonych. Choć ani Lamarck, ani Darwin nie mieli jeszcze pojęcia o istnieniu DNA, odkrycie tej biologicznej matrycy wpisało się w teorię ewolucji, a nawet zdawało się ją wyjaśniać. 

Z tego powodu lamarkizm został z czasem odrzucony przez środowisko naukowe, jako że zmiany zachodzące w trakcie życia organizmu zdawały się nie zmieniać przekazywanej informacji genetycznej. Rozwój cywilizacji wyjaśniano na drodze procesów kulturowych, wzmacniających tylko przypadkowe adaptacje. Po raz kolejny wszystko jednak okazało się nie tak oczywiste jak się wydawało, a pod wpływem nowych badań biolodzy musieli zrewidować swoje dotychczasowe paradygmaty. Otóż okazało się, że dziedziczenie cech nie zapisanych sekwencją nukleotydów w genomie jest możliwe. Ekspresja genów nie tylko może być kształtowana przez czynniki zewnętrzne, ale także przekazywana na drodze tak zwanego dziedziczenia epigenetycznego. Dokładne mechanizmy takiego przekazu nie są jeszcze poznane i wymagają dalszych poszukiwań, niemniej czynniki pozagenetyczne kształtują nas już w zarodku. 


Przecież wszystkie komórki naszego ciała mają dokładnie takie same DNA, a różnicują się pod wpływem sygnałów chemicznych, dzięki czemu jesteśmy czymś bardziej złożonym od kolonii komórek. To przeniesienie instrukcji z poziomu komórki na poziom organizmu biologia ewolucyjna określa mianem eksportu dostosowania. W jakimś punkcie tajemniczy przeskok ewolucyjny zintegrował luźno powiązane drobnoustroje w złożony i wyspecjalizowany organizm, które replikuje nie tyle architekturę komórki co organizację systemu. Czynniki środowiskowe mogą indukować zmiany rozwojowe włączając i wyłączając geny, a komórkowa pamieć o tej aktywności może być transmitowana między pokoleniami. Sekwencja genomu nie jest naszym przeznaczeniem, choć może określać szereg kluczowych cech, od koloru oczu po temperament. Jednak identyczne pod względem genetycznym pszczoły mogą różnicować się na robotnice, żołnierzy i królowe, w zależności od tego czy są karmione pyłkiem kwiatowym czy mleczkiem pszczelim. 

Dieta, aktywność fizyczna, używki, stres - wszystkie te czynniki wpływają nie tylko na nasze zdrowie, ale też pakiet informacji biologicznych które przekażemy (lub nie) potomnym organizmom. Co jeszcze bardziej zaskakujące piętno na przyszłych pokoleniach wywierać mogą nawet przebyte przez nas traumy i nie chodzi tu bynajmniej o ich skutki wychowawcze. Na przykład obniżona przed zapłodnieniem samic myszy metylacja genu Olfr151 kojarząca bodziec neutralny (zapach kwiatu wiśni) z bólem, została odziedziczona przez kolejne pokolenia myszy, które reagowały lękiem już na sam ten zapach. W korach mózgowych następnych pokoleń myszy zaszły zmiany anatomiczne w postaci większej liczby receptorów reagujących na zapach kwiatu wiśni!!! Doświadczenia przodków mogą więc zmieniać anatomię i pracę układu nerwowego potomnych. Rozmaite obsesje, lęki i fobie, mogą zatem być skutkami niefortunnych doświadczeń zgromadzonych przez naszych rodziców, dziadów i pradziadów. A to jak żyjemy odciska piętno nie tylko na nas samych.  

niedziela, 7 marca 2021

PĘTLA DEDUKCJI


Ten kto zadaje pytania kontroluje rozmowę. Zwykło się mówić, że tylko winni się tłumaczą, lecz w pewnych sytuacjach społecznych czujemy się do tego zobowiązani. Policjant kontroluje świadka, który czuje się zobowiązany wszystko wytłumaczyć przez sam fakt bycia przesłuchiwanym. Oczywiście przesłuchujący wyłapuje przy okazji wszelkie niespójności w zeznaniach i drąży tak długo, że możemy pogubić się w kłamstwach, albo poczuć się podejrzanymi nawet wbrew prawdzie.

Podczas rozmowy kwalifikacyjnej chcemy wypaść jak najlepiej więc skwapliwie odpowiadamy na zadawane pytania i czasami czujemy się jak przepytywani uczniowie. W końcu to w szkole zadawano nam najwięcej pytań, a nauczyciel wydawał się posiadać wiedzę tajemną, choć w gruncie rzeczy zaprogramowaną przez ministerstwo. Nawet najbardziej wyszczekany polityk podczas wywiadu może zostać ośmieszony, jeśli nie potrafi wybrnąć z zaskakujących pytań reportera.

We wszystkich tych przypadkach możemy ratować się tak zwanym laniem wody, możemy też nabrać wody w usta. Tak czy siak łatwiej jest pytać niż odpowiadać. Łatwiej zauważyć i wskazać nieścisłość w cudzym rozumowaniu niż własnym. Psychologowi łatwiej jest być autorytetem wobec swojego klienta, niż wobec swoich bliskich. Kapłanowi łatwiej jest zajmować sumieniem wiernych niż swoim. Prawicy łatwiej jest wspominać zbrodnie komunistyczne niż dzieje pedofilii kościelnej, a lewicy odwrotnie. 

Opozycjoniści wszelkiej maści dostrzegają  przede wszystkim problemy społeczne, a rządzący rosnące wskaźniki gospodarcze. W momencie awansu czy degradacji zmiany percepcji mogą następować wręcz błyskawicznie. Ubóstwiany do niedawna człowiek może z dnia na dzień stać się w naszych oczach kanalią ponieważ nas odtrącił. Wspomnienia możemy dobierać tak, żeby komponować z nich ponurą lub pogodną historię. Jeśli fakty mówią same za siebie, tym ważniejszy jest dobór faktów. W życiu niestety wszystko wiąże się ze wszystkim w wielki supeł przyczynowo-skutkowy, z którego usiłujemy wypreparować schludne łańcuchy.   

niedziela, 28 lutego 2021

PRAWDA POTENCJALNA


Co robi w wolnym czasie Amerykanin, Europejczyk czy Polak? Flirtuje? Spotyka się ze znajomymi? Uprawia sport? Niekoniecznie... Najczęściej ogląda telewizję lub przegląda internet, może też grać w gry komputerowe, albo - rzadziej - czytać powieści. W każdym bądź razie przeciętny człowiek Zachodu większość wolnego czasu przeznacza na poznawanie fikcji, a nie rzeczywistości. Chociaż seks jest w tej skoncentrowanej na przyjemnościach kulturze uznawany za niesłychanie ważny, uprawiamy go średnio cztery minuty dziennie, podczas gdy na telewizję, internet, gry i książki, przeznaczamy aż cztery godziny. Wydawać by się mogło paradoksem, że kiedy tylko mamy możliwość oddajemy się fantazjom, wzmacnianym przez obrazy i dźwięki (albo opisy nierzeczywistości). Ale to właśnie w fantazji tkwi siła naszego gatunku.

Nasi czworonożni ulubieńcy pozbawieni są tej zdolności więc w wolnym czasie - o ile chwilowo nie zajmują się zabawą - zajmują się niczym. Pies czy kot może wylegiwać się godzinami, nie odczuwając przy tym znudzenia. Z człowiekiem jest inaczej - bezczynność uruchamia w mózgu tryb domyślny zwany siecią wzbudzeń podstawowych. Sieć jest tym aktywniejsza im mniej aktywni jesteśmy - może się uruchamiać też w trakcie prostych rutynowych czynności nie wymagających koncentracji. To dlatego kiedy nie robimy nic (lub niezbyt skupiamy się na bodźcach zewnętrznych) nasze myśli zaczynają błądzić - analizujemy przeszłość, zestawiamy informacje, planujemy, marzymy... Wyobraźnia jest jednym z kluczowych mechanizmów umożliwiających ukierunkowany rozwój i złożone relacje społeczne. 


Ponieważ wyobraźnia jest tak ważna ewolucja powiązała fantazjowanie z odczuwaniem przyjemności. Z czasem (podobnie jak to było z seksem, jedzeniem i zdobywaniem zasobów) rozkosze wyobraźni stały się dla nas celem samym w sobie. No może nie do końca, ale tak to przynajmniej działa na poziomie mentalnym. Niekontrolowane błądzenie myśli może co prawda zaburzać obecność "tu i teraz" (przypominając o porażkach i przywołując niespełnione pragnienia), ale dzięki swego rodzaju torowaniu - właśnie przez fikcyjne fabuły - pozwala w sposób przyjemny oderwać się od szarej rzeczywistości. Nasza wrażliwość na piękno jest uderzająco osobista - gdy nasze zmysły rejestrują coś estetycznie pobudzającego skomplikowana sieć interakcji różnych regionów mózgu wywołuje świadome doznania estetyczne. Sztuka dotyka głębi naszego wnętrza, naszych wspomnień, emocji i marzeń, naszego "ja".    

Pasjonujące nas opowieści dotyczą przede wszystkim relacji międzyludzkich, rodzinnych czy damsko-męskich, rywalizacji i walki z przeciwnościami. Na ekranie interesuje nas przede wszystkim to co osobiście uważamy za ważne. Wysoka czy niska, sztuka polega na symulacji prawdziwych dylematów, przygotowując nas przez cały czas do decyzji które musimy podejmować. Przy okazji w sposób bezpieczny przenosi nas w świat zbrodni czy wojny, jak również ryzykownych lub intensywnych przyjemności niedostępnych w prawdziwym życiu. Wzruszając kształtuje naszą moralność, a śmiesząc pozytywnie nastraja. To dlatego już przy prehistorycznym ognisku snuliśmy co wieczór gawędy. Zmieniliśmy świat ponieważ umieliśmy sobie to wyobrazić.     

czwartek, 25 lutego 2021

SUGESTIA ESTETYCZNA

Naziści, jako genetyczni nadludzie, uważali się za najbardziej wyrafinowanych humanistów. Z tego względu cenili sobie nie tylko złoto, ale też dzieła sztuki. Nieludzcy humaniści grabili więc całą Europę z jej artystycznych osiągnięć, a kiedy byli łaskawsi mogli nawet wchodzić w ich posiadanie przy użyciu bardziej cywilizowanych metod, takich jak handel czy wymiana. Do największych wojennych kolekcjonerów sztuki należał sam Hermann Goering, jedna z czołowych postaci brunatnego reżimu. Powojenne rozliczenia dosięgnęły też dostawców jego estetycznych wrażeń. Holender Han van Meegeren oskarżony w trakcie powojennych rozliczeń o sprzedaż dóbr kultury narodowej wrogowi, bronił się twierdząc, że sam stworzył obrazy które sprzedał snobistycznemu naziście. 

Sęk w tym, że były to rzekomo dzieła siedemnastowiecznego mistrza Johannesa Vermeera, w tym jeden z najsłynniejszych obrazów w Holandii "Uczniowie z Emaus"... Trudno było w to uwierzyć zwłaszcza krytykom, którzy jeszcze niedawno piali z zachwytu nad cudownie odnalezionym nieznanym dziełem wielkiego malarza. Aby udowodnić prawdomówność fałszerz zgodził się stworzyć kolejne dzieło w vermeerowskiej estetyce, do czego potrzebował jedynie alkoholu i morfiny (tylko upojony potrafił malować). W ciągu sześciu tygodni spod jego pędzla wyszedł "Chrystus w świątyni", który nie został niestety doceniony przez znawców sztuki. Następnie analiza chemiczna potwierdziła fałszerstwo. Skompromitowani eksperci przestali zachwycać się obrazami Meegerena, odkąd poznali ich prawdziwego autora.


Obrazy pozostawały tymi samymi obrazami, a jednak (choć nie były kopiami tylko autorskimi wariacjami w stylu mistrza) traciły swoją wartość historyczną. Podobnie moglibyśmy się zachwycać prehistorycznymi malunkami naskalnymi, dopóki nie dowiedzielibyśmy się, że zostały stworzone wczoraj - wtedy jawiły by się już jako prymitywne bazgroły. To zresztą jeden z najczęstszych zarzutów wobec awangardowych i abstrakcyjnych dzieł plastycznych: dyskusyjna estetyka i skromny artystyczny warsztat stawiają pod znakiem zapytania talenty wielu twórców, ale potwierdza je uznanie w kręgach estetycznych koneserów i nadskakujących im snobów, a także rynkowa wartość niezrozumiałej dla niewyrobionego odbiorcy sztuki. To jedno z najtwardszych praw psychologii - nasze oczekiwania wpływają na percepcję, zarówno w sztuce, w kuchni, jak i w sypialni. 

Światowej sławy skrzypek Joshua Bell, ubrany w dżinsy i bejsbolówkę, grając na skrzypach Stradivariusa wartych trzy miliony dolarów, zebrał do rozłożonego na stacji metra futerału jedynie 32,17 dolarów, a najwytrwalszy słuchacz zatrzymał się przy nim na sześć minut. Nikt nie klaskał. Tymczasem za jego przydługie występy w filharmonii bogaci ludzie są gotowi słono płacić... Nie jesteśmy w stanie odróżnić doznać zmysłowych płynących z konsumpcji wina ekskluzywnego i stołowego, a nawet czerwonego i białego. Nie odróżniamy kranówki od drogiej butelkowanej wody. W ślepych próbach smaku wybieramy pepsi, choć to coca-cola sprzedaje się lepiej... Osoby uznawane za wybitne wydają nam się bardziej inteligentne, błyskotliwe, utalentowane czy nawet seksowne, ale nie wtedy gdy przebiorą się za jednego z nas. Piękno jest w oczach patrzącego. A oczy widzą to co się eksponuje.          

sobota, 20 lutego 2021

AMERICAN DREAM

Jeszcze do niedawna powszechnie zakładano, że człowiek (homo sapiens) pojawił się w Amerykach zaledwie 12 tysięcy lat temu, dokąd miał się przedostać przez Beringię, czyli most lodowy łączący Syberię z terenami dzisiejszej Alaski i Kanady. Przodkowie Indian mieli przywędrować przez pas zlodowaceń w poszukiwaniu żywności i nowych terenów do zasiedlenia. Dowody archeologiczne którymi dzisiaj dysponujemy wskazują jednak na znacznie dłuższą chronologię pobytu człowieka w tak zwanym Nowym Świecie.

Jak to  zwykle bywa informacje te z trudem przebijają się do historycznej świadomości, ponieważ burzą dotychczasowy porządek wiedzy. Najstarsze ślady obecności ludzi znaleziono wszak nie w Północnej, ale w Południowej Ameryce. Nawet 15 tysięcy lat temu mieszkańcy Południowego Chile (Monte Verde) budowali proste chaty i wykonywali dwuwypukłe ostrza.

W parku Serra de Capivara na terenie dzisiejszej Brazylii już w latach sześćdziesiątych odkryto prehistoryczną sztukę naskalną, aczkolwiek do jej gruntownego przebadania doszło z pewnym ociąganiem. Dopiero w 1979 miejsce to objęto ochroną prawną, a w 1991 wpisano na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Datowania z użyciem najnowocześniejszych obecnie technik potwierdzają ludzką obecność w tym rejonie już nawet 26 tysięcy lat temu, a w dodatku - zdaniem antropologa Waltera Nevesa - przebadany materiał kostny wskazuje raczej na australijskie czy nawet afrykańskie, a nie azjatyckie pochodzenie biologiczne tej kultury.


Najprawdopodobniej do Ameryki przybywały więc różne populacje, różnorodne pod względem antropologicznym i lingwistycznym. Co najbardziej zaskakujące - o ile nie nadciągały z północy - musiały przedostawać się tu drogą morską. Zresztą nawet na północy znaleziono ślady migracji poprzedzającej syberyjską wędrówkę.

Na terenie Idaho i Teksasu znaleziono ślady osadnictwa o 2,5 tysiąca lat starszego od (uznawanej za pionierską w Ameryce) kultury Clovis. Spekuluje się, że nasi pradawni bliźni mogli tu dotrzeć z wysp północno-wschodniego Pacyfiku - Hokkaido, Kuryli czy Sachalinu. Najstarsze znalezione domostwo wzniesione na Alasce też nie przynależało do kultury Clovis, a bliźniaczo podobną chatę odkryto na Kamczatce. Ślady narzędzi na kościach mastodontów świadczyć mogą wręcz, że już 130 tysięcy lat temu Ziemię odkrytą przez Kolumba zamieszkiwali neandertalczycy lub denisowianie, podczas gdy homo sapiens siedział jeszcze spokojnie w Afryce!!!  

poniedziałek, 8 lutego 2021

EUROLETARG

Niegdyś Europa była zbyt biedna, żeby Indie czy Chiny szukały z nią kontaktów handlowych. Pośredniczyli w nich Arabowie. To my szukaliśmy - złota, srebra, przypraw, jedwabiu czy porcelany. Szukając dokonaliśmy wielkich odkryć geograficznych, a następnie podbojów i kolonizacji. Dzięki zamorskim bogactwom i niewolnictwu sfinansowaliśmy rozwój nowoczesnego kapitalizmu i rewolucję przemysłową. Odtąd luksusowe towary, takie jak cukier, kawa, herbata czy kakao, stały się czymś powszednim jak chleb. Społeczeństwo ochoczo pogrążyło się w konsumpcjonizmie, a kapitał napędzał rodzimą produkcję i stymulował technologię.

 

Nawet po upadku systemu kolonialnego kraje rozwijające się były uzależnione od naszego dobrobytu - mając do zaoferowania jedynie przysłowiowe banany, liczyć musiały na jak największą konsumpcję w krajach uprzemysłowionych. Drugim dobrem które mogło ewentualnie zainteresować krezusów z północy była tania siła robocza, zaprzęgnięta do produkcji tandetnej odzieży czy zabawek. Rozpoczęło to proces stopniowego przekazywania technologii do krajów takich jak Chiny czy Indie, które teraz właśnie rozpaczliwie szukały kontaktów handlowych z niegdyś pogardzaną Europą i jej Wielkim Amerykańskim Bratem.


Początkowo dawało nam to tańsze towary, a więc zwiększało naszą stopę życiową, z czasem okazało się jednak, że Zachód za własne pieniądze sfinansował rewolucję technologiczną w Kraju Środka, który zaczyna przejawiać coraz bardziej imperialne ambicje... Niestety jest to już proces nieodwracalny - ewentualny kryzys w Chinach będzie dla światowej gospodarki katastrofalny. Choć z zazdrością patrzymy na chińską modernizację, to chyba po ludzku dobrze, iż w państwie niemal trzykrotnie ludniejszym od całej Unii Europejskiej, ludzie mogą wreszcie najadać się do syta i oddawać rozrywkom.

Nie obawiamy się już komunizmu tylko chińskiego kapitalizmu, który może być zbyt konkurencyjny dla zadufanych w sobie niemieckich, francuskich czy brytyjskich spekulantów. Dla Polski może być to w dłuższej perspektywie paradoksalnie dobry znak - tak jak Chiny były swego czasu światową montownią, tak my stajemy się fabryką Europy. Owszem, dzięki innowacjom (a także szpiegostwu przemysłowemu) nasi żółci bracia wchodzą już na wyższy poziom, ale ich historia pokazuje, że kluczowe było gromadzenie kapitału nawet kosztem pracy za śmieciowe pieniądze. A lenistwo Europejczyków, wysługujących się pracą zagranicznej biedoty i imigrantów, na dłuższą metę może być zabójcze, kiedy już staną się tylko konsumentami, a Europa rynkiem zbytu.