Filozof i socjolog profesor Piotr Gliński był swego czasu kandydatem PiSu na premiera rządu "ponadpartyjnego", eksperckiego, technicznego i tak dalej. To że wyciągnięto go jak królika z kapelusza to w praktyce Kaczyńskiego nic nowego - prezydenci i premierzy to często jego "odkrycia", a w zasadzie nominaci przyklepani przez lud.
Niemniej sam pomysł powołania rządu "zgody narodowej" wydaje się tak absurdalnie naiwny, że aż cyniczny. Nie jest bowiem możliwe ustalenie kto jest ekspertem - nie ma już autorytetów, fachowców i specjalistów, są tylko "prawi" i "lewi". Najlepszy jest zawsze nasz ekspert, nawet jeśli jest to złodziej, dyletant czy regularny pojeb.
Jak widzimy dzisiaj dotyczy to nie tylko ministrów, ale też sędziów, prokuratorów, szefów policji, generałów, urzędników, dziennikarzy, naukowców, artystów, kombatantów, etyków, duchownych a nawet chuliganów. Nasz człowiek jest zawsze mądrzejszy, niewinny i święty, bo gramy do jednej bramki. Chyba że "zmieni poglądy", co w polityce nie jest znowu takie rzadkie.
Wtedy "zawodowiec" stanie się z dnia na dzień "szkodnikiem". Pomysł że Tusk odda władzę utytułowanemu koniowi trojańskiemu uprawiającemu akademickie pierdzenie był więc zupełnie niedorzeczny. Czas zresztą pokazał jak "bezstronny" i "niezależny" Gliński stał się fanatycznym funkcjonariuszem PiSu.
Zakończenie wojny polsko-polskiej to zupełna mrzonka, choć kilkanaście lat temu być może ktoś mógł w to jeszcze wierzyć. W tym czasie stosowano taktykę centrystycznego kamuflażu, dzisiaj raczej trzeba ścigać się w radykalizmie... Gliński miał być więc wilkiem w owczej skórze, czy może raczej marionetką Kaczora, bo Nawrockim to z pewnością nie jest.
Duda czy Morawiecki to zresztą doskonałe przykłady działania tej metody. "Merytoryczni Europejczycy" stopniowo ujawniali coraz bardziej antyzachodnie i ultrakonserwatywne oblicze, zadłużali kraj i okradali go z czego popadnie. Mamy dzisiaj zupełnie inny dyskurs, dziurę budżetową i ustrojowy chaos, choć gospodarczo rozwijaliśmy się raczej dobrze.
Już za obecnych rządów Tuska staliśmy się ponoć dwudziestą gospodarką świata... Kwestią dosyć sporną jest kto do tego doprowadził, bo wskaźniki rosły od lat. To stan względnej prosperity umożliwiał zresztą grabież majątku narodowego na niewyobrażalną skalę. Także nasz jakże kulturalny i merytoryczny profesorek firmował grube wały.
W czasach słusznie minionych Piotr Gliński przez osiem lat zarządzał resortem kultury i dziedzictwa narodowego. Przyznał 219 milionów złotych fundacji pana Rydzyka na budowę gigantycznego muzeum na działce należącej do tego biznesmena - jeśli zaś państwo wycofa się z projektu Rydzyk może przejąć molocha na własność.
Polska musi więc płacić prywatnej fundacji na funkcjonowanie tego megalomańskiego kompleksu, a przy okazji utrzymywać armię zatrudnionych tam pasożytów... Inaczej straci wszystko. Jakże to patriotyczne. Od lat słychać utyskiwania, że w kulturze brakuje pieniędzy, lecz nikt nie jest tak kreatywny jak Tadeusz Rydzyk. Facet sam zgarnął więcej szmalu niż ministerstwo kultury przeznacza na wparcie wszystkich zabytkowych kościołów....
Nieciekawie działo się też w Państwowym Instytucie Sztuki Filmowej. Za czasów Glińskiego prezes Radosław Śmigulski wydawał publiczne pieniądze z karty służbowej na prywatne zachcianki, wizyty w ekskluzywnych restauracjach, nocnych klubach czy wręcz agencjach towarzyskich. To takie "ośmiorniczki" do kwadratu, tyle że bez podsłuchu, za to z tańczącymi gołymi dupami.
Mecenas polskiej kinematografii wydał z tejże karty łącznie 1,9 miliona złotych w ciągu nieco ponad dwóch lat... Poza tym wykryto wielomilionowe nieprawidłowości w zarządzaniu dotacjami i rozliczaniu środków. Nie ma to jak życie artystyczne! Wielki "ekspert" Gliński pieprzy teraz o niszczeniu kultury, choć jaka to kultura jest każdy widzi.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz