Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 29 grudnia 2025

KRZYWY RYJ

 
W filmie Szumowskiej "Twarz" główny bohater - prowincjonalny chłopak marzący o lepszym życiu - traci tytułową facjatę w wypadku przy pracy na budowie. Twarz zostaje zrekonstruowana operacyjnie, dzięki jakiejś innowacyjnej metodzie transplantacji, co zresztą wzbudza chwilowe zainteresowanie mediów. Niestety potem nieszczęśnik zostaje zostawiony samemu sobie.

Państwo nie refunduje mu rehabilitacji ani leków. Ale pieniądze to najmniejszy problem. Bo twarz, choć zrekonstruowana wygląda dosyć paskudnie. W dodatku na skutek uszkodzenia aparatu gębowego nasz Jacek (bo tak się zowie ta szkarada) zaczyna mówić dosyć niewyraźnie, co utrudnia komunikację. Jednym słowem wygląda chujowo i ciężko go zrozumieć.

 No ale przecież dziewczyna czy przyjaciele muszą pamiętać jakim zajebistym jest kolesiem. A jednak staje się więźniem swojego potwornego wizerunku. Piękna nie jest w stanie już kochać bestii, bo co to za facet który wygląda jak mutant z horroru i bełkocze jak niedorozwinięty. Nawet rodzina zaczyna w nim widzieć jakiegoś uciążliwego inwalidę. Wspomaga go co prawda siostra, lecz niegdyś wesołe życie staje się koszmarem.

Nie otrzymuje renty ponieważ jest zdolny do pracy i tak dalej. Wsiowe dzieciaki nazywają go pieszczotliwie "Ryjem". Jednym słowem kaszana. Dochodzi do groteskowych scen - ksiądz odprawia egzorcyzmy uznając "potwora" za opętanego. Ostatecznie Jacek wsiada do autobusu i opuszcza rodzinną wieś, żeby odciąć się od wspomnień i... zacząć od nowa? W każdym bądź razie utrata twarzy staje się w klaustrofobicznej dziurze wyrokiem pogardy.


Utrzymany w konwencji czarnego humoru film można odczytywać jako szyderstwo z zaściankowej obłudy. Co bardziej zideologizowani krytycy widzą w nim "plucie Polakom w twarz", złośliwą karykaturę prowincji czy wręcz wyrzyganie własnych klasowych uprzedzeń. Dla mnie był to po prostu film o naturze ludzkiej, odrzucającej to co brzydkie i obciachowe. Co byś nie robił kiedy staniesz się "gorszy" będziesz traktowany stosownie do zepsutego wizerunku.

Bo "twarz" ważniejsza jest nawet od ciała. Gombrowicz nazywał to "gębą" - może w trochę innym znaczeniu, lecz czasem gęba sama się modyfikuje, a wtedy zmianie ulega też cały świat. Nie zadajesz się z kimś gorszym, żeby nie zepsuć sobie samemu wizerunku. I nie chodzi tu wnętrze, które zresztą staje się kalekie, kiedy widzi własną twarz w społecznym lustrze. Lecz może ta brzydota jest odbiciem nas samych...

Naszych kompleksów i lęku przed byciem innym, obcym, gorszym, wykluczonym... Bo dobrze jest wiedzieć, że ktoś jest gorszy. Nie tylko korzystnie jest się z nim się porównać, ale można też przypisać mu wszystkie paskudztwa świata. W zaklętym kręgu przysłowiowej "wiochy" nie ma ucieczki od wyznaczonej przez społeczną percepcję roli. Lecz czy można gdziekolwiek uciec od ostatecznie zdeformowanej gęby?

piątek, 19 grudnia 2025

MERRY XMAS

 
Na Święta Bożego Narodzenia życzę wszystkim żeby przemówili ludzkim głosem, chociaż może być z tym problem... Pomijam już polityków - zwłaszcza tych z komisji kultury - bo dla nich nawet życzenia mogą być zwykłym manifestem. Z pewnością Tusk, Nawrocki, Kaczor a nawet Braun nagrają nam jakieś ckliwe farmazony, ale to będzie tylko rytuał. Przemówi biskup i celebryta.

Nie sądzę też, aby na Ukrainę przestały spadać bomby, ani aby świat miał się stać na chwilę lepszy. Po prostu medialny przekaz, wystrój ulic i domów, a także suto zastawione stoły przeniosą nas do krainy gdzie możemy na chwilę zapomnieć o nędznej prozie życie. Będzie temu jednak towarzyszył Jezus malusieńki, aniołki, pasterze, święty Mikołaj, Śnieżynka, elfy, renifery, choinki i światełka.

A zatem może to być trochę irytujące... Nie wiadomo nawet czy będzie choć trochę śniegu, ale będziemy udawać, że cały czas pada - zasypie nas we wszystkich filmach, a Kevin znowu będzie sam w domu. Do tego barszcz albo grzybowa, pierogi i karp, makowiec, piernik i pomarańcze. Tyle właśnie trzeba żeby wytworzyć ten magiczny nastrój. Rodzinka się spotka żeby odnowić pradawne więzy.

Otworzymy jakąś butelkę, zapewne nawet niejedną... Dzieciaki będą dokazywać, żeby pokazać nam na czym polega życie. My zaś porozmawiamy o poważnych sprawach: pracy, pieniądzach, gospodarce i tak dalej. Tyle że z jakimś takim świątecznym dystansem, jakby wszystko to przez chwilę było tylko nieistotną koniecznością. Na pewno zostanie kupa jedzenia, które będziemy musieli zamrozić lub wyrzucić.

Czy połamiemy się opłatkiem z kimś wrednym? Czy przebaczymy komuś choć na sekundę? Czy wzniesiemy się ponad samych siebie? O co tak naprawdę chodzi w tym wszystkim? Może po prostu o to by przypomnieć sobie stare wzniosłe słowa. To banalny truizm, ale istotą tych dni jest kontakt z bliskimi, czy też nieco szersze poczucie wspólnoty i życzliwości. Bajki i mity to tylko stare opowieści, ale po co wymyślać nowe? Wesołych Świąt!!!

wtorek, 16 grudnia 2025

GASLIGHTING

 
Kiedy testuje się nowe leki zawsze trzeba uwzględnić efekt placebo. To znaczy część badanych dostaje fałszywy lek, żeby sprawdzić czy ten "prawdziwy" będzie miał wyraźniejsze działanie. Sama bowiem świadomość że oto jesteśmy "leczeni" wystarcza żeby organizm lepiej radził sobie z chorobą.

Stoi za tym ogromna siła autosugestii. Wiara sprawia, że zyskujemy siły. Zapewne było to jedną z podstaw na wpół magicznych praktyk leżących u początków medycyny. Szaman odprawiał rytuał, a chory wierzył, że wszystko będzie dobrze. Stąd też odczuwana przez niektórych moc modlitwy.

W życiu kluczowe jest nastawienie - optymizm to pół sukcesu. Ta banalna prawda to podstawa coachingu, rozwoju osobistego, pozytywnego myślenia i tym podobnych "odkrywczych" opakowań życiowej mądrości. Możesz brać szkolenia i czytać poradniki żeby się tego dowiedzieć, ale dobry mentor zawsze jest iluzjonistą.

Karmi cię zwykłymi frazesami. Podobnie jest z psychologiem, choć w określonych okolicznościach możesz potrzebować jego pomocy. Kiedy wpadniesz w zbyt głęboki dół pieprzenie o pozytywnym myśleniu może być irytujące. Psycholog może za to pokazać ci jak zmieniać wzorce negatywnego myślenia.


Ale najważniejsze że będziesz wierzył, że jesteś leczony. Już ten sam fakt sprawi, że poczujesz się lepiej. Psychologia to w dużej mierze takie placebo, serwowane gdy tracimy wiarę w swoje możliwości. Dzisiaj z usług psychologów korzysta na przykład coraz więcej sportowców - nie wystarczy trening i dieta, trzeba jeszcze pokonywać swoje wewnętrzne bariery.

Przeciwieństwem placebo jest nocebo. Jeśli wierzysz, że coś ci szkodzi to będziesz odczuwać negatywne objawy. Negatywne oczekiwania sprawiają, że żyje nam się gorzej. Percepcja jest wtedy nastrojona na przechwytywanie zupełnie innych bodźców, inaczej je interpretuje, a niekiedy sama sobie dopowiada resztę scenariusza.

Wpływa to na nasze zachowanie i na postrzeganie innych ludzi. Dobrym przykładem są tu uprzedzenia. Negatywne przekonania o jakimś człowieku sprawiają, że podświadomie mu je sygnalizujemy, a wtedy on reaguje zniechęceniem. Brak wiary w potencjał drugiego człowieka często czyni go życiowym autsajderem.

Lecz zdarza się, że ktoś pomaga nam odzyskać wiarę, poprzez zwykłą życzliwość, przyjaźń czy miłość... To taka "aktywna psychologia" - zaczynasz wierzyć w siebie i rozumiesz, że szufladka w której cię więziono to tylko złudzenie kretynów i idiotów. Nie oczekuj zbyt wiele, ale nie wierz nigdy tym którzy cię nie znają.

sobota, 13 grudnia 2025

DOPAMINOWE SAFARI

 
Odkąd przeprowadzono słynny eksperyment na szczurach wszczepiając im (przypadkowo zresztą) elektrody w tak zwany ośrodek nagrody, uwalnianą w nim przez stymulację elektryczną dopaminę okrzyknięto  hormonem przyjemności. Szczury gotowe były zrezygnować ze seksu, jedzenia, snu i tak dalej, byle tylko naciskać dźwignię uruchamiającą stymulację.

Wydedukowano więc, że szczury z uruchomionym ośrodkiem nagrody muszą odczuwać boską rozkosz... Choć dzisiaj eksperymenty takie uznawane są za nieetyczne w połowie XX wieku psychiatra i neurolog Robert Heath sprawdził co się stanie z ludźmi w analogicznej sytuacji. Wszczepił im więc elektrody w ten kluczowy dla naszego zachowania moduł, a ludzie zachowywali się podobnie jak szczury.

Zaniedbywali wszystko włącznie z higieną osobistą, byle tylko pieścić mózg stymulatorem... Pewna kobieta miała nawet problemy z palcem, gdyż zbyt intensywnie naciskała przycisk tego zniewalającego "aparatu". Jeśli chciałeś pacjentom odebrać zabawkę błagali o jej zwrot na kolanach. Jednym słowem popadali w obsesję. Czy brzmi to jak przyjemność, czy może raczej uzależnienie?

A może uzależniamy się od przyjemności? Pomijając fakt, że w mózgu występują różne ścieżki wydzielania dopaminy (wiąże się ona choćby z kontrolą ruchu) jej rola w ośrodku nagrody nie musi sprowadzać się do powodowania euforii. Coraz więcej badaczy kwestionuje takie hedonistyczne wyjaśnienie - chodzi raczej o pragnienie, motywację osiągnięcia celu i uczenie się skuteczności poprzez nagrody.


Pierwotne struktury mózgu zapewniające nam przetrwanie można "zhakować" - nie trzeba od razu wszczepiać sobie elektrod, wystarczy na przykład amfetamina, kokaina czy mefedron. To narkotyki z grupy stymulantów zapewniające szczególnie obfite dopaminowe "kopy". Niemniej na przewodnictwo dopaminy wpływają też heroina, marihuana czy alkohol, pomimo że oddziałują także na inne specyficzne układy (odpowiednio opioidowy, kannabinoidowy czy GABA-A).

Oczywiście nasz układa nagrody może szczególnie silnie reagować na określone czynności co skutkuje określonymi preferencjami czy wręcz zachowaniem kompulsywnym (zakupoholizm, pracoholizm, seksoholizm, hazard i tak dalej). W pętli dopaminowej zamykają nas ostatnio smartfony... Paradoksem uzależnienia jest jednak to, że nie możemy przestać nawet gdy przyjemność się zmniejsza, a nawet zanika. I tak chcemy więcej.

Z czego wynika takie nienasycenie? W przypadku substancji psychoaktywnych mózg wraca do homeostazy zmniejszając wydzielanie dopaminy i występuje tak zwana tolerancja. W kwestiach behawioralnych mamy zaś do czynienia z predykcją nagrody - mózg przewiduje nagrody aby doskonalić przewidywane zachowania. Błędy w przewidywaniu aktualizują strategię i kalibrują percepcję. Wyrzut dopaminy jest impulsem skłaniającym do powtarzania i utrwalania danego zachowania.


Ale powtarzana przyjemność staje się coraz mniejsza... Wynika to z mechanizmu predykcji - mózg zaprogramowany jest na poszukiwanie "nowości" więc największy wyrzut dopaminy powoduje rozbieżność pomiędzy spodziewaną a otrzymaną nagrodą - możemy nazwać to niespodzianką. Mamy tu do czynienia z adaptacją hedonistyczną - powtarzanie czynności zmniejsza aktywność układu nagrody, a mózg zaczyna "gonić za przyjemnością".

I tak z grubsza wyjaśnić możemy "jednokierunkowość" naszej życiowej drogi. Wytresowany układ nagrody wiedzie nas do ponawiania stymulacji... Nie musi to być destrukcyjne - system nagrody jest nie tylko motorem uzależnień ale również pasji. W zasadzie pasja jest rodzajem "konstruktywnego uzależnienia" czy raczej "dobrym nawykiem".  Wracamy do działań które sprawiają nam radość, choć zawsze staramy się odnajdywać w nich coś nowego.

Pozytywne skojarzenia związane z daną aktywnością odpalają określone "automatyczne" ścieżki neuronalne. W dzisiejszych czasach często wpadamy w "pułapkę nadmiaru" i ulegamy pokusie łatwej gratyfikacji poprzez coraz to nowe i efemeryczne bodźce. Lecz dopamina umożliwia też świadome zarządzanie nagrodą - inną funkcją dopaminy jest hamowanie impulsów przez korę przedczołową.

Wtedy właśnie motywuje nas do trudnych zadań, utrzymywania koncentracji i dostrzegania mniej oczywistych możliwości. Jesteśmy w stanie znosić dyskomfort żeby tylko osiągnąć nagrodę, na przykład trenować do bólu czy rozwijać pasje wbrew kretynom pukających się w czoło... To jest już jednak "wyższa szkoła jazdy".

piątek, 12 grudnia 2025

CZŁOWIEK Z TABLETU


Filozof i socjolog profesor Piotr Gliński był swego czasu kandydatem PiSu na premiera rządu "ponadpartyjnego", eksperckiego, technicznego i tak dalej. To że wyciągnięto go jak królika z kapelusza to w praktyce Kaczyńskiego nic nowego - prezydenci i premierzy to często jego "odkrycia", a w zasadzie nominaci przyklepani przez lud.

Niemniej sam pomysł powołania rządu "zgody narodowej" wydaje się tak absurdalnie naiwny, że aż cyniczny. Nie jest bowiem możliwe ustalenie kto jest ekspertem - nie ma już autorytetów, fachowców i specjalistów, są tylko "prawi" i "lewi". Najlepszy jest zawsze nasz ekspert, nawet jeśli jest to złodziej, dyletant czy regularny pojeb.

Jak widzimy dzisiaj dotyczy to nie tylko ministrów, ale też sędziów, prokuratorów, szefów policji, generałów, urzędników, dziennikarzy, naukowców, artystów, kombatantów, etyków, duchownych a nawet chuliganów. Nasz człowiek jest zawsze mądrzejszy, niewinny i święty, bo gramy do jednej bramki. Chyba że "zmieni poglądy", co w polityce nie jest znowu takie rzadkie.

Wtedy "zawodowiec" stanie się z dnia na dzień "szkodnikiem". Pomysł że Tusk odda władzę utytułowanemu koniowi trojańskiemu uprawiającemu akademickie pierdzenie był więc zupełnie niedorzeczny. Czas zresztą pokazał jak "bezstronny" i "niezależny" Gliński stał się fanatycznym funkcjonariuszem PiSu.

Zakończenie wojny polsko-polskiej to zupełna mrzonka, choć kilkanaście lat temu być może ktoś mógł w to jeszcze wierzyć. W tym czasie stosowano taktykę centrystycznego kamuflażu, dzisiaj raczej trzeba ścigać się w radykalizmie... Gliński miał być więc wilkiem w owczej skórze, czy może raczej marionetką Kaczora, bo Nawrockim to z pewnością nie jest.

Duda czy Morawiecki to zresztą doskonałe przykłady działania tej metody. "Merytoryczni Europejczycy" stopniowo ujawniali coraz bardziej antyzachodnie i ultrakonserwatywne oblicze, zadłużali kraj i okradali go z czego popadnie. Mamy dzisiaj zupełnie inny dyskurs, dziurę budżetową i ustrojowy chaos, choć gospodarczo rozwijaliśmy się raczej dobrze.

Już za obecnych rządów Tuska staliśmy się ponoć dwudziestą gospodarką świata... Kwestią dosyć sporną jest kto do tego doprowadził, bo wskaźniki rosły od lat. To stan względnej prosperity umożliwiał zresztą grabież majątku narodowego na niewyobrażalną skalę. Także nasz jakże kulturalny i merytoryczny profesorek firmował grube wały.


W czasach słusznie minionych Piotr Gliński przez osiem lat zarządzał resortem kultury i dziedzictwa narodowego. Przyznał 219 milionów złotych fundacji pana Rydzyka na budowę gigantycznego muzeum na działce należącej do tego biznesmena - jeśli zaś państwo wycofa się z projektu Rydzyk może przejąć molocha na własność. 

Polska musi więc płacić prywatnej fundacji na funkcjonowanie tego megalomańskiego kompleksu, a przy okazji utrzymywać armię zatrudnionych tam pasożytów... Inaczej straci wszystko. Jakże to patriotyczne. Od lat słychać utyskiwania, że w kulturze brakuje pieniędzy, lecz nikt nie jest tak kreatywny jak Tadeusz Rydzyk. Facet sam zgarnął więcej szmalu niż ministerstwo kultury przeznacza na wparcie wszystkich zabytkowych kościołów.... 

Nieciekawie działo się też w Państwowym Instytucie Sztuki Filmowej. Za czasów Glińskiego prezes Radosław Śmigulski wydawał publiczne pieniądze z karty służbowej na prywatne zachcianki, wizyty w ekskluzywnych restauracjach, nocnych klubach czy wręcz agencjach towarzyskich. To takie "ośmiorniczki" do kwadratu, tyle że bez podsłuchu, za to z tańczącymi gołymi dupami.

Mecenas polskiej kinematografii wydał z tejże karty łącznie 1,9 miliona złotych w ciągu nieco ponad dwóch lat... Poza tym wykryto wielomilionowe nieprawidłowości w zarządzaniu dotacjami i rozliczaniu środków. Nie ma to jak życie artystyczne! Wielki "ekspert" Gliński pieprzy teraz o niszczeniu kultury, choć jaka to kultura jest każdy widzi.

wtorek, 9 grudnia 2025

CARPE DIEM

 
Starożytni Grecy rozróżniali dwa rodzaje dobrostanu - hedonia oznaczała zmysłową rozkosz, coś co dzisiaj nazywamy przyjemnością. Eudajmonia to zaś coś więcej niż chwilowe poczucie zadowolenia, to stan poczucia sensu osiągany w wyniku całokształtu swoich działań czyli tak zwane szczęście.

Ujęcie to było na tyle "trafne", że zachowaliśmy je do czasów współczesnych. Filozofowie różnych szkół od wieków przestrzegali, że nie należy zatracać się w pogoni za przyjemnością, gdyż nie wiedzie to do prawdziwego szczęścia. Tu i ówdzie pojawiali się jednak dekadenci kwestionujący głębsze znaczenie życia i zalecający oddawanie się jego urokom.

Jakby nie patrzeć klasyczni hedoniści są niestety mniej szczęśliwi - muszą bez przerwy pić, ćpać, zaspokajać chuć, robić zakupy, chodzić na imprezy i tak dalej, a to zwykle prowadzi do bankructwa i problemów zdrowotnych. W przeciwieństwie do nich poszukiwacze szczęścia dążą do jakiejś formy doskonałości, starając się zmierzać do realizacji własnych ideałów. 

Gdy twoje życie zyskuje idealistyczne walory zwykle potrafisz sobie odpuścić pomniejsze gratyfikacje po to by zgarnąć główną nagrodę. Często ma ona nawet wymiar moralny czy intelektualny, choć może wiązać się choćby z różnego rodzaju ambicjami. No i są jeszcze inni ludzie - rodzina, przyjaciele czy towarzysze losu, którzy nadają temu wszystkiemu sens.


Ktoś oczywiście może powiedzieć że to lipa - lepiej oddawać się rozkoszy niż wieść stabilne i umiarkowane życie. Tyle że tym właśnie różnimy się od zwierząt: zwiększoną kontrola wykonawczą. Gdybyśmy ulegali wszystkim impulsom zawodziłoby planowanie i organizacja, łatwo byśmy się rozpraszali i zbaczali z kursu, pakowalibyśmy się ciągle w tarapaty i nie umieli przystosować się do trudnych warunków.

Poza tym bardzo ucierpiałyby nasze relacje społeczne. Musimy w nich stale balansować i trzymać emocje na wodzy, tak aby nie zrazić do siebie innych homo sapiensów - nawet skrajny introwertyk musi przecież załatwiać jakieś sprawy i prosić czasami o wsparcie. W tym celu musimy hamować impulsy kuszące nas do nieuczciwości, agresji, egoizmu... Korzyści ze współpracy bywają większe niż jednorazowy zysk.

Jak to zwykle bywa nie warto jednak popadać w skrajności. Wielu z nas koncentruje się na utrzymaniu dyscypliny - rozwoju zawodowym, nauce, regularnych ćwiczeniach, zdrowej diecie, abstynencji i tym podobnych "zestawach reguł". Wierzymy że trzymając się kurczowo planu niechybnie go zrealizujemy, a wszystko co zgubimy po drodze to tylko nic nie znaczące błahostki.

Nie jest to niestety przepis na szczęście. Nadmierna kontrola wykonawcza skutkuje usztywnieniem zachowania, brakiem elastyczności i spontaniczności, a wreszcie chorobliwym perfekcjonizmem. Gdy nasz "schemat" zaczyna szwankować wpadamy w panikę. Koncentrujemy się bardziej na wyidealizowanej przyszłości niż chwili obecnej.

Wymagamy od innych takiej samej "doskonałości" i zatracenia w celu. Bez przerwy stresujemy się błędami i analizujemy sytuację. Ponieważ jest to bardzo energochłonne może prowadzić od tak zwanego wypalenia, a już na pewno zgorzknienia i upierdliwości. Krępujemy się mentalnym gorsetem, a odstępstwa od narzuconej sobie "normy" wywołują w nas poczucie winy.


Tymczasem przyjemności i szczęście nie wykluczają się tylko wzmacniają. To jak dwie strony tej samej monety. Oddzielne konstrukty opisujące wymiary dobrostanu są z punktu widzenia neurobiologii filozoficzną abstrakcją, gdyż odczuwanie przyjemności i satysfakcja z życia są niemal całkowicie skorelowane. Osoby szczęśliwe znajdują w życiu więcej przyjemności.

Przyjemności wynikają z zaspokajania naszych podstawowych potrzeb są więc niezbędne abyśmy mogli "czuć że żyjemy". Poczucie szczęścia jest jednak czymś więcej - wymaga integracji emocji z wyższymi procesami mózgowymi angażującymi bardziej złożone struktury.

Tak czy siak zjedzenie czekolady, wypicie drinka, zapalenie skręta czy nocne szaleństwo nie zrujnuje od razu naszego życia, a za to może przynieść krótkotrwałą poprawę nastroju. Więc choć cukier, alkohol, substancje smoliste i niewyspanie mogą nam zaszkodzić, to najbardziej szkodliwy jest brak przyjemności. Popularna "mądrość" mówi o konieczności zresetowania się, bo inaczej dostaniesz świra.

Oczywiście przyjemności nie muszą być szkodliwe - czasem wystarczy czytanie książki czy słuchanie muzyki, choć najbardziej cieszy sporadyczne przełamywanie rutyny. Tak jakoś się utarło, że wszystko co przyjemne jest nielegalne, niemoralne albo powoduje tycie... Dłuższe okresy pozbawione intensywnych przyjemności bywają koniecznością, lecz anhedonia (niezdolnośc do odczuwania przyjemności) to już przejaw poważnych zaburzeń. Ciesz się z rzeczy małych!!!

niedziela, 7 grudnia 2025

PECUNIA NON OLET


Prezydent wetuje wszystko jak popadnie. Ostatnio zawetował ustawę o rynku kryptowalut. Jak wiadomo przysłowiowe bitcoiny i inne pseudopieniądze (jest tego tyle rodzajów, że ciężko nadążyć) to szara strefa gdzie dokonuje się płatności które trzeba ukryć przed systemem. Można więc płacić i przyjmować szmal anonimowo, przy ograniczeniu niepotrzebnych kontaktów i śladów.

Umożliwia to podejrzane transakcje i pranie brudnych pieniędzy. Chcesz kupić narkotyki, broń, fałszywe dokumenty, zakazane treści, żywy towar? Najlepiej zapłać kryptowalutą i nikt nie będzie o niczym wiedział, a środki szybko znajdą się na koncie dostawcy. Ten zaś może się lepiej kamuflować i legalizować majątek, przy zachowaniu swojej anonimowości - wystarczy ogłoszenie w sieci, niekoniecznie nawet w tej ciemnej.

Dzięki takim właściwościom kryptowaluty budzą zainteresowanie różnych tajnych służb, a w ostatnim czasie zwłaszcza rosyjskich. Utrudnione śledzenie przepływów pozwala na finansowanie współpracowników, dywersantów i trolli. W tej branży warto posługiwać się też Telegramem - ten niezbyt transparentny portal społecznościowy to istne siedlisko bandytów, terrorystów i ekstremistów.

Możesz nabyć tam dowolne prochy, a potem gonić to osiedlowym sebixom bawiącym się w nowojorskich gangsterów. Jak się nie boisz, że się postrzelisz albo że cię z tym złapią, to możesz załatwić tam nawet pukawkę. Do tego masz tam nielegalną pornografię, rasistowską mowę nienawiści, islamski fundamentalizm... Dla każdego coś miłego.


Jest to obszar praktycznie niemoderowany, oferujący wysoki poziom poziom prywatności, choć najprawdopodobniej nie przed rosyjskimi służbami. W zeszłym roku właściciela komunikatora - Rosjanina posługującego się wieloma paszportami Pawła Durowa - aresztowano we Francji pod zarzutami związanymi z terroryzmem, handlem narkotykami, praniem brudnych pieniędzy i rozpowszechnianiem dziecięcej pornografii.

Nawiasem mówiąc ten "rosyjski Mark Zuckerberg" chroni tajemnice swoich klientów, a rzekomo nawet wolność słowa... Jest to postać o tyle niejednoznaczna, że z jego platformy korzystają też białoruscy opozycjoniści czy ukraińscy patrioci. Najprawdopodobniej to jednak tylko sposób zbierania informacji które nie są szyfrowane "do końca", tak więc operator jest w stanie je odczytać.

Infrastrukturą sieciową  Telegrama na całym świecie zarządza Global Network Management - lipna firma zarejestrowana na Karaibach, której właścicielem jest inny Rosjanin Władimir Wiedeniejew, powiązany z rosyjskimi służbami przez szereg firm: GlobalNet współpracuje przy masowej inwigilacji, monitoringu i rozpowszechnianiu propagandy, a Eletronotelekom świadczy usługi Federalnej Służbie Bezpieczeństwa w zakresie konserwacji i montażu.

Jednym słowem światową infrastrukturę Telegrama obsługują ci sami fachowcy od tajnych kompleksów służących kontrolowaniu rosyjskiego społeczeństwa... Miliarder Durow został wypuszczony przez Żabojadów po zapłaceniu pięciu milionów eurasów kaucji, a w marcu pozwolono udać mu się do Mekki wygnańców zwanej Dubajem. Podobno sprawa "pozostaje w toku", choć mam dziwne przeczucie że dziadowi głos z głowy nie spadnie.

Tym bardziej, że sam oskarżony twierdzi jakoby nie łamał europejskiego prawa dotyczącego świadczenia usług cyfrowych - prawnicy to z pewnością udowodnią, ponieważ mamy do czynienia ze swoistą "zmową bigtechów". Podobnie jak w wypadku kryptowalut podnosi się larum jakoby ograniczano swobodę gospodarczą i demokrację. Każdy ma przecież prawo być dezinformowany i wolny od podatków.


Premier Tusk zarzuca politykom PiSu korzystanie ze sponsoringu rosyjskiej firmy kryptowalutowej, choć szczegółów nie ujawnił zasłaniając się tajemnicą państwową. Niektórzy sugerują, że chodzi o ZondaCrypto, jedną z największych europejskich giełd kryptowalutowych, sponsorującej między innymi Polski Komitet Olimpijski. Klientami  firmy byli bardzo często przestępcy VAT-wowscy, sutenerzy i koksy.

Założyciel interesu Sławomir Suszek trzy lata temu zaginął po "spotkaniu biznesowym" na stacji benzynowej - pechowo akurat w tym dniu monitoring tam nie działał. Wiceprezesem był wówczas typ spod ciemnej gwiazdy skazany za zabójstwo biznesmena w latach 90-tych, ale to szczegół... Siostra zaginionego milionera dostawała anonimy z żądaniami okupu w kryptowalucie o wartości dwunastu milionów złotych.

Obecny właściciel interesu Przemysław Kral nigdy nie pojawia się w Polsce, między innymi z powodu zarzutów o związek z zaginięciem Suszka. Natomiast firma sponsorowała konferencję altprawicowej międzynarodówki w Rzeszowie - CPAC, gdzie brylowali Andrzej Duda i Karol Nawrocki. ZondaCrypto sypnęła też groszem Telewizji Republika, na zorganizowanie polsko-amerykańskiej konferencji "biznesowej" przy okazji wizyty Nawrockiego u Trumpa.

Złośliwi twierdzą, że prawicy chodzi teraz o ochronę interesów tej śmierdzącej pralni, choć "wolnościowcy" wolą pieprzyć o ochronie drobnych inwestorów. Król kryptowalut sponsorował też pobyt prawicowego szczekacza Tomasza Sakiewicza z modelką Anetą Dziadkowiec w Monako, gdzie obecnie sam rezyduje i pławi się luksusie.


poniedziałek, 1 grudnia 2025

CZAR KRZYŻACKIEJ WIOCHY

 
Na wypadek gdyby ktoś czepiał się szczegółów zaznaczam, że wszystko co teraz napiszę to tylko fikcja literacka. No bo być może mogłem coś pomylić - jestem przecież nadwrażliwym człowiekiem, który wszystko bierze do siebie i tak dalej. Pielęgnuję urazy i wszystko wyolbrzymiam, a przecież ludziom się zawsze coś nie podoba.

I mniejsza już o to, że kiedyś powiedziałem jednej osobie, że jestem pedantem, a wyszło że jestem pedałem. Nie jestem homofobem, więc powinienem machnąć ręką na taką rewelację, a jednak to strasznie irytujące. Ale były już różne wersje - na przykład takie, że jestem prawiczkiem, bo nie opowiadałem niesmacznych dowcipów.

Ale mniejsza z tym - faktycznie mam problemy w komunikacji i tłumaczeniu swoich racji. Przez to niektórzy twierdzili nawet, że jestem debilem. Bo jak inaczej wytłumaczyć taką tępotę? W czasach rozszalałego bezrobocia nie mogłem znaleźć pracy, więc wychodziło na to że jestem do niczego. Zresztą do dzisiaj niektórzy twierdzą, że utrzymuje mnie rodzina.


No bo przecież taki ćwok nie byłby w stanie przeżyć od pierwszego do pierwszego bez chwilówek i komornika na karku. Pracowałem przez jakieś czas w zakładzie pogrzebowym - ponoć w innym okresie pracował tam pewien nekrofil... Ktoś kreatywnie połączył te fakty i puścił plotkę, że jestem nekrofilem. Plotka tym bardziej uciążliwa, że nie sposób jej zdementować, bo powtarzana za moimi plecami.

Ale bardziej niebezpieczna była pogłoska o mojej pedofilii - prawie dostałem wpierdol, bo rzekomo "podrywałem" czternastoletnią córkę kolegi z pracy... Ostatecznie okazało się, że to nie ja. Jakiś życzliwy podglądacz z PGR-u podpatrzył, że urlop spędzam przed komputerem pisząc bloga i wydedukował, że to na pewno ja piszę do małolaty.

Borewiczem ani nawet Rutkowskim to ty nie będziesz frajerze pierdolony. Kiedyś miałem piękną dziewczynę i uprawialiśmy głośno seks więc wysnuto teorię, że sprowadzam sobie kurwę. Nie mogła łączyć nas żadna relacja bo była "za ładna dla niego", a poza tym takie pornograficzne sceny nie przytrafiają się w normalnym wiejskim pożyciu po bożemu.

I tyle w temacie, bo mógłbym ciągnąć dalej tą listę złośliwych fantazji wytworzonych chyba z nudów i bezinteresownej zawiści oraz ograniczeń niedorozwiniętej wyobraźni. Ale muszę mieć coś z głową, bo za mało wychodzę z domu. Czytam książki których i tak nie rozumiem i udaję, że pisze bloga, a tak naprawdę wszystko kopiuję.