Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 29 grudnia 2025

KRZYWY RYJ

 
W filmie Szumowskiej "Twarz" główny bohater - prowincjonalny chłopak marzący o lepszym życiu - traci tytułową facjatę w wypadku przy pracy na budowie. Twarz zostaje zrekonstruowana operacyjnie, dzięki jakiejś innowacyjnej metodzie transplantacji, co zresztą wzbudza chwilowe zainteresowanie mediów. Niestety potem nieszczęśnik zostaje zostawiony samemu sobie.

Państwo nie refunduje mu rehabilitacji ani leków. Ale pieniądze to najmniejszy problem. Bo twarz, choć zrekonstruowana wygląda dosyć paskudnie. W dodatku na skutek uszkodzenia aparatu gębowego nasz Jacek (bo tak się zowie ta szkarada) zaczyna mówić dosyć niewyraźnie, co utrudnia komunikację. Jednym słowem wygląda chujowo i ciężko go zrozumieć.

 No ale przecież dziewczyna czy przyjaciele muszą pamiętać jakim zajebistym jest kolesiem. A jednak staje się więźniem swojego potwornego wizerunku. Piękna nie jest w stanie już kochać bestii, bo co to za facet który wygląda jak mutant z horroru i bełkocze jak niedorozwinięty. Nawet rodzina zaczyna w nim widzieć jakiegoś uciążliwego inwalidę. Wspomaga go co prawda siostra, lecz niegdyś wesołe życie staje się koszmarem.

Nie otrzymuje renty ponieważ jest zdolny do pracy i tak dalej. Wsiowe dzieciaki nazywają go pieszczotliwie "Ryjem". Jednym słowem kaszana. Dochodzi do groteskowych scen - ksiądz odprawia egzorcyzmy uznając "potwora" za opętanego. Ostatecznie Jacek wsiada do autobusu i opuszcza rodzinną wieś, żeby odciąć się od wspomnień i... zacząć od nowa? W każdym bądź razie utrata twarzy staje się w klaustrofobicznej dziurze wyrokiem pogardy.


Utrzymany w konwencji czarnego humoru film można odczytywać jako szyderstwo z zaściankowej obłudy. Co bardziej zideologizowani krytycy widzą w nim "plucie Polakom w twarz", złośliwą karykaturę prowincji czy wręcz wyrzyganie własnych klasowych uprzedzeń. Dla mnie był to po prostu film o naturze ludzkiej, odrzucającej to co brzydkie i obciachowe. Co byś nie robił kiedy staniesz się "gorszy" będziesz traktowany stosownie do zepsutego wizerunku.

Bo "twarz" ważniejsza jest nawet od ciała. Gombrowicz nazywał to "gębą" - może w trochę innym znaczeniu, lecz czasem gęba sama się modyfikuje, a wtedy zmianie ulega też cały świat. Nie zadajesz się z kimś gorszym, żeby nie zepsuć sobie samemu wizerunku. I nie chodzi tu wnętrze, które zresztą staje się kalekie, kiedy widzi własną twarz w społecznym lustrze. Lecz może ta brzydota jest odbiciem nas samych...

Naszych kompleksów i lęku przed byciem innym, obcym, gorszym, wykluczonym... Bo dobrze jest wiedzieć, że ktoś jest gorszy. Nie tylko korzystnie jest się z nim się porównać, ale można też przypisać mu wszystkie paskudztwa świata. W zaklętym kręgu przysłowiowej "wiochy" nie ma ucieczki od wyznaczonej przez społeczną percepcję roli. Lecz czy można gdziekolwiek uciec od ostatecznie zdeformowanej gęby?

piątek, 19 grudnia 2025

MERRY XMAS

 
Na Święta Bożego Narodzenia życzę wszystkim żeby przemówili ludzkim głosem, chociaż może być z tym problem... Pomijam już polityków - zwłaszcza tych z komisji kultury - bo dla nich nawet życzenia mogą być zwykłym manifestem. Z pewnością Tusk, Nawrocki, Kaczor a nawet Braun nagrają nam jakieś ckliwe farmazony, ale to będzie tylko rytuał. Przemówi biskup i celebryta.

Nie sądzę też, aby na Ukrainę przestały spadać bomby, ani aby świat miał się stać na chwilę lepszy. Po prostu medialny przekaz, wystrój ulic i domów, a także suto zastawione stoły przeniosą nas do krainy gdzie możemy na chwilę zapomnieć o nędznej prozie życie. Będzie temu jednak towarzyszył Jezus malusieńki, aniołki, pasterze, święty Mikołaj, Śnieżynka, elfy, renifery, choinki i światełka.

A zatem może to być trochę irytujące... Nie wiadomo nawet czy będzie choć trochę śniegu, ale będziemy udawać, że cały czas pada - zasypie nas we wszystkich filmach, a Kevin znowu będzie sam w domu. Do tego barszcz albo grzybowa, pierogi i karp, makowiec, piernik i pomarańcze. Tyle właśnie trzeba żeby wytworzyć ten magiczny nastrój. Rodzinka się spotka żeby odnowić pradawne więzy.

Otworzymy jakąś butelkę, zapewne nawet niejedną... Dzieciaki będą dokazywać, żeby pokazać nam na czym polega życie. My zaś porozmawiamy o poważnych sprawach: pracy, pieniądzach, gospodarce i tak dalej. Tyle że z jakimś takim świątecznym dystansem, jakby wszystko to przez chwilę było tylko nieistotną koniecznością. Na pewno zostanie kupa jedzenia, które będziemy musieli zamrozić lub wyrzucić.

Czy połamiemy się opłatkiem z kimś wrednym? Czy przebaczymy komuś choć na sekundę? Czy wzniesiemy się ponad samych siebie? O co tak naprawdę chodzi w tym wszystkim? Może po prostu o to by przypomnieć sobie stare wzniosłe słowa. To banalny truizm, ale istotą tych dni jest kontakt z bliskimi, czy też nieco szersze poczucie wspólnoty i życzliwości. Bajki i mity to tylko stare opowieści, ale po co wymyślać nowe? Wesołych Świąt!!!

wtorek, 16 grudnia 2025

GASLIGHTING

 
Kiedy testuje się nowe leki zawsze trzeba uwzględnić efekt placebo. To znaczy część badanych dostaje fałszywy lek, żeby sprawdzić czy ten "prawdziwy" będzie miał wyraźniejsze działanie. Sama bowiem świadomość że oto jesteśmy "leczeni" wystarcza żeby organizm lepiej radził sobie z chorobą.

Stoi za tym ogromna siła autosugestii. Wiara sprawia, że zyskujemy siły. Zapewne było to jedną z podstaw na wpół magicznych praktyk leżących u początków medycyny. Szaman odprawiał rytuał, a chory wierzył, że wszystko będzie dobrze. Stąd też odczuwana przez niektórych moc modlitwy.

W życiu kluczowe jest nastawienie - optymizm to pół sukcesu. Ta banalna prawda to podstawa coachingu, rozwoju osobistego, pozytywnego myślenia i tym podobnych "odkrywczych" opakowań życiowej mądrości. Możesz brać szkolenia i czytać poradniki żeby się tego dowiedzieć, ale dobry mentor zawsze jest iluzjonistą.

Karmi cię zwykłymi frazesami. Podobnie jest z psychologiem, choć w określonych okolicznościach możesz potrzebować jego pomocy. Kiedy wpadniesz w zbyt głęboki dół pieprzenie o pozytywnym myśleniu może być irytujące. Psycholog może za to pokazać ci jak zmieniać wzorce negatywnego myślenia.


Ale najważniejsze że będziesz wierzył, że jesteś leczony. Już ten sam fakt sprawi, że poczujesz się lepiej. Psychologia to w dużej mierze takie placebo, serwowane gdy tracimy wiarę w swoje możliwości. Dzisiaj z usług psychologów korzysta na przykład coraz więcej sportowców - nie wystarczy trening i dieta, trzeba jeszcze pokonywać swoje wewnętrzne bariery.

Przeciwieństwem placebo jest nocebo. Jeśli wierzysz, że coś ci szkodzi to będziesz odczuwać negatywne objawy. Negatywne oczekiwania sprawiają, że żyje nam się gorzej. Percepcja jest wtedy nastrojona na przechwytywanie zupełnie innych bodźców, inaczej je interpretuje, a niekiedy sama sobie dopowiada resztę scenariusza.

Wpływa to na nasze zachowanie i na postrzeganie innych ludzi. Dobrym przykładem są tu uprzedzenia. Negatywne przekonania o jakimś człowieku sprawiają, że podświadomie mu je sygnalizujemy, a wtedy on reaguje zniechęceniem. Brak wiary w potencjał drugiego człowieka często czyni go życiowym autsajderem.

Lecz zdarza się, że ktoś pomaga nam odzyskać wiarę, poprzez zwykłą życzliwość, przyjaźń czy miłość... To taka "aktywna psychologia" - zaczynasz wierzyć w siebie i rozumiesz, że szufladka w której cię więziono to tylko złudzenie kretynów i idiotów. Nie oczekuj zbyt wiele, ale nie wierz nigdy tym którzy cię nie znają.

sobota, 13 grudnia 2025

DOPAMINOWE SAFARI

 
Odkąd przeprowadzono słynny eksperyment na szczurach wszczepiając im (przypadkowo zresztą) elektrody w tak zwany ośrodek nagrody, uwalnianą w nim przez stymulację elektryczną dopaminę okrzyknięto  hormonem przyjemności. Szczury gotowe były zrezygnować ze seksu, jedzenia, snu i tak dalej, byle tylko naciskać dźwignię uruchamiającą stymulację.

Wydedukowano więc, że szczury z uruchomionym ośrodkiem nagrody muszą odczuwać boską rozkosz... Choć dzisiaj eksperymenty takie uznawane są za nieetyczne w połowie XX wieku psychiatra i neurolog Robert Heath sprawdził co się stanie z ludźmi w analogicznej sytuacji. Wszczepił im więc elektrody w ten kluczowy dla naszego zachowania moduł, a ludzie zachowywali się podobnie jak szczury.

Zaniedbywali wszystko włącznie z higieną osobistą, byle tylko pieścić mózg stymulatorem... Pewna kobieta miała nawet problemy z palcem, gdyż zbyt intensywnie naciskała przycisk tego zniewalającego "aparatu". Jeśli chciałeś pacjentom odebrać zabawkę błagali o jej zwrot na kolanach. Jednym słowem popadali w obsesję. Czy brzmi to jak przyjemność, czy może raczej uzależnienie?

A może uzależniamy się od przyjemności? Pomijając fakt, że w mózgu występują różne ścieżki wydzielania dopaminy (wiąże się ona choćby z kontrolą ruchu) jej rola w ośrodku nagrody nie musi sprowadzać się do powodowania euforii. Coraz więcej badaczy kwestionuje takie hedonistyczne wyjaśnienie - chodzi raczej o pragnienie, motywację osiągnięcia celu i uczenie się skuteczności poprzez nagrody.


Pierwotne struktury mózgu zapewniające nam przetrwanie można "zhakować" - nie trzeba od razu wszczepiać sobie elektrod, wystarczy na przykład amfetamina, kokaina czy mefedron. To narkotyki z grupy stymulantów zapewniające szczególnie obfite dopaminowe "kopy". Niemniej na przewodnictwo dopaminy wpływają też heroina, marihuana czy alkohol, pomimo że oddziałują także na inne specyficzne układy (odpowiednio opioidowy, kannabinoidowy czy GABA-A).

Oczywiście nasz układa nagrody może szczególnie silnie reagować na określone czynności co skutkuje określonymi preferencjami czy wręcz zachowaniem kompulsywnym (zakupoholizm, pracoholizm, seksoholizm, hazard i tak dalej). W pętli dopaminowej zamykają nas ostatnio smartfony... Paradoksem uzależnienia jest jednak to, że nie możemy przestać nawet gdy przyjemność się zmniejsza, a nawet zanika. I tak chcemy więcej.

Z czego wynika takie nienasycenie? W przypadku substancji psychoaktywnych mózg wraca do homeostazy zmniejszając wydzielanie dopaminy i występuje tak zwana tolerancja. W kwestiach behawioralnych mamy zaś do czynienia z predykcją nagrody - mózg przewiduje nagrody aby doskonalić przewidywane zachowania. Błędy w przewidywaniu aktualizują strategię i kalibrują percepcję. Wyrzut dopaminy jest impulsem skłaniającym do powtarzania i utrwalania danego zachowania.


Ale powtarzana przyjemność staje się coraz mniejsza... Wynika to z mechanizmu predykcji - mózg zaprogramowany jest na poszukiwanie "nowości" więc największy wyrzut dopaminy powoduje rozbieżność pomiędzy spodziewaną a otrzymaną nagrodą - możemy nazwać to niespodzianką. Mamy tu do czynienia z adaptacją hedonistyczną - powtarzanie czynności zmniejsza aktywność układu nagrody, a mózg zaczyna "gonić za przyjemnością".

I tak z grubsza wyjaśnić możemy "jednokierunkowość" naszej życiowej drogi. Wytresowany układ nagrody wiedzie nas do ponawiania stymulacji... Nie musi to być destrukcyjne - system nagrody jest nie tylko motorem uzależnień ale również pasji. W zasadzie pasja jest rodzajem "konstruktywnego uzależnienia" czy raczej "dobrym nawykiem".  Wracamy do działań które sprawiają nam radość, choć zawsze staramy się odnajdywać w nich coś nowego.

Pozytywne skojarzenia związane z daną aktywnością odpalają określone "automatyczne" ścieżki neuronalne. W dzisiejszych czasach często wpadamy w "pułapkę nadmiaru" i ulegamy pokusie łatwej gratyfikacji poprzez coraz to nowe i efemeryczne bodźce. Lecz dopamina umożliwia też świadome zarządzanie nagrodą - inną funkcją dopaminy jest hamowanie impulsów przez korę przedczołową.

Wtedy właśnie motywuje nas do trudnych zadań, utrzymywania koncentracji i dostrzegania mniej oczywistych możliwości. Jesteśmy w stanie znosić dyskomfort żeby tylko osiągnąć nagrodę, na przykład trenować do bólu czy rozwijać pasje wbrew kretynom pukających się w czoło... To jest już jednak "wyższa szkoła jazdy".

piątek, 12 grudnia 2025

CZŁOWIEK Z TABLETU


Filozof i socjolog profesor Piotr Gliński był swego czasu kandydatem PiSu na premiera rządu "ponadpartyjnego", eksperckiego, technicznego i tak dalej. To że wyciągnięto go jak królika z kapelusza to w praktyce Kaczyńskiego nic nowego - prezydenci i premierzy to często jego "odkrycia", a w zasadzie nominaci przyklepani przez lud.

Niemniej sam pomysł powołania rządu "zgody narodowej" wydaje się tak absurdalnie naiwny, że aż cyniczny. Nie jest bowiem możliwe ustalenie kto jest ekspertem - nie ma już autorytetów, fachowców i specjalistów, są tylko "prawi" i "lewi". Najlepszy jest zawsze nasz ekspert, nawet jeśli jest to złodziej, dyletant czy regularny pojeb.

Jak widzimy dzisiaj dotyczy to nie tylko ministrów, ale też sędziów, prokuratorów, szefów policji, generałów, urzędników, dziennikarzy, naukowców, artystów, kombatantów, etyków, duchownych a nawet chuliganów. Nasz człowiek jest zawsze mądrzejszy, niewinny i święty, bo gramy do jednej bramki. Chyba że "zmieni poglądy", co w polityce nie jest znowu takie rzadkie.

Wtedy "zawodowiec" stanie się z dnia na dzień "szkodnikiem". Pomysł że Tusk odda władzę utytułowanemu koniowi trojańskiemu uprawiającemu akademickie pierdzenie był więc zupełnie niedorzeczny. Czas zresztą pokazał jak "bezstronny" i "niezależny" Gliński stał się fanatycznym funkcjonariuszem PiSu.

Zakończenie wojny polsko-polskiej to zupełna mrzonka, choć kilkanaście lat temu być może ktoś mógł w to jeszcze wierzyć. W tym czasie stosowano taktykę centrystycznego kamuflażu, dzisiaj raczej trzeba ścigać się w radykalizmie... Gliński miał być więc wilkiem w owczej skórze, czy może raczej marionetką Kaczora, bo Nawrockim to z pewnością nie jest.

Duda czy Morawiecki to zresztą doskonałe przykłady działania tej metody. "Merytoryczni Europejczycy" stopniowo ujawniali coraz bardziej antyzachodnie i ultrakonserwatywne oblicze, zadłużali kraj i okradali go z czego popadnie. Mamy dzisiaj zupełnie inny dyskurs, dziurę budżetową i ustrojowy chaos, choć gospodarczo rozwijaliśmy się raczej dobrze.

Już za obecnych rządów Tuska staliśmy się ponoć dwudziestą gospodarką świata... Kwestią dosyć sporną jest kto do tego doprowadził, bo wskaźniki rosły od lat. To stan względnej prosperity umożliwiał zresztą grabież majątku narodowego na niewyobrażalną skalę. Także nasz jakże kulturalny i merytoryczny profesorek firmował grube wały.


W czasach słusznie minionych Piotr Gliński przez osiem lat zarządzał resortem kultury i dziedzictwa narodowego. Przyznał 219 milionów złotych fundacji pana Rydzyka na budowę gigantycznego muzeum na działce należącej do tego biznesmena - jeśli zaś państwo wycofa się z projektu Rydzyk może przejąć molocha na własność. 

Polska musi więc płacić prywatnej fundacji na funkcjonowanie tego megalomańskiego kompleksu, a przy okazji utrzymywać armię zatrudnionych tam pasożytów... Inaczej straci wszystko. Jakże to patriotyczne. Od lat słychać utyskiwania, że w kulturze brakuje pieniędzy, lecz nikt nie jest tak kreatywny jak Tadeusz Rydzyk. Facet sam zgarnął więcej szmalu niż ministerstwo kultury przeznacza na wparcie wszystkich zabytkowych kościołów.... 

Nieciekawie działo się też w Państwowym Instytucie Sztuki Filmowej. Za czasów Glińskiego prezes Radosław Śmigulski wydawał publiczne pieniądze z karty służbowej na prywatne zachcianki, wizyty w ekskluzywnych restauracjach, nocnych klubach czy wręcz agencjach towarzyskich. To takie "ośmiorniczki" do kwadratu, tyle że bez podsłuchu, za to z tańczącymi gołymi dupami.

Mecenas polskiej kinematografii wydał z tejże karty łącznie 1,9 miliona złotych w ciągu nieco ponad dwóch lat... Poza tym wykryto wielomilionowe nieprawidłowości w zarządzaniu dotacjami i rozliczaniu środków. Nie ma to jak życie artystyczne! Wielki "ekspert" Gliński pieprzy teraz o niszczeniu kultury, choć jaka to kultura jest każdy widzi.

wtorek, 9 grudnia 2025

CARPE DIEM

 
Starożytni Grecy rozróżniali dwa rodzaje dobrostanu - hedonia oznaczała zmysłową rozkosz, coś co dzisiaj nazywamy przyjemnością. Eudajmonia to zaś coś więcej niż chwilowe poczucie zadowolenia, to stan poczucia sensu osiągany w wyniku całokształtu swoich działań czyli tak zwane szczęście.

Ujęcie to było na tyle "trafne", że zachowaliśmy je do czasów współczesnych. Filozofowie różnych szkół od wieków przestrzegali, że nie należy zatracać się w pogoni za przyjemnością, gdyż nie wiedzie to do prawdziwego szczęścia. Tu i ówdzie pojawiali się jednak dekadenci kwestionujący głębsze znaczenie życia i zalecający oddawanie się jego urokom.

Jakby nie patrzeć klasyczni hedoniści są niestety mniej szczęśliwi - muszą bez przerwy pić, ćpać, zaspokajać chuć, robić zakupy, chodzić na imprezy i tak dalej, a to zwykle prowadzi do bankructwa i problemów zdrowotnych. W przeciwieństwie do nich poszukiwacze szczęścia dążą do jakiejś formy doskonałości, starając się zmierzać do realizacji własnych ideałów. 

Gdy twoje życie zyskuje idealistyczne walory zwykle potrafisz sobie odpuścić pomniejsze gratyfikacje po to by zgarnąć główną nagrodę. Często ma ona nawet wymiar moralny czy intelektualny, choć może wiązać się choćby z różnego rodzaju ambicjami. No i są jeszcze inni ludzie - rodzina, przyjaciele czy towarzysze losu, którzy nadają temu wszystkiemu sens.


Ktoś oczywiście może powiedzieć że to lipa - lepiej oddawać się rozkoszy niż wieść stabilne i umiarkowane życie. Tyle że tym właśnie różnimy się od zwierząt: zwiększoną kontrola wykonawczą. Gdybyśmy ulegali wszystkim impulsom zawodziłoby planowanie i organizacja, łatwo byśmy się rozpraszali i zbaczali z kursu, pakowalibyśmy się ciągle w tarapaty i nie umieli przystosować się do trudnych warunków.

Poza tym bardzo ucierpiałyby nasze relacje społeczne. Musimy w nich stale balansować i trzymać emocje na wodzy, tak aby nie zrazić do siebie innych homo sapiensów - nawet skrajny introwertyk musi przecież załatwiać jakieś sprawy i prosić czasami o wsparcie. W tym celu musimy hamować impulsy kuszące nas do nieuczciwości, agresji, egoizmu... Korzyści ze współpracy bywają większe niż jednorazowy zysk.

Jak to zwykle bywa nie warto jednak popadać w skrajności. Wielu z nas koncentruje się na utrzymaniu dyscypliny - rozwoju zawodowym, nauce, regularnych ćwiczeniach, zdrowej diecie, abstynencji i tym podobnych "zestawach reguł". Wierzymy że trzymając się kurczowo planu niechybnie go zrealizujemy, a wszystko co zgubimy po drodze to tylko nic nie znaczące błahostki.

Nie jest to niestety przepis na szczęście. Nadmierna kontrola wykonawcza skutkuje usztywnieniem zachowania, brakiem elastyczności i spontaniczności, a wreszcie chorobliwym perfekcjonizmem. Gdy nasz "schemat" zaczyna szwankować wpadamy w panikę. Koncentrujemy się bardziej na wyidealizowanej przyszłości niż chwili obecnej.

Wymagamy od innych takiej samej "doskonałości" i zatracenia w celu. Bez przerwy stresujemy się błędami i analizujemy sytuację. Ponieważ jest to bardzo energochłonne może prowadzić od tak zwanego wypalenia, a już na pewno zgorzknienia i upierdliwości. Krępujemy się mentalnym gorsetem, a odstępstwa od narzuconej sobie "normy" wywołują w nas poczucie winy.


Tymczasem przyjemności i szczęście nie wykluczają się tylko wzmacniają. To jak dwie strony tej samej monety. Oddzielne konstrukty opisujące wymiary dobrostanu są z punktu widzenia neurobiologii filozoficzną abstrakcją, gdyż odczuwanie przyjemności i satysfakcja z życia są niemal całkowicie skorelowane. Osoby szczęśliwe znajdują w życiu więcej przyjemności.

Przyjemności wynikają z zaspokajania naszych podstawowych potrzeb są więc niezbędne abyśmy mogli "czuć że żyjemy". Poczucie szczęścia jest jednak czymś więcej - wymaga integracji emocji z wyższymi procesami mózgowymi angażującymi bardziej złożone struktury.

Tak czy siak zjedzenie czekolady, wypicie drinka, zapalenie skręta czy nocne szaleństwo nie zrujnuje od razu naszego życia, a za to może przynieść krótkotrwałą poprawę nastroju. Więc choć cukier, alkohol, substancje smoliste i niewyspanie mogą nam zaszkodzić, to najbardziej szkodliwy jest brak przyjemności. Popularna "mądrość" mówi o konieczności zresetowania się, bo inaczej dostaniesz świra.

Oczywiście przyjemności nie muszą być szkodliwe - czasem wystarczy czytanie książki czy słuchanie muzyki, choć najbardziej cieszy sporadyczne przełamywanie rutyny. Tak jakoś się utarło, że wszystko co przyjemne jest nielegalne, niemoralne albo powoduje tycie... Dłuższe okresy pozbawione intensywnych przyjemności bywają koniecznością, lecz anhedonia (niezdolnośc do odczuwania przyjemności) to już przejaw poważnych zaburzeń. Ciesz się z rzeczy małych!!!

niedziela, 7 grudnia 2025

PECUNIA NON OLET


Prezydent wetuje wszystko jak popadnie. Ostatnio zawetował ustawę o rynku kryptowalut. Jak wiadomo przysłowiowe bitcoiny i inne pseudopieniądze (jest tego tyle rodzajów, że ciężko nadążyć) to szara strefa gdzie dokonuje się płatności które trzeba ukryć przed systemem. Można więc płacić i przyjmować szmal anonimowo, przy ograniczeniu niepotrzebnych kontaktów i śladów.

Umożliwia to podejrzane transakcje i pranie brudnych pieniędzy. Chcesz kupić narkotyki, broń, fałszywe dokumenty, zakazane treści, żywy towar? Najlepiej zapłać kryptowalutą i nikt nie będzie o niczym wiedział, a środki szybko znajdą się na koncie dostawcy. Ten zaś może się lepiej kamuflować i legalizować majątek, przy zachowaniu swojej anonimowości - wystarczy ogłoszenie w sieci, niekoniecznie nawet w tej ciemnej.

Dzięki takim właściwościom kryptowaluty budzą zainteresowanie różnych tajnych służb, a w ostatnim czasie zwłaszcza rosyjskich. Utrudnione śledzenie przepływów pozwala na finansowanie współpracowników, dywersantów i trolli. W tej branży warto posługiwać się też Telegramem - ten niezbyt transparentny portal społecznościowy to istne siedlisko bandytów, terrorystów i ekstremistów.

Możesz nabyć tam dowolne prochy, a potem gonić to osiedlowym sebixom bawiącym się w nowojorskich gangsterów. Jak się nie boisz, że się postrzelisz albo że cię z tym złapią, to możesz załatwić tam nawet pukawkę. Do tego masz tam nielegalną pornografię, rasistowską mowę nienawiści, islamski fundamentalizm... Dla każdego coś miłego.


Jest to obszar praktycznie niemoderowany, oferujący wysoki poziom poziom prywatności, choć najprawdopodobniej nie przed rosyjskimi służbami. W zeszłym roku właściciela komunikatora - Rosjanina posługującego się wieloma paszportami Pawła Durowa - aresztowano we Francji pod zarzutami związanymi z terroryzmem, handlem narkotykami, praniem brudnych pieniędzy i rozpowszechnianiem dziecięcej pornografii.

Nawiasem mówiąc ten "rosyjski Mark Zuckerberg" chroni tajemnice swoich klientów, a rzekomo nawet wolność słowa... Jest to postać o tyle niejednoznaczna, że z jego platformy korzystają też białoruscy opozycjoniści czy ukraińscy patrioci. Najprawdopodobniej to jednak tylko sposób zbierania informacji które nie są szyfrowane "do końca", tak więc operator jest w stanie je odczytać.

Infrastrukturą sieciową  Telegrama na całym świecie zarządza Global Network Management - lipna firma zarejestrowana na Karaibach, której właścicielem jest inny Rosjanin Władimir Wiedeniejew, powiązany z rosyjskimi służbami przez szereg firm: GlobalNet współpracuje przy masowej inwigilacji, monitoringu i rozpowszechnianiu propagandy, a Eletronotelekom świadczy usługi Federalnej Służbie Bezpieczeństwa w zakresie konserwacji i montażu.

Jednym słowem światową infrastrukturę Telegrama obsługują ci sami fachowcy od tajnych kompleksów służących kontrolowaniu rosyjskiego społeczeństwa... Miliarder Durow został wypuszczony przez Żabojadów po zapłaceniu pięciu milionów eurasów kaucji, a w marcu pozwolono udać mu się do Mekki wygnańców zwanej Dubajem. Podobno sprawa "pozostaje w toku", choć mam dziwne przeczucie że dziadowi głos z głowy nie spadnie.

Tym bardziej, że sam oskarżony twierdzi jakoby nie łamał europejskiego prawa dotyczącego świadczenia usług cyfrowych - prawnicy to z pewnością udowodnią, ponieważ mamy do czynienia ze swoistą "zmową bigtechów". Podobnie jak w wypadku kryptowalut podnosi się larum jakoby ograniczano swobodę gospodarczą i demokrację. Każdy ma przecież prawo być dezinformowany i wolny od podatków.


Premier Tusk zarzuca politykom PiSu korzystanie ze sponsoringu rosyjskiej firmy kryptowalutowej, choć szczegółów nie ujawnił zasłaniając się tajemnicą państwową. Niektórzy sugerują, że chodzi o ZondaCrypto, jedną z największych europejskich giełd kryptowalutowych, sponsorującej między innymi Polski Komitet Olimpijski. Klientami  firmy byli bardzo często przestępcy VAT-wowscy, sutenerzy i koksy.

Założyciel interesu Sławomir Suszek trzy lata temu zaginął po "spotkaniu biznesowym" na stacji benzynowej - pechowo akurat w tym dniu monitoring tam nie działał. Wiceprezesem był wówczas typ spod ciemnej gwiazdy skazany za zabójstwo biznesmena w latach 90-tych, ale to szczegół... Siostra zaginionego milionera dostawała anonimy z żądaniami okupu w kryptowalucie o wartości dwunastu milionów złotych.

Obecny właściciel interesu Przemysław Kral nigdy nie pojawia się w Polsce, między innymi z powodu zarzutów o związek z zaginięciem Suszka. Natomiast firma sponsorowała konferencję altprawicowej międzynarodówki w Rzeszowie - CPAC, gdzie brylowali Andrzej Duda i Karol Nawrocki. ZondaCrypto sypnęła też groszem Telewizji Republika, na zorganizowanie polsko-amerykańskiej konferencji "biznesowej" przy okazji wizyty Nawrockiego u Trumpa.

Złośliwi twierdzą, że prawicy chodzi teraz o ochronę interesów tej śmierdzącej pralni, choć "wolnościowcy" wolą pieprzyć o ochronie drobnych inwestorów. Król kryptowalut sponsorował też pobyt prawicowego szczekacza Tomasza Sakiewicza z modelką Anetą Dziadkowiec w Monako, gdzie obecnie sam rezyduje i pławi się luksusie.


poniedziałek, 1 grudnia 2025

CZAR KRZYŻACKIEJ WIOCHY

 
Na wypadek gdyby ktoś czepiał się szczegółów zaznaczam, że wszystko co teraz napiszę to tylko fikcja literacka. No bo być może mogłem coś pomylić - jestem przecież nadwrażliwym człowiekiem, który wszystko bierze do siebie i tak dalej. Pielęgnuję urazy i wszystko wyolbrzymiam, a przecież ludziom się zawsze coś nie podoba.

I mniejsza już o to, że kiedyś powiedziałem jednej osobie, że jestem pedantem, a wyszło że jestem pedałem. Nie jestem homofobem, więc powinienem machnąć ręką na taką rewelację, a jednak to strasznie irytujące. Ale były już różne wersje - na przykład takie, że jestem prawiczkiem, bo nie opowiadałem niesmacznych dowcipów.

Ale mniejsza z tym - faktycznie mam problemy w komunikacji i tłumaczeniu swoich racji. Przez to niektórzy twierdzili nawet, że jestem debilem. Bo jak inaczej wytłumaczyć taką tępotę? W czasach rozszalałego bezrobocia nie mogłem znaleźć pracy, więc wychodziło na to że jestem do niczego. Zresztą do dzisiaj niektórzy twierdzą, że utrzymuje mnie rodzina.


No bo przecież taki ćwok nie byłby w stanie przeżyć od pierwszego do pierwszego bez chwilówek i komornika na karku. Pracowałem przez jakieś czas w zakładzie pogrzebowym - ponoć w innym okresie pracował tam pewien nekrofil... Ktoś kreatywnie połączył te fakty i puścił plotkę, że jestem nekrofilem. Plotka tym bardziej uciążliwa, że nie sposób jej zdementować, bo powtarzana za moimi plecami.

Ale bardziej niebezpieczna była pogłoska o mojej pedofilii - prawie dostałem wpierdol, bo rzekomo "podrywałem" czternastoletnią córkę kolegi z pracy... Ostatecznie okazało się, że to nie ja. Jakiś życzliwy podglądacz z PGR-u podpatrzył, że urlop spędzam przed komputerem pisząc bloga i wydedukował, że to na pewno ja piszę do małolaty.

Borewiczem ani nawet Rutkowskim to ty nie będziesz frajerze pierdolony. Kiedyś miałem piękną dziewczynę i uprawialiśmy głośno seks więc wysnuto teorię, że sprowadzam sobie kurwę. Nie mogła łączyć nas żadna relacja bo była "za ładna dla niego", a poza tym takie pornograficzne sceny nie przytrafiają się w normalnym wiejskim pożyciu po bożemu.

I tyle w temacie, bo mógłbym ciągnąć dalej tą listę złośliwych fantazji wytworzonych chyba z nudów i bezinteresownej zawiści oraz ograniczeń niedorozwiniętej wyobraźni. Ale muszę mieć coś z głową, bo za mało wychodzę z domu. Czytam książki których i tak nie rozumiem i udaję, że pisze bloga, a tak naprawdę wszystko kopiuję.

piątek, 28 listopada 2025

OPERACJA TRANSLACJA

 Wychodzi coraz więcej smaczków związanych z ostatnim "planem pokojowym". Amerykańska "propozycja" opierała się na... rosyjskim dokumencie. Ten pisany cyrylicą świstek makulatury, którym człowiek cywilizowany mógłby się co najwyżej z obrzydzeniem podetrzeć, służyć ma za podstawę wizji nowego geopolitycznego porządku Europy, a co za tym idzie świata, na całe dziesięciolecia.

Kiedy Trump zaczął już nawet mówić do rzeczy - o przekazaniu tomahawków i drastycznych sankcjach, wnet trzeba było wysłać jakiegoś elokwentnego "inteligenta" by go trochę rozmiękczył. Tak doradził kacapom sam... amerykański negocjator o słowiańsko brzmiącym nazwisku Witkoff. Facet jest dyplomatycznym żółtodziobem ale zna się z Trumpem jeszcze z czasów biznesowych.

Ponoć łączy ich pasja gry w golfa i niejasne kryptowalutowe interesy, a Trump bezgranicznie mu ufa i chuj go obchodzi, że Witkoff nie ma zielonego pojęcia o geografii, historii i kulturze Europy i Ukrainy. Witkoff ma za zadanie doprowadzić do pokoju, żeby jego szef dostał w końcu Nobla i  uczynił Amerykę znowu wielką. Jeszcze w marcu ten osobnik dyskutował o ściśle tajnych sprawach na komunikatorze Signal przebywając akurat w Moskwie.

No cóż, być może jest tylko nieodpowiedzialnym idiotą, co bynajmniej dobrze nie wróży. Możliwe jednak, że to ruska wtyczka. Wskazywać by na to mogła tak zwana sprawa Gołubczika. W 2013 roku Witkoff wystawił list rekomendacyjny dla podejrzanego typa w ramach pewnej procedury zatwierdzania nabywcy przez zarząd budynku stosowanej w ekskluzywnych nieruchomościach.

Rzeczony Gołubczik był już wtedy oskarżony o powiązania z rosyjską mafią i proceder prania jej pieniędzy na rynku luksusowych nieruchomości, a ostatecznie przyznał się do winy i został skazany. Ale to już stare dzieje... Od kiedy Witkoff został "specjalnym wysłannikiem" Trumpa do Moskwy, wydaje się tylko powielać rosyjską narrację.


Zresztą sami Rosjanie wskazali go jako optymalnego negocjatora - nie chcieli negocjować z generałem Kellogiem, bo ten był zbyt proukraiński. Witkoff jest na tyle głupi (albo sprzedajny), że twierdzi jakoby Rosja miała uzasadnione roszczenia do okupowanych ukraińskich terytoriów, bo rzekomo odbyły się tam demokratyczne referenda w których ludność opowiedziała się za ruskim mirem... Najwidoczniej nie słyszał o tym, że to stara sowiecka metoda.

Teraz zaś doradzał rosyjskiemu ekspertowi od polityki zagranicznej Jurijowi Uszakowi jak rozmiękczyć zirytowanego Trumpa. Agencja Bloomberg ujawniła tajemnicze nagrania na których jeszcze przed wizytą Zełenskiego w Białym Domu "negocjujący" telefonicznie Witkoff instruuje Ruskich co mają teraz zrobić żeby gówno z tego wyszło. - Pójdę bo mnie tam chcą, ale zorganizuję z waszym szefem rozmowę jeszcze przed tym piątkowym spotkaniem - mówił Witkoff.

Rzucił też kilka bezcennych rad jak rozmiękczyć ego swego narcystycznego prezydenta. Jednym słowem to pizda a nie "negocjator" - w ogóle na nic nie naciska, a wręcz sabotuje sprawę i spiskuje z wrogiem. Jeśli Donald Trump ma takich ludzi, to nie dziwota że wraca do śpiewki o pokoju uwzględniającym "rosyjski punkt widzenia". Punktu widzenia bandytów i terrorystów w ogóle nie powinniśmy brać pod uwagę, o ile nie zostaniemy do tego zmuszeni.


Populistyczny "twardziel" wydaje się jednak zmęczony tą wojną, bo łatwiejszym wrogiem jest Antifa czy choćby Wenezuela. Republikanie są jednak podzieleni - ci starej daty, jeszcze sprzed epoki trumpizmu, rozumieją że zbytnie ustępstwa doprowadzić mogą do erozji całego światowego układu sił i systemu bezpieczeństwa. Frakcja "reakcjonistów" z ruchu MAGA i tym podobnych środowisk opowiada się za podejściem izolacjonistycznym i olaniem całego globu.

Być może więc zmienność Trumpa jest pochodną nie tylko jego niezrównoważonej psychiki, ale też wewnętrznych tarć w obozie republikańskim. Polscy wyznawcy Trumpa lubią się raczej dopatrywać w tym swoistej "dyplomacji wahadłowej" czyli gadania to z jednym to z drugim występując niby w charakterze pośrednika. Gdyby jednak tak było oznaczałoby to chęć zdystansowania się od sprawy, a nie stanięcia po naszej stronie.

Mówi się też o "odwróconym Kissingerze" czyli manewrze mającym wyrwać Rosję z chińskich objęć oferując jej jakieś korzyści i współpracę. Biorąc pod uwagę stopień uzależnienia Niedźwiedzia od Smoka i fakt, że tylko chińska pomoc pozwala Rosji jeszcze funkcjonować strategia taka musiałaby być mrzonką. Prędzej to Rosja rozbija transatlantycką jedność ku chwale lokalnych nacjonalistów zawłaszczających skromne narodowe poletka i wysysających z nich konfitury.


Do słynącego z piaszczystych plaż, latynoskich piękności i klubów nocnych Miami udał się chujogłowy wysłannik Kremla Kirył Dmitriew. Spotkał się tam właśnie ze Stevem Witkoffem i zięciem Trumpa Jarredem Kushnerem. Pomimo że był objęty sankcjami wydano mu specjalne pozwolenie na wjazd do Stanów Zjednoczonych. Ustalono tam to co ustalono, czyli jak wiemy absurdalny "plan pokojowy", zakładający nawet oddanie terytoriów których azjatycka horda nie zdołała póki co wyszarpać.

- Przekażę im nasze stanowisko, a oni przekażą to jako swoją wersję - to fragment rozmowy między Dmitrijewem a Uszakowem ujawniony przez agencję Bloomberg. Uszakow wyrażał pewne obiekcje, sądząc że Jankesi mogą "błędnie zinterpretować propozycje". Dmitriew zapewnił, że wpłynie na Witkoffa tak aby przetłumaczył dokument "słowo w słowo".

Amerykańscy negocjatorzy byli na tyle leniwi, że po prostu dokonali tłumaczenia przez automatyczne narzędzie, przez co w tekście znalazło się wiele wyrażeń nietypowych dla osób posługujących się językiem angielskich, a będących w istocie translacją rusycyzmów. Takie właśnie są kulisy "negocjacji" administracji Trumpa z rosyjskimi cwaniakami. Los świata zależy od ustaleń dyletantów znających się tylko na biznesie.

sobota, 22 listopada 2025

BIZNESPLAN

 
Hitem wczorajszych wiadomości był nowy plan pokojowy Donalda Trumpa, a w zasadzie Władimira Putina. Mówili że to jeszcze nieoficjalne, ale ze strony amerykańskiej nie popłynęło żadne dementi. Czyli Ukraina ma oddać cały Donbas bez walki, zredukować armię i płacić Amerykanom za gwarancje bezpieczeństwa.

Pocieszeniem dla nas ma być zapis, że Rosja nie dokona inwazji na sąsiednie kraje w co uwierzyć może chybna tylko ignorant zamknięty w alternatywnej bańce informacyjnej. Niestety jest takich wielu. Mają też u nas stacjonować europejskie (czyli nie amerykańskie) myśliwce, choć nikt z Polakami ani Europejczykami tego nie konsultował.

Co za wielkoduszność - powinniśmy chyba skakać z radości. Wojna wreszcie się skończy - Ukraińcy wrócą do domów zostawiając nam miejsca pracy przy łopacie i miotle, skończy się kurestwo i złodziejstwo, nie będziemy płacić banderowcom. Nareszcie będzie można się skupić na bezmyślnej konsumpcji, pamięci narodowej i sprawach obyczajowych.

Rosja natomiast wróci na salony, zostaną zniesione sankcje, a USA podpisze z nią umowę o długoterminowej współpracy gospodarczej!!! Rzeczywiście Trump to twardy gracz - docisnął do ściany całą Europę i Ukrainę. Jeśli kijowskie marionetki nie zgodzą się na ten plan Janksesi nie będą już dostarczać im broni ani danych wywiadowczych.


Po co sprzedawać broń - za co płaci Europa - skoro lepszym interesem będzie "haracz"? Zełenski z przerażoną miną wygłosił dramatyczne orędzie do narodu, w którym przestawił swój moralny dylemat: honor i wolność oznaczać będzie ciąg dalszy coraz trudniejszej walki. Po podpisaniu kapitulacji miałby w ciągu stu dni przeprowadzić nowe wybory...

W praktyce oznaczałoby to hańbę i niechybny gniew ludu usuwający go ze stanowiska. A poza tym może udałoby się dzięki sprytnej kampanii dezinformacyjnej wykreować jakiegoś udającego patriotę prokremlowskiego populistę. W Rosji uczciwych wyborów nie było już od lat, ale Trumpa to w ogóle nie obchodzi. Po co Rosjanom wybory, oni robią to co im każą.

Plan jest tak kuriozalny, że aż ciężko to komentować. Zapoznałem się pobieżnie z tymi 28 punktami i oczywiście znalazłem tam masę  fajnie wyglądających na papierze farmazonów i ozdobników, pierdolenia o globalnym bezpieczeństwie, odbudowie Ukrainy i tak dalej, przy czym ma ona nie wysuwać już żadnych roszczeń, a zbrodnie mają być objęte amnestią.


Paradoksalnie więc plan narzucić ma scenariusz z którym walczą sympatyzujący z trumpizmem nacjonaliści wszystkich europejskich krajów - Europa ma odbudować Ukrainę i wpuścić ją na swoje rynki. Ameryka dołoży swoje trzy grosze, lecz weźmie minerały i 50% zysków z inwestycji, Rosja zaś "poświęci" część zamrożonych aktywów.

Nie wygląda to wcale na plan pokojowy, tylko ordynarny układ biznesowy. Ukraina ma zostać przekształcona w  suwerenne tylko formalnie rosyjsko-amerykańskie kondominium, choć podłączone od europejskich struktur. W końcu na Zachodzie potrzebują jeszcze taniej żywności, pięknych dziewczyn i krzepkich robotników, a nawet mądrych mózgów...

Tylko gdzie my spierdolimy jak kiedyś zacznie się większa rozpierducha? Przecież nie do Niemiec czy Francji bo to tęczowi naziści, komuniści i pedały ruchane przez ciapaków. Więc chyba wszyscy będziemy musieli ewakuować się na Węgry - oczywiście tylko prawdziwi Polacy spod budki z piwem, koksy i kibole, bo część narodu jest zupełnie bezwartościowa.

Europa też oczywiście dała dupy budując powiązania gospodarcze z Rosją i oddając Krym w imię "pokoju", co okazało się krótkowzrocznym tchórzostwem. Sęk w tym, że nikomu - łącznie ze mną - nie pali się żeby ginąć za Ukrainę, Polskę czy Europę. Gdy więc Rosjanie tu przyjdą biało-czerwoni patrioci, a być może "europejscy liberałowie" będą usiłowali się z nimi dogadać.

No bo Smoleńsk, Katyń, operacja polska NKWD, zabory i tak dalej, to tylko historyczne fakty, a my najbardziej potrzebujemy prądu i ogrzewania, żeby w zimę spokojnie robić świąteczne zakupy, stroić choinki i odpalać fajerwerki. Absurdem jest jednak oddawać Rosji geopolityczne konfitury w sytuacji gdy jej wojska są masakrowane, a gospodarka ledwo zipie.

środa, 19 listopada 2025

DYWERSJA WEWNĘTRZNA


 Ostatnio mieliśmy w Polsce akty dywersji kolejowej. Sprawców szybko zidentyfikowano, niestety zdążyli czmychnąć na Białoruś. Zostawili telefon który miał rejestrować całe widowisko, a na nim były ślady linii papilarnych notowanego w ukraińskich bazach prorosyjkiego wrzoda.

Amerykańskie służby posługujące się systemem analizy przekazów elektronicznych  Echalon namierzyły logowania  "obcych" telefonów komórkowych. Do tego dochodzi monitoring i zeznania świadków. Zatrzymano kilka innych osób... Sami "sprawcy" niedoszłej katastrofy kolejowej są Ukraińcami - jeden co prawda z pochodzi z Donbasu, więc nie wiadomo czy się za takowego uważa.

Wykonanie "roboty" świadczy o przeszkoleniu wojskowym. Specjaliście twierdzą, że na szczęście dywersanci musieli się uczyć ze starych podręczników, bo to co zrobili zadziałałoby skutecznie na wagony starego typu - tymczasem nowoczesne wagony z innymi już wózkami nie wypadły z szyn, a jedynie nastąpił wstrząs.

Ale nie wchodźmy w szczegóły techniczne, na których znamy się jak Polak na polityce i piłce nożnej. Zostawmy to internetowym trollom, spiskologom i demonologom. Mentzen już wyczuł paranoję tej części społeczeństwa, która ma dosyć "pomagania" Ukrainie i twierdzi, że Kijów mógł maczać w tym palce. Rzekomo chodzi o wciągnięcie nas do wojny.

Na moje oko taka logika w ogóle kupy się nie trzyma, bo dla wątpliwych korzyści Ukraina ryzykowałaby utratę kluczowego sojusznika, przez którego terytorium wiedzie łańcuch dostaw zachodniego sprzętu. Ale oczywiście jako biznesmen, poseł, piwosz i internetowy showman, pan Sławek jest na pewno ode mnie dużo mądrzejszy.

Albo dużo bardziej cyniczny. Jeden z jego współpracowników - Roman Łazarski - robi interesy z Rosją i prowadzi firmę pośredniczącą w zatrudnianiu imigrantów ze Wschodu na polskim rynku pracy. O Braunie nie będę nawet wspominał, bo ten oszołom urośnie w siłę i wyprowadzi nas z Unii Europejskiej, a potem wprowadzi monarchię.

Pisowcy swego czasu prześcigali się w miłości do naszych kozackich braci, ale już im przeszło i teraz żerują na przeciwnych nastrojach. Nomen omen nastoje takie wróżono już od początku - analitycy przewidywali, że Rosja będzie przeciągać konflikt, tak długo aż znudzi się zachodniej opinii publicznej i zacznie ją irytować.


Swoją cegiełkę dołożył do tego ukraiński system władzy - niezależnym organom antykorupcyjnym udało się ostatnio wykryć tam wielką aferę łapówkarską w branży energetycznej na której pazerni oligarchowie zgarnęli co najmniej 100 milionów dolarów łapówek i w podejrzany sposób zdążyli ewakuować się "w ostatniej chwili" przed zatrzymaniem. W realiach wojny i cierpienia narodu to wyjątkowa nikczemność.

Ale co to jest 100 milionów dolarów przy przekrętach naszego Obajtka? Ten patałach sprzedał 30% udziałów w rafinerii gdańskiej, całą spółkę zajmującą się hurtową sprzedażą paliw i połowę udziałów w spółce produkującej paliwa lotnicze z liczoną złotówkach siedmiomiliardową stratą!!! Zapłacił też - z naszych pieniędzy - zaliczkę za ropę która nigdy nie dotarła, bagatela 1,6 miliarda złotych. Dodatkowe koszty Orlenu wynikające z braku dostaw to właśnie 100 milionów dolarów.

Nie spadały na nas co prawda bomby, ale byliśmy już w realiach wojny hybrydowej... Gdzie się podziała ta kasa tego nie wiedzą nawet najstarsi górale, bo w transakcje zamieszani byli Chińczycy, Arabowie, Węgrzy i Libańczycy... Ale na chłopski rozum taka "niegospodarność" śmierdzi na kilometr.

sobota, 15 listopada 2025

OPIUM DLA MAS

 
W Stanach Zjednoczonych - na których się wzorujemy - kokaina i heroina wychodzą już z mody. To narkotyki półsyntetyczne wymagające przetwarzania liści krasnodrzewu pospolitego lub soku z główek maku lekarskiego. A jest to dosyć nieefektywne -  na przykład żeby wyprodukować jeden gram koksu trzeba zużyć 300 - 450 kg liści, zrobić z nich pastę, potem zastosować jakieś chemikalia.

Rynek zalewa więc fentanyl i krystaliczna metamfetamina. Proces produkcji jest mniej skomplikowany przez co nie trzeba odpalać doli rolnikom i pośrednikom co ogranicza koszty. Poza tym są to substancje o wiele mocniejsze - zwłaszcza fentanyl który klepie już w mikrodawkach -  łatwiej go szmuglować, przechowywać i rozprowadzać. Tyle że łatwo go przedawkować, błyskawicznie uzależnia i zamienia ludzi w zombie.

Na szczęście to paskudztwo jest problemem głównie w USA (i sąsiedniej Kanadzie), gdzie kryzys opioidowy został wygenerowany na przez koncerny farmaceutyczne. Skorumpowani medycy przepisywali tam miliony recept na pewien lek opioidowy (OxyContin), a jego producent zbijał kokosy. Okazało się, że wielu "pacjentów" popadło w uzależnienie - gdy dostęp do leku drastycznie ograniczono skierowali się na czarny rynek.


Kupowali tam starą dobrą heroinę, którą wyparł nowy lek używany w anestezjologii i łagodzeniu silnych bólów onkologicznych czyli właśnie niesławny fentanyl. We wspaniałych Stanach Zjednoczonych - gdzie odsetek bezdomności jest rekordowy i dużo większy niż w zakompleksionej Polsce - czarna i biała hołota znieczula się tym gównem na swój nędzny okołośmietnikowy los.

Bogaty pedofil Michael Jackson faszerował się fentanylem bo miał "kłopoty z zasypianiem", za co odpalał osobistemu lekarzowi 150 tysięcy dolców miesięcznie. W zasadzie był to tylko jeden ze składników megamocnego "koktajlu" złożonego ze wszystkich najsilniejszych środków nasennych i przeciwbólowych jakie zna medycyna. Pewnego razu król popu uspokoił się i zasnął już na zawsze, a zatem terapia okazała się skuteczna.

Jeśli jednak nie chcesz się uspokoić, a raczej podkręcić to zapal sobie krystaliczną metamfetaminę. Co prawda  błyskawicznie zniszczy ci to uzębienie i jamę ustną, spowoduje kłopoty dermatologiczne i psychiczne, zamieni cię w szkielet i zrujnuje życie osobiste, lecz na pewno nie będziesz mógł dłuuugo zasnąć... Tym wynalazkiem syntezowanym ze zwykłej pseudoefedryny stymulują się już nie tylko w Ameryce Północnej, ale też w Australii, Nowej Zelandii czy Azji Południowo-Wschodniej.

W Polsce wskaźnik zażywania metamfetaminy pozostaje relatywnie wysoki, choć zazwyczaj nie pali się jej tylko wciąga. Problem nie jest jednak tak wielki jak w sąsiednich Czechach. Za to już od lat 90-tych pozostajemy potentatem w produkcji syntetycznych narkotyków - historycznie był to głównie znacznie słabszy od "meth" siarczan amfetaminy, a ostatnio mefedrony, klefedrony i inne syntetyczne katynony, zwane "kokainą dla ubogich".

Dilerzy nazywają te mózgojeby po prostu "kryształem", bo zazwyczaj sami nie wiedzą czym dokładnie handlują, nie mówiąc już o użytkownikach. Ważne że pierze mózg, a po chwili euforii powoduje ogromnego doła i musisz znowu poprawić sobie humor... Potem możesz pierdolić pod blokiem o ziomach, dupach i melanżach, grać w maszyny, zerżnąć kozę albo trzepać kapucyna - chwilowo przejdziesz w zupełnie hedonistyczny i maniakalny tryb działania.


To pozostałość po rynku legalnych dopalaczy który swego czasu funkcjonował w Polsce. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że politycy zaczęli od delegalizacji psychodelicznych roślinek takich jak szałwia wieszcza czy powój hawajski, a za twarde prochy brali się na końcu, choć to one były podstawą całego "biznesu". Czyli sytuacja taka jak w Stanach Zjednoczonych - eksperci nie rozpoznali albo też nie chcieli rozpoznać prawdziwego zagrożenia. 

Po wyhodowaniu rzeszy konsumentów Donald Tusk ogłosił swoją pokazową krucjatę przeciw dopalaczom. Aktywista Tomasz Obara próbował mu wtedy wręczyć reklamówkę pełną rzekomych "mieszanek ziołowych" (a tak naprawdę suszu nasączonego silnymi chemikaliami), aby przedstawić premierowi SKUTKI PROHIBICJI - Gdyby konopie nie były zakazane, nie doszłoby do sytuacji, że takie środki pojawiły się na naszym rynku - tłumaczył po zatrzymaniu.

Jeszcze przed ostatnimi wyborami rudy obiecywał liberalizację prawa narkotykowego, teraz już o tym zapomniał... Zdaniem resortu zdrowia posiadanie na własny rekreacyjny użytek paskudztwa takiego jak konopie indyjskie może prowadzić do uzależnienia i demoralizacji, choć dopuszcza się medyczne zastosowanie na receptę. Jak wiemy alkohol może powodować śmiertelne zatrucia, kłopoty ze zdrowiem, przemoc, wypadki komunikacyjne i tak dalej.

Ale historyczne uwarunkowania były takie, że jak świat światem biali ludzie pili "ognistą wodę", wino i browar. Konopie indyjskie stosowano już tysiące lat przed naszą erą, tyle że w innych kręgach kulturowych. Na początku XX wieku zdelegalizowali je biali Amerykanie, którzy chcieli utrudnić życie imigrantom z Meksyku. To oni lobbowali za wpisaniem marihuany do Międzynarodowej Konwencji Opiumowej, wskutek czego zdemonizowano ją na całym "cywilizowanym" świecie.


Równie starożytna jest historia psychodelików - archeologiczne ślady ich stosowania sięgają tysięcy lat wstecz. Tu również zadziałała polityka - używki te stosowane były przez pacyfistycznych hipisów uznawanych za "wrogów Ameryki". Uderzono więc w kontrkulturę pod hasłem "wojny z narkotykami'... I znowu rozwiązanie takie skopiowali wszyscy łącznie z komunistami, którzy szczególnie nie życzyli sobie dekadenckich kontestatorów.

Tymczasem "porządni obywatele", a zwłaszcza kury domowe, zaczęli popadać w nerwicę i depresję. Wyprodukowano więc dla nich alternatywną pigułkę Valium (w Polsce znaną jako Relanium) zawierającą diazepam. Zalecano ją (głównie zestresowanym kobietom, bo mężczyznom nie wypadało wówczas chodzić do psychiatry) na uspokojenie. Tym samym zapoczątkowano trwającą do dziś w cieniu innych "kryzysów" erę benzodiazepin.

Przepisywano to świństwo każdemu kto o to prosił i mamy dziś istną epidemię "zaburzeń psychicznych" - w Stanach Zjednoczonych leki psychotropowe zażywa 70% społeczeństwa. Mimo tego liczba samobójstw rośnie... To już pewnie zagadka dla socjologa bo chyba działają tu jakieś mechanizmy społeczne, w każdym bądź razie inspirowana amerykańskimi regulacjami "polityka narkotykowa" okazała się całkowitym niewypałem. 

poniedziałek, 10 listopada 2025

JEDNOŚĆ NARODOWA


Mój szwagier, który jest aktywnym przedsiębiorcą i tak dalej, głosował na Sławomira Mentzena, bo ten obiecał jakieś "ulgi dla przedsiębiorców", cokolwiek to znaczy. Przekonał do tego nawet moją siostrę, czym byłem kompletnie zaskoczony. Ale mamy przecież demokrację.

Ponieważ nie piłem z Mentzenem piwa na Tik-Toku, nie wiem co tak naprawdę ma on do powiedzenia o gospodarce, choć szczerze mówiąc niezbyt mnie to interesuje. Dyskusje przy piwie kojarzą mi się z atmosferą wiejskiego sklepu spożywczego, a ja przy piwie wolę dyskutować z telewizorem.

W telewizorze mówią, że Mentzen jest libertarianinem czy kimś w tym rodzaju - chce zlikwidować ZUS, socjal, a najlepiej cały system redystrybucji. Bogaci powinni zarabiać jeszcze więcej bo są kołem zamachowym gospodarki.  Jako gołodupiec nie jestem zbytnim entuzjastą takiego darwinizmu ekonomicznego.

Nie jestem bynajmniej socjalistą, bo wiem że realny socjalizm jest rajem dla cwaniaków a nie uczciwych ludzi. Lecz kto nie był za młodu socjalistą, ten na starość będzie skurwysynem, więc przyznam że miałem kiedyś w głowie wizje sprawiedliwości społecznej. Wyleczyli mnie z niej skutecznie biedni "koledzy", którzy wciąż domagali się żebym stawiał im piwo.


Tyle w temacie piwa, bo nie jestem przecież alkoholikiem. Słyszałem za to, że Mentzen mówił kiedyś o legalizacji marihuany - i to jest myśl!!! Wtedy można by na przykład organizować "marihuanę z Mentzenem"... Tyle że sam pomysłodawca uwolnienia konopi w Polsce podchodzi do sprawy bardziej pragmatycznie.

Jego zdaniem "zioło ryje łeb", ale jest to na tyle dochodowy interes, że warto by go było obłożyć akcyzą... Trąci to nieco cynizmem, chociaż religia, telewizja, internet i alkohol również ryją łeb i są do tego zupełnie legalne. Wyborca tak czy siak będzie miał zryty beret, więc nie jest ważne czy pali zioło czy nie. Ważne żeby płacił od tego podatek, choć Mentzen jest zasadniczo przeciwny podatkom.

Z podatków buduje się hołocie szkoły, szpitale, drogi i tak dalej. Część trafia do różnych specjalistów od spraw niepotrzebnych, część zostaje rozkradziona, część wydana na przekop Mierzei Wiślanej czy zakup Pegasusa. To niestety wada systemu której nie da się wyplenić czyli chciwi, leniwi i próżni ludzie przy korycie.

Ale niech kradną na potęgę, byle się dzielili - to już logika wyborców PiSu. Sam fakt że zadłużenie w czasach "dobrej zmiany" wzrosło geometrycznie nikogo z nich specjalnie nie stresuje - niech się zamartwiają tym ekonomiści. Ostatnio atmosfera między PiSem a Konfederacją zaczęła trochę się psuć, bo Konfederacji za bardzo urosło w sondażach, a poza tym wypączkowała z niej partia Brauna, której już nie można lekceważyć.


Toczy się więc retoryczna bitwa o "przywództwo na prawicy", choć jakby nie patrzeć najsilniejszą postacią jest tam teraz Karol Nawrocki, jako możliwy do strawienia przez wszystkich z prawej strony. Z powodu lojalności czy też chłodnej kalkulacji nie zdobył się jeszcze na to żeby napluć Kaczyńskiemu w twarz. Za to Kaczyński z Mentzenem opluwają się już regularnie.

Ostatnia wymiana "uprzejmości" miała ponoć dotyczyć zaburzeń ze spektrum autyzmu prywatnie trapiących Mentzena. Kaczyński w kolejnym natchnieniu pieprzył coś o "niedostatkach" na jakie cierpieć ma młodzik i o potrzebie pilnego leczenia...  Ten zaś nazwał starego pierdziela "chamem". Dzisiaj obydwaj panowie mają maszerować na jednej imprezie pod hasłem: "Jeden naród".

Na szczęście nie ma tam nic o "jednym wodzu", ale może się niektórym historycznie kojarzyć. Będzie tam też oczywiście elokwentny Robert Bąkiewicz, a nawet sam prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej. Coś ich jednak łączy - wspólny elektorat, a także głęboka niechęć do Niemców, Ukraińców i ciapatych, a przede wszystkim kosmopolitycznej lewicy.

sobota, 8 listopada 2025

TEORIA SPISKU

 
Po zmianie władzy w TVP pojawiło się od razu wiele nowych twarzy. Niby dobrze, bo stara ekipa była tendencyjna do bólu. Uwagę z pewnością zwraca na siebie wzorzyście wydziarana Karolina Opolska. Ale mniejsza o jej niestandardowy wizerunek - najważniejsza jest przecież robota którą wykonuje. Przyznać jednak muszę, że baba dosyć przynudza, więc niespecjalnie się w to wgłębiałem.

No ale niech sobie funkcjonuje w obiegu medialnym. Tyle że na dodatek postanowiła być pisarką. Sami wiecie, że trzeba mieć ustawiony regał z mądrymi książkami za internetową kamerką na wypadek gdybyśmy brali udział w jakiejś telekonferencji. Dobrze też popełnić jakieś dzieło - w dzisiejszych czasach wszyscy to robią. Tylko po co tracić czas na męki twórcze, skoro mamy już sztuczną inteligencję.

Nasza gwiazda dziennikarstwa postanowiła poszerzyć swój repertuar o kwestie związane z tak zwaną "zakazaną historią". Stworzyła więc przy pomocy narzędzi AI "Teorię spisku czyli prawdziwą historię świata". Takie sensacyjne opowieści zawsze znajdą swoich amatorów, tym bardziej jeśli firmowane są przez gadające w telewizji głowy. Niestety pewien zjebany historyk postanowił sprawdzić o czym pani Karolina pisze i skąd czerpie taką wiedzę.

Popularyzator nauki Artur Wójcik natrafił w przypisach na całkowicie zmyślone publikacje autorstwa rzekomo znanych historyków. Gdy inni zaczęli grzebać znaleźli też odwołania do Wikipedii która jest źródłem wtórnym jak i link kierujący wprost do... Chata GPT. Autorka zaprzecza jednak jakoby swoją publikację - poświęconą na dodatek "dezinformacji" - wygenerowała na maszynie. Oświadczyła że to "nieporozumienie" i tak dalej.

Problem z "inteligentnymi" cudami techniki jest taki, że mogą one wygenerować bardzo dobre wypracowanie szkolne, pracę magisterską, a nawet doktorat, o ile żadnemu leniwemu chujowi nie zachce się zbytnio tego weryfikować. Modele językowe to efektowne "miksery treści" czerpiące wzorce statystyczne z internetu - składają słowa do kupy wedle statystycznego dopasowania. Sęk w tym, że często uzyskujemy w ten sposób jedynie elokwentny bełkot.


Ale to już plaga naszych czasów. Nie tylko prace naukowe, ale również ich recenzje coraz częściej generuje sztuczna inteligencja. Szacuje się, że co ósmy artykuł naukowy z zakresu medycyny został w całości opracowany przez sztuczną inteligencję!!! Ponoć wskazuje na to struktura gramatyczna... Niemniej bardzo trudno jest to udowodnić. System niezbyt docenia krytyczne myślenie, a bardziej koncentruje się na publikacjach, recenzjach i tytulaturze.

W środowisku naukowym mówi się o zasadzie "publikuj albo giń" czyli ciągłej presji publikowania czegokolwiek, byle w prestiżowych czasopismach. W ten sposób zdobywa się reputację, a dopiero wtedy płyną publiczne pieniądze. Trochę podobnie wygląda to w publicystyce - tylko na łamach poważnych dzienników stajesz się częścią sieci "mądrzejszych od ludu", ale najlepiej dołożyć do tego książkę bo jest dopiero "nobilitacja intelektualna".

Prawdziwie wiarygodny jest artysta głodny, bo nikt mu za to nie płaci, więc kieruje się czystą próżnością. Każdy z nas lubi się powymądrzać - wszyscy znamy się na seksie, moralności, motoryzacji, kulinariach, polityce i piłce nożnej, rozwoju osobistym a ostatnio nawet medycynie. Tylko że nikt nas nie zaprasza do telewizji, a tym bardziej na bankiety, bo należymy do bezimiennej masy, której pozostaje tylko klawiatura i mózg.

środa, 5 listopada 2025

GWIAZDA SZERYFA

 
Bezwzględny szeryf Zbigniew Ziobro spierdolił za granicę - szczurzym szlakiem pisowców udał się na Węgry gdzie już wcześniej o azyl prosił jego podwładny Marcin Romanowski. Tym razem sprawa jest nawet grubsza - wtedy chodziło o nielegalne finansowanie kampanii z pieniędzy Funduszu Sprawiedliwości, a tym razem o zakup ultranowoczesnej zabawki do inwigilacji opozycji.

Być może służby potrzebują sprzętu do tropienia bandytów, choć pod taką kategorię Ziobro podciągnąć potrafi dowolną osobę. Bo jakoś tak się złożyło, że największym bandytą w Polsce był wówczas szef sztabu wyborczego Koalicji Obywatelskiej. Poza tym prokuratorzy, sędziowie, adwokaci, dziennikarze, generałowie... Jednym słowem cała ta postkomunistyczna sitwa.

Ale to przecież normalne - zobaczcie co się działo na świecie: w zaprzyjaźnionych Węgrzech, Azerbejdżanie, Kazachstanie, Meksyku, Indiach, Arabii Saudyjskiej... Wszędzie gdzie służby dostawały takie cacko od razu zajmowały się "badaniem" życia przeciwników politycznych. Pokusa była zbyt wielka. Można było zobaczyć co kto robi w łóżku, w kiblu, na suto zakrapianej imprezie czy podczas tajnej narady.

Jednym słowem można było się dowiedzieć co taka menda knuje, z kim się spotyka, co wie i myśli naprawdę, jakie ma zboczenia, nałogi i choroby... Każdy z nas chciałby poznać słabości swoich wrogów, jednocześnie pielęgnując własny wizerunek. Bo jak wiadomo zwykle ludzie nie są kryształowi. Podobną strategię przyjmują też giganci cyfrowi, choć jak na tą chwilę nikt się tym zbytnio nie przejmuje, bo algorytmy wnioskować mogą tylko pośrednio.


Pegasus
 pozwala ci natomiast wejść w cudze życie z butami. Ale mniejsza z tym, niektórzy lubią na przykład podglądać sąsiadów czy zajmować się plotkami. Uznajmy zatem, że Zbigniew Ziobro jest typowym małomiasteczkowym chamem, którym lubi babrać się w cudzym gównie. Poza tym jest oczywiście chory na nowotwór, a więc dajcie mu spokojnie umierać... Gdybyście nie zawracali mu dupy pewnie już dawno wyciągnąłby kopyta.

Włodzimierz Czarzasty teraz wspomina jak w blisko dwie dekady temu policja Ziobry zrobiła mu wjazd na chatę, wywlekła z wyra gołą żonę i weszła do sypialni córki, grożąc jemu samemu odstrzeleniem łba. Ale nie bądźmy małostkowi - nie takie rzeczy działy się za komuny. A przecież Zbigniew walczy z postkomuną, układem, mainstreamem, elitą, warszawką i tak dalej.

Może kiedy zwalczy całą tą kosmopolityczną hołotę będę mógł wreszcie być kimś ważnym, a przynajmniej mądrym. Póki co muszę robić swoje, czyli zapierdalać na tych wszystkich pasożytów. Jeśli kiedyś będę miał raka będzie to tylko mój problem. I tyle pożytku jest z Ziobry. Azyl, eutanazja, powrót w wielkim stylu - nie ma się czym ekscytować.

wtorek, 4 listopada 2025

W CIENIU KREMLA

 Na Wschodzie bez zmian - wojna wciąż trwa i nie widać jej końca, chociaż niektórzy obiecywali zakończyć ją w dwadzieścia cztery godziny. Ale nie czepiajmy się - kłamstwa na pierwszej randce, rozmowie kwalifikacyjnej czy podczas kampanii wyborczej są jak najbardziej dozwolone, podobnie zresztą jak na samej wojnie. Uczciwi są tylko głupcy, którym zwykle brakuje tupetu i bezczelności.

Najpierw kłamiesz, a potem odwracasz kota ogonem - tłumaczysz że co innego miałeś na myśli, okoliczności się zmieniły a poza tym i tak jest to wina twoich przeciwników. Lud z reguły jest już tak uwikłany w spiralę narracji, że nie będzie ryzykował dysonansu. Jeśli Donald Trump wierzył, że Putin zakończy wojnę z powodu ich "świetnych relacji" to był naiwnym głupcem albo kłamał. Podejrzewam że jedno i drugie.

W grę tu wchodzi jakiś dług wdzięczności. Nie jest tajemnicą, że Trumpa - uważanego swego czasu za politycznego błazna - wylansowali ruscy trolle aktywizujący amerykańskich pożytecznych idiotów. Jaki mieli w tym interes? Najprawdopodobniej uznali Trumpa za czynnik destabilizujący. Ten jednak przyjął to za dobrą monetę, bo sądził że Putin go po prostu lubi. Swoją drogą obecny prezydent Stanów Zjednoczonych bywał w Moskwie już w latach siedemdziesiątych...

Co mógł tam porabiać ciekawego? Podobno za dewizy można było tam deflorować całkiem niezłe panienki, a w razie czego KGB samo podrzucało towar... Wyszkolone agentki wyciągną z ciebie nie tylko ostatnie soki, ale też wszystkie potrzebne informacje. Poza tym tak się robi kompromaty - filmy, nagrania, zdjęcia i tak dalej, które można potem wykorzystać do szantażu czy wywierania nacisku. A znając "konserwatywne" obyczaje Trumpa nie przepuścił on żadnej seksualnej okazji.


Kryzys na rynku nieruchomości w 2008 roku omal nie utopił jego imperium biznesowego, na szczęście uratowali go dobrzy ludzie z Rosji - pewien nieliczący się z groszem oligarcha kupił jego rezydencję za cenę znacznie przekraczającą wartość, po to by potem sprzedać budę z gigantyczną stratą. Ale czego się nie robi dla przyjaciół... Inna śmierdząca sprawa to pranie w USA rosyjskich brudnych pieniędzy poprzez niemiecki Deutsche Bank, z czego miały skorzystać firmy Donalda Trumpa.

Jeszcze w 2022 roku firma medialna Trump Media pożyczyła pieniądze od szemranej karaibskiej wydmuszki powiązanej z rosyjskimi służbami i branżą porno. Lider światowej alternatywy był do tego zmuszony po nieudanym puczu zwanym szturmem na Kapitol. Tradycyjne banki uznały, że to polityczny i zapewne finansowy koniec jego kariery i odmówiły kredytów. Ale komuś bardzo zależało żeby nieustraszony obrońca chrześcijaństwa nie utopił się we własnym gównie.

A to tylko kwestie finansowe, bo Rosja bardzo pomogła Trumpowi podczas wyborów w 2016 roku, które - dzięki absurdalnemu systemowi wyborczemu - wygrał, otrzymując trzy miliony mniej głosów od Hillary Clinton. Cyberataki, włamania do skrzynek mailowych Demokratów, zorganizowane grupy hejterskie, surrealistyczne teorie spiskowe, fałszywe konta pozorujące twórczość rodzimych "aktywistów" - to wszystko weszło odtąd na stałe do hybrydowego arsenału Kremla i znalazło szerokie zastosowanie także w Europie.


Również w Polsce nie brakuje popaprańców którzy rozpowszechniają prorosyjskie bzdury. Jednym z nich jest antyukraiński  patostreamer Nazar zatrzymany wczoraj w Trójmieście za jazdę pod wpływem marychy - radykalny zwolennik Grzegorza Brauna nawołujący do nienawiści na tle narodowościowym i religijnym, podejrzewany między innymi o podpalenia samochodów z ukraińskimi rejestracjami, groźby karalne, naruszenia nietykalności cielesnej czy miru domowego.

Popularnym kierunkiem "turystycznym" polskich polityków uwikłanych w porachunki z koalicją rządzącą i prawno-karne perypetie są ostatnio prokremlowskie Węgry. Można by to nazwać "efektem Trumpa", choć przyznać trzeba że eurosceptyczne partie już od dawna otrzymują pieniądze z Moskwy. Swego czasu Samoobrona wzywała do odnowienia ekonomicznego sojuszu z Rosją. Podobne pierdoły opowiadała antyunijna Liga Polskich Rodzin, czy różne frakcje Konfederacji od korwinistów po braunistów.

Ciężko więc wymagać od Trumpa większego zdecydowania, jeśli nawet nasza rodzima scena polityczna koncentruje się na "zagrożeniu niemieckim", imigrantach którzy odbierają nam pracę w rzeźniach i budkach z kebabem, pedałach, rzezi wołyńskiej, energetyce węglowej, kryzysie konstytucyjnym i nominacjach sędziowskich. Co z tego wszystkiego może dla mnie wyniknąć pozytywnego tego nie wiem.

piątek, 31 października 2025

KONIEC PIEŚNI


 Jednym z najbardziej groteskowych przejawów ludzkiego dążenia do nieśmiertelności była mumifikacja. Faron czy inny nadziany dupek dzięki zachowaniu swojej cielesnej "powłoki" miał być nieśmiertelny. Pomińmy fakt, że krył się w tym aspekt magiczny - sama idea zachowania swojego ciała w stanie nienaruszonym przetrwała wśród ludzi którzy mają za dużo pieniędzy.

Dzisiaj jednak podejście do kwestii drugiego życia jest bardziej "naukowe", bo wiadomo że mumifikacja była nieskuteczna... Literatura science fiction spopularyzowała ideę, że człowieka można zamrozić jak kurczaka w zamrażalniku. Przechowujesz takiego kurczaka przez dłuższy czas - aż medycyna znajdzie rozwiązanie jego problemu - a potem go rozmrażasz i doszywasz mu głowę.

Kurczak zaczyna gdakać, piać, deptać kury, a może nawet jeszcze nauczy się latać... A wszystko to będzie możliwe kiedy dojdziemy już do futurystycznej utopii. Nie warto więc poddawać się kremacji - lepiej zachować swoje truchło w jakiejś bajecznie drogiej chłodni zamiast przeznaczać spadek na cele charytatywne. Różni szarlatani obiecują, że zaopiekują się takimi bioodpadami tak długo jak będzie trzeba.

Problemem jest oczywiście to, że człowiek w przeważającej części składa się z wody. A jak wiadomo zamrożona woda zwiększa swoją objętość - rozsadza komórki i tkanki. Opracowano jednak specjalne techniki wykorzystywane choćby przy zamrażaniu zarodków. Kriokonserwacja polega na wprowadzeniu  do zarodka czy też trupa substancji ochronnych zapobiegających tworzeniu się kryształków lodu.

Możemy więc "przetrwać" w ekstremalnie zimnej zamrażarce po wyssaniu z nas krwi i innych płynów oraz nafaszerowaniu tej bladej padliny płynem chłodniczym. Jakiś mądry jajogłowy kiedyś to wszystko naprawi i napompuje nas znowu aż pałka stanie... Usługi takie świadczy się głównie w Stanach Zjednoczonych, ale też w Zachodniej Europie. Póki co w Polsce nie można jeszcze zafundować sobie takiej groteskowej fanaberii.


Pozostaje nam więc tylko cmentarz. Może to i lepiej... Większość naukowców pozostaje sceptyczna wobec możliwości "powrotu z zaświatów". Uszkodzenia komórkowe i tak są nieuniknione, ponieważ już w chwili śmierci dochodzi do nieodwracalnych uszkodzeń, a sam proces rozmrażania doprowadzi do następnych. Najwidoczniej jednak ciężko się z tym pogodzić kiedy ma się forsę, której nie zdążyło się jeszcze wydać...

Od zarania dziejów różni cwaniacy obiecywali nam życie wieczne. Zazwyczaj nazywaliśmy to religią, choć niekiedy też spirytyzmem czy teozofią. Jak zwał tak zwał - bogacze zrozumieli, że to zwykłe pierdolenie farmazonów, więc postanowili zabezpieczyć się biologicznie. Niestety tu również mamy do czynienia z dosyć wątpliwym procederem. Ale okay - może za trzysta czy pięćset lat ktoś będzie chciał reanimować te stare trupy. Sądzę jednak że prędzej trafią na śmietnik.

Transhumaniści widzą jeszcze inną możliwość zachowania "życia wiecznego" czy może raczej wiecznej świadomości. Spekuluje się że umysł można emulować w jakimś komputerze jeśli odpowiednio odwzoruje się dane. No cóż, wierne odtworzenie wszystkich połączeń neuronalnych to jeszcze nie wszystko - w obliczeniowej pracy mózgu istotną role odgrywają nie tylko sygnały elektryczne, ale też chemia, biologia połączonego z nim ciała i dane sensoryczne.

Jak odtworzyć taką dynamikę tego nie wie nikt, choć niektórzy twierdzą że to możliwe - na ogół są to jednak ekscentryczni informatycy, a nie neurobiolodzy. Pomimo całego szumu wokół sztucznej inteligencji skopiowanie naszej świadomości wydaje się mrzonką. Prędzej pewnie wyhodujemy jakiegoś cybernetycznego potwora...


Gdybyśmy nawet potrafili odwzorować mózg nieboszczyka w jakiejś maszynie zazwyczaj byłby on już stetryczały i w związku z tym dosyć niesprawny... No chyba że zostawilibyśmy młode i atrakcyjne zwłoki zażywając zawczasu cyjanek potasu czy coś w tym stylu - ale wtedy nie zdążylibyśmy nacieszyć się życiem. Paradoksem jest to, że w toku ewolucji mogły pewnie powstać jakieś mechanizmy przedłużające życie, ale priorytetem było przetrwanie genów a nie ich nośników.

Jesteśmy tylko "produktem jednorazowego użytku" - świadomość to zabezpieczenie systemu przed autodestrukcją, dzięki której organizmy usiłują przetrwać "za wszelką cenę". Cała historia którą do tego dopisujemy to tylko kulturowe i osobiste urojenia. Bakterie rozmnażają się przez symetryczny podział, a my przez "nieśmiertelną" linię komórek płciowych. Śmierć jest więc naturalną konsekwencją życia, choć niekiedy nie umiemy jej zaakceptować i popadamy w metafizyczne halucynacje.

O czym będę myślał gdy będę umierał? Czy zrobię bilans swojego życia? A może nie zdążę nawet bo śmierć mnie zaskoczy? A gdybym się dowiedział, że dziś jest dzień mojej śmierci? Cóż dziś mogę powiedzieć swoim przodkom, stojąc nad granitowymi pomnikami? Czy zdołam jeszcze wskrzesić mnemoniczne obrazy, czy to już będą tylko autobiograficzne legendy? Życie to taniec neuronów. Śmierć to kosmiczna katastrofa.