Łączna liczba wyświetleń

sobota, 29 marca 2025

PIERDOLENIE O SZOPENIE


 "Proces pokojowy" przeprowadzany przez papieża zmutowanej prawicy Donalda Trumpa utkwił w martwym punkcie, o ile można w ogóle mówić że ruszył z miejsca. Na moje oko mamy tu do czynienia tylko z dyplomatycznym zamieszaniem. Jedynym rezultatem tych wszystkich spotkań, telefonów i zawadiackich frazesów jest osłabianie pozycji negocjacyjnej Ukrainy.

Żąda się od niej zaprzestania ataków na instalacje naftowe agresora, gospodarczych koncesji, czy też ustępstw terytorialnych. Mówi się już nieśmiało o zniesieniu sankcji gospodarczych na Rosję. Przedstawiciele rosyjskiej agencji kosmicznej - Roskosmosu - rozmawiają nawet z Elonem Muskiem o wspólnych lotach na Marsa. Takie właśnie tematy zajmują nową amerykańską administrację.

Wysłany do Rosji Steve Witkoff korzystając z rosyjskiej sieci telekomunikacyjnej czatował na Signalu o bombardowaniach w Jemenie. Po powrocie do domu zaczął powtarzać rosyjską narrację, jakoby przytłaczająca większość mieszkańców okupowanych terytoriów chciała życia pod rosyjskim butem. Niestety udzielając wywiadu alternatywnemu propagandyście nie potrafił przypomnieć sobie nazw tych  regionów...

Jednym słowem mamy do czynienia z bandą aroganckich dyletantów. Wiceprezydent J. D. Vance przyznał na niefortunnym czacie, że "nienawidzi Europy". No bo przecież nie o ratowanie naszej dupy tutaj chodzi - wiadomo, że operacja na Bliskim Wschodzie miała szerszy kontekst, powiązany z Izraelem, Gazą, Iranem, Libanem i tak dalej. Pana wiceprezydenta bardziej od Europy interesuje choćby Grenlandia - niestety bez wzajemności tamtejszych autochtonów.


Wtórował mu jurny szef Pentagonu Pete Hegseth. Brylantynowy playboy nazwał Europejczyków "żałosnymi pasożytami". Przypadkowo do tej tajnej konwersacji dołączono dziennikarzynę, a w zasadzie kanalię, która ujawniła treść pogawędki opinii publicznej. Według specjalistów Signal to jeden z najbezpieczniejszych komunikatorów, a metoda łamania jego szyfru jeszcze nie istnieje. Ale jak widać specjaliści od bezpieczeństwa bywają niefrasobliwi.

Człowiek w mundurze po takiej wpadce najpewniej wyleciałby z roboty, a nawet stanął przed sądem. Ale politycy to inna bajka. I mniejsza już o upadek kultury politycznej Waszyngtonu, ale strategiczny sojusz "wolnego świata", Zachodu, liberalnych demokracji czy jak tam zwał, najwyraźniej przestaje funkcjonować. Nie dociera to jeszcze do tych którzy widzieli w Trumpie nieobliczalnego jastrzębia. Polska jest skazana na Europę - na Brytyjczyków, Francuzów i przebrzydłych Niemców.

Polacy tymczasem ekscytują się kwestiami aborcji, niedoszłego podatkowego raju, no i dywersji imigracyjnej. Dołóżmy do tego jeszcze gejów i kościół, bo jak wiadomo trwa kampania wyborcza, a bez poruszania tych arcyważnych tematów ciężko pobudzić emocje społeczne. I nie liczmy na to, że kwestie bezpieczeństwa przestaną być politycznym straszakiem, choć wszyscy od prawa do lewa obłudnie o to apelują. Polak Polakowi wilkiem, a ojczyzna to wycieraczka, koryto i parasol.

piątek, 28 marca 2025

BYDLĘ W MASZYNIE

 
Nawet pozbawiona uczuć sztuczna inteligencja potrafi być szowinistyczna czy stereotypowa. Po prostu analizując wielkie zbiory danych wytwarzanych przez ludzi chłonie ich uprzedzenia i pojęciowe szufladki. O ile nie wprowadzisz do analizy zniuansowanych informacji nawet najpotężniejsza elektroniczna sieć neuronowa nie obliczy "prawdy". Dzięki wielkiej mocy obliczeniowej zbliżamy się co najwyżej do statystyki.

Podobnie działa nasza percepcja - uczymy się na "danych treningowych", a te muszą być najpierw oznaczone jako fakty. Niektóre z nich od razu uznamy za niewiarygodne jako niezgodne z wcześniejszą wiedzą czy wręcz światopoglądem, czyli mówiąc krótko nie pasujące do schematu. Dysonans poznawczy jest stanem tak nieprzyjemnym, że za wszelką cenę staramy się go unikać.

Co gorsza nowe technologie nie będą wypełniać naszych "ślepych pól", a wręcz je wzmacniać swoimi filtrami uczącymi się naszych reakcji. Wystarczy zalać nas przykuwającymi uwagę "newsami", a my zaczniemy się poznawczo angażować, a nawet radykalizować. Wyszukiwarka będzie profilować przekaz i zamknie nas w najwygodniejszej dla nas bańce informacyjnej.

Wyspecjalizowane sztaby głowią się jak nas złowić w sieć określonej narracji, a potem utwardzać aż mózg zamieni się w beton. Ze wszystkich stron próbuje nas osaczyć horda egzaltowanych misjonarzy, funkcjonariuszy szacownych instytucji, sprzedawców gówna i narcyzów promujących własne ego. My zaś uwielbiamy mieć najświętszą rację, kiedy więc już ją "odkryjemy" zaczynamy tańczyć jak nam zagrają.


Wujek Google prawdę ci powie. Tyle że na końcu tego strumienia przekazu jesteś ty i twój mózg z epoki kamienia łupanego. Lubisz się niezdrowo podniecać, powtarzać sensacyjne plotki, dowartościować się cudzym kosztem i szukać wyjaśnienia swojej chujowej sytuacji. Instynktownie starasz się odseparować od wszystkiego co psuje ci samopoczucie. Jeśli więc prawda jest bolesna tym gorzej dla niej. Potrzebujesz mitu, sensu i nadziei.

Znajduj życiową siłę gdzie tylko chcesz, ale pamiętaj że wolność ma swoją cenę. Styl życia który tak kochasz nie jest nam dany raz na zawsze - to po prostu wynik dosyć korzystnego splotu okoliczności ostatnich trzech dekad. I choć zabrzmi to górnolotnie właśnie ważą się losy Polski, Europy i świata. Dotychczasowe recepty okazały się nieskuteczne. Trzeba wymyślać nowe, przełamujące dotychczasowe wzorce i schematy. Świat nie będzie już taki sam.

Ale rzeczywistość jest ciągłą zmianą - utopia zawsze wiedzie do przesytu i dekadencji. Zamknięci w strefach komfortu zaczynamy się nudzić i wymyślać sobie problemy. Najczęściej zaś problemem są inni ludzie, bo nie są tacy jakich byśmy oczekiwali. A może to my nie jesteśmy tacy jakich oczekują oni... Zgodnie z heurystyką myślenia systemowego prawdziwym celem systemu jest to co on robi. Nie jest to na ogół nic specjalnie wzniosłego - zwykle to biologiczny dramat.

sobota, 22 marca 2025

TECHNOMANIAK

 
Demokracja i totalitaryzm to znaki nowoczesności. Wcześniej nie były w pełni możliwe, gdyż brakowało odpowiedniej technologii. Były więc jedynie ideami. Dopiero stworzenie wystarczająco wydajnych sieci informacyjnych umożliwiło przepływ wiedzy do ogółu obywateli lub kontrolującej wszystko centrali. No bo żeby podejmować decyzje trzeba mieć odpowiednie dane.

Telegraf, prasa czy radio dawały motłochowi dostęp do wiadomości o sprawach politycznych i kształtowały opinię publiczną. Polityka trafiła pod strzechy stając się domeną nie tylko facetów w białych kołnierzykach, ale też chłopów, robotników, sklepikarzy i fryzjerów. Odtąd mogli debatować przy kuflu piwa o sprawach "publicznych". Mogli też oddawać głosy na swoich reprezentantów.

Siłą rzeczą wystawiało to masy na działanie takiej czy innej propagandy. Ale to już nie musiało wieść do stworzenia społeczeństwa obywatelskiego. W Związku Radzieckim wyhodowano na przykład homo sovieticusa - podgatunek ludzki pozbawiony wszelkiej inicjatywy poza ściganiem się w służalczości. Bo nie tylko kontrolowano tam wszystkie źródła informacji, ale też inwigilowano społeczeństwo na niespotykaną skalę.

Dzięki nowoczesnym technikom zbierano informacje dosłownie o każdym, a ponieważ terror był na porządku dziennym pilnowano się żeby nie opowiadać dowcipów o Stalinie, nie narzekać i przytakiwać każdej piramidalnej bzdurze wygenerowanej w natchnionych mózgach wodzów rewolucji. Partia z dnia na dzień mogła zadekretować, że białe jest czarne i nikt nawet nie śmiał podważać tej nowej teorii. Każdy za to klaskał najdłużej jak potrafił.

Brak cielęcego entuzjazmu dla kremlowskich bredni był przecież wielce podejrzany. Należało piać niekończące się peany na cześć socjalistycznego dobrobytu - nawet przymierając głodem, bo wszelkie niedogodności to przecież wynik kapitalistycznego spisku. A poza tym w sowieckim raju wszystko - od myśli technicznej po sztukę - było najwspanialsze. Podobnie jak w Korei Północnej, NRD czy Rumuńskiej Republice Ludowej.


Ale przetwarzanie informacji przez Stasi, Securitate czy Służbę Bezpieczeństwa nadal napotykało na problemy natury technicznej. Bo choć przez sieć agentów i konfidentów można było zebrać wiele danych trzeba je było jeszcze analizować, a przekopywanie się przez tony papieru było dosyć czasochłonne. Tym bardziej że paranoiczny system dodatkowo musiał sam kontrolować własną bezpiekę, a to wymuszało na coraz węższym gronie "zaufanych" funkcjonariuszy coraz więcej pracy.

Rozwiązaniem bywał więc ślepy, losowy i profilaktyczny terror stosowany wobec całych podejrzanych środowisk, grup społecznych czy przypadkowych osób. Ale z tym system sobie w końcu nie poradził, nawet dziesiątkując swoje najcenniejsze kadry. Gdybyś rozstrzelał czy zamknął w więzieniach całe społeczeństwo zdrajca może znaleźć się w samym aparacie władzy, represji i tak dalej. Czynnik ludzki był nie tylko niewydolny, lecz też emocjonalny i niepokojąco ambitny.

Totalitarnym reżimom zabrakło w końcu instrumentów KONTROLI TOTALNEJ, tym bardziej że koncentrując się na wewnętrznych zagrożeniach niszczyły mechanizmy konkurencyjności, rywalizacji czy innowacyjności, a te przecież wyzwalały społeczną i gospodarczą energię. Gdy jednak zabrakło orwellowskiego Wielkiego Brata ludzie na nowo go stworzyli - jeszcze większego, wszechobecnego i zdolnego przetwarzać gigantyczne zbiory danych o wiele szybciej niż cała armia wiernopoddańczych urzędników.

Ten nowy - śledzący każdy nasz krok, monitorujący preferencje i poglądy, oraz nimi manipulujący wynalazek to internet. Ponieważ posługuje się sztuczną inteligencją wyłapującą statystyczne wzorce w naszych kliknięciach zna nasze najbardziej intymne sekrety, pasje i przyzwyczajenia. Bezustannie uczy się jak najskuteczniej przyciągać naszą uwagę, gdyż to właśnie czas spędzony przez użytkowników monetyzuje się w kieszeniach twórców rozmaitych treści.

Ponieważ algorytmy nie mają zasad moralnych skłonne są proponować nam najgorsze paskudztwa, o ile tylko generuje to ruch i przynosi zyski. A ponieważ "lubimy" paskudztwa nasze do nich upodobanie ulega ciągłemu wzmacnianiu. Z drugiej strony każdy internetowy twórca uczy się metodą prób i błędów jak zwracać na siebie uwagę. Treści kontrowersyjne cieszą się większym wzięciem od merytorycznych, a to stopniowo zmienia autorów w zwykłych trolli.


Niewybredne wypociny zamieniają się w virale i tym sposobem niedługo uwierzymy, że Ziemia jest płaska, cywilizację zbudowali kosmici, żyjemy w symulacji komputerowej, a Władimir Putin jest gołąbkiem pokoju. Przy okazji nurzamy się w oceanie hejtu, patostreamu, pornografii i wszelkiego syfu. Choćbyśmy zgrywali wielce wysublimowanych geniuszy kierują nami dosyć niskie instynkty i pobudki, które łatwo obudzić podszeptami tego czy innego internetowego Szatana.

Bezduszne algorytmy rozgryzły naszą ułomną naturę i zamiast nas wychowywać postanowiły jej po prostu dogadzać. Co jeszcze gorsze są i tacy, którzy biją pianę nie tylko dla doraźnych zysków, ale w ramach politycznej strategii. Rosja przeznacza na wojnę informacyjną miliardy dolarów, wykorzystując do tego takie zachodnie wartości jak wolność wypowiedzi. Zwalcza nas więc naszą własną bronią, ponieważ na portalach społecznościowych każdy ma rację.

W Chinach stworzono już nawet tak zwany System Zaufania Społecznego zbierający informacje o obywatelach w celu budowania rankingu jeszcze bardziej brutalnego niż "dyktatura lajków". Obywatel może w nim zyskiwać lub tracić punkty w zależności od swojego zachowania. Niewskazane jest choćby zadawanie się z osobami o niskim statusie... Zdobywanie punktów jest zaś o tyle ważne, że otwiera drogę do różnych przywilejów.


Ułatwia awans społeczny, prestiżową edukację, dostęp do kredytów, zakup nieruchomości, a nawet zarezerwowanie pokoju w hotelu, zniżki na energię elektryczną czy pierwszeństwo w korzystaniu ze służby zdrowia... Istne szaleństwo! Twarze wszystkich obywateli kupujących smartfony są skanowane i wprowadzane do bazy danych, a ich poczynania śledzą średnio dwie kamery przemysłowe na głowę, umiejące te twarze rozpoznawać. Otwiera to nieograniczone pole do szantażu i zastraszania.

Miliarderzy z Doliny Krzemowej nie mają jeszcze co prawda takiej władzy, ale intensywnie nad tym pracują. Nie wystarczają już im pieniądze od uzależnionych konsumentów, więc ingerują w procesy polityczne, żeby sięgnąć do środków federalnych i zrzucić z siebie ograniczenia prawne. Ultrakapitalistyczne świnie wykorzystują do tego zarówno sztuczną inteligencję jak i wszelkie lokalne odmiany sekciarskich wariatów.

Najhojniejszy sponsor kampanii Donalda Trumpa - Elon Musk - rozpoczął już proces destrukcji demokracji zagrażającej w jego optyce rozwojowi technologicznemu, a tak naprawdę możliwości nieograniczonego bogacenia się. Nie wszyscy się z tym zgadzają, a król biznesu - który zdaje się chyba oszalał - traci już miliardy dolarów, kontrakty i giełdową reputację. Samochody i salony Tesli w Las Vegas czy Kansas City zaczęły płonąć, tu i ówdzie maluje się na nich swastyki. Donald Trump zapowiada rozprawę z "terrorystami".

piątek, 14 marca 2025

TAK SIĘ ROBI HISTORIĘ

 Ostatnie dni przynoszą nam ciągłe geopolityczne "zwroty akcji", tyle że gówno z nich wynika. Wojna jak trwała tak trwa. Ukraińcy zaproponowali trzydziestodniowe zawieszenie broni, po tym jak zostali przeczołgani przez amerykańskich "partnerów". Żeby zmusić do tego niepokorne słowiańskie plemię, odcięto je od danych wywiadowczych i dostaw sprzętu przyklepanych jeszcze przez poprzednią administrację. Zaiste wyrafinowana dyplomacja...

W międzyczasie w Europie wszyscy spotykali się za wszystkimi i podejmowali "przełomowe decyzje". Robili sobie zdjęcia, przybijali piątki, padali w objęcia... Tyle już było spotkań, tyle kawy wypito, tyle dokumentów podpisano... Machina biurokratyczna eurokołchozu to niewydolny moloch, bo każde państewko musi być suwerenne i tak dalej. W efekcie mamy chroniczny decyzyjny paraliż, węgierskie konie trojańskie i jałową paplaninę. A czas ucieka.

Rudy zaproponował nawet Erdoganowi "wzięcie na siebie jak największej współodpowiedzialności za proces pokojowy". Tyle że Turcja to gracz obrotowy, a jego interesy są z Europą dosyć luźno powiązane. Próżno więc oczekiwać jakiegokolwiek zbawcy, tym bardziej że nawet za Atlantykiem już się od nas dystansują. Buńczuczne analizy jeszcze do niedawna wskazujące na przewagę gospodarczą Europy nad Rosją okazują się tylko statystyką. Nasz przemysł może i jest lepiej zorganizowany, ale musi produkować góry szmelcu dla uzależnionych konsumentów.


A do tego w naszym kraju trwa kampania wyborcza i wszyscy starają się zabłysnąć. Politycy prześcigają się w swoich informacyjnych receptach, a o żadnym kompromisie w sprawach bezpieczeństwa nie ma mowy. Trzeba wycinać w pień wszystkich zdrajców, choć nie wiadomo dokładnie co jest racją stanu. Antyniemiecka prawica postawiła wszystko na Trumpa i teraz wielbi go jak papieża. Nie przeszkadza im nawet to, że ten wciąż pieje o RESECIE, choć do niedawna straszono tym zaklęciem ukochanych wyborców.

Putin jak gdyby nigdy nic olał to całe zamieszanie, a nawet przebrał się w mundur, choć oczywiście nie pojawił się na polu walki. Jego gadające głowy niestrudzenie snują swą infantylną, a w zasadzie surrealistyczną narrację. Rosja podobno chce pokoju, a świstak siedzi i zawija te sreberka. Nie zniżając się do rasizmu przyznać trzeba, że Rosjanie są statystycznie krwiożerczymi potworami, którym należałaby się atomowa apokalipsa. Moskiewska ulica przyklaskuje przecież tej bezsensownej rzezi.

Ale skoro mamy bawić się w cynicznych "realistów", to przyznać trzeba, że w naszym interesie jest kontynuacja tego impasu, gdyż lepiej wysyłać góry sprzętu i pieniędzy niż mierzyć się z bezpośrednim zagrożeniem. Dzięki temu imperialne zapędy rosyjskiego reżimu pozostają jeszcze związane. Choć nie za bardzo widać, do czego to wszystko ma zmierzać... Trudno sobie na tym etapie wyobrazić rozwiązanie zapewniające trwały pokój.

Dodatkowe sankcje na rosyjski sektor naftowy, gazowy i bankowy mają podobno powalić niedźwiedzia na kolana. Tyle razy już o tym słyszałem, że chce mi się rzygać. Wojna gospodarcza idzie nam jeszcze gorzej niż ta kinetyczna, bo rozplątanie handlowych zależności uderzyłoby nie tylko w interesy bogatych zachodnich dupków, lecz też zwykłych zjadaczy chleba, a to nakręci młyn na wodę populistów. Największym problemem jest jednak mięso armatnie.


No bo mówiąc szczerze nikomu się nie pali, żeby iść w kamasze i umierać za ojczyznę, demokrację czy europejskie wartości. W tym sensie zrobiono z Ukraińców geopolitycznych frajerów - najpierw zagrzewano ich do walki, a teraz przymusza się do zawarcia zgniłego pokoju na miarę Nagrody Nobla. Zełenskiego nazywa się głupkiem, kokainowym klaunem czy najlepszym sprzedawcą w historii. Robią to jednak ludzie pozbawieni jego honoru, odwagi i determinacji.

Więc póki co ten medialny tydzień minął pod znakiem pustych i nic nie znaczących deklaracji. Daleka od stabilności jest też sytuacja na Bliskim Wschodzie, ale to już osobny temat. W Syrii rewanżyści masakrują teraz alawickich cywilów. USA  i Izrael rozważają przesiedlenie mieszkańców Gazy do Afryki Wschodniej, choć region ten boryka się z wojnami domowymi i działalnością terrorystyczną. 

Etiopia i Erytrea stoją na progu konfliktu, Uganda grozi inwazją na Kongo, które już wojuje z Rwandą. Pogrążone w wewnętrznych walkach Somalia i Sudan mierzą się z kryzysem głodowym, wielki mufti wzywa Libijczyków do walki z Rosjanami, najemnicy z Grupy Wagnera terroryzują mieszkańców Mali. Jako rzecze pradawne chińskie przekleństwo: Obyś żył w ciekawych czasach!!!

sobota, 8 marca 2025

KULTURKAMPF


Rohindża to muzułmańska grupa etniczna z Birmy prześladowana przez buddyjską większość. Niewielu z nas przejmuje się jej losem, ponieważ informacje o czystkach etnicznych w tamtym regionie świata raczej nie trafiają na czołówki serwisów informacyjnych. Co ciekawe oni sami twierdzą, że zamieszkują swoje ziemie od wieków, lecz zdaniem buddyjskich fundamentalistów to przybysze z Bengalu.

Jeśli zaś to zwykli imigranci to można ich legalnie usunąć ze zdrowej tkanki narodu. Tym bardziej że na terenach zajmowanych "bezprawnie" przez tych wieśniaków i rybaków występują takie bogactwa naturalne jak gaz ziemny... W 1991 armia rozpoczęła więc operację "Czysty i piękny naród", aby usunąć wszelki brud i paskudztwo. Rohindżów grabiono, gwałcono, mordowano i zniewalano. Do krwawego konfliktu doszło też w 2012 roku. 

Największa orgia przemocy rozpętała się jednak w 2017 roku, wskutek czego większość Rohindżów mieszka dzisiaj w obozach dla uchodźców w Bangladeszu, ale też Indiach, Malezji czy Pakistanie. Ci którzy zostali w Birmie wegetują tam bez obywatelstwa, edukacji, służby zdrowia czy pracy. Oczywiście to wielka tragedia, ale co ciekawe niemały udział w nakręcaniu ostatniej nacjonalistycznej nagonki odegrały algorytmy Fejsbuka.

Tradycyjnie Mark Zuckerberg umył sobie ręce stwierdzeniem, że to nie technologia jest winna, tylko jej użytkownicy. W końcu radio, telewizja czy prasa też mogą być nośnikami niebezpiecznych idei. Lecz jest jeszcze kwestia moderacji, a przede wszystkim sztucznej inteligencji. Bo okazało się, że algorytmy lubią promować tanią sensację, mowę nienawiści, fejki czy teorie spiskowe - po to żeby "zwiększać zaangażowanie" internautów.

Jeśli coś wywołuje silne emocje takie jak oburzenie skuteczniej przyciąga naszą uwagę. Należy więc szokować, straszyć, antagonizować i dalej w tą stronę. Do takiego wniosku doszła sztuczna inteligencja zaprogramowana na maksymalizację zysków. Według obserwatorów ONZ to właśnie wasz ulubiony portal społecznościowy odegrał kluczową rolę w rozpętaniu wielkiej masakry w Birmie. Oczywiście cyfrowi magnaci robią teraz co mogą żeby nie zapłacić ofiarom ani grosza.

Dzięki sztuczkom obliczeniowym sztuczna inteligencja potrafi manipulować uczuciami człowieka. Algorytmy nagradzają nienawiść, bo treści toksyczne sprzedają się lepiej od tych konstruktywnych. Prowadzi to choćby do narastającej polaryzacji społecznej i wirusowego szerzenia dezinformacji. Doszło już do tego, że rekomenduje się treści o charakterze ekstremistycznym nawet użytkownikom szukającym neutralnej wiedzy.


Moraliści od lat biją na alarm, że system potrzebuje większego nadzoru ze strony człowieka. Lecz gówno z tego wynika, a ostatnio sytuacja wydaje się wręcz eskalować, bo taka "wolność słowa" sprzyja politykom banowanym dotąd w mainstreamowych mediach. Pod niezbyt subtelnym naciskiem Donalda Trumpa wasz ukochany Mark Zuckerberg przyznał ostatnio, że na portalach Meta jest "za dużo cenzury". Trzeba zaniechać proaktywnego monitorowania, gdyż weryfikatorzy faktów "byli zbyt stronniczy politycznie".

Wzorem jakże genialnego Elona Muska trzeba będzie wypierdolić tych poprawnych politycznie pasożytów i powierzyć misję tworzenia "notatek społecznościowych" nieopłacanym użytkownikom. Jednym słowem zablokować kogoś można tylko wysyłając bardzo wiele skarg na takiego patola. Lecz jeśli kłamstwo spodoba się motłochowi to stanie się prawdą. Sęk w tym, że znając nasze preferencje i przyzwyczajenia łatwo stosować wobec nas "broń kulturową".

Po prostu profilujesz przekaz pod konkretnego człowieka, a on staje jego "misjonarzem". Już 70 lajków wystarczy żeby poznać matematycznie twój charakter lepiej od starego przyjaciela. Po przeanalizowaniu 150 lajków system zna twoje potrzeby informacyjne lepiej niż rodzice. Po 300 lajkach maszyna zna cię lepiej od życiowego partnera. Sztuczna inteligencja ma niezwykłą zdolność do wykrywania w śladach cyfrowych zupełnie nieoczywistych powiązań.

Modele robią się tak skomplikowane, że człowiek nie może już wiele z tego zrozumieć. A my zmuszeni jesteśmy coraz bardziej polegać na tajemnej wiedzy cyfrowych "magików". Wobec takiej przepaści w rozumowaniu oczywistym staje się, że będziemy dymani i to bez mydła. Mimowolnie ujawniamy swoje najbardziej intymne sekrety i poglądy. Wiedza ta pozwala wpływać na nasze decyzje. Co ty byś zrobił gdybyś miał taką wiedzę?

piątek, 7 marca 2025

DEMOKRACJA INFORMACYJNA


Demokracja oznacza władzę ludu. Jej pierwotną formę wymyślili Ateńczycy. W starożytnym Rzymie początkowo kultywowano bliski jej ustrój republikański czyniący z administracji rzecz pospolitą. Brzmi to pięknie i być może wygląda postępowo w zestawieniu z tyranią, lecz w porównaniu z egalitarnością małych plemion myśliwych i zbieraczy i tak było regresem wolności. Administracja w imię budowy cywilizacji zmieniała społeczeństwo w maszynę.

Z dzisiejszego punktu widzenia nie sposób kwestionować postępu, ale okupiony był pracą niewolników czy też zwykłych wieśniaków pozbawionych obywatelstwa, nie wspominając już o prawach kobiet, niepełnosprawnych czy innych dziwolągów. No ale jak mówi przysłowie nie od razu Rzym zbudowano. Realizacja imperialnego projektu pozostawiła już tylko republikańską fasadę, ale lud metropolii dostawał chleb i igrzyska, więc popierał ideologię ekspansji i dyktatury.

Średniowiecze przyniosło kres nawet formalnej maskaradzie, legitymizując władzę wolą samego Boga. Tu i ówdzie pojawiały się jednak namiastki demokracji. Choćby w Rzeczpospolitej Obojga Narodów czyli federacji Polski i Litwy mieliśmy niesławną demokrację szlachecką. Co prawda już sama nazwa wskazuje, że była to demokracja tylko dla wybranych a nie zwykłych chamów, ale jakże miło jest bajdurzyć o polskiej złotej wolności i naszym wiekopomnym wkładzie w rozwój światowego parlamentaryzmu i konstytucjonalizmu.

W końcu w Stanach Zjednoczonych też bili Murzynów, a nawet powystrzelali Indian. Więc możemy wierzyć, że wypełnialiśmy na Białorusi, Ukrainie czy Mołdawii jakąś cywilizacyjną misję. Ale podobnie myśleli chociażby Niemcy zaznajamiający nas ze swoją dumną europejskością. Rozproszenie władzy w rękach pijanego sarmackiego ziemiaństwa konserwowało tylko ustrój oparty na wyzysku chłopstwa. Jednocześnie kasa państwa świeciła pustkami co uniemożliwiało stworzenie nowoczesnej armii, o flocie nawet nie wspominając.


Taka to była demokracja, że każdy szlachcic myślał tylko o własnej dupie. Skoro mógł decydować, to nie chciał nowych podatków. A jak ktoś dobrze zapłacił to mógł zagłosować za taką czy inną ustawą... W tym wypadku centralizm decyzyjny okazywał się skuteczniejszy, zwłaszcza jeśli absolutyzm bywał oświecony. Niestety pod zaborami nasi dzielni ziemianie utracili część swych absurdalnych przywilejów i zaczęli bawić się w powstania. Wtedy zrozumieli, że bez szerokiego poparcia mas nie mają szans. Zaczęli "uświadamiać" motłoch opowieściami o "wspólnocie dziejów".

Gdy narodził się nowoczesny nacjonalizm zaczął mutować, romansując z ideami socjalistycznymi i liberalnymi. Przez pewien czas mieliśmy nawet w Polsce demokrację ludową, która polegała na władzy światłej awangardy partyjnej. Było to konieczne żeby podstępni kapitaliści nie zmanipulowali klasy robotniczej, niezdolnej w swej ciemnocie pojmować logiki własnych interesów. Ponieważ komuniści to zwykłe orwellowskie świnie, okradali lud na potęgę, strzelali do robotników i ręcznie sterowali gospodarką poprzez sieć kolesi.

Aż w końcu doczekaliśmy demokracji liberalnej i dobrodziejstw konsumpcyjnego kapitalizmu. Ale i to okazało się uciążliwe, gdy sąsiad czy inny dupek miał lepszy telefon, samochód czy zdjęcia z wakacji. A najgorsze było to, że tym bogatym dupkom odpierdalało i bardziej przejmowali się transwestytami, głodem w Afryce, a nawet bezdomnymi psami niż pospolitymi robolami. I jeszcze obwiniali tych leniwych skurwysynów, że sami są sobie winni, bo nie chciało im się uczyć, zakładać firm ani czytać książek o rozwoju osobistym.

Oczywiście w końcu znalazł się ktoś kto zaproponował alternatywę. I tak doczekaliśmy się w Polsce demokracji konserwatywnej. Kaczyński po prostu zaproponował, że da każdemu polskiemu chujowi trochę żywej gotówki zamiast tych wszystkich wskaźników gospodarczych, a przy okazji wypierdoli w kosmos lewackich aktywistów cierpiących na nadmiar wolnego czasu, pieniędzy i tolerancji. Rządy PiSu polegały na gigantycznej inżynierii społecznej, mającej stworzyć na drodze populistycznego rozdawnictwa system autorytarnych "dobrych wujków".

Ale nawet mając w rękach instrumenty inwigilacji totalnej, takie jak Pegasus, ciężko było okiełznać umysły Polaków. Prozaiczną przyczyną klęski życzeniowego myślenia było załamanie się waluty i dotychczasowej koniunktury. Lud zwrócił się więc znów do zgniłych liberałów, ale jest bardzo podzielony i nie wiadomo czy projekt alternatywny nie wróci do łask. Lewica i prawica żyją w dwóch zupełnie różnych wszechświatach i tworzą oddzielną rzeczywistość informacyjną.

Ciężko o dialog w tak odseparowanych od siebie narracjach - ten zresztą nikogo tak naprawdę nie interesuje, pomimo pojawiających się rytualnie wezwań do konsensusu w sprawach bezpieczeństwa narodowego. Czym więc jest demokracja? W tych realiach politycznych sprowadza się jedynie do powszechnych wyborów, a potem każda siła polityczna definiuje ją tak jak chce w imię "woli suwerena". Wola ta jest jednak zwykle pozbawiona wyobraźni, a dotyczy najbardziej palących kwestii bytowych czyli chleba naszego powszedniego, igrzysk sportowych i rozłożenia parawanu na bałtyckiej plaży.

Lud musi mieć dużo szmelcu i trochę rozrywki, żeby jak najwydajniej zapierdalał na projekty patriotyczne, europejskie, edukacyjne i tak dalej... "Wspólnym" majątkiem musi przecież ktoś zarządzać i to nie za darmo. A jak już zarządzasz to z pieniędzmi tu i ówdzie dzieją się dziwne rzeczy. Podstawowy problem z ludem jest taki, że składa się z egoistycznych jednostek i branżowych grup nacisku, oraz internetowych ignorantów. Ciężko więc coś ustalić bez "walki".


Nadziei nie możemy upatrywać nawet w "obiektywnej" sztucznej inteligencji, bo ta tylko przetwarza ogromne zbiory danych kradzionych nam w sposób już niemal totalitarny. A my uzależnieni od opieki społecznej, służby zdrowia, reklamy i kulturowej manipulacji odgrywamy tylko rolę maszynek do głosowania, siły roboczej i mięsa armatniego. W przyszłości nawet rozproszona sieć informacyjna może zostać scentralizowana pod pretekstem "cyfrowej suwerenności" i " walki z dezinformacją".

Moje podejście do nowej "wolności słowa" staje się coraz bardziej ambiwalentne. Intuicja podpowiada mi, że prędzej czy później sieć stanie się nowym instrumentem kontroli społecznej, o ile już nią nie jest. Przykład chiński pokazuje, że istnieją już możliwości technologiczne cenzurowania treści niemal w czasie rzeczywistym. Algorytmy mają problem z ustalaniem prawdy, ale świetnie dostosowują ją do zaprogramowanych wizji.

Ludzka praca ma się stawać coraz wydajniejsza, żeby zapewniać hołocie coraz więcej gadżetów i rozrywek, a także bronić jakichś urojonych praw, tradycji czy innych podniosłych tematów. Wolna wola pozostaje jednak więźniem serwowanych jej scenariuszy informacyjnych. W takim czy innym układzie na szczycie piramidy ktoś spija śmietankę i bawi się w Boga. Informacja to władza absolutna.

środa, 5 marca 2025

IMPERIUM IGNORANCJI

 
Dzisiaj mamy tak zwany Popielec czyli pierwszy dzień Wielkiego Postu, w którym posypuje się w kościołach głowy popiołem na znak marności ludzkiego życia. - Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz - z taką sentencją mogę się akurat zgodzić. Moje ciało powstało z nieustrukturyzowanej materii, a jego struktura ulegnie dezintegracji. A to wszystko dzięki magicznemu zaklęciu DNA.

Genetyczną informację przekazuje się z pokolenia na pokolenie w procesie rozmnażania. Wystarczy sam kod, a resztę materii po prostu pobierasz z otoczenia. Jestem tym co zjadłem, wyssałem z mlekiem matki, czy też wreszcie otrzymałem przez pępowinę. Wchłaniam pokarm i na drodze procesów chemicznych przekształcam go w budulec i energię.

Dzięki chemicznym sztuczkom wytwarzam też w mózgu impulsy elektryczne i generuję myśli. W zasadzie to nie muszę posypywać głowy popiołem, bo nie roję o nieśmiertelności. Niestety nie wiem, kto będzie teraz przez czterdzieści dni pościł, lecz z pewnością nie biskupi, telewizyjni kaznodzieje czy konserwatywni politycy. No może Grzegorz Braun, bo to wyjątkowo zaciekła bestia.

W czasach fast-foodów i chrupiących przekąsek Ramadan staje się zupełnie niemożliwy. A poza tym polska dieta opiera się głównie na wieprzowinie, a ta została zakazana w Starym Testamencie i Koranie. Na szczęście dla nas Jezus uchylił ten zakaz. Poza tym możemy jeść mięso ryb, kawior, ośmiorniczki, meduzy, ślimaki, małże, żaby, kraby, homary i kalmary. A jak ktoś nie lubi takich bagiennych stworów pozostaje jeszcze dziczyzna lasów polskich.


Fakt faktem, iż niektórzy z powodów zdrowotnych jedzą tylko warzywa i owoce, ale oni są opętani przez demony wegetarianizmu. Więc najlepiej dajcie sobie spokój z udawaniem że pościcie obżerając się winogronami i ananasami. Poza tym piwo jest bardzo kaloryczne i tak dalej. Po to nam zresztą Bóg dał spalacze tłuszczu i cudowne diety, żebyśmy nie musieli pościć na pustyni.

Aby ludzie nie musieli polegać na kaprysach szamanów, druidów i tym podobnych braminów, bogowie dali im święte księgi. Niestety ludzie są zbyt głupi, żeby samemu takie księgi rozumieć i potrzebują interpretatorów. Więc nadal potrzebny jest pastor, rabin czy imam, bo nie wystarczy otworzyć Księgi bez znajomości teologii i całej wtórnej literatury. Bez pośrednictwa świętojebliwych niczego z tego nie zrozumiesz.

Im dłużej jakaś informacja jest mielona tym bardziej zaczyna żyć własnym życiem. Wymysły kolejnych interpretatorów coraz bardziej oddalają się od biblijnego pierwowzoru, ten zaś jest zbiorem arbitralnie wybranych ksiąg nijak mających się do prawdy historycznej. Kultywując "pradawne" (a tak naprawdę z biegiem czasu zniekształcane) obyczaje, toniemy więc w sosie coraz bardziej fantazyjnych wymysłów i kulturowych mutacji.

Najlepiej dajcie sobie z tym wszystkim spokój... Mitologia spajała porządek społeczny, lecz dziś mamy już inne mity - patriotyczne, demokratyczne, biznesowe i konsumpcyjne. Problem w tym, że zawsze potrzebny jest ktoś kto będzie nam objaśniał rzeczywistość - wielki wódz, trybun, coach czy krytyk filmowy. A każdy z nich jest chodzącą bańką informacyjną.