Demokracja i totalitaryzm to znaki nowoczesności. Wcześniej nie były w pełni możliwe, gdyż brakowało odpowiedniej technologii. Były więc jedynie ideami. Dopiero stworzenie wystarczająco wydajnych sieci informacyjnych umożliwiło przepływ wiedzy do ogółu obywateli lub kontrolującej wszystko centrali. No bo żeby podejmować decyzje trzeba mieć odpowiednie dane.
Telegraf, prasa czy radio dawały motłochowi dostęp do wiadomości o sprawach politycznych i kształtowały opinię publiczną. Polityka trafiła pod strzechy stając się domeną nie tylko facetów w białych kołnierzykach, ale też chłopów, robotników, sklepikarzy i fryzjerów. Odtąd mogli debatować przy kuflu piwa o sprawach "publicznych". Mogli też oddawać głosy na swoich reprezentantów.
Siłą rzeczą wystawiało to masy na działanie takiej czy innej propagandy. Ale to już nie musiało wieść do stworzenia społeczeństwa obywatelskiego. W Związku Radzieckim wyhodowano na przykład homo sovieticusa - podgatunek ludzki pozbawiony wszelkiej inicjatywy poza ściganiem się w służalczości. Bo nie tylko kontrolowano tam wszystkie źródła informacji, ale też inwigilowano społeczeństwo na niespotykaną skalę.
Dzięki nowoczesnym technikom zbierano informacje dosłownie o każdym, a ponieważ terror był na porządku dziennym pilnowano się żeby nie opowiadać dowcipów o Stalinie, nie narzekać i przytakiwać każdej piramidalnej bzdurze wygenerowanej w natchnionych mózgach wodzów rewolucji. Partia z dnia na dzień mogła zadekretować, że białe jest czarne i nikt nawet nie śmiał podważać tej nowej teorii. Każdy za to klaskał najdłużej jak potrafił.
Brak cielęcego entuzjazmu dla kremlowskich bredni był przecież wielce podejrzany. Należało piać niekończące się peany na cześć socjalistycznego dobrobytu - nawet przymierając głodem, bo wszelkie niedogodności to przecież wynik kapitalistycznego spisku. A poza tym w sowieckim raju wszystko - od myśli technicznej po sztukę - było najwspanialsze. Podobnie jak w Korei Północnej, NRD czy Rumuńskiej Republice Ludowej.
Ale przetwarzanie informacji przez Stasi, Securitate czy Służbę Bezpieczeństwa nadal napotykało na problemy natury technicznej. Bo choć przez sieć agentów i konfidentów można było zebrać wiele danych trzeba je było jeszcze analizować, a przekopywanie się przez tony papieru było dosyć czasochłonne. Tym bardziej że paranoiczny system dodatkowo musiał sam kontrolować własną bezpiekę, a to wymuszało na coraz węższym gronie "zaufanych" funkcjonariuszy coraz więcej pracy.
Rozwiązaniem bywał więc ślepy, losowy i profilaktyczny terror stosowany wobec całych podejrzanych środowisk, grup społecznych czy przypadkowych osób. Ale z tym system sobie w końcu nie poradził, nawet dziesiątkując swoje najcenniejsze kadry. Gdybyś rozstrzelał czy zamknął w więzieniach całe społeczeństwo zdrajca może znaleźć się w samym aparacie władzy, represji i tak dalej. Czynnik ludzki był nie tylko niewydolny, lecz też emocjonalny i niepokojąco ambitny.
Totalitarnym reżimom zabrakło w końcu instrumentów KONTROLI TOTALNEJ, tym bardziej że koncentrując się na wewnętrznych zagrożeniach niszczyły mechanizmy konkurencyjności, rywalizacji czy innowacyjności, a te przecież wyzwalały społeczną i gospodarczą energię. Gdy jednak zabrakło orwellowskiego Wielkiego Brata ludzie na nowo go stworzyli - jeszcze większego, wszechobecnego i zdolnego przetwarzać gigantyczne zbiory danych o wiele szybciej niż cała armia wiernopoddańczych urzędników.
Ten nowy - śledzący każdy nasz krok, monitorujący preferencje i poglądy, oraz nimi manipulujący wynalazek to internet. Ponieważ posługuje się sztuczną inteligencją wyłapującą statystyczne wzorce w naszych kliknięciach zna nasze najbardziej intymne sekrety, pasje i przyzwyczajenia. Bezustannie uczy się jak najskuteczniej przyciągać naszą uwagę, gdyż to właśnie czas spędzony przez użytkowników monetyzuje się w kieszeniach twórców rozmaitych treści.
Ponieważ algorytmy nie mają zasad moralnych skłonne są proponować nam najgorsze paskudztwa, o ile tylko generuje to ruch i przynosi zyski. A ponieważ "lubimy" paskudztwa nasze do nich upodobanie ulega ciągłemu wzmacnianiu. Z drugiej strony każdy internetowy twórca uczy się metodą prób i błędów jak zwracać na siebie uwagę. Treści kontrowersyjne cieszą się większym wzięciem od merytorycznych, a to stopniowo zmienia autorów w zwykłych trolli.
Niewybredne wypociny zamieniają się w virale i tym sposobem niedługo uwierzymy, że Ziemia jest płaska, cywilizację zbudowali kosmici, żyjemy w symulacji komputerowej, a Władimir Putin jest gołąbkiem pokoju. Przy okazji nurzamy się w oceanie hejtu, patostreamu, pornografii i wszelkiego syfu. Choćbyśmy zgrywali wielce wysublimowanych geniuszy kierują nami dosyć niskie instynkty i pobudki, które łatwo obudzić podszeptami tego czy innego internetowego Szatana.
Bezduszne algorytmy rozgryzły naszą ułomną naturę i zamiast nas wychowywać postanowiły jej po prostu dogadzać. Co jeszcze gorsze są i tacy, którzy biją pianę nie tylko dla doraźnych zysków, ale w ramach politycznej strategii. Rosja przeznacza na wojnę informacyjną miliardy dolarów, wykorzystując do tego takie zachodnie wartości jak wolność wypowiedzi. Zwalcza nas więc naszą własną bronią, ponieważ na portalach społecznościowych każdy ma rację.
W Chinach stworzono już nawet tak zwany System Zaufania Społecznego zbierający informacje o obywatelach w celu budowania rankingu jeszcze bardziej brutalnego niż "dyktatura lajków". Obywatel może w nim zyskiwać lub tracić punkty w zależności od swojego zachowania. Niewskazane jest choćby zadawanie się z osobami o niskim statusie... Zdobywanie punktów jest zaś o tyle ważne, że otwiera drogę do różnych przywilejów.
Ułatwia awans społeczny, prestiżową edukację, dostęp do kredytów, zakup nieruchomości, a nawet zarezerwowanie pokoju w hotelu, zniżki na energię elektryczną czy pierwszeństwo w korzystaniu ze służby zdrowia... Istne szaleństwo! Twarze wszystkich obywateli kupujących smartfony są skanowane i wprowadzane do bazy danych, a ich poczynania śledzą średnio dwie kamery przemysłowe na głowę, umiejące te twarze rozpoznawać. Otwiera to nieograniczone pole do szantażu i zastraszania.
Miliarderzy z Doliny Krzemowej nie mają jeszcze co prawda takiej władzy, ale intensywnie nad tym pracują. Nie wystarczają już im pieniądze od uzależnionych konsumentów, więc ingerują w procesy polityczne, żeby sięgnąć do środków federalnych i zrzucić z siebie ograniczenia prawne. Ultrakapitalistyczne świnie wykorzystują do tego zarówno sztuczną inteligencję jak i wszelkie lokalne odmiany sekciarskich wariatów.
Najhojniejszy sponsor kampanii Donalda Trumpa - Elon Musk - rozpoczął już proces destrukcji demokracji zagrażającej w jego optyce rozwojowi technologicznemu, a tak naprawdę możliwości nieograniczonego bogacenia się. Nie wszyscy się z tym zgadzają, a król biznesu - który zdaje się chyba oszalał - traci już miliardy dolarów, kontrakty i giełdową reputację. Samochody i salony Tesli w Las Vegas czy Kansas City zaczęły płonąć, tu i ówdzie maluje się na nich swastyki. Donald Trump zapowiada rozprawę z "terrorystami".