W 1970 roku na Uniwersytecie Stanowym Kent żołnierze Gwardii Narodowej Ohio zastrzelili czterech bezbronnych studentów protestujących przeciwko eskalacji wojny we Wietnamie - Stany Zjednoczone rozpoczęły wtedy bombardowania baz komunistycznych w Kambodży, co zdestabilizowało ten kraj i wyniosło do władzy Czerwonych Khmerów.
Ale mniejsza o skutki geopolityczne i miliony ofiar tego lewackiego reżimu... W kraju który szczyci się wolnością słowa i tak dalej po prostu odstrzelono kilku pacyfistycznych ćpunów, czy też może kilku przypadkowych przechodniów idących po prostu na zajęcia. Fakt że trwały protesty, ale strzały oddano z odległości 120 metrów do ludzi przemierzających chodnik.
Jedenaście dni później na Jackson State College podobny los spotkał dwóch studiujących tam czarnoskórych, zastrzelonych tym razem przez policję. - A u was biją Murzynów - przypominali zawsze Ruscy. Nie bądźmy jednak małostkowi. Czym jest sześcioro ofiar wobec okrucieństwa historii? Nixon nazywał takich egzaltowanych patałachów "nierobami", przeciwstawiając ich "dzielnym chłopcom" walczącym w azjatyckiej dżungli.
Chłopcy byli może i dzielni, ale często ledwo wytrzymywali cały ten heroizm i walili w żyłę. Palili trawę i pili alkohol, dymali małoletnie Wietnamki i masakrowali wioski. A wielu z nich zapadło na zespól stresu pourazowego i do końca życia śniły się im koszmary. Nawet dla największych idealistów szokiem był powrót do kraju gdzie wcale nie witano ich jako bohaterów.
Lata sześćdziesiąte wywróciły świat do góry nogami... Ekologia, prawa obywatelskie, prawa kobiet, prawa mniejszości - to wszystko owoce psychodelicznego fermentu który zburzył dawne schematy myślenia. Pozostawała jeszcze kwestia imperialnego socrealizmu, ale ten wykończył się sam przez swoją niezdolność do adaptacji i reformy. Nastąpił "koniec historii", a raczej chwilowe jej zawieszenie.
Mieliśmy już zmierzać do dobrobytu i powszechnej szczęśliwości po pokonaniu przejściowych problemów: bolesnej transformacji, złodziejskiej prywatyzacji, bezrobocia, inflacji i tak dalej. I już wydawało się, że tak to się będzie toczyć - konsumpcja, cyfryzacja i wolny handel. Ale nastały czasy "nowej polityki" - władzę nad umysłami przejęły algorytmy big techów, farmy ruskich trolli i farbowani antysystemowcy.
To jasne jak słońce, iż miliarderzy nie zamierzają czynić świata bardziej sprawiedliwym, ale mają tyle pieniędzy że mogą każdego do tego przekonać. Dajecie mi miliard dolarów, a niebawem rozpowszechnię dowolną bujdę którą sobie uroję - jestem przecież wielkim artystą niezrozumiałym przez cały świat czy może raczej anonimowym dupkiem łatwym do zastąpienia przez innego kretyna przekonanego o własnej wyjątkowości.
Sęk w tym, żeby ludziom mówić to co chcą usłyszeć, dlatego najlepiej wszystkich ich sprofilować i spreparować indywidualny przekaz. Najłatwiej współczuje się z pełnym żołądkiem, tyle że imigranci nie zabierają miejsc pracy celebrytom czy akademikom. A te ograniczone robole boją się o swoje nędzne etaty, presję płacową, obciążenie infrastruktury socjalnej czy po prostu wzrost przestępczości. Więc nie chcą "obcych" nawet jeśli ekonomiści mówią im, że wciąż potrzeba rąk do najgorszej pracy.
Trumpowi udało się zbić na bezkompromisowej antyimigranckiej retoryce spory kapitał polityczny. Z początkiem swojej drugiej kadencji zaczął proces masowych deportacji. Podwoił liczbę pracowników agencji federalnej ICE (amerykańskiej "straży granicznej") oraz nadał im szczególne kompetencje - normą stało się wchodzenie do domów bez nakazów sądowych, interwencje w szpitalach, szkołach i miejscach kultu religijnego czy nadużywanie przemocy.
Dzięki takim działaniom Stany Zjednoczone opuściło w ubiegłym roku prawie dwa miliony "niepożądanych "ludzi. Oczywiście zaraz podniosło się larum, że to niezgodne z prawami człowieka i tak dalej. W razie czego ICE nie waha się jednak otwierać ognia do własnych obywateli. Nic dziwnego skoro seksowna szefowa tej trumpowskiej bojówki Kristi Noem zastrzeliła własnego psa za to, że zagryzł kurczaki sąsiada.
W sylwestrową noc podobny los spotkał Keitha Portera, którego sąsiad był agentem ICE, po tym jak oddał w powietrze strzały wiwatowe, co w kraju najeżonym bronią palną w pewnych kręgach jest głupkowatą tradycją. Siódmego stycznia zastrzelono poetkę i matkę trojga dzieci Renee Nicole Good która ponoć "użyła pojazdu jako broni" po odwiezieniu swojego sześcioletniego syna do szkoły, choć na nagraniach widać że... zatrzymała samochód obok agentów.
Wybuchły protesty. Ostatnią amerykańską ofiarą siepaczy Trumpa był pielęgniarz szpitala dla weteranów Alex Jeffrey Pretti zabity strzałem w plecy z własnej pukawki po tym jak został obezwładniony - agresywnie nagrywał telefonem komórkowym funkcjonariuszy pastwiących się nad leżącą na ziemi kobietą poczęstowaną gazem. Pechowo i tym razem wszystko się nagrało.
Pretti nie wyciągnął broni, nie wygrażał agentom, a raczej błagał o pomoc. Coś w stylu: ratujcie mnie, oni mnie zabiją. Kristi Noem nazwała wszystkich zabitych przez swoją służbę "terrorystami", sugerując że planowali dokonanie masakry. W kraju gdzie to raczej prawica lubuje się w paradowaniu z giwerami i paramilitarnym błazeństwie argumenty o prewencyjnym odstrzale uzbrojonych osobników wydają się raczej dęte.
Jak widać historia nigdy się nie kończy - ona lubi się powtarzać. Tyle że tym razem chyba zmierza w przeciwnym kierunku. Nie mamy już do czynienia z antykomunizmem, tylko legalnym faszyzmem. - Good job - skomentował incydent w Minneapolis europoseł PiS Dominik Tarczyński. Więc raczej nie będzie otrzeźwienia - zaczyna się gotowanie żaby. Jak mawiają starzy patrioci: ŚMIERĆ WROGOM OJCZYZNY!!!























