Łączna liczba wyświetleń

piątek, 30 stycznia 2026

GOOD JOB


 W 1970 roku na Uniwersytecie Stanowym Kent żołnierze Gwardii Narodowej Ohio zastrzelili czterech bezbronnych studentów protestujących przeciwko eskalacji wojny we Wietnamie - Stany Zjednoczone rozpoczęły wtedy bombardowania baz komunistycznych w Kambodży, co zdestabilizowało ten kraj i wyniosło do władzy Czerwonych Khmerów.

Ale mniejsza o skutki geopolityczne i miliony ofiar tego lewackiego reżimu... W kraju który szczyci się wolnością słowa i tak dalej po prostu odstrzelono kilku pacyfistycznych ćpunów, czy też może kilku przypadkowych przechodniów idących po prostu na zajęcia. Fakt że trwały protesty, ale strzały oddano z odległości 120 metrów do ludzi przemierzających chodnik.

Jedenaście dni później na Jackson State College podobny los spotkał dwóch studiujących tam czarnoskórych, zastrzelonych tym razem przez policję. - A u was biją Murzynów - przypominali zawsze Ruscy. Nie bądźmy jednak małostkowi. Czym jest sześcioro ofiar wobec okrucieństwa historii? Nixon nazywał takich egzaltowanych patałachów "nierobami", przeciwstawiając ich "dzielnym chłopcom" walczącym w azjatyckiej dżungli.

Chłopcy byli może i dzielni, ale często ledwo wytrzymywali cały ten heroizm i walili w żyłę. Palili trawę i pili alkohol, dymali małoletnie Wietnamki i masakrowali wioski. A wielu z nich zapadło na zespól stresu pourazowego i do końca życia śniły się im koszmary. Nawet dla największych idealistów szokiem był powrót do kraju gdzie wcale nie witano ich jako bohaterów.

Lata sześćdziesiąte wywróciły świat do góry nogami... Ekologia, prawa obywatelskie, prawa kobiet, prawa mniejszości - to wszystko owoce psychodelicznego fermentu który zburzył dawne schematy myślenia. Pozostawała jeszcze kwestia imperialnego socrealizmu, ale ten wykończył się sam przez swoją niezdolność do adaptacji i reformy. Nastąpił "koniec historii", a raczej chwilowe jej zawieszenie.


Mieliśmy już zmierzać do dobrobytu i powszechnej szczęśliwości po pokonaniu przejściowych problemów: bolesnej transformacji, złodziejskiej prywatyzacji, bezrobocia, inflacji i tak dalej. I już wydawało się, że tak to się będzie toczyć - konsumpcja, cyfryzacja i wolny handel. Ale nastały czasy "nowej polityki" - władzę nad umysłami przejęły algorytmy big techów, farmy ruskich trolli i farbowani antysystemowcy.

To jasne jak słońce, iż miliarderzy nie zamierzają czynić świata bardziej sprawiedliwym, ale mają tyle pieniędzy że mogą każdego do tego przekonać. Dajecie mi miliard dolarów, a niebawem rozpowszechnię dowolną bujdę którą sobie uroję - jestem przecież wielkim artystą niezrozumiałym przez cały świat czy może raczej anonimowym dupkiem łatwym do zastąpienia przez innego kretyna przekonanego o własnej wyjątkowości.

Sęk w tym, żeby ludziom mówić to co chcą usłyszeć, dlatego najlepiej wszystkich ich sprofilować i spreparować indywidualny przekaz. Najłatwiej współczuje się z pełnym żołądkiem, tyle że imigranci nie zabierają miejsc pracy celebrytom czy akademikom. A te ograniczone robole boją się o swoje nędzne etaty, presję płacową, obciążenie infrastruktury socjalnej czy po prostu wzrost przestępczości. Więc nie chcą "obcych" nawet jeśli ekonomiści mówią im, że wciąż potrzeba rąk do najgorszej pracy.


Trumpowi udało się zbić na bezkompromisowej antyimigranckiej retoryce spory kapitał polityczny. Z początkiem swojej drugiej kadencji zaczął proces masowych deportacji. Podwoił liczbę pracowników agencji federalnej ICE (amerykańskiej "straży granicznej") oraz nadał im szczególne kompetencje - normą stało się wchodzenie do domów bez nakazów sądowych, interwencje w szpitalach, szkołach i miejscach kultu religijnego czy nadużywanie przemocy.

Dzięki takim działaniom Stany Zjednoczone opuściło w ubiegłym roku prawie dwa miliony "niepożądanych "ludzi. Oczywiście zaraz podniosło się larum, że to niezgodne z prawami człowieka i tak dalej. W razie czego ICE nie waha się jednak otwierać ognia do własnych obywateli. Nic dziwnego skoro seksowna szefowa tej trumpowskiej bojówki Kristi Noem zastrzeliła własnego psa za to, że zagryzł kurczaki sąsiada.

W sylwestrową noc podobny los spotkał Keitha Portera, którego sąsiad był agentem ICE, po tym jak oddał w powietrze strzały wiwatowe, co w kraju najeżonym bronią palną w pewnych kręgach jest głupkowatą tradycją. Siódmego stycznia zastrzelono poetkę i matkę trojga dzieci Renee Nicole Good która ponoć "użyła pojazdu jako broni" po odwiezieniu swojego sześcioletniego syna do szkoły, choć na nagraniach widać że... zatrzymała samochód obok agentów.


Wybuchły protesty. Ostatnią amerykańską ofiarą siepaczy Trumpa był pielęgniarz szpitala dla weteranów Alex Jeffrey Pretti zabity strzałem w plecy z własnej pukawki po tym jak został obezwładniony - agresywnie nagrywał telefonem komórkowym funkcjonariuszy pastwiących się nad leżącą na ziemi kobietą poczęstowaną gazem. Pechowo i tym razem wszystko się nagrało.

Pretti nie wyciągnął broni, nie wygrażał agentom, a raczej błagał o pomoc. Coś w stylu: ratujcie mnie, oni mnie zabiją. Kristi Noem nazwała wszystkich zabitych przez swoją służbę "terrorystami", sugerując że planowali dokonanie masakry. W kraju gdzie to raczej prawica lubuje się w paradowaniu z giwerami i paramilitarnym błazeństwie argumenty o prewencyjnym odstrzale uzbrojonych osobników wydają się raczej dęte.

Jak widać historia nigdy się nie kończy - ona lubi się powtarzać. Tyle że tym razem chyba zmierza w przeciwnym kierunku. Nie mamy już do czynienia z antykomunizmem, tylko legalnym faszyzmem. - Good job - skomentował incydent w Minneapolis europoseł PiS Dominik Tarczyński. Więc raczej nie będzie otrzeźwienia - zaczyna się gotowanie żaby. Jak mawiają starzy patrioci: ŚMIERĆ WROGOM OJCZYZNY!!!

sobota, 24 stycznia 2026

SANATORIUM MIŁOŚCI


 Przed pierwszą wojną światową Tomasz Mann napisał "Czarodziejską górę". W tym dosyć opasłym dziele stworzył w szwajcarskim uzdrowisku w Davos swego rodzaju mikrokosmos polityczny - w dyskusjach kuracjuszy ścierały się idee liberalizmu i totalitaryzmu.

Obecnie to najwyżej położone miasto w Europie i ośrodek sportów zimowych słynie przede wszystkim z corocznego Światowego Forum Ekonomicznego, gdzie liderzy polityczni i szefowie korporacji zwykle lizali się po jajach. Niestety tegoroczne spotkanie zorganizowane pod hasłem "Duch dialogu" odbywa się w dosyć napiętej atmosferze.

Europa liczyła że będziemy rozmawiać o Ukrainie, poza tym jest też kwestia irańskich szmatogłowych mordujących własnych obywateli. Ale po tym jak Trump przejął kontrolę nad wenezuelską ropą wyskoczył jeszcze z aneksją Grenlandii i zaczęto pieprzyć o tej "bryle lodu".

Jak dotąd nikogo zbytnio nie obchodziła lecz okazało się, że są tam metale ziem rzadkich, surowce krytyczne i przemysłowe, a nawet złoto, platyna, diamenty, ropa i gaz ziemny. No i podobno jej położenie jest niezmiernie ważne dla bezpieczeństwa USA choć od niemal ośmiu dekad kwestię tę reguluje umowa z Danią.

Nawiasem mówiąc Stany Zjednoczone mają tam bazy wojskowe i mogą bez przeszkód rozszerzać swój kontyngent, lecz chyba nie o to do końca chodzi. Rdzenna ludność może ogłosić niepodległość na drodze referendum, lecz woli trzymać się Danii, bo stamtąd pochodzi połowa jej budżetu. Trump obiecuje co prawda pieniądze ale z Amerykanami tubylcy mają nie najlepsze doświadczenia historyczne...

No i podniosło się larum, że to ingerencja w suwerenność Danii i Grenlandii, a każdy Europejczyk musiał rytualnie okazać swoją solidarność z naszymi nordyckimi braćmi. Powróciła też kwestia zrujnowanej Gazy. Przedstawiono absurdalne plany jej odbudowy - futurystyczne wizje z drapaczami chmur, kurortami i luksusami. Palestyńczycy mają pewnie tam robić za kelnerów i sprzątaczki.


Trump jak zwykle postanowił rozwiązać problem po swojemu i zapowiedział powołanie jakiejś tajemniczej "Rady Pokoju" której ma być dożywotnim przewodniczącym. Zaprosił do niej takich pacyfistów jak Władimir Putin, propozycja wydaje się więc groteskowa. Niemniej może przyciągnąć choćby kraje Globalnego Południa. Wpisowe to jedynie miliard dolarów.

Trump nie mówił zbyt wiele o Rosji, za to tradycyjnie skrytykował Europę. Stwierdził że nasza stara Europa "nie zmierza we właściwym kierunku". Chodzi oczywiście o pierworodne grzechy lewicy, czyli migrację, ekologizm, niezbyt innowacyjną gospodarkę i słabość militarną. Może coś w tym jest, choć statystycznie mamy mniej zabójstw i przestępczości z użyciem broni niż za oceanem.

No i amerykańska bezdomność jest bardziej ekstremalna, choć teoretycznie w Europie jest więcej ludzi bezdomnych. Żyją oni jednak na ogół w schroniskach i  noclegowniach, czyli są jakoś zakwaterowani. W Stanach Zjednoczonych kloszardzi koczują na ulicy. Do tego mamy tam potężny kryzys opiodowy.

Amerykańskie zarobki niby są wyższe, lecz mamy tam większe nierówności społeczne, a w Europie mamy szerszy zakres bezpłatnych i dotowanych usług publicznych. System opieki zdrowotnej jest znacznie wydajniejszy dzięki czemu żyjemy dłużej a śmiertelność niemowląt jest mniejsza. Ale chuj z tym skoro u wuja Sama możesz zaczynać jako pucybut a skończyć jako milioner.

Historia nie zna co prawda zbyt wielu takich przypadków, lecz jakże ciekawe są to anegdoty... Nawiasem mówiąc takie historie o nagłym wzbogaceniu się budzą zwykle budzą sporo pytań i kontrowersji. Weźmy takiego Epsteina - ten obrzydliwie bogaty zboczeniec twierdził jakoby zajmował się handlem logarytmicznym, skomplikowanymi operacjami walutowymi i doradztwem finansowym.

Media twierdzą, że choć miał do tego łeb (wiedział na przykład jak unikać podatków) bogacić się mógł dzięki szantażowaniu wpływowych osób i stręczycielstwie nieletnich... Jednym z najbardziej niebezpiecznych zjawisk tych czasów jest budowa oligarchii finansowej, kupowanie przez nią wpływów politycznych i przejmowanie mediów.


Majątek miliarderów rósł w ubiegłym roku trzy razy szybciej niż światowa gospodarka, ale dzięki tym pieniądzom skuteczniej robili biednym ludziom wodę z mózgu. Dziewięć największych platform społecznościowych należy do sześciu osób, podobnie zdominowany jest tradycyjny rynek medialny. Oligarchowie przedstawiają się jako przeciwnicy systemu, choć sami należą do jego elit.

Przeszkadza im jednak poprawność polityczna, regulacje środowiskowe, prawa pracownicze czy podatki. Wolny rynek to eufemizm którym chcą zakryć prawdę o skrajnej nierównowadze, której zwykły konsument medialnej papki przeciwstawić może tylko wybujałe teorie. Zatem okradają nas wewnętrzni zdrajcy, kosmopolityczna sitwa i mniejszości narodowe.

Nadchodzi czas monopolu technologicznego i absolutnej "wolnej amerykanki" informacyjnej - sfabrykowanej przez sztuczną inteligencję rzeczywistości, w której nie będziesz mógł już wierzyć własnym oczom i uszom, a jedynie tresowanym algorytmami intuicjom i emocjom. Mózg szkolony na krzykliwych danych będzie "ćpunem" dopaminowej euforii, oczekującej natychmiastowej i spersonalizowanej gratyfikacji.

A to zakłóci długofalową percepcję, głębię kontekstów i empatię poznawczą. Nie będziemy próbowali zrozumieć innych poglądów sycąc się własnym wycinkiem prawdy dopasowanym przez algorytm do naszych poglądów. Połowa Polaków nie przeczyta w tym roku żadnej książki lecz dowiedzą się wszystkiego z internetu.

- Wszystko jest polityką - pisał Tomasz Mann w "Czarodziejskiej Górze". Nawet całkowita bierność jest wyborem politycznym. Dostrzec można zaskakujące uniwersalne analogie pomiędzy treścią książki a czasami obecnymi. Świat jest znowu spolaryzowany, Europa wciąż się uzdrawia, wdaje się w dyskusje z nowymi radykałami, a izolacja od wojny i nędzy więzi nas w bańce. Tymczasem nadchodzi nieznany zwrot polityczny.

sobota, 17 stycznia 2026

POLITYKA ZAGRANICZNA


 Kolejny tydzień napięcia geopolitycznego - historia dzieje się na naszych oczach. W tym czasie miałem jednak dużo pracy, docierały więc do mnie ledwie strzępki informacyjne. A szkoda bo naprawdę warto uważnie śledzić to co się dzieje, choć do wielu jełopów nawet to nie dociera.

Jeśli akurat nie zajmują się wyrabianiem norm produkcyjnych, sprzedażą gówna czy papierologią, oglądają filmiki jak ktoś poślizgnął się na skórce od banana, mecze i seriale... Jednym słowem kiedy za trzydzieści lat historycy będą toczyli spory oni przyjmą narrację zgodną z linią swojej partii.

Tak się składa że na czele państwa polskiego jak i rządu stoją historycy - Nawrocki i Tusk - więc przekonać się możemy jak różne może być podejście do mechanizmów historii. Tusk ma o wiele większe wpływy w Europie, ale to zdaniem jego oponentów świadczy o zdradzie narodowej...


Bo jak się można tak bezwstydnie dogadywać ponad głowami Polaków? Co innego Nawrocki, ten pogadać może co najwyżej z Meloni - dała mu nawet buzi w policzek. Nie wpłynęło to co prawda na jej poparcie umowy o wolnym handlu z Ameryką Południową - która tak niepokoi polskich rolników - ale z pewnością było bardzo elektryzujące.

O przyjaźni z Orbanem nawet nie będę wspominał, bo rola tego kurdupla sprowadza się do stosowanie europejskiego liberum veto. Asem w rękawie mają być świetne kontakty z Donaldem Trumpem, problem w tym że nie jest on strażnikiem dotychczasowego porządku. Amerykański prezydent zmierza raczej do podziału stref wpływów z Rosją i Chinami.

Gdyby jednak przyjąć perspektywę alternatywnej międzynarodówki to obecny system jest zgniły, więc chwała Trumpowi. Rządzą nami dekadenckie elity zajmujące się abstrakcyjnymi idejkami, podczas gdy ludzie boją się "marksizmu kulturowego", feminizmu, ekologizmu, imigracji i wielokulturowości. Ponadnarodowe struktury rzekomo dybią na naszą tożsamość i suwerenność.


Owszem, elity mają to do siebie, że często się alienują się od "zwykłych ludzi", więc niekiedy zamiast "woli ludu" realizują własne cele. Choć ta prawidłowość jest paliwem populizmu, jest w pewnym sensie stałą cechą wszystkich układów władzy. Urzędnicy i służby zamiast służyć ludowi wolą realizować własne idde fixe, którym podporządkowują wszystkie pomniejsze sprawy.

Nie mówiąc już o tym, że lubią przy okazji napchać sobie kieszenie, czy dosyć swobodnie dysponować publicznym groszem... Ale to już słabość ludzka - okazja czyni złodzieja. Jak mawiał klasyk (celowo nie używam feminatywu, żeby nie obrazić uczuć narodowych) te pieniądze im się po prostu należą, choć ciężko wytłumaczyć to tym którym się nie należą, bo zapierdalają i płacą podatki.

Ale nie brnijmy już w "alternatywną utopię" bo w zasadzie jedynym rozwiązaniem które proponuje jest zastąpienie starych pasożytów nowymi. Niektórzy wróżą w tym kontekście wręcz zwiększenie się wpływów korporacji na nasze życie.  NATO trzeszczy w szwach, po tym jak Trump pokłócił się z Duńczykami i sprzyjającymi im autochtonami o Grenlandię.


Przy okazji okazało się - o czym pamiętali tylko najwytrawniejsi juryści - że odmieniany przez wszystkie przypadki artykuł piąty Paktu Północnoatlantyckiego wcale nie gwarantuje automatyzmu jeśli zostaniemy zaatakowani przez zdziczałych skurwysynów ze Wschodu. Cytując dosłownie: każda ze stron użyje środków które uzna za konieczne...

Ktoś może uznać za stosowne na przykład rozrzucenie ulotek albo przysłanie memicznych już hełmów. Nie jest to więc żadna gwarancja bezpieczeństwa, zwłaszcza gdy na czele największej potęgi militarnej stoi człowiek pokroju Trumpa, a do tego mamy w Pakcie Erdogana i szereg państw o symbolicznych tylko możliwościach militarnych.

Stany Zjednoczone oficjalnie już powracają do tak zwanej doktryny Monroe, czyli uznają półkulę zachodnią za swoją strefę wpływów. Najdobitniejszym wyrazem tego była operacja w Wenezueli. Niektórzy liczyli na zmianę reżimu, ale po rozmowach telefonicznych Trump uznał nową prezydentkę Delcy Rodriguez za "świetną osobę" i zapowiedział "spektakularne partnerstwo".

Fakt że baba wywodzi się z krwawej junty Maduro nie będzie przeszkodą we współpracy...  Najważniejsze że zgodziła się na sprzedaż 50 mln baryłek wenezuelskiej ropy przez USA, a to dopiero początek "współpracy" energetycznej i handlowej. Ameryka już szykuje się do gigantycznych inwestycji w wenezuelski sektor naftowy, bo ponoć ma zagwarantowane tam "całkowite bezpieczeństwo".


W Iranie mieliśmy ostatnio falę masowych demonstracji przeciwko rządom ajatollahów, lecz wydają się one już wygasać pod wpływem brutalnych represji. Zapalnikiem było załamanie się irańskiej waluty lecz do postulatów ekonomicznych dołączano też polityczne czy światopoglądowe. Wielu Irańczyków marzy o demokracji czy choćby świeckim państwie.

Liczba ofiar jest ciężka do oszacowania, ale z pewnością zginęły tysiące ludzi. Pod wpływem arabskich sojuszników (Katar, Oman, Arabia Saudyjska, Egipt), a nawet Izraela, Trump zrezygnował ze zbrojnej interwencji i odpuścił chwiejącemu się reżimowi. Ewentualny wybuch pełnoskalowej wojny w regionie przeraził wszystkich gdyż jego konsekwencje byłyby co najmniej katastrofalne dla gospodarki, a nawet mogły zupełnie zdestabilizować region.


Na Ukrainie natomiast bez zmian czyli regularna rozpierducha... W tym czasie polscy politycy zajmowali się głównie sobą, to znaczy obrzucaniem się błotem. Polska polityka zagraniczna leży i kwiczy bo prezydent nie chce realizować agendy rządowej ale swoją własną, zwłaszcza w zakresie personalnym, bo najważniejsze to obsadzić na stołkach swoich ludzi.

Nawrocki blokuje kluczowe nominacje ambasadorskie - między innymi w USA, Włoszech czy placówkach międzynarodowych przy NATO i Unii Europejskiej. Chodzi o jakieś czterdzieści nominacji.

Przy okazji ten "człowiek znikąd" - na którego głos oddało 10 milionów Polaków bo tak kazał im niewybieralny Kaczyński -  nie chciał podpisać wniosków o awans 136 absolwentów kursów oficerskich, co zwyczajowo było czynnością techniczną. Argumentuje to brakiem zaufania, czystkami kadrowymi i tak dalej, choć ponoć w kwestii służb specjalnych szykuje się jakiś kompromis... Pewnie więc przepchnie gdzieś paru "swoich".

sobota, 10 stycznia 2026

TAUTOLOGIA DOJRZEWANIA

 
Święta i po świętach. Już nawet po Trzech Królach. Za to mamy w końcu śnieg - ku zgryzocie drogowców i kierowców, choć podobno korzystnie z perspektywy ekologicznej. Może też przywoływać wspomnienia z dzieciństwa - na przykład bitwy na śnieżki, choć te były zakazane przez nauczycieli.

Pewien dosyć zasadniczy pan "profesor" w ramach pruskiej dyscypliny wciskał nam śnieg za kołnierz aby oduczyć nas tego niebezpiecznego zwyczaju, który może spowodować wybicie oka zbyt ubitym pociskiem...  W podstawówce odbywało się też tak zwane "mycie" dziewcząt śniegiem.

Polegało to mniej więcej na dopadnięciu jakiejś dziewuchy i możliwie brutalnym - choć nie wiem czy nie jest to zbyt mocne słowo - wysmarowaniu jej facjaty masą śniegową. Ona piszczała, a agresor miał dziki ubaw. Im potencjalna ofiara była urodziwsza tym częściej dochodziło do rytualnego sponiewierania.

Był to wręcz element jakichś absurdalnych zalotów. Sorry, ale dorastałem na wsi... Pojawiały się nawet teorie jakoby niektóre dziewczęta same prowokowały uciążliwą adorację, zbyt często wychodząc na przerwie do toalety, która znajdowała się na podwórku. Nie było tam bieżącej wody, a za to w zimę ciężko było usiąść na zlodowaciałej desce.

Nawiasem mówiąc nie była to deska klozetowa, tylko prawdziwa deska z drewna, w której wycięto otwór na dupę nad suchym dołem. Szkolny kibel był trzykabinową sławojką z dwoma wersjami - kwadrat i kółko - tak żeby chłopcy i dziewczęta mogli załatwiać się komfortowo. W przybytku tym nigdy nie było papieru toaletowego, ogrzewania ani sprzątaczki.


Z tego powodu niektórzy wypróżniając się stosowali metodę "na Małysza" choć były to czasy, gdy nikt w Polsce zbytnio się nie interesował skokami narciarskimi. Polegało to na sraniu bez dotykania zimnej powierzchni pośladkami. Kto wie, może to dlatego latanie na nartach jest dzisiaj naszym sportem narodowym.

Pech był taki że nieraz ciężko było trafić do celu, zwłaszcza jeśli temat był rzadki. Powodowało to dalsze narastanie warstwy gówna - na osranej desce tym bardziej nie można było siadać, więc srano na oślep, starając się trzymać tyłek jak najdalej od dziury. Zdarzało się, że ktoś srał na podłogę, choć nie było to zbyt moralne.

Trzeba było więc uważać żeby nie wdepnąć w jakieś gówno. Niekiedy więc prostszym rozwiązaniem było po prostu iść wysrać się w krzaki. Tragedią były problemy żołądkowe. Z wyżej opisanych względów sanitarnych nie dokonywano wtedy "spłukiwania" głowy małoletnich frajerów w toalecie. 

Pozostawało jednak klasyczne "karczycho", czyli cios z liścia w kark. Wyzwiska, szyderstwa i innego rodzaju gnębienie. Jednym słowem stara jak świat przemoc szkolna, choć kiedyś chyba częściej ją bagatelizowano. Afera robiła się dopiero wtedy gdy ktoś rozkwasił komuś nos. Walka o pozycję w szkolnej hierarchii miała swoją własną dynamikę.


Najgorszy debil mógł być królem, bo najbezpieczniej przyłączyć się do silniejszego. W kupie siła więc nigdy nie należało odstawać od grupy. A jeśli ktoś stawał się pośmiewiskiem to należało się przyłączyć do hejtu i nagonki, chwilowo zabezpieczając się przed staniem się nim samemu. Musimy jednak rozgrzeszyć bachory z powodu nieuniknionej niedojrzałości emocjonalnej.

Dopiero zbieraliśmy doświadczenia społeczne i trenowaliśmy umiejętność przetrwania. Dzisiaj - z powodu smartfonów i manii utrwalania oraz publikowania swoich "wyczynów" na światło dzienne wypływa nieco więcej tych szkolnych "kwiatków". Wtedy zwykle mówi się o zdziczeniu spowodowanym internetem, telewizją, popkulturą i podłożem społecznym.

Z czasem idealizujemy przeszłość i racjonalizujemy to wszystko jako "żarty" i "zabawę". Więc dzisiejsza "rozwydrzona młodzież" pewnie zrobi tak samo. Edukacja wymaga ofiar i poświęceń. Trzeba przyswajać nieformalne zasady, bo te oficjalne to tylko pobożne życzenia. Naucz się panować nad swoją siłą - to trudniejsze jest od pokonania słabości.

niedziela, 4 stycznia 2026

AMERYKA PODWÓRKOWA

 Kandydat do pokojowej Nagrody Nobla Donald Trump dokonał wczoraj małego przewrotu w Wenezueli. Jankesi zatakowali siedzibę resortu obrony, bazę lotniczą i szkołę wojskową, przy czym podobno nie stracili ani jednego żołnierza. Dotychczasowy prezydent Wenezueli Nicolas Maduro wraz z małżonką został pojmany i przetransportowany do USA gdzie zostanie osądzony.

Nam Wenezuela kojarzy się z kiepskimi telenowelami, lecz Donaldowi Trumpowi raczej z narkoterroryzmem. Złośliwi zaś mówią, że z największymi na świecie złożami ropy. Oskarżenie o produkcję kokainy nie jest całkowicie bezpodstawne, lecz więcej koksu produkuje się chociażby w Kolumbii, Peru czy Boliwii. Jeśli zaś chodzi o tranzyt, to transporty z Wenezueli zmierzają głównie do Europy.

No ale zarzuty wobec reżimu są jeszcze bardziej wyrafinowane. Ponoć Maduro nie traktował narkobiznesu tylko jako źródła dochodu - akt oskarżenia mówi o wojnie hybrydowej przeciwko Ameryce, prowadzonej przy pomocy narkotyków, choć Wenezuela nie odgrywa w kokainowym procederze kluczowej roli. Jeśli chodzi metamfetaminę i fentanyl - które są największym problemem w Stanach - docierają one z Meksyku i Kanady.

Należy więc przyjąć że mamy tu do czynienia z dosyć mocno naciąganym pretekstem. To co możemy zarzucić obalonemu Maduro to z pewnością sfałszowanie wyborów, prześladowanie opozycji i doprowadzenie kraju do kompletnej ruiny. Lud Wenezueli raczej nie będzie po nim płakał, lecz pozostaje problem aparatu władzy - demokratyzacja bananowej republiki może być pozorna.


To wszystko oczywiście "wyjdzie w praniu", ale sami wiecie jak imperialistyczna polityka ukształtowała Amerykę Łacińską... Sam Trump zapowiada ręczne sterowanie transformacją, tak aby Wenezuela rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatnio. Jeśli uda się rozruszać przemysł wydobywczy i odpowiednio redystrybuować zyski może to nawet być możliwe. Priorytetem będzie jednak obsadzenie "swoich ludzi" i kontrola nad zasobami.

W razie czego Trump nie wyklucza drugiego ataku... Możliwe są różne scenariusze, w tym trwała destabilizacja upadłego już w znacznym stopniu wenezuelskiego państwa. A wtedy wzrosłaby na przykład liczba imigrantów... Jeśli chodzi o konsekwencje rynkowe to pewnie cena ropy skoczy, choć optymiści wieszczą spadek w długofalowej perspektywie. Mówi się nawet o ciosie zadanym Rosji przez zwiększenie wydobycia.

Na razie to tylko telewizyjne pierdolenie, lecz wszystko jest za sobą powiązane. Fakt faktem, że Maduro był - niezbyt przesadnie cennym - sojusznikiem Putina. Jego rola sprowadzała się do werbalnej walki ze "zgniłym Zachodem" o tak zwany wielobiegunowy świat. Innymi słowy jedyną zaletą wenezuelskiego dyktatora było to, że miał na pieńku z Waszyngtonem. Tak czy siak możliwości Rosji w zakresie pomocy okazały się równie groteskowe.

Mówi się co prawda o złamaniu prawa międzynarodowego, co w kontekście Ukrainy i tak dalej stanowić by miało "niebezpieczny precedens", jest to jednak dosyć standardowe działanie imperialistów. Nie od dziś Stany Zjednoczone uznają obydwa amerykańskie kontynenty za "swoje podwórko" na którym mogą dowolnie obalać i instalować rządy.


Kreml rytualnie zażądał pilnego zwołania Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale nieoficjalnie mówi się o tym że los bananowego reżimu Ruskim już wisi. Spiskolodzy mówią o globalnym podziale stref wpływów, wobec czego Trump odpuści sobie Ukrainę, byle tylko zrealizować amerykańskie interesy. 

W każdym bądź razie mamy teraz w Wenezueli stan wyjątkowy i harde deklaracje wiceprezydentki Delcy Rodriguez o niezgodzie na neokolonializm. A to wskazuje że zmiana reżimu może nie być wcale taką oczywistością. Z drugiej strony amerykańska operacja przebiegała tak gładko, bo Maduro musiał być wystawiony przez swoich. Reżim jest podzielony. Być może dojdzie do walk wewnętrznych. Być może zwycięży jakaś pragmatyczna frakcja, dążąca do porozumienia z opozycją czy Amerykanami. Być może będzie odwrotnie...

piątek, 2 stycznia 2026

RUSKI ROK

 
Minął rok kalendarzowy, co może być impulsem do czynienia różnych podsumowań. Niestety żyjemy w "ciekawych czasach" więc działo się dużo. Mieliśmy wybory prezydenckie które wygrał kontrowersyjny pisowski kandydat z niezbyt kryształową przeszłością. Wetuje co popadnie, flirtuje ze skrajną prawicą i kłóci się o stołki z Tuskiem. Nikt już nie nadąża za bigosem prawnym i konstytucyjnym.

Mieliśmy inwazję niewidzialnych kosmitów z Marsa na naszą zachodnią granicę, konieczne było nawet wysłanie tam bojówek Bąkiewicza. Niemcy nie zapłacili reparacji, Ukraińcy kradli socjal, a ciapaki niszczyli tradycję kulinarną. Ruscy przysłali parę gównianych dronów, wysadzili tory kolejowe i rozpowszechniali niestworzone historie. Wskutek tego naród zupełnie ześwirował.


W USA prezydenturę objął znowu Donald Trump. Przez jakiś czas aktywnie szalał tam hajlujący miliarder Elon Musk, lecz w końcu został zepchnięty na boczny tor. Marna to pociecha, ale władza polityczna wciąż góruje nad pieniądzem, nawet jeśli go potrzebuje. Pojawiły się pomysły by zaatakować Grenlandię i kanał Panamski, była awantura z Zełenskim i wizyta Putina na Alasce.

Świat stanął nawet na progu wojny handlowej. Niby dogadaliśmy się z Ameryką, lecz co jakiś czas podnoszona jest kwestia "europejskiego pasożytnictwa". Musimy więc godzić się na różne ustępstwa, a jeśli chodzi o wojnę w Ukrainie to de facto płaci za nią już tylko Europa, choć Trump ciągle sprzedaje nam broń. Robi to jednak raczej niechętnie i naciska na zawarcie "pokoju".

W Gazie oglądaliśmy ludobójstwo i głód, choć ostatecznie nieco się uspokoiło. Sytuacja humanitarna pozostaje tam tragiczna, brakuje wody, prądu i opieki medycznej. Zawieszenie broni jest co chwilę naruszane, niemniej wojna nie jest już tak "gorąca" jak była. Izrael rozprawił się też z Iranem, spektakularnymi ataki obnażając jego technologiczną bezsilność.

Niebezpiecznie napięta pozostaje sytuacja w Cieśninie Tajwańskiej gdzie Chiny regularnie dopuszczają się agresywnych prowokacji. Pentagon niezmiennie ostrzega o możliwości chińskiej inwazji na "zbuntowaną prowincję". Gdyby chodziło o jakąś inną wyspę pewnie latałoby nam to koło dupy, ale produkuje się tam mnóstwo tak potrzebnych półprzewodników. Straszy się więc proletariat i prekariat wybuchem III wojny światowej.


Dlatego właśnie Ukraina jest "problemem europejskim". Patrząc szerzej jest to jednak ta sama rozgrywka - Rosja jest tylko chińskim pionkiem wykrwawiającym się na złość Zachodowi. Pechowo największą jak dotąd potęgą militarną i gospodarczą zawiaduje facet interesujący się głównie sobą, pieniędzmi i groteskowym amerykańskim nacjonalizmem. Pieprzy co mu ślina na język przyniesie, ale media usiłują to wszystko "tłumaczyć" na racjonalny język.

Nie jest to nawet "realizm polityczny". Interesy interesami, lecz żyjemy w coraz bardziej pojebanym świecie, gdzie amerykańscy miliarderzy gwałcą setki nastolatek na prywatnych wyspach, a Stany Zjednoczone przerywają programy globalnej pomocy humanitarnej w imię "cięć budżetowych". Mieliśmy w tym roku bezprecedensową skalę wzrostu bogactwa. Sam Donald Trump z rodzinką wzbogacił się o 282 miliony dolarów!!!

poniedziałek, 29 grudnia 2025

KRZYWY RYJ

 
W filmie Szumowskiej "Twarz" główny bohater - prowincjonalny chłopak marzący o lepszym życiu - traci tytułową facjatę w wypadku przy pracy na budowie. Twarz zostaje zrekonstruowana operacyjnie, dzięki jakiejś innowacyjnej metodzie transplantacji, co zresztą wzbudza chwilowe zainteresowanie mediów. Niestety potem nieszczęśnik zostaje zostawiony samemu sobie.

Państwo nie refunduje mu rehabilitacji ani leków. Ale pieniądze to najmniejszy problem. Bo twarz, choć zrekonstruowana wygląda dosyć paskudnie. W dodatku na skutek uszkodzenia aparatu gębowego nasz Jacek (bo tak się zowie ta szkarada) zaczyna mówić dosyć niewyraźnie, co utrudnia komunikację. Jednym słowem wygląda chujowo i ciężko go zrozumieć.

 No ale przecież dziewczyna czy przyjaciele muszą pamiętać jakim zajebistym jest kolesiem. A jednak staje się więźniem swojego potwornego wizerunku. Piękna nie jest w stanie już kochać bestii, bo co to za facet który wygląda jak mutant z horroru i bełkocze jak niedorozwinięty. Nawet rodzina zaczyna w nim widzieć jakiegoś uciążliwego inwalidę. Wspomaga go co prawda siostra, lecz niegdyś wesołe życie staje się koszmarem.

Nie otrzymuje renty ponieważ jest zdolny do pracy i tak dalej. Wsiowe dzieciaki nazywają go pieszczotliwie "Ryjem". Jednym słowem kaszana. Dochodzi do groteskowych scen - ksiądz odprawia egzorcyzmy uznając "potwora" za opętanego. Ostatecznie Jacek wsiada do autobusu i opuszcza rodzinną wieś, żeby odciąć się od wspomnień i... zacząć od nowa? W każdym bądź razie utrata twarzy staje się w klaustrofobicznej dziurze wyrokiem pogardy.


Utrzymany w konwencji czarnego humoru film można odczytywać jako szyderstwo z zaściankowej obłudy. Co bardziej zideologizowani krytycy widzą w nim "plucie Polakom w twarz", złośliwą karykaturę prowincji czy wręcz wyrzyganie własnych klasowych uprzedzeń. Dla mnie był to po prostu film o naturze ludzkiej, odrzucającej to co brzydkie i obciachowe. Co byś nie robił kiedy staniesz się "gorszy" będziesz traktowany stosownie do zepsutego wizerunku.

Bo "twarz" ważniejsza jest nawet od ciała. Gombrowicz nazywał to "gębą" - może w trochę innym znaczeniu, lecz czasem gęba sama się modyfikuje, a wtedy zmianie ulega też cały świat. Nie zadajesz się z kimś gorszym, żeby nie zepsuć sobie samemu wizerunku. I nie chodzi tu wnętrze, które zresztą staje się kalekie, kiedy widzi własną twarz w społecznym lustrze. Lecz może ta brzydota jest odbiciem nas samych...

Naszych kompleksów i lęku przed byciem innym, obcym, gorszym, wykluczonym... Bo dobrze jest wiedzieć, że ktoś jest gorszy. Nie tylko korzystnie jest się z nim się porównać, ale można też przypisać mu wszystkie paskudztwa świata. W zaklętym kręgu przysłowiowej "wiochy" nie ma ucieczki od wyznaczonej przez społeczną percepcję roli. Lecz czy można gdziekolwiek uciec od ostatecznie zdeformowanej gęby?