Łączna liczba wyświetleń

sobota, 27 czerwca 2026

OFIARY HISTORII


 Pokłóciliśmy się ostatnio z Ukraińcami. W zasadzie to Nawrocki się pokłócił, a cała reszta musiała się do tego ustosunkować. Bo dla "prawdziwego Polaka" najważniejsza jest godność narodowa, a dla kosmopolitycznego euroentuzjasty pragmatyzm geopolityczny. Oficjalnie Nawrocki nadal sprzeciwia się rosyjskiej agresji, ale zabrał Zełenskiemu Order Orła Białego.

Powodem miało być nazwanie jednostki wojskowej imieniem "bohaterów UPA". Odczytywać to można jako jakiś zgrzyt, lecz nie jest to żaden nagły zwrot w polityce historycznej naszych sąsiadów. Gloryfikacja Ukraińskiej Armii Powstańczej trwa tam już od odzyskania niepodległości w wyniku upadku Związku Radzieckiego, a więc od co najmniej trzech dekad. Swoje ordery dumnie zwrócili więc też pozostali trzej prezydenci Ukrainy.

Wiktor Juszczenko przyznał w 2010 roku tytuł bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze, a po euromajdanie zaczęto nawet nazywać imieniem tego niezbyt nam przyjaznego faszysty ulice w Kijowie... Od początku pełnoskalowej rosyjskiej inwazji symbole UPA są wykorzystywane w przestrzeni publicznej jako ikony walki z rosyjskim imperializmem. Pozdrowienie "Chwała Ukrainie" poniekąd jest odwołaniem do oficjalnego salutu tej organizacji.


Nagła historyczna histeria wydaje się co najwyżej przebudzeniem z ręką w nocniku, choć dopatrywać się w tym można też koniunkturalnego cynizmu. Kwesta ukraińska - czy też antyukraińska stała się ostatnio politycznym złotem. Kreatury takie jak Grzegorz Braun nie kryją się nawet z bezpardonową wrogością wobec tej kurewskiej, złodziejskiej, niewdzięcznej i krwiożerczej nacji. Dzisiaj nękające nas plagi to nie tylko wina Tuska i Niemców, ale również Ukraińców.

Rozpętanie historycznej kłótni wydaje się uwieńczeniem antyukraińskiej nagonki, w której już od dawna licytują się politycy prawicy. Co prawda na początku wojny pisowcy włazili Ukraińcom w dupę, wysyłali im czołgi i przyznawali ordery - byle tylko chcieli walczyć i chronić nas przed rosyjskim butem. Był nawet taki moment, że każdy w Europie (no prawie) chciał się fotografować z Zełenskim, bo ten stał się gwiazdą "walki ze złem". Duda sam rzucał mu się na szyję i nie chciał puścić aż prawie udusił...

Była to jednak "mądrość etapu". Na obecnym etapie mamy tu raczej chłopca do bicia. Bo ten kokainowy skurwiel liże teraz dupę Niemcom, Francuzom i Brytyjczykom, byle tylko dostawać broń i pieniądze. A my przecież przyjęliśmy do pracy na budowach i w rzeźniach tylu roboli, ruchamy prostytutki i płacimy im socjal. Ukraińskie zboże zalewa nasz rynek, a rosyjskie trolle ciężko pracują w internecie żebyśmy tylko nie zapomnieli o Wołyniu i tak dalej.


Oczywiście mieliśmy tam do czynienia z ludobójstwem, tyle że - co również prawdziwe - było ono zwieńczeniem wielowiekowego procesu historycznego. Nasze sąsiedztwo zaczęło się od najazdu Bolesława Chrobrego na Kijów, w ferworze której ten opasły knur wyczyścił Rusinom skarbiec i zgwałcił siostrę wielkiego księcia kijowskiego, ale nie cofajmy się aż tak daleko...  Prawdziwie wspólna historia to okres Rzeczypospolitej Obojga Narodów, kiedy to podbite wcześniej przez Litwę zimie ukraińskie inkorporowano do Korony Polskiej.

Ziemie te - zwane Dzikimi Polami - stały się "spichlerzem Europy" i źródłem potęgi ekonomicznej na której zbudowaliśmy swój "złoty wiek". Magnaci tworzyli tam gigantyczne latyfundia i trzepali kasę dzięki półniewolniczej sile roboczej, a chcąc podlizać się polskiej administracji ulegali kulturowej polonizacji i katolicyzmowi, odsuwając się od chamskiego prawosławnego ludu.

Zbiegli chłopi szukali wolności na niemożliwych do kontrolowania stepach tworząc tam wraz z przeróżnymi banitami i rzezimieszkami  specyficzną grupę społeczną zwaną kozaczyzną. Zorganizowali tam w zasadzie państwo w państwie, choć królowie polscy lubili korzystać z ich usług bo byli to tani i bitni najemnicy. Część z nich wciągnięto nawet oficjalnie do rejestru i przyznano stały żołd jako obrońcom granic przed najazdami tatarskimi. Niemniej narastający konflikt narodowo-religijny doprowadził w końcu do Powstania Chmielnickiego. 

Kozacki hetman szukał pomocy w Moskwie co z perspektywy czasu uwikłało Ukrainę w fatalną zależność od tyrańskiego imperium. Skutkiem apokaliptycznej wręcz rozpierduchy była katastrofa demograficzna i gospodarcza, geopolityczny podział Ukrainy a także trwale osłabienie pozycji Rzeczypospolitej na rzecz Moskwy. W końcu Polska stała się tylko rosyjskim protektoratem, a ostatecznie zniknęła z mapy.

Kozacy zostali oszukani przez Rosję co zrozumiał już Chmielnicki, pod koniec życia szukając sojuszu ze Szwecją... Ale było już za późno. Moskwa od razu po przejęciu lewobrzeżnej Ukrainy zaczęła ograniczać prawa Kozaków, lokować tam swoje wojska i ściągać podatki. Niezależna Metropolia Kijowska została podporządkowana Patriarchatowi Moskiewskiemu, co zniszczyło autonomię religijną. A dzieła dopełnił terror skierowany również w ludność cywilną.

Caryca Katarzyna II zlikwidowała urząd hetmana i zniszczyła kolebkę kozaczyzny - Sicz Zaporoską - narzucając miłującym wolność Kozakom pańszczyznę. Można więc powiedzieć, że Kozacy walcząc z "polskimi panami" zafundowali sobie "większe zło". Ale po pierwszej wojnie światowej państwowość polska zaczęła się odradzać. Józef Piłsudski w koncepcji państw buforowych z kluczową rolą Ukrainy widział zaporę przed rosyjskim imperializmem.


Stąd znane powiedzenie, że nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. Piłsudski zawarł nawet taktyczny sojusz z twórcą efemerycznej Ukraińskiej Republiki Ludowej Symonem Petlurą. Choć Ukraińcy walczyli wtedy ramię w ramię z Polakami oddając im Wołyń zostali zmiażdżeni przez tryby bezlitosnej historii. Polacy zasiedli z Bolszewikami do stołu bez udziału Petlury oddając "przyjaciół" na pastwę systemu radzieckiego. Skończyło to się wielkim głodem.

W optyce ukraińskiej wyglądać to musiało na cyniczny podział jej etnicznego terytorium. W II RP Ukraińcy stanowili 14% całego społeczeństwa, ale odmówiono im autonomii. Prowadzono politykę polonizacji przez edukację i kulturę, zamykano i burzono cerkwie... Sytuacja po polskiej stronie granicy była bez wątpienia lepsza niż po radzieckiej, co nie zmienia faktu, że Ukraińcy czuli się tu obywatelami drugiej kategorii.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów odrzucała dialog z Polską uciekając się do terroryzmu i sabotażu, a kulminacją jej działalności był zamach na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego. Odpowiedzią była tym mocniejsza pacyfikacja i niszczenie instytucji ukraińskiej kultury. Narastające resentymenty miały znaleźć swoje tragiczne ujście w trakcie chaosu drugiej wojny światowej, który stał się katalizatorem etnicznej nienawiści.

Jak to się wszystko skończyło wiemy wszyscy... W 1943 roku sytuacja wskazywała już na nieuchronną klęskę Niemiec, więc UPA szykowała się na długi konflikt z Moskwą. Obawiano się też ponownego włączenia Wołynia do Polski. Skrajnie sfrustrowane i straumatyzowane ukraińskie masy chłopskie dokonały okrutnej rzezi na Polakach, którzy również byli chłopami, a nie żadnymi mitycznymi "panami".


Przy pomocy prostych narzędzi gospodarskich (wideł, siekier, kos) mordowano masowo całe wsie - niemowlęta, kobiety i starców - co dzisiaj stanowi iskrę zapalną historycznego sporu. Domagamy się rozliczenia w formie jakiegoś "przyznania się do winy", choć ciężko powiedzieć na czym miałoby ono dokładnie polegać. W 2016 roku prezydent Petro Poroszenko klęczał już przez pomnikiem ofiar zbrodni wołyńskiej na warszawskim Żoliborzu.

Ale my oczekiwalibyśmy raczej zdecydowanego odcięcia się od tradycji UPA co w obecnych realiach wojennych wydaje się zupełnie niemożliwe. Jest to przecież fundament pewnego mitu założycielskiego opowiadającego o ludowym oporze przeciwko sowieckiemu totalitaryzmowi. Sprawiedliwie trzeba jednak przyznać, że zbrodnie UPA popełnione na Polakach są w ukraińskiej historiografii systematycznie bagatelizowane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz