Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 17 listopada 2014

KONSORCJUM BOSKO-CESARSKIE

Mit założycielski kościoła katolickiego opiera się na trzech wielkich kłamstwach: Biblia jest słowem bożym, papież spadkobiercą świętego Piotra, a chrześcijaństwo zatriumfowało w Rzymie wskutek masowych nawróceń, z których najważniejsze było to cesarskie. Prawda jednak wyglądała zupełnie inaczej. Kościół rzymsko-katolicki nie rodził się w koloseum, gdzie lwy rozszarpywały biednych chrześcijan, ale w ścisłej współpracy z krwawym imperium. Tak jak Michnik pił wódkę z Kiszczakiem, tak papież wino z cesarzem, a katolicyzm wyłonił się w znanej nam formie z powodów czysto pragmatycznych, a nie idealistycznych. Powinien wiedzieć o tym każdy, kto przez całe życie co niedzielę oddaje się modlitwie.

Tak jak analizujemy wszystkie inne zjawiska, tak w obiektywny sposób powinniśmy badać dzieje chrześcijaństwa. Materiał historyczny nie pozostawia żadnych złudzeń, że „oficjalna” wersja wydarzeń, to w tym wypadku tylko kościelna propaganda. Triumf chrześcijaństwa możliwy był tylko dzięki arbitralnej decyzji  cesarza Konstantyna. Co najwyżej możemy mówić jedynie o rosnącej popularności chrześcijaństwa w starożytnym Rzymie. Wśród obywateli imperium chrześcijanie wcale nie stanowili większości, a drogę do pełnej chrystianizacji otworzyło dopiero upaństwowienie kultu. Wiązało się to niestety z jego ujednoliceniem, a to pociągało za sobą tragiczne konsekwencje dla tych którzy nie chcieli się podporządkować ustalonym pod okiem cesarza dogmatom. 

Nie żebym wspominał o tym ze złośliwości, ale budowa scentralizowanego kościoła katolickiego możliwa była dzięki wsparciu zdemoralizowanego cesarstwa, nie szczędzącego srebrników i miecza. Władza papieska początkowo nie opierała się na żadnym autorytecie, a do jej egzekwowania używano państwowego aparatu przymusu i terroru. W takiej sytuacji powodzenie „misji” chrystianizacyjnej uzależnione było od uległości względem rzymskich protektorów, co wymagało licznych kompromisów etycznych i teologicznych. Z drugiej strony niewielka to była cena, skoro kompromis z krwiożerczym Rzymem zapewniał hierarchom luksus i prestiż, a masom kojące opium.

Stworzenie religii państwowej wymagało zbudowania hierarchicznej struktury, tak aby wszelkie przywództwo religijne miało charakter w pełni instytucjonalny, a co za tym idzie zgodny z jedyną słuszną linią polityczną. Umożliwiało to fizyczną eliminację heretyków i religijną dyktaturę. Aby sprawnie administrować takim tworem, konieczne było stworzenie odpowiedniej podstawy prawnej. Na soborze w Nicei przystąpiono więc do spisania słowa bożego. Był to pierwszy sobór powszechny biskupów, zwołany przez cesarza Konstantyna. Na soborze tym ustalono obowiązujący kanon ksiąg religijnych, a lektury pozostałych pism, nazywanych dziś Ewangeliami gnostycznymi lub apokryfami, zakazano. Zdaniem Wikipedii takie ustalenia przyczyniły się do „wejścia w europejskie życie polityczne pojęcia wolości religijnej”. Co oni ćpają? Każdy religioznawca wie, że wcześniej chrześcijaństwo było religią ogromnie zróżnicowaną, a wskutek soboru nicejskiego przekształciło się w organizacyjny moloch gdzie nie ma miejsca na dyskusję. Eufemistycznie nazwano ten proces konsolidacją religii chrześcijańskiej.

Na sobór nicejski dostarczono łącznie dwa tysiące dwieście trzydzieści jeden zwojów z krążącymi w obiegu pismami religijnymi, z czego za obowiązujący uznano nikły ich margines. Pluralistyczne chrześcijaństwo zredukowano zatem do dogmatycznej doktryny, a wszelkie odstępstwa traktowano odtąd z bezwzględną surowością. To jest właśnie katolicka „wolność religijna”. Paradoksalnie, wbrew temu co pisze Wikipedia, uznawana przez ciemny lud za źródło wszelkiej mądrości, postanowienia soboru nicejskiego ograniczały w zasadzie swobodę wyznania. Jako licealista spytałem katechetę skąd wiadomo które księgi są natchnione przez Boga, a które nie. Odpowiedział, że prawdziwość tych ksiąg poświadcza sam papież swym autorytetem.  Autorytet ten zaś wynika z władzy nadanej mu przez świętego Piotra. Niestety brak jakichkolwiek dowodów historycznych na to, że Piotr w ogóle był kiedykolwiek w Rzymie, a tym bardziej że był biskupem. Oczywiście dla wyznawców nie ma to żadnego znaczenia.

Tradycja chrześcijańska chętnie wspomina o prześladowaniach, którymi w czasach przed Konstantynem padali chrześcijanie. Poza tym w cesarstwie panowała ogromna swoboda religijna. Bez przeszkód praktykowano w nim choćby judaizm. Rzymianie nie tylko nie zmuszali ujarzmionych ludów do przyjmowania swojej religii, ale raczej skłonni byli przyjmować obce kulty. Wyjątek stanowili tu chrześcijanie, których okresowo prześladowano. Tak się stało choćby za Nerona. Jedna z plotek mówiła, że wzniecił on pożar Rzymu, a druga że to dzieło chrześcijan. W każdym razie oberwało się za to tym ostatnim. Z tego powodu w naszej świadomości cesarz ten jawi się jako pojebany, rudy świr – zupełne przeciwieństwo szlachetnego Konstantyna.

O ile stosunek tych dwóch władców do chrześcijaństwa był skrajnie różny, o tyle obiektywnie zaobserwować można między nimi uderzające podobieństwo moralne. Konstantyn nie wahał się wszak poderżnąć gardła własnemu synowi czy ugotować żywcem swojej żony. Wcześniej kazał powiesić swojego teścia i udusić dwóch szwagrów.

niedziela, 26 października 2014

MIŁOŚĆ W CZASACH POPKULTURY

Przez to że nie mam smartfona, nie mogę ostatnio wyrwać żadnej małolaty. Chyba będę musiał w końcu kupić sobie to dziadostwo. Wszyscy dostali już ten sprzęt za darmo, czyli w najwyższym abonamencie. A ja ciągle dzwonię z tego starego rupiecia z klawiaturą, i to tylko dlatego że ciągle działa. Powinienem się wstydzić.


Tak, tak. Wieśniak ze mnie jakich mało. Nie mam nawet
porządnego tableta, a przecież nawet dzieci w tych czasach muszą być cyfrowo mobilne. Nawet na kiblu potrzebny im jest dostęp do multum funkcji, chociażby po to, żeby trzepać sobie kapucyna, albo zamawiać dopalacze. No i przy lustrze wychodzą najlepsze sweet focie.

O czasy, o obyczaje! Kiedyś żeby zaimponować gówniarzom wystarczyło jeździć rowerem górskim (wbrew pozorom Polska to bardzo górzysty kraj) i opowiadać o swoim Nintendo. Teraz trzeba wytatuować całe ciało, zostać gangsterem i gnoić frajerów. Czy właśnie rośnie pokolenie młodych cyników, czy grzybieją pierniki którym wszystko zaczyna przeszkadzać?


Jednym z najstarszych tekstów pisanych znalezionych przez archeologów było sumeryjskie biadolenie o upadku moralności i zepsuciu młodzieży. Możliwe zatem, że proces ten jest nieodwracalny. Szkoda tylko, że ja już nie mogę tak nisko upaść, bo jestem po trzydziestce. Co za obciach...  

sobota, 11 października 2014

SADOMASO

- Większa będzie w niebie radość z jednego grzesznika który się opamiętał, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych którzy opamiętania nie potrzebują – nauczał biblijny Jezus. Do dzisiaj słowa te przytaczane są jako świadectwo jego wielkoduszności. Myślę jednak, że warto się nad nimi głębiej zastanowić, biorąc pod uwagę całą złożoność nie tylko ich wymowy, ale również rzeczywistości ludzkiej. Wydają się one bowiem zawierać w sobie pewną mądrość, ale niekonieczne. Wszystko zależy od tego jak je interpretować.

Jezus zmuszony był uciekać się do takiej retoryki, gdyż był krytykowany za bratanie się z przedstawicielami ówczesnego marginesu społecznego, nierządnicami i celnikami, czyli kurwami i konfidentami. Osoby takie narażone były na szczególną pogardę, nie zniechęcało to wszak Jezusa do biesiadowania z nimi. Imprezowanie z prostytutkami i tym podobnym elementem z oczywistych przyczyn wydawało się ludziom szczególnie podejrzane, a w faryzejskim klerze wywoływało świętoszkowate oburzenie.

Jezus usiłował wobec tego ukazywać się jako ktoś wyciągający rękę do zbłąkanych owieczek, a nie wykolejeniec spragniony uciech cielesnych i upojenia. Stworzył w ten sposób nową filozofię zła, w myśl której zło nie było immanentną cechą danej jednostki, ale konsekwencją jej błędów, pomyłek i zagubienia. W ten sposób Jezus dawał każdemu szansę na naprawienie tego co złe, pod warunkiem że zrozumie swój moralny upadek i się z niego podniesie. Wiąże się to z tak ważnym dla chrześcijaństwa pojęciem miłosierdzia, oznaczającego nie tylko litość, ale również przebaczenie.

I tu wchodzimy na bardzo grząski grunt. Niełatwo jest bowiem rozstrzygnąć, czy należy przebaczać. W myśl nauk Jezusa boską wyrozumiałość warunkować miałby żal za grzechy, czyli wyrzuty sumienia, a także postanowienie poprawy, czyli moralny przełom. Było to rewolucyjne podejście do problematyki odpowiedzialności za popełnione zło, anulujące starotestamentowe rozwiązania przepisane z Kodeksu Hammurabiego, w myśl których każdemu grzesznikowi należała się kara. Starotestamentowe metody polegały raczej na prewencji i zastraszaniu groźbą nieuniknionych konsekwencji, niż na odwoływaniu się do wartości moralnych. Jezus co prawda przekupywał wyznawców wizjami wspaniałej nagrody, ale Paweł, uważany przez niezależnych historyków za prawdziwego twórcę chrześcijaństwa w znanym nam kształcie, zaznaczał że działanie interesowne nie doprowadzi jednostki do religijnego spełnienia. – Gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał – przestrzegał Paweł.

Miłość Jezusa jest ekstremalna i to niestety powoduje całkowite wynaturzenie chrześcijaństwa. Przykazania Jezusa w swej radykalności posuwają się aż do moralnego masochizmu i skrajnego pacyfizmu, za wzór cnoty stawiając postawę pokory, typową bardziej dla bydła prowadzonego na rzeź, niż dla człowieka świadomego swojej niezbywalnej godności. – Jeśli ktoś uderzy Cię w policzek, nadstaw mu i drugi – wzywał Jezus. Kazał nam też „miłować nieprzyjaciół swoich”. Nigdy nie zrozumiem za co miałbym lubić jakiegoś palanta, przynajmniej do momentu aż mnie przeprosi. A jeśli nie mógłbym mu oddać ciosu, to mógłbym przynajmniej spierdalać, albo w ostateczności chociaż uznawać go za agresywną i parszywą kreaturę. Jezus jednak był innego zdania.

Co najśmieszniejsze w tym wszystkim, pomimo tak jednoznacznej wymowy moralnej chrześcijaństwa, wobec której nie możemy skreślić z listy istot ludzkich nawet Mariusza Trynkiewicza ani Adolfa Hitlera, w imię Jezusa dopuszczano się patologicznych barbarzyństw, takich jak krucjaty, konkwisty, święte inkwizycje i polowania na czarownice. Świadczyć to tylko może o całkowitej historycznej kompromitacji instytucji kościoła katolickiego, ale to inny temat. Paradoksalnie Jezus był właśnie przeciwnikiem instytucjonalnej religii, krytykując współczesny sobie żydowski kler i świętoszkowatą obłudę. Wolał przebywać wśród „grzeszników”, gdyż jak wierzył zło im przypisywane tak naprawdę wynikało ze słabości i niedoskonałości. – Kto z Was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem – nauczał, odwołując się tym samym do empatii i tolerancji.


Przebaczenie, o ile nie jest bezwarunkowe, z pewnością jest czymś wspaniałym i godnym naśladowania. Mimo wszystko zrównanie jednego grzesznika i dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych wydaje mi się absurdalne. Osobiście uważam, że doceniać należy zmiany, ale tym bardziej stałość, lojalność i konsekwencję. Dlatego sądzę, że ojciec który wyprawił ucztę dla marnotrawnego syna, postąpił niesprawiedliwie kosztem tego syna który był mu wierny, gdyż trudno jest na coś sobie zasłużyć. Lecz możliwe, że poetyka tej przypowieści miała na celu jedynie podkreślenie że warto się zmieniać.  Najszybszym rumakiem wiodącym nas do doskonałości jest cierpienie – mawiał słynny dominikanin, Johannes Eckhart.

sobota, 20 września 2014

MATRIX

Australijski chrząszcz z rodziny bogatkowych, tak zwany jewel beetle, kopuluje z butelkami po piwie. Dzieje się tak dlatego, że ma on wrodzone preferencje co do wyglądu samic, a mianowicie lubi gdy są duże, brązowe i błyszczące. Butelki są dużo większe, bardziej brązowe i błyszczące od każdej z samic, dlatego chrząszcz tak bardzo lubi igraszki z butelkami, że nie przerywa ich nawet kiedy zaczynają pożerać go mrówki. W ten sposób ewolucyjne mechanizmy, które miały zapewnić mu sukces reprodukcyjny, wiodą go na manowce. Mamy tu do czynienia z paradoksem, który pokazuje nam jak bardzo ślepe są siły kierujące naszym zachowaniem. Również ludzie ulegają takim iluzjom.

Bodźce wyzwalające czyli kluczowe, uruchamiają instynktowną, ale złożoną reakcję organizmu. Jeśli spreparowane bodźce kluczowe przewyższają w swym działaniu bodźce naturalne, wówczas mówimy o bodźcach ponadnormalnych. Na przykład dla mewy kluczowe znaczenie ma wielkość wysiadywanego przez nią jaja, dlatego wybierze sztuczne jajo, o ile będzie większe od naturalnego. Dla mężczyzny kluczowe znaczenie ma wielkość cycków, dlatego wybierze sztuczne cycki, o ile będą większe od naturalnych. I tak dalej. Oczywiście upraszczam, ale roli ponadnormalnych bodźców, od makijażu po szpilki, nie sposób w tym wypadku zignorować. Nie ma bowiem ucieczki od schematu zachowania instynktownego.
 
Dlatego właśnie kultura masowa, chcąc przedrzeć się do naszej świadomości, ucieka się tak często do wyolbrzymiania bodźców, gdyż tylko takie bodźce zwracają na siebie naszą uwagę w obecnym gąszczu informacyjnym. Nierealne obrazki beztroskiego życia z teledysków, niestety nie tylko przykuwają nasz wzrok i przypadkowo ucho, ale także kształtują nasze oczekiwania. Eskalacja bodźców używanych w reklamach i kulturze, od orgiastycznych jęków kobiet smakujących nowej czekolady po idealnie przystrzyżone trawniki wokół rezydencji serialowych przystojniaków, powoduje eskalację naszych oczekiwań, która skończyć się może gorzkim rozczarowaniem. Współczesna reklama sprzedaje nie przedmioty, ale emocje związane z ich posiadaniem i nabywaniem. Równocześnie posiadanie ich nie jest celem samym w sobie, ale staje się wyznacznikiem pozycji jednostki w hierarchii społecznej. 

sobota, 21 czerwca 2014

AFERA TAŚMOWA

Polską sceną polityczną wstrząsnęła ostatnio afera taśmowa. Największą sensacją jest w tym wszystkim jest to, że minister Sławomir Nowak chciał żeby skarbówka odpierdoliła się od jego żony. Bardzo dobry z niego mąż, chociaż tak naprawdę chodziło mu o własną prywatną dupę, bo tej ślubnej przelał jakąś szemraną kasę. Afera jak afera, ale to zwykły małostkowy przekręt, a nie polskie Watergate. Po drugie ruskie taśmy zawierać miały wulgarne słowa, mówić o tym jak popierdolona jest Rada Polityki Pieniężnej i tak dalej. Wywołać to musiało świętoszkowate oburzenie w ludu polskim nie posługującym się nigdy taką łaciną. Wreszcie po trzecie lud w końcu pojął, że ciemną stroną polskiej polityki są dobijane przez decydentów targi polityczne. To był szok.

Temat mielony jest teraz do zesrania, jak można tak przeklinać i kupczyć Polską. A Nowak już wyleciał z rządu na kopach. Nikogo nie rusza to, że rząd był podsłuchiwany przez niewiadomo kogo. Przecież to normalne, że w demokratycznych krajach podsłuchuje się rządy. Przecież w demokracji nic nie może być tajne, o wszystkim mogą wiedzieć ruscy szpiedzy i zwykli Kowalscy. A przecież to porażka podsłuchującego, że po nagraniu dziewięciuset godzin politycznego biesiadowania udało mu się wyłowić z tego tylko jeden przekręt Nowaka na cukierki i bluzgającego Belkę. Osobiście nie wytrzymałbym przesłuchiwania dziewięciuset godzin takiej gadki-szmatki w poszukiwaniu sensacji. Ale nikt mi za to nie płaci.

Za pisanie takich głupot też mi nikt nie płaci. Niemiecka prasa już zastanawia się, czy za aferą podsłuchową w Polsce stać mogą rosyjskie służby specjalne, którym zależy na osłabieniu pozycji głównego „adwokata Ukrainy”. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego o organizowanie podsłuchów podejrzewa posła Prawa i Sprawiedliwości. Tygodnik „Wprost” sprzedaje się jak świeże bułeczki, ale jeden z podejrzanych już zaczyna robić mu gnój i oskarża pismaków o współudział w nagraniach. Zacznijcie mi płacić to poskładam to do kupy w teorię spiskową. 

sobota, 14 czerwca 2014

POZA DOBREM I ZŁEM

Jesteśmy tym kogo udajemy
- Kurt Vonnegut, „Matka noc”.

Doktryna chrześcijańska, a za nią i muzułmańska, zaczerpnęły ze starych perskich wierzeń naukę o dwoistości dobra i zła. Ukształtowana w ten sposób etyka, nawet wyłuskana z wszelkich magicznych odniesień, każe nam myśleć o kategoriach moralnych jak o dwóch różnych światach, o zawsze ostro zarysowanych granicach i sprecyzowanym sprawstwie, gdzie każdy ponosi osobistą odpowiedzialność moralną. W ten sposób zasady moralne miałyby nigdy nie ulegać zawieszeniu, a grzesznych czynów dopuszczać się jedynie jednostki podłe i nikczemne. Człowiek zaś miałby jakoby umiejętność odróżniania dobra od zła, wolną wolę i tak dalej.

Nie leży w zakresie poniższych wypocin rozprawianie się z judeochrześcijańską obłudą, dlatego zaledwie wspomnę, że chodzi mi tutaj o fundamentalne podejście do problematyki etycznej ukształtowane przez wiarę w Bozię i strasznego rogacza, nie wnikając już w absurdy zakazowo-nakazowej moralności. Nie ma bowiem w moim mniemaniu sensu tłumaczyć ludowi bożemu, że moralność jest czymś więcej niż posłuszeństwem wobec odgórnie ustalonych arbitralnych zasad, jak nas przekonują kapłani z epoki brązu. Dla nich po dzień dzisiejszy ślepe posłuszeństwo Abrahama, gotowego zaspokajać boskie kaprysy nawet krwią własnego syna, jest przykładem cnoty i doskonałości.

W istocie nadmierne oddanie autorytetowi prowadzić nas może w zupełnie odwrotnym kierunku. Prowadzić nas może, tak jak już wspomnianego Abrahama, do czynów niemoralnych, a nawet do zabicia własnego potomstwa. Z tym że gdyby to nie Bóg, a ktoś inny zażądał od patriarchy złożenia ofiary z własnej latorośli, uznalibyśmy to za skurwysyństwo. To niestety relatywizm moralny - przyznanie że taki sam czyn może mieć różny wymiar moralny, w zależności od praw moralnych przysługujących ich sprawcom. Starotestamentowy Bóg wyłączony jest z jakichkolwiek obowiązków moralnych, i choć Jezus częściowo się z tej koncepcji wycofuje, pokutowała ona przez wieki w postaci instytucjonalnych autorytetów religijnych.

Najbardziej drastycznym przykładem syndromu Abrahama była tragedia w Gujanie, gdzie raj na ziemi próbowali budować sekciarze ze Świątyni Ludu Kościoła Pełnej Ewangelii. Przywódca sekty, charyzmatyczny manipulant Jim Jones, przekonał swoich wyznawców do zbiorowego samobójstwa poprzez zażycie cyjanku. Do tego stopnia udało mu się ogłupić swoje owieczki, że nie wahały się aplikować trucizny nawet swoim dzieciom. W ten sposób w ciągu jednej nocy życie straciło ponad 900 osób, a to zbiorowe szaleństwo stało się symbolem destrukcyjnego wpływu jaki autorytet moralny może wywierać na oddanych sobie ludzi.

W dwudziestym wieku nie brakowało zresztą przywódców otaczanych kultem i autorytetem, który pozwalał im kwestionować najbardziej oczywiste zasady etyczne, popychając całe narody w otchłań szaleństwa i zbrodni. Po drugiej wojnie światowej ludziom wydawało się że obudzili się z jakiegoś koszmarnego snu, a wszystko co się przydarzyło nie było w ogóle możliwe. A jednak to działo się naprawdę. Autorytetom udało się pociągnąć za sobą całą rzeszę wyznawców, jak dotąd porządnych i uczciwych obywateli, zmieniając ich w pracowników zbrodniczego systemu, eliminującego ze świata bydło wyłączone z wszelkich kategorii moralnych – świrów, pedałów, Żydów, Polaków. Co najbardziej uderzające, po wojnie nazistowscy funkcjonariusze masowo powracali do normalnego życia, ponownie stając się spokojnymi urzędnikami, przykładnymi ojcami i tak dalej. Tak jakby wojna była tylko jakąś pomyłką, wypaczeniem ich prawdziwej natury. Zdaniem Hanny Arendt, filozof społecznej, świadczy to o tkwiącym w każdym z nas potencjale zła, jaki uruchomić się może w sprzyjających temu warunkach. W swej klasycznej już dzisiaj publikacji „Eichmann w Jerozolimie – rzecz o banalności zła” wskazała na to, iż oddziaływania społeczne mogą wpływać na nasze decyzje moralne, a zło nie jest czymś demonicznym, lecz raczej pospolitym.

- No dobra, może ludzie tacy są, ale ja na nigdy nie zachowałbym się w taki sposób – myślisz sobie na pewno. Ale to tylko teoretyzowanie. Nie wiesz jak zachowałbyś się w konkretnej sytuacji, dopóki nie przeniesiesz się w rzeczywistość tej sytuacji, a wtedy często stajesz się niewolnikiem tej sytuacji, wyłączając szerszą perspektywę moralną. Kiedyś był to jedynie temat akademickich dyskusji filozoficznych, lecz obecnie tezy takie możemy weryfikować i niestety okazuje się, że ludzie z zaskakującą łatwością potrafią wyłączać swoje zasady moralne, o ile znajdzie się jakieś uzasadnienie. Choćby polecenia autorytetu mogą wyjaśniać nam dlaczego musimy zrobić komuś coś złego. Dowiódł tego eksperyment Milgrama z początku lat sześćdziesiątych, uważany dziś za jedno z przełomowych osiągnięć eksperymentalnej psychologii. Milgram oferował ochotnikom kilka dolców w zamian za udział w badaniu nad wpływem kar na proces uczenia się. Rzeczywisty cel badania był jednak zupełnie inny. Każdy badany miał aplikować „uczniowi” wstrząsy elektryczne o coraz większym natężeniu, za każdym razem kiedy ten udzieli nieprawidłowej odpowiedzi na zadane pytanie. Eksperymentator pełnił tu rolę autorytetu, zachęcając badanego do aplikowania coraz silniejszych wstrząsów, jeśli badany wahał się widząc cierpienie swojego „ucznia”. Wyniki eksperymentu były szokujące. Spodziewano się, że tylko jednostki o skłonnościach sadystycznych zaaplikują „uczniom” wstrząsy o największej sile, to znaczy 450 woltów (na włączniku widniał napis: Niebezpieczeństwo – silny wstrząs XXX). Posunęła się do tego jednak większość badanych.

Innym znanym doświadczeniem, obnażającym jak łatwo czynniki sytuacyjne mogą wyzwolić w ludziach najniższe instynkty był Stanfordzki Eksperyment Więzienny, przeprowadzony przez tytana współczesnej psychologii Philipa Zimbardo. Badacz podzielił losowo grupę studentów na strażników i więźniów, tworząc w ten sposób symulację życia więziennego. Obserwacje ujawniły, że początkowo całkiem podobnych do siebie młodych ludzi w krótkim czasie zmieniła przypisana im rola. Strażnicy upajali się swoją władzą, stawali się coraz bardziej bezwzględni i okrutni. Więźniowie natomiast przekształcali się w bierne, patologiczne ofiary. Zimbardo dowiódł w ten sposób jak ludzkie zachowania eskalują w niekontrolowanych sytuacjach, a zarazem jak tendencje tych zachowań są wyznaczane przez kontekst społeczny. – Aby zrozumieć, jak wielkie jest znaczenie sytuacji, musimy odkryć, w jaki sposób konkretna sceneria zachowania jest postrzegana i interpretowana przez ludzi w niej działających. To właśnie znaczenie, które ludzie nadają różnym składnikom sytuacji, jest czynnikiem, który tworzy daną rzeczywistość społeczną – wyjaśnia Zimbardo. Zwraca też uwagę, na to jak plastyczna może być nasza osobowość w tym kontekście: - Zazwyczaj role powiązane są ściśle ze specyficznymi sytuacjami, zawodami, funkcjami, na przykład profesora, odźwiernego, taksówkarza, ministra, pracownika opieki społecznej, czy aktora porno. Są odgrywane gdy jednostka znajduje się w danej sytuacji, w domu, szkole, kościele, fabryce czy na scenie. Role zwykle mogą być zawieszone, gdy osoba wraca do swego innego, normalnego życia. Jednak niektóre role są zdradliwe, nie są po prostu skryptami, które odgrywamy od czasu do czasu. Mogą stać się tym, kim jesteśmy niemal przez cały czas. Mogą być uwewnętrznione nawet pomimo tego, że początkowo uznajemy je za sztuczne, tymczasowe, czy uwarunkowane sytuacyjnie. Stajemy się ojcem, matką, synem, córką, sąsiadem, szefem, pracownikiem, pomocnikiem, uzdrowicielem, prostytutką, żołnierzem, żebrakiem, złodziejem i tak dalej.                                       

sobota, 3 maja 2014

CZARNE IMPERIUM

Egipt, kolebka kultury. Obok Bliskiego Wschodu, Chin i Indii jedna z pierwszych cywilizacji stworzonych przez człowieka. Podobnie jak pozostałe, powstanie swoje zawdzięczała wielkiej rzece, zapewniającej wodę pitną i nawodnienie pól uprawnych, umożliwiającej rozwój rybołówstwa i szlaków komunikacyjno-transportowych. Z czasem zjednoczony administracyjnie, Egipt przekształcił się w scentralizowaną wspólnotę religijno-kulturową, zarządzaną przez dyktatorów zwanych faraonami, przedstawianych ludowi w roli bóstw narodowych. Organizacją kultu i szerzeniem ciemnoty zajmowała się kasta kapłańska, wykorzystująca swój potencjał intelektualny i znajomość praw przyrody do manipulowania i kontrolowania mas. Bez ich poparcia faraon nie mógłby sprawować realnej władzy.

Egipt rozwinął się w wielkie i trwałe imperium świata starożytnego, którego osiągnięcia cywilizacyjne do dziś imponują rozmachem i pięknem. Dzięki potędze gospodarczej i militarnej rozwijała się medycyna, astronomia, matematyka, architektura i sztuka. Symbolem tej potęgi są dla nas dzisiaj piramidy – monumentalne grobowce egipskich królów, w jakich składano ich zmumifikowane ciała. Starożytny Egipt kojarzy nam się także z mitologią biblijną, choć nie potwierdza jej materiał archeologiczny, i z piękną Kleopatrą, legendarną femme fatale. Mało kto jednak wie, że przez pewien czas władzę w tym potężnym mocarstwie sprawowali... Murzyni. Przez blisko wiek na tronie egipskim zasiadali bowiem czarni faraonowie.

Królestwo Kusz, zwane także przez historyków Nubią, prowadziło liczne wojny z Egiptem. Nubijczycy byli pierwszymi najeźdźcami którym udało się w całości opanować Egipt. Pierwszym czarnoskórym władcą, jaki okrzyknął się faraonem i spoczął w piramidzie był Pianchi. Za prawdziwego twórcę kuszyckiej dynastii uznaje się jednak jego brata Szabakę. Udało mu się zdławić opór i zjednać sobie kler, przyjmując tradycję egipską, choć kultywując również własne obyczaje. Pomimo ostatecznego wyparcia Kuszytów z Egiptu przez Asyryjczyków, trzeba przyznać że rządy XXV dynastii były okresem renesansu egipskiej kultury. Faraon Taharka salwował się ucieczką do ojczyzny, gdzie odtąd władcy nubijscy budowali sobie piramidy. Ich próby odzyskania kontroli nad Egiptem nie powiodły się, ale Nubia pozostawała lokalnym mocarstwem, o własnej kulturze, choć inspirowanej egipską.

Z czasem państwo nubijskie stopniowo traciło na znaczeniu, choć jeszcze raz udało mu się rzucić wyzwanie starożytnemu białemu imperium. Królowa Amanirenas poprowadziła swoich ludzi przeciwko stacjonującym w Egipcie Rzymianom. Pomimo początkowych sukcesów jej wojska zostały zmuszone do odwrotu. W końcu doszło do bezpośrednich rokowań z cesarzem Oktawianem Augustem na Samos, w wyniku którego zawarto zabezpieczający interesy nubijskie pokój, obowiązujący aż do schyłku trzeciego wieku naszej ery.