Łączna liczba wyświetleń

sobota, 19 stycznia 2019

STRUKTURA KULTURY


Mistrz czarnego humoru Kurt Vonnegut studiował na różnych kierunkach, ale skończyć udało mu się dopiero antropologię kultury. Z tym że oszczędzono mu tytułu magistra. Ten otrzymał dopiero lata później i to na drodze pozaedukacyjnej. Przyznano mu go honorowo za „znaczącą publikację” czyli fantastyczną powieść o naturze ludzkiej – w ten sposób doceniono jego „Kocią kołyskę”. Okazuje się więc, że fantazja może mówić więcej od naukowych analiz. I w zasadzie nie ma w tym nic dziwnego, bo w przeciwnym wypadku nie powstałaby wcale kultura. Ale gdy się nad tym zastanowić założenia pierwotnej pracy dyplomowej Vonneguta, która została odrzucona przez komisję akademickich mędrców, nie były wcale takie głupie.


Rozważając tytułowe „Wahania między dobrem a
złem w popularnych opowieściach” Vonnegut przedstawił je pod postacią wykresów. Jego zadaniem każda opowieść ma swoją strukturę, którą można przełożyć na funkcję stanu emocjonalnego bohatera zmieniającego się w czasie trwania opowieści. Najpopularniejsze historie zwykle zaczynają się od wzrostu, po czym bohater popada w tarapaty, ale ostatecznie udaje mu się je przezwyciężyć i krzywa znowu idzie w górę. W czasach gdy wszystko próbuje się przełożyć na algorytm można dostrzec w tej teorii jakieś wizjonerstwo, choć sam autor w swych powieściach lubił łamać schematy, co czyni je szczególnie interesującymi. Oglądając na przykład komedie romantyczne trudno jednak nie zauważyć, że tworzone są szablonowo.

Zaprzęgając sztuczną inteligencję do kolejnych ludzkich czynności takich jak gra w szachy, diagnozowanie raka czy prowadzenie samochodu, odrywamy, że odpowiednio zaprogramowana może być – wycinkowo – od nas bystrzejsza. Tym co uczyniło nas najbardziej społecznym gatunkiem na Ziemi był nie tylko duży mózg, lecz też zbiorowa wiara w opowieści. Ich rozumienie wymaga nie tylko inteligencji, ale też świadomości. Stworzono już algorytmy komponujące muzykę klasyczną nie gorzej od człowieka – nawet koneserzy którym przedstawiano syntetyczne kompozycje jako zaginione dzieła klasyków byli nimi zachwyceni. Przynajmniej do czasu kiedy wyjawiano im prawdę o autorstwie „arcydzieł”, bo wówczas ich entuzjazm wydawał się gwałtownie słabnąć. Nawet jeśli komponowaniem rządzą określone prawidła matematyczne które można zastosować mechanicznie, to taka kreatywność pozostaje ślepa.

Z opowieściami jest ten problem, że nie są tylko zbiorem elementów o danej wartości matematycznej. Język nie jest symulacją wewnętrznych przeżyć tylko odwrotnie – to my symulujemy znaczenie w naszych głowach. Dzięki temu możemy ciągle go zmieniać i dostosowywać do zmieniającej się rzeczywistości. Przy okazji zmieniamy też naszą świadomość, internalizując schematy językowe i wyrażane przez nie opowieści. Mimo to już dziś maszyny piszą krótkie komunikaty prasowe, a napisana przez komputer powieść przeszła przez pierwszy etap konkursu literackiego w Japonii... Gdy jednak bliżej przyjrzymy się tej automatycznej kreatywności, to okaże się, że najłatwiej „nauczyć” jakiś system formalnych wzorców. Sztuka pisana – przynajmniej ta niebanalna – obfituje natomiast w liczne odstępstwa od „normy” i tych zadziwiających anomalii nie da się już zamknąć w zbiorze danych.

Poza tym taka twórczość wymaga nadzoru człowieka manipulującego jej treścią, ciężko więc uznać ją za w pełni autorską. A dodatku opracowanie matematycznego kodu i jego wykorzystanie może być trudniejsze i bardziej czasochłonne od... napisania powieści! Jest to więc eksperymentalny przerost formy nad treścią. Niekiedy matematyka bardziej komplikuje niż wyjaśnia rzeczywistość. Lecz wracając do wykresów Vonneguta: w opowieściach daje się zauważyć pewne prawidłowości. Gdyby więc przeskanować ogromne zasoby danych kulturowych można by pewnie wykryć w nich różne interesujące antropologów reguły. Póki co próżno jednak liczyć, że komputer stworzy coś równie błyskotliwego jak książki Vonneguta. Ponieważ naszą cywilizację zbudowaliśmy na opowieściach – o bogach, mitach narodowych i wizjach gospodarczych – bajarze są równie ważni jak inżynierowie, nauczyciele i rolnicy, choć często o tym zapominamy.  

sobota, 12 stycznia 2019

WRÓŻENIE Z MÓZGU


Freud podzielił umysł na świadomy i podświadomy, czym zdaniem niektórych zrewolucjonizował nasze spojrzenie na jego pracę. Inni twierdzą, że o podświadomości mówił już Platon, tylko innym językiem. W alegorycznej jaskini platońskiej uwięzieni w niej ludzie dostrzegali jedynie cienie rzeczywistości. Również buddyjskie oświecenie polegać miało na wyzwoleniu się z iluzji. Komu by więc nie przypisywać tej koncepcji ludzie od dawna przeczuwali, że kierują nimi siły nie do końca dla nich jasne. Ale dopiero psychoanaliza obudziła postmodernistyczne zainteresowanie tym tajemniczym wnętrzem, i przy okazji naszą fantazję. Rozgałęziając się na wiele nurtów mówiła o czytaniu snów, obsesjach seksualnych czy uniwersalnej matrycy protokulturowej... Rozwój psychologii eksperymentalnej, a następnie neurobiologii wykluczył jednak większość z tych „filozoficznych” projekcji.

Dziś nie ulega wątpliwości, że tylko część przetwarzanych przez nas danych angażuje „ja”, a nawet ten subiektywny twór jest skutkiem emergentnych procesów biochemicznych i społecznych uwarunkowań. Nawet jeśli możemy w jakimś stopniu obserwować te mechanizmy są one słabo przekładalne na język znaczeń którym operować chcieli psychoanalitycy. Problem w tym, iż prawdopodobnie nic nie znaczą – sens wyłania się dopiero w świadomości, a to co bardziej pierwotne nijak się ma do wtórnych humanistycznych kategorii. Oczywiście człowiek jest istotą na wskroś społeczną, ale właśnie społeczeństwo może poddać go dowolnemu praniu mózgu, żeby zobaczył „prawdę”. Gdy o czymś myślisz podświadomie przywołujesz przecież wszystkie kulturowe ilustracje z jakimi się zetknąłeś, choć są zapisane pod postacią połączeń neuronalnych i markerów somatycznych. 
 

Co więcej selekcja tego co odbieramy ze świata zewnętrznego jest gigantyczna. A to co dociera do mózgu i tak niekoniecznie staje się świadome. Nasz mózg działa jednocześnie na wielu polach, i to co analizujemy świadomie jest zaledwie fragmentem tego procesu. Nie dość że cała homeostaza jest w zasadzie mimowolna, to nasze decyzje odwołują się do zbioru podświadomie gromadzonych i obrabianych danych. Świadomość wydaje się tylko stanem integrującym informacje jakie w danej chwili wydają się najbardziej istotne. Z ewolucyjnego punktu widzenia jest tylko usprawnieniem systemu nerwowego, a nie jego celem, choć lubimy myśleć, że służy do tego byśmy doznawali wszystkich tych wspaniałych stanów jakie są naszym udziałem. Być może tkwi w niej inny potencjał, wykraczający poza tak instrumentalne jej rozumienie. To jak będziemy ją rozwijać zależy już jednak od pytań które przed nami postawi...

czwartek, 10 stycznia 2019

SCIENCE FICTION


Jedyną stałą w tych czasach jest zmiana. „Musimy” więc zmieniać się, żeby nadążyć za rzeczywistością. I to coraz szybciej bo tempo zmian narasta. Pogrążając się w tym pędzie nie mamy jednak zbyt wiele czasu na myślenie. Nie bardzo wiadomo kto wyznacza kierunki, ale trzeba się spieszyć, albo zostanie się w tyle. Kiedy wszystko jest tymczasowe nic nie jest w zasadzie dość dobre. Przynajmniej nie tak jak to co widzimy w mediach, i za czym gonimy. Człowiek zawsze ścigał swoje marzenia, ale dziś zmieniają się one wykładniczo. Może i apetyt rośnie w miarę jedzenia, lecz teraz już w trakcie przeglądania menu.

Wydłużająca się bez końca lista „możliwości” zamienia się w presję korzystania z nich. O ile nasze potrzeby są zasadniczo nieograniczone, o tyle ich wizualizacje konkretyzują je. Reklamodawcy podpowiadają nam czego chcemy i tak powstają nowe pragnienia. Ich realizacja wiąże się natomiast z posiadaniem określonych środków, a więc ich zdobywaniem. Wszystko to przekłada się na styl życia w którym błyskawiczna orientacja poznawcza zapewnia pozycję społeczną. Poniekąd było tak od zawsze, z tym że wzorce były niegdyś bardziej statyczne. Dziś zmieniają się one szybciej niż jesteśmy je w stanie przyswoić.

Mechanizm każdej mody opiera się na społecznym dowodzie słuszności, ale jeśli mamy do czynienia z jej kreowaniem, to też na pewnym snobizmie. W końcu naśladujemy raczej tych do których aspirujemy czyli ludzi z wyższych sfer, nawet jeśli znani są przede wszystkim z tego, że są znani. W każdym razie trendy rozwijają się dzięki naśladownictwu – niekiedy automatycznemu. Modę oczywiście można olać – najwyżej wyjdzie się na przedpotopowego mamuta. Gorzej że zmienia się też wszystko inne – od rynku pracy, przez wartości rodzinne aż po klimat, a to oznacza ciągłą inflację nabywanej przez nas wiedzy.

Kiedy rozwój zmierza w nieznane nie wiemy nawet do czego dążymy. 

niedziela, 6 stycznia 2019

MILIONY MAJĄ RACJĘ


Socjolodzy mówią o postmodernistycznym społeczeństwie informacyjnym żyjącym w iluzji postprawdy. To znaczy prawdy w której fakty nie są zbyt istotne. Być może żyjemy w czasach, w których każdy ma swoją prawdę – sprzyjają temu choćby tak zwane bańki filtrujące, czyli algorytmy profilujące informacje. Ale takie mechanizmy działają już w naszych głowach – ekonomia myślenia zmusza nas do używania intuicji i heurystyk, czyli swego rodzaju filtrów rzeczywistości. Ograniczamy liczbę rozpatrywanych powiązań bo znacznie przyśpiesza to proces myślenia.

Dlatego laureat Nagrody Nobla Daniel Kahneman myślenie automatyczne nazwał szybkim. Natomiast racjonalniejszy system określił myśleniem wolnym, ponieważ jest on mniej wydajny, a w dodatku bardziej energochłonny. Oczywiście nikogo nie trzeba przekonywać do pożytków płynących z myślenia, ale ciągłe skupianie się na szczegółach wiodłoby do wyczerpującego hamletyzowania – rzadko więc oddajemy się rozmyślaniom filozoficznym, a myślenia logicznego używamy przede wszystkim do wpływania na świat jeśli okazuje się zbyt skomplikowany.

Wszystko to sprawia, że o pewnych rzeczach wiemy, bo... o nich wiemy. To znaczy przyjmujemy obowiązujące konwencje prawdy nazywane kulturą. Sęk w tym, że prawdziwe są o tyle, o ile się je za takie uważa. To ludzie wymyślili sztukę, religię i gospodarkę, a potem zaczęli w nie wierzyć. Wiara ta umożliwiła im współdziałanie na skalę niespotykaną u żadnych innych zwierząt społecznych, ale sensu stricte są to ludzkie wymysły. Podobnie jak informacje genetyczne także te kulturowe replikowały się i mutowały, wykorzystując nas jako swoje nośniki. O ile nawet tworzymy kulturę, w jeszcze większym stopniu to ona tworzy nas.
 
W jakimś momencie uświadomiliśmy sobie, że tylko przekształcamy to co już było. Odtąd mówimy o postmodernizmie, choć dla łańcucha poprzedzających nas pokoleń „nowy wspaniały świat” byłby pewnie niezrozumiały. Historia życia jest jednak historią sukcesu, to znaczy skutecznych strategii genetycznych i kulturowych. Każdy z nas jest uwieńczeniem tego procesu, razem ze swoim ciałem i wszystkim w co wierzy i wyznaje. Wewnętrzny mechanizm każe nam wybierać to co atrakcyjne – naszą biologią rządzą instynkty, które w świecie kultury przekładają się na uwarunkowane społecznie dowody słuszności. Na przykład umówiliśmy się, że pieniądze są czymś wartościowym, więc zaczęliśmy ich pożądać.

Widać więc, że nigdy nie żyliśmy w świecie „prawdy”, której rzekomym następstwem jest postprawda. Prawda zawsze wiązała z jakimś mitem który ją uzasadniał i uwalniał od jej poszukiwania. Religia, ideologia, pasja czy rozrywka nadają sens naszemu istnieniu, ale gdy przygląda się im ktoś nie podzielający naszych wartości zazwyczaj odnajduje w nich logiczne luki. Wnikając coraz głębiej i głębiej na dnie naszych fantazji ujrzymy aprioryczne założenia, a nie prawdy absolutne. Takie babranie się w chaosie wieść może do nihilizmu, cynizmu, czy nawet pesymizmu, ale też wyzwolenia. Jeśli uświadomimy sobie, że taka „prawda” jest konieczna, możemy nadal ją realizować, jednak już nie ślepo.

W świecie darmowych informacji skazani jesteśmy na pranie mózgu, które wykonują zaprogramowane do tego maszyny. To nasza uwaga jest bowiem dobrem za które płacą reklamodawcy czy propagandyści, kształtując nas przez załączane w pakiecie sugestie. To truizm, lecz do prawdy najbardziej zbliża aktywne jej poszukiwanie, a nie sączenie medialnej papki czy algorytmiczne wyszukiwanie. Poza tym to co masowe jest też z reguły konwencjonalne i zbanalizowane, a do prawdy zwykle trzeba się „dokopać” przez złoża mitów, schematów i przeinaczeń.

Zapomniana w tych czasach zabawa w „głuchy telefon” to najlepsza ilustracja tego jak przepływ informacji zniekształca ich istotę. Środek przekazu jest przekazem, więc medium może przesłaniać treść, ale rzekoma prawda zawsze była częścią jakiejś intersubiektywnej narracji. Propaganda umożliwiła wręcz organizację społeczeństwa – to dzięki niej zbudowano piramidy, imperia i korporacje. Gdyby władza mówiła ludziom prawdę zapewne nigdy nie mogłaby nimi zarządzać, nie mówiąc już o realizowaniu wymyślonych przez siebie idei. Im bardziej jednak identyfikujemy się z konkretnymi ideami, tym mniej czasu poświęcamy na ich porównywanie, co zamyka nasz umysł.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

TOAST NOWOROCZNY


Jedyną rzeczą która się stale wyczerpuje jest czas. Wszystkie inne możesz gromadzić, ale to tylko złudzenie – wraz z czasem wyczerpuje się twój do nich dostęp. Nasz świat ciągle się kurczy, choć mamy wrażenie wzrostu i rozwoju. Kilka fantazyjnie ubarwionych wspomnień to tylko depozyt ulotny jak czas którym jest życie. Chcielibyśmy żyć wiecznie, aby to co robimy nie było nieodwracalne. Niestety przestrzeń naszego życia już na zawsze zostaje wypełniona. Z roku na rok zostawiamy za sobą kolejne jej połacie.

Zarządzanie czasem umożliwiło organizację społeczeństwa na wzór wielkiego mechanizmu. Dzięki pomiarom możemy dzielić go na jednostki i dysponować nimi ilościowo. Mówi się wręcz, że czas to pieniądz. Jeśli jednak mamy coraz więcej możliwości, a coraz mniej czasu, to tak naprawdę jesteśmy ograniczeni. Nasze doświadczenie rozgrywa się zawsze w teraźniejszości, a upływ czasu jest jedynie obrazem jego zmian. To co wydarzyło się w 2018 roku to już historia, lecz to z niej wyłoni się przyszłość.

Koniec roku to czas różnego rodzaju bilansów – politycznych, sportowych czy kulturalnych... Niekiedy pewnie też i osobistych, bo wraz z nim czynimy różnego rodzaju postanowienia na rok przyszły, choć gorzej bywa już z ich realizacją. W każdym bądź razie bezlitosna statystyka udowadnia, że najdokładniejszą metodą prognozowania jest analiza przeszłości. Być może dlatego analitykom zawsze jest tak trudno przewidzieć prawdziwe zmiany, choć mogą wyławiać z danych pewne trendy.

W swoich przewidywaniach należy uwzględniać przypisany rzeczywistości chaos, który może skutkować efektem motyla, prawem serii czy innym nieprawdopodobieństwem. Zgoła jednak najbezpieczniej założyć, że przyszłość będzie podobna do przeszłości, bo z reguły tak bywało. Profesjonaliści będą się profesjonalizować, alkoholicy alkoholizować, a pasjonaci pasjonować... Po przekroczeniu pewnego wieku jedyne w czym się zmieniamy to sukcesywne potwierdzanie swojej tożsamości. Może to i lepiej, bo z grubsza wiadomo czego się można po ludziach spodziewać.

Nie wróżę więc wielkiej rewolucji – ani Wam, ani sobie. Nie znaczy to, że zamierzam się nudzić – tyle że każdy z nas sam określa obszary swoich eksperymentów. Paradoksalnie żeby poznawać nieznane życie musi układać się w pewien schemat, w przeciwnym wypadku można się w nim pogubić. Wznosząc toast za Nowy Rok wypiję za swoją nadzieję, że nie będzie mnie okradał z czasu bardziej niż miniony, choć świat zawsze kombinuje co by tu jeszcze wymyślić, żeby zająć człowieka. Życzę Wam optymalnego wykorzystania każdego z nadchodzących 365 dni!    

piątek, 28 grudnia 2018

KRZYWE ZWIERCIADŁO

Budda mówił, że świadomość jest lustrem – to znaczy pokazuje rzeczywistość, ale jej obraz zniekształcają nasze pragnienia. Zawsze czegoś chcemy, więc nigdy do końca nie wiemy jak jest naprawdę. Pytanie tylko, czy świadomość może być pozbawiona woli? Sztuczna inteligencja potrafi doskonale analizować dane, a mimo to niczego nie czuć. Jeśli tylko wykonuje zaprogramowane polecenia tak naprawdę niczego nie chce, a skoro nie może decydować to nie jest bytem świadomym. Wydaje się za Kartezjuszem, że wszelki podmiot powinien przynajmniej kierować swoimi myślami. I właśnie po to potrzebne jest „ja” – wewnętrzny obserwator który musi „być”. Informacje nie znaczą nic bez ich interpretacji, a ta wymaga wewnętrznego języka. Jeśli nic by nie znaczyły nie odbierałbym ich świadomie – nic bym o nich nie wiedział. Dopiero ich znaczenie tworzy wewnętrzny komunikat.

Myślenie jest czymś w rodzaju mówienia do siebie, tylko że nikogo tam w środku nie ma. Istnienie jest więc tylko formą, a nie wewnętrzną substancją, duszą czy pneumą. Moglibyśmy ostatecznie powiedzieć, że jesteśmy własnymi mózgami, ale w nich tylko zbiegają się wszystkie sygnały z naszego ciała. I w dodatku te organy przez cały czas się zmieniają na skutek odbieranych przez siebie bodźców. Nawet z naukowego punktu widzenia ciężko jest określić czym jest mityczne ego, o którego dobro wszyscy tak zabiegamy – wydaje się raczej wypadkową informacji genetycznych i środowiskowych niż małym ludzikiem podejmującym decyzje w centrum zarządzania. Z ewolucyjnego punktu widzenia umysłowa podmiotowość służy wręcz powielaniu zoptymalizowanej informacji genetycznej, co algorytmy kulturowe mają jedynie usprawniać.

System społeczny zapętlił się jednak już do tego stopnia, że wyekstrahowaliśmy z pierwotnych mechanizmów zmysłowe przyjemności, a z kultury materialnej towarowe fetysze. Możemy nawet aplikować sobie czyste narkotyki bez całej tej otoczki – nie gonić już za niczym tylko karmić układ nagrody. Lecz żaden z tych sposobów nie zrywa naszej zależności od rzeczywistości, a więc kształtujących naszą świadomość informacji. Moglibyśmy powiedzieć, że jesteśmy wzorcami ich przetwarzania, ale te są plastyczne, a zatem niestałe. By odnaleźć siebie popadamy więc w nawyki, więzi i obsesje – to z nich budujemy swoją istotę. Biologiczne afekty czyli emocje wartościując źródła stymulacji wpływają na naszą percepcję ujmowaniem świata w ramy tego co chcemy zobaczyć. Wyzwolenie umysłu można by – teoretycznie – osiągnąć przez wgląd w prawdę pozbawioną ograniczeń postrzegania.

W tym ujęciu doświadczanie prawdy bez jej opisywania uwalnia od cierpienia, to znaczy podsycania pragnień. Medytacja resetując „ja” odsłania grę różnych stanów umysłu tworzących iluzję, co pozwala później lepiej złożyć się do kupy. Z tego powodu dalekowschodnie techniki są coraz wnikliwiej badane przez zachodnich psychologów. Wszystko wskazuje na to, że zmieniając budowę mózgu mogą poprawiać zdrowie psychiczne. Póki co nie znamy jeszcze mechanizmów molekularnych leżących u podłoża neuroplastyczności anatomicznej modyfikowanej przez aktywność psychiczną, choć w tym świetle podział na ciało i ducha (psychikę) wydaje się sztuczny. Co więcej szczęście jest stanem świadomości, więc jej rozwijanie przysłużyć może nam się bardziej niż zaspokajanie nienasyconych oczekiwań. Im wyższa świadomość tym mniejszy wpływ trudnych warunków.  

środa, 19 grudnia 2018

MĘDRCY ŚWIATA


Podobno mądrzy rządzą głupimi. Ale może rządzą nimi po prostu elokwentni. Zresztą jak zwał tak zwał – ci którzy są inteligentni, zwykle lepiej racjonalizują swoje poglądy, nawet jeśli są one błędne. A co za tym idzie lepsi są w przekonywaniu, nawet jeśli to do czego nas przekonują nie ma większego sensu. Historia pełna jest przykładów absurdalnych światopoglądów, do których udało się przekonać rzesze ludzi. Taka jest zresztą geneza każdej kultury, opierającej się w swej istocie na wspólnocie przekonań. Każda z nich lubi rościć sobie prawo do prawdy, postrzegając obcych jako nie znających jej barbarzyńców. Ludzkość niejedno ma więc imię. Niemniej różnice te odgrywają coraz mniejszą rolę, ponieważ obywatelom świata udało się już dojść do porozumienia w wielu kwestiach naukowych.


Można twierdzić – jak jeden ze współczesnych doktorów islamu, że Ziemia jest płaska, lecz dyskusja taka nie ma już większego znaczenia. O ile wiedza o kształcie naszej planety jest już powszechna, to nadal wielu z nas szuka wskazówek w tekstach religijnych z epoki brązu. Tyle że doszukując się w nich odpowiedzi na nieznane autorom dylematy projektujemy własne interpretacje lub zawierzamy teologicznym specjalistom, którzy robią to za nas. I tu zaczyna się przysłowiowe lanie wody. Święte słowa są atramentowymi plamami w których każdy odnaleźć może to czego szuka – i pewnie w tym tkwi ich ponadczasowość. Historycznie te same wersety służyły więc do uzasadnień różnych porządków. Ba, nawet w imię tych samych ksiąg można było wzajemnie się zwalczać.

Religijna wojna trzydziestoletnia pochłonęła 8 milionów chrześcijańskich istnień. Czy było to moralnie bardziej uzasadnione od mordowania w imię nacjonalizmu czy komunizmu? U podłoża wszystkich tych systemów stały oczywiście konkretne interesy, religia czy ideologia może więc być tyleż inspiracją co instrumentem. Wykładnie zmieniają się wraz ze światem, zabezpieczając interesy ich głosicieli, przy okazji odpowiadając na nowe lęki i potrzeby wyznawców. Im więcej naturalnych prawideł odkrywamy tym bardziej doktryny redukują się do egzaltowanych wywodów i symbolicznych rytuałów. Popularna staje się wymówka redukująca religię do samej sfery „duchowej”, a przez to separująca ją od prawd naukowych. Lecz skoro postuluje ona „ostateczne” wyjaśnienia, nie sposób oddzielić jej od pozostałej wiedzy. Zwłaszcza jeśli wydaje nam instrukcje.


Już w czasach prehistorycznym szamani mogli mieć problem z tłumaczeniem czemu taniec deszczu
nie działa, a leczony kadzidłem pacjent zmarł, więc musieli się specjalizować zwłaszcza w unikaniu jednoznaczności. „Odwieczne” prawa zmieniały się więc w zależności od okoliczności. Żeby ludzie nie zauważyli tego paradoksu kapłani próbowali monopolizować wiedzę, jak miało to miejsce w starożytnym Egipcie czy średniowiecznej Europie. Wobec znikomej skuteczności praktyk magiczno-religijnych poszukiwano jednak alternatywnych rozwiązań, co napędzało naukę, niejednokrotnie zapędzając „duchowych” przywódców w kozi róg. Wydawać by się mogło, że obnażono już ich apodyktyczną niekompetencję, niemniej wciąż przyciągają wiernych spragnionych otuchy i pocieszenia. Ale wiedzy o kosmosie, cząstkach elementarnych czy genetyce nie czerpiemy z pradawnych objawień i tradycji tylko badań empirycznych.
 

Wszystko to spycha kościół w otchłań coraz bardziej abstrakcyjnych rozważań i przestrzegania przed   rzekomymi grzechami (głównie obyczajowymi), choć jak teoretyzujący filozof nie zawsze żyje wedle własnych zasad. Wiara to przede wszystkim przywiązanie do instytucji i symboli, bo większość z nas i tak „wie swoje” i robi swoje. Kościół natomiast zajmuje się głównie uzasadnianiem swojego istnienia. I widocznie robi to dobrze, skoro nadal istnieje w erze technologii i nauki. Wiara stricte religijna jest zresztą tylko jednym z komponentów współczesnego światopoglądu, coraz bardziej naukowego, lecz też narodowego czy konsumpcyjnego. Musimy w coś wierzyć, a tak się składa, że organizacja świata najlepiej pokazuje nasze wartości. Wspólna wieczerza przy akompaniamencie pieśni o Bogu który narodził się w oborze wśród biedaków to wciąż żyjący znak naszej zbiorowej tęsknoty za przebaczeniem i miłością. I nie odbierze nam tego żaden zawistny terrorysta z karabinem czy bombą.