Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 22 listopada 2018

PRZESŁANKI RACJONALNE


Myślenie jest wyczuwaniem powiązań skutkowo-przyczynowych między zjawiskami. Niestety często doszukujemy się takich związków tam gdzie ich nie ma. Dzieje się tak dlatego, że ewolucyjnie lepiej było rozpoznać wyimaginowany wzorzec, niż wcale go nie rozpoznać. Bo w pradawnym świecie, który rozumieliśmy tylko przez własne odczucia, każdy błąd był na tyle ryzykowny, że lepiej było zabezpieczyć się wiarą w każde z nich niż je weryfikować. I tak właśnie narodziły się przesądy i zabobony, oraz inne fałszywe twierdzenia.  Ponieważ doskonalimy swoją intuicję poznawczą dzisiaj często przyjmują one postać różnych pseudonaukowych teorii. Oprócz własnych obserwacji mamy dziś do dyspozycji „obiektywną” wiedzę, która jednak może być stekiem bzdur.


Przykładem jak łatwo przeniknąć absurdom ubranym w racjonalny kostium do naszych głów jest choćby przybierający ostatnio na sile ruch antyszczepionkowy, którego typowych wyznawców portretuje się jako młode, wykształcone i inteligentne osoby, poszukujące „alternatywnej” wiedzy, a przez to błądzące po gruncie szalbierskiego teoretyzowania. W dzisiejszych czasach najlepszym sposobem na robienie ludziom wody z mózgu wydaje się udzielanie odpowiedzi na ich marzenia lub lęki, pomieszanych ze statystykami i naukową terminologią. Ponieważ generalnie nie znamy się na medycynie, fizyce czy klimatologii, wobec takiej elokwencji pozostajemy bezsilni, choć jeśli chodzi o kwestie tak nam obce, że aż ezoteryczne, lepiej wierzyć uznanym niż domorosłym autorytetom. No chyba, że potrafimy samodzielnie zważyć argumenty...


Niestety, aby cokolwiek samemu zrozumieć trzeba poświęcić dużo czasu, a przede wszystkim wykazywać się niekłamaną pasją. My zaś wolimy gotowe odpowiedzi od babrania się w wieloznacznych niuansach. W rezultacie musimy przyjmować rzeczy na wiarę, a ta bywa ślepa. I nie chodzi tu już o teorie bazujące na religii czy ideologii, ale właśnie te pozorujące swoją naukowość. Bądź co bądź poznawanie prawdy wymaga odkrywania nowych faktów, a nie tylko interpretowania tych znanych. Osoby lepiej sytuowane i wykształcone mają często tendencję do ulegania różnym „postępowym” teoriom, lecz to właśnie tak rozumiany etos „nowoczesności” doprowadził do eugenicznych czy marksistowskich eksperymentów. W czasach słusznie już minionych kult Stalina czy Mao szerzył się raczej wśród zachodniej „inteligencji” niż mas, tak jak dziś wiara w zatrute szczepionki czy coaching...

Aby zmanipulować wykształciuchów często wystarczy przedstawiać pewne trendy jako uosabiające ducha czasu. Dla niektórych homo sapiensów nie ma nic gorszego niż pozostawać w tyle, wiecznie więc podążają za intelektualnymi modami, te zaś dyktowane są przez egzaltowanych celebrytów i tym podobne kreatury. Bo inteligencja nie tylko rości sobie prawa do wyrażania prawdy – często aspirując do niej z bliską sraczce gorliwością przyjmujemy „oświeconą” narrację, żeby tylko zamaskować własną ignorancję i niepewność. Także i dziś gotowi więc jesteśmy wierzyć w różne absurdalne zależności, i to paradoksalnie w niektóre z nich tym bardziej im wyższym statusem się legitymujemy.

Nie ma takiego wykształcenia, które uchroniłoby nas przed wątpliwymi prawdami, bo nasze połączenia neuronalne specjalizują się w przetwarzaniu ściśle określonych bodźców, a pomiędzy nimi nie dochodzi już do transferu wiedzy (chyba że można w niej odnaleźć podobne wzorce). Niestety często ludzie odnoszący sukcesy w takiej czy innej dziedzinie zaczynają wierzyć, że wynika to z ich „mądrości” i wyrażać kategoryczne sądy o wszystkich aspektach rzeczywistości, choć znają je tylko powierzchownie. Miejsce zabobonów magicznych czy religijnych zajmują więc dzisiaj te „oświecone” – nadal widzimy rzeczywistość jedynie w uproszczony, a często zniekształcony sposób. W końcu każdy z nas jest ignorantem w prawie wszystkich dziedzinach. Także i dziś prawda ma jedną niezbędną funkcję – nawet jeśli jej nie rozumiemy musimy się na niej opierać.   

niedziela, 18 listopada 2018

STAN SKUPIENIA


Świadomość jest stanem w którym podmiot zdaje sobie sprawę z własnego istnienia oraz zjawisk zewnętrznych. Próbowano już wyjaśniać ją na różne sposoby – od psychoanalitycznych po czysto behawioralne, ale każde z tych ujęć ma swoje ograniczenia. Dziś wydaje się, że wiele koncepcji psychologicznych nie ma swojego odpowiednika w procesach mózgowych które poznajemy coraz lepiej. Ani doszukiwanie się w strukturze psychiki jakichś głęboko ukrytych znaczeń, ani sprowadzanie jej do tworzywa uwarunkowań nie wyjaśnia w pełni fenomenu świadomości. Coraz jaśniejszym staje się natomiast, że świadomość jest skorelowana z pracą mózgu.

Trwająca w nim gra sił pomiędzy siecią podstawową i uwagową pokazuje, że choć świadomość jest komplementarna w swoich stanach, w różnym natężeniu kreuje „ja” i odbiera bodźce zewnętrzne. Im większa świadomość wewnętrzna tym mniejsza zewnętrzna i na odwrót, choć zawsze balansujemy pomiędzy tymi stanami. W mózgu poszukuje się więc struktur integrujących bodźce w jeden strumień informacyjny. Wiadomo też, że wpływając na procesy informacyjne w mózgu można zmieniać świadomą percepcję. Pytanie tylko, jak to wszystko zamienia się w subiektywne doznanie.

Wydaje się przecież, że świadomość jest zjawiskiem stopniowalnym, bo nie sposób odmówić jej choćby odczuwającym emocje zwierzętom. A zatem nawet ograniczeni się do „zwierzęcych” instynktów pozostajemy świadomi, choć może mniej racjonalni. Myślenie jest  swego rodzaju popędem poznawczym i dlatego można zakładać, że jest czymś w rodzaju emocji, choć zazwyczaj uznajemy je za coś im przeciwnego. Namiętność rozumowania jest jednak z nimi nierozdzielna, dlatego nie tylko każe nam myśleć o pożądanych celach i nagrodach, ale też odkrywać powiązania w ramach pewnych potrzeb poznawczych. Te zaś w jakimś stopniu wykształciły się już u zwierząt.


Choć nasi przodkowie działali bardziej odruchowo niż my, funkcją świadomości wydaje się wewnętrzny system gromadzenia i przetwarzania danych w celu jak najlepszego reagowania. Nawet mucha wykorzystuje swoje komórki nerwowe do działań umożliwiających przeżycie, a więc na swój sposób „myśli”, chociaż może nie o rozwoju osobistym. Nie wiedząc czym jest świadomość niektórzy przypisują ją nawet organizmom nie posiadającym układu nerwowego czyli roślinom. Podobno one również posiadają coś w rodzaju pamięci, która pozwala im gromadzić informacje na przykład o pogodzie czy zbliżających się gąsienicach, a także mogą się ze sobą komunikować, co pozwala im reagować na zmiany.

Na przykład nasi zieloni przyjaciele gromadzą światło w sposób systemowy „zapamiętując” jaką dawkę światła otrzymały poszczególne liście, żeby jak najefektywniej je wykorzystać. Niezbędne do fotosyntezy światło w nadmiarze może im szkodzić, więc rośliny czymś w rodzaju komputera kwantowego zliczają zaabsorbowane fotony i przekazują te informacje w obrębie organizmu za pomocą sygnałów elektrofizjologicznych. Niekiedy też komunikują innym „sprzymierzeńcom” ostrzeżenia drogą chemiczną – na przykład akacja objadana przez żyrafę wydziela etylen, który jest sygnałem ostrzegawczym dla innych roślin, aby mogły się „przygotować” wytwarzając garbniki czyniące liście gorzkimi i niesmacznymi.

Czy zatem rośliny myślą, albo chociaż odczuwają? Czy postrzegają rzeczywistość przez subiektywne doznania? Nam świadomość wydaje się intencjonalna i aktywna, ale czyż jej istotą nie jest przesyłanie sygnałów elektrycznych i substancji chemicznych? A zatem czy w systemach informacyjnych roślin dopatrywać się już można procesów psychicznych? Idący jeszcze dalej fizyk Max Tegmark uznaje świadomość za stan materii w którym atomy przystosowują się do przetwarzania informacji. Swoją hipotezę oparł na sformułowanej już wcześniej przez neurobiologa Giulio Tononi’ego teorii świadomości jako zintegrowanej informacji, w myśl której świadomy jest każdy system przechowywania i odtwarzania danych, który integruje je w jedną nierozerwalną całość.

Wydawać to się może trochę absurdalne, ale pytanie czym jest świadomość jest równie trudne jak czym jest życie organiczne – bo bez względu na to jaką jego biologiczną teorię przyjmiemy, wygląda na to, że powstało z materii nieożywionej czyli nie spełniającej jego kryteriów metabolicznych ani replikacyjnych. Już samo to, że wyewoluowaliśmy z jednej komórki jest zdumiewające, a w dodatku jako jednostki również się z niej rozwinęliśmy, wyposażeni tylko w informacje genetyczne gromadzone od pokoleń przez naszych przodków. Co prawda nawet przystając na teorię zintegrowanej informacji można by wiązać poziom świadomości z jej wielkością, ale nie znaczyłoby to, że świadomość jest przypisana tylko formom biologicznym, a taka ewentualność wydaje się tyleż intrygująca, co niepokojąca.  

niedziela, 11 listopada 2018

POLITYKA NEURONALNA


Skoro nasze myśli są „produktem” naszych mózgów, różnice w ich budowie przekładają się na różnice w myśleniu. I jakkolwiek pachnie to biologicznym determinizmem, wynika też ze zdarzeń środowiskowych które kształtują mózgową anatomię. Czy tego chcemy czy nie jesteśmy wytworem jej aktywności. Budowa mózgu odzwierciedla cechy osobowości, a także nasze pragnienia. W dużym stopniu chcemy tego co robimy, a nie na odwrót.

U osób posiadających duże umiejętności w jakiejś dziedzinie obserwuje się określone zmiany w mózgu, co z jednej strony wynikać może z ich doświadczenia (treningu), ale też czegoś wrodzonego co nazywamy talentem. To w naszych mózgach upatrywać możemy źródeł preferencji seksualnych, ale też skłonności przestępczych. Mózg lidera różni się od mózgu autsajdera i tak dalej.

Selekcjonując organy myślące pod kątem określonej cechy możemy wyszukiwać w ich strukturze prawidłowości z nią skorelowane. Otwiera to nowe możliwości dla głębszego zrozumienia określonych postaw, poglądów czy wyborów. Choć liberałowie i konserwatyści lubią patrzeć na siebie jak na głupców zaczadzonych ideologią, to wzajemny dialog utrudniają właśnie różnice w konstrukcji i sposobie działania ich mózgownic.


Otóż okazuje się, że poglądy polityczne wiążą się z odczuwaniem strachu i niepokoju. Konserwatyści mają większe ciało migdałowate, generujące negatywne emocje, agresję i postawy obronne, a także charakterystyczne struktury w obszarze kory śródwęchowej i wyspy związane z silnym odczuwaniem obrzydzenia. Na pierwszy rzut oka liberałowie z mocno rozwiniętym przednim zakrętem obręczy wydają się lepiej dostosowani, gdyż skutkować to ma łatwiejszą motywacją do poszukiwania nowych informacji i godzenia tych potencjalnie sprzecznych.

Ale choć to liberałowie łatwiej przełamują schematy myślowe genetyczny konserwatyzm nie ostał się dlatego, że był tylko ograniczający. Z ewolucyjnej punktu widzenia preferowanie tego co społecznie znane i ostrożność w zetknięciu z „nowinkami” również sprzyjało naszemu przetrwaniu. Choć nasze poglądy polityczne mogą się zmieniać to tendencje do odczuwania określonych emocji nas ku nim skłaniają, a co więcej formułują się na podstawie naszych doświadczeń strachu i niepewności. Być może dlatego zamożne ośrodki miejskie są zawsze bardziej liberalne od uboższej konserwatywnej prowincji.

Cały problem w tym, że różne odczuwanie skutkuje dążeniem do różnej organizacji świata. Nie jest to jednak kwestia „czarno-biała”, gdyż potrzebny jest nie tylko rozwój ale też jego fundamenty. I w dodatku – jak pokazują ostatnie odkrycia – pojmowanie jej jedynie w kategoriach politologicznych jest humanistycznym uproszczeniem.

piątek, 9 listopada 2018

EUROPA BRATNICH NARODÓW


- Nauczę tych biednych Irokezów cywilizacji europejskiej – mówił o Polakach król Prus Fryderyk Wielki. Czy powinniśmy się obrażać za to porównanie, to już kwestia tego czy i my czujemy się moralnie wyżsi od czerwonoskórych. Ani bowiem kultura europejska nie ma żadnych przyrodzonych przywilejów, ani kolonialne metody jej krzewienia nie należały do szczególnie cywilizowanych i dżentelmeńskich. W imperialnej mentalności niezależnie od szerokości geograficznej leżało jednak zawsze postrzeganie obcych jako barbarzyńców, gdy tymczasem to unikalne doświadczenie każdej zbiorowości kształtowało jej tożsamość kulturową. Imperia miały to do siebie, że zmuszając innych do przyjmowania własnego punktu widzenia utwierdzały się w przekonaniu o własnej kulturowej misji, bo nic tak nie poświadcza mądrości jak władza. Czy więc byliśmy Irokezami Europy czy nie, w tureckich sukmanach i kozackich fryzurach jawiliśmy się Europie raczej osobliwie.

W czasach naszej historycznej świetności to my byliśmy bramą do Azji – ziemią Litwinów, Rusinów, Tatarów, Żydów i Ormian, na której praktykować można było różne tradycje, co nadawało tej „sarmackiej” szczególnie egzotycznego kolorytu. Dziś gdy staliśmy się „Polską dla Polaków” etnicznie jesteśmy bardziej europejscy od Europy. W napływie „dzikich ludów” widzimy zagrożenie dla tożsamości europejskiej, a wobec fali islamu postulujemy wielki powrót do chrześcijańskich korzeni. Ale to laicki liberalizm wydaje się najlepszą tamą dla wszelkiego rodzaju ekstremizmów, tyle że boi się powiedzieć głośno, że nie ma żadnego Boga ani narodu, tylko tajemnica istnienia i ludzkość. Po latach komunistycznego zniewolenia chcielibyśmy widzieć w sobie demokratycznych Europejczyków, lecz nadal króluje w niej hodowana kiedyś na użytek wojenny „murzyńskość”, to znaczy plemienna mitologia. W związku z tym nie tylko otrzymujemy wybrakowane zachodnie produkty, ale też hodujemy własnych nacjonalistów.

Rocznica odzyskania niepodległości to dla nich zawsze okazja żeby podrażnić rodzimych  kosmopolitów jakąś niepoprawną politycznie manifestacją z podejrzaną symboliką, pod którą co prawda nie budowano obozów śmierci, lecz nie głoszono też miłości bliźniego. Bo w „niepodległej” Polsce nie można być kim się chce, a tylko „prawdziwym Polakiem”. Czyli że część Polaków w zasadzie nie jest Polakami nawet jeśli się za takich uważa. To oczywisty nonsens, i w dodatku wykorzystywany do budowania politycznej kontry wobec takiej narracji. Nie zapowiada się więc byśmy stulecie nowoczesnej państwowości (z sanacją, niemieckim potopem i radzieckim „doradztwem” po drodze) mieli świętować wspólnie. Rodzi się zatem pytanie co nas właściwie łączy w naszej polskości, poza językiem, piłką nożną i bigosem. Moim zdaniem Polska jest stylem życia, a nie tymi wszystkimi bzdurami na sztandarach. Wszędzie jest dobrze, ale najlepiej w domu.

wtorek, 6 listopada 2018

GŁOS WEWNĘTRZNY


Pamięć jest syntezą, a nie zbiorem danych. Przyswajanie wiedzy wymaga więc obróbki informacji, tak żeby wyłowić z nich istotne powiązania i wprowadzić je do systemu.  Odpowiada za to w dużym stopniu tak zwana mózgowa sieć wzbudzeń podstawowych (DMN), która uruchamia się, gdy mózg nie jest szczególnie zaabsorbowany docierającymi bodźcami – to znaczy gdy nie wykonuje trudnych zadań, ani nie jest stymulowany. Stan takiej bezczynności utożsamiamy z nudą, więc staramy się zagłuszyć aktywność bazową. Ale to właśnie w jej trakcie przygotowujemy się do niespodziewanych zdarzeń łącząc błądzące myśli we wciąż nowe kombinacje, oceny i prognozy.

Kiedy więc odcinamy się od zewnętrznych bodźców i zadań do głosu dochodzą myśli niezależne od bieżących informacji zmysłowych czyli nasze „ja”. Co ciekawe najprawdopodobniej podobny proces zachodzi w trakcie śnienia, kiedy na skutek hamowania wejść sensorycznych generują się nowe obrazy i wrażenia. Tak na marginesie sen również odgrywa istotną rolę w konsolidowaniu się naszej pamięci. Niejako więc śnimy samych siebie i to w dodatku na jawie, o ile tylko udaje nam się oderwać od rzeczywistości – od pośpiechu, stresu i trudnych wyzwań. Poddani deprywacji sensorycznej nie pogrążymy się w zewnętrznej nicości tylko wewnętrznych marzeniach i wizjach.

Odpoczynek jest więc niezmiernie ważny dla przetworzenia odbieranych danych we własne myśli. Zarówno sen, jak i chwilowe „wyłączenie się” przyczynia się do utrwalenia śladu pamięciowego pod postacią określonego wzorca. Przeszłe doświadczenia wykorzystywane są z kolei do prognozowania przyszłych wydarzeń – na przykład człowiek ślepy nie jest w stanie wyobrazić sobie poszczególnych kolorów o ile ich wcześniej nie widział. Nasza pamięć określa percepcję i wyobraźnię gdyż do konstruowania symulacji możliwych stanów potrzebny jest materiał pamięciowy. Dlatego też w „wolnych chwilach” syntezowany jest przez reaktywację wzorców neuronalnych związanych z doświadczeniami.

Sieć spoczynkowa włącza się kiedy tylko zajmujemy się czymś prostym i niezbyt emocjonującym, to znaczy gdy działamy automatycznie, a tak się składa, że działamy tak często. Jeśli natomiast musimy skupić na czymś uwagę do głosu dochodzi sieć uwagowa negatywnie z nią skorelowana – im bardziej aktywna jest jedna z nich, tym druga mniej. Choć spontaniczne kreowanie luźnych skojarzeń przeszłości z teraźniejszością i przyszłością jest procesem funkcjonalnym nadaktywność sieci DMN może objawiać się negatywnymi ruminacjami o charakterze autobiograficznym. Bezczynność z reguły wiedzie do depresji, bo zbytnio koncentrujemy się wtedy na sobie. Niemniej kompulsywna aktywność wieść może do przeładowania i wypalenia umysłu. 

piątek, 2 listopada 2018

NIEBO DO WYNAJĘCIA


- Wiedza to nie poznanie. Ptak zna powietrze, nie wiedząc o nim – pisał William Wharton w „Ptaśku”. Chłopak z jego powieści zwariował, bo chciał „dowiedzieć” się jak to jest być ptakiem. A raczej chciał to poczuć. Powód żeby zwariować dobry jak każdy inny. Kiedy Ptasiek przeżył upadek z dużej wysokości niespodziewanie doznał iluminacji – bo choć niebezpiecznie się poturbował, odkrył, że tylko w locie człowiek jest wolny. I odtąd dążył do tego, żeby takim być. Czyli żeby latać. To trochę tak jak z dragami – ludzie chcą poczuć się wolni, ale często kończy się to czołowym zderzeniem z kostką brukową. Fizyka nazywa to grawitacją. Inni próbują pokonywać ograniczenia poprzez gromadzenie pieniędzy i ich pochodnych, ale wielu z nich staje się niewolnikami swojej własności. Do wolnej miłości trudno znaleźć chętnych, a wyzwalać się przez sztukę to szukać aplauzu.

Wolność nie występuje w stanie wolnym – zawsze wiąże nas z kimś lub czymś. I jak górnolotnie byśmy jej nie wzywali, to ona nas wzywa. Można siedzieć w więzieniu i być wolnym, a szczerze mówiąc wielu zniewalano właśnie za to, że tacy byli. Wolność jest stanem ducha, a nie uwarunkowań zewnętrznych. Kiedy szukamy wolności poza nami zniewalamy się jej iluzją. Wolność to nasze prawo do tego, żeby być sobą. W społeczeństwach liberalnych każdej jednostce przysługuje prawo do wyboru swojej drogi, a gospodarka rynkowa stara się zaspokajać nasze najbardziej nawet osobliwe potrzeby, które sonduje nowymi narzędziami informatycznymi. Przez to cywilizacja staje się coraz bardziej indywidualistyczna – nie wiadomo tylko czy taka niezależność oznacza wolność. W „opiekuńczym” państwie jakim jest Szwecja aż jeden na czterech ludzi umiera samotnie, bo ludzie uciekają od trudności jakie wiążą się z relacjami.

Im bardziej pogrążamy się w „niezależności” tym bardziej stajemy się samotni. To choroba naszych czasów, która objawia się właśnie przesytem pozornych możliwości. Wydaje się nam, że możemy mieć wszystko, a w końcu na nic nie możemy się zdecydować – jak facet który siedzi na kanapie z pilotem w ręce i skacząc po kanałach narzeka, że nie nadają nic ciekawego, niczym nie próbując się zresztą zainteresować. Ulegając wierze, że wszystko jest kwestią wyboru, że każdego można zastąpić, wymienić, przełączyć, dochodzimy często do ponurych wniosków, że nie opłaca nam się wiązać z innymi ludźmi, bo są nudni jak serial obyczajowy, a do tego trzeba im wiecznie w czymś pomagać. Niestety działa to też w drugą stronę – świat, dla którego jesteśmy tylko kroplą w oceanie, nie przywiązuje do nas większej wagi, a to co z tym zrobimy to przecież nasze „prywatne sprawy”. Prawo do wolności nie jest jeszcze wolnością.


poniedziałek, 29 października 2018

ŚWIATŁOŚĆ WIEKUISTA


Dusza to w religii pierwiastek życiowy, który opuszcza ciało w chwili śmierci. I to by było na tyle, bo w zależności od systemu wierzeń odgrywa inną rolę i różne są jej dalsze losy. Może być obecna w każdej żywej istocie, lub tylko w człowieku. Po życiu wędruje w zaświaty lub do innego ciała. W niektórych religiach jest jedna i niepodzielna, a w innych mnoga i złożona. Buddyzm neguje nawet samo jej pojęcie, widząc w trwałej i niezależnej jaźni iluzję, oddzielającą się od jedynej kosmicznej świadomości. W każdym razie za duchową uznaje się jakąś ukrytą strukturę wszechświata, zdolną do ponadczasowej egzystencji.


Kiedy nauka stawała się nową religią, duchowe koncepcje wydawały się być w odwrocie, lecz wobec jej ograniczeń i tęsknoty za uniwersalnym sensem mnożą się ostatnio teorie „wyjaśniające” duchowość w sposób racjonalny. Póki co ignorowane są jednak przez główne nurty dyskursu naukowego, jako zbyt spekulatywne i niesprawdzalne. Z reguły w różny sposób wiążą się z pojmowaniem świadomości jako zjawiska kwantowego, na co nie ma póki co żadnych dowodów. Ale skoro nie potrafimy zbytnio zrozumieć świadomości ani mechaniki kwantowej, połączenie tych zjawisk w jedną teorię staje się idealnym polem do snucia hipotez.
 

Nasze rozumienie świadomości ograniczone jest przez tak zwany problem qualiów, to znaczy własności doświadczeń zmysłowych oderwanych od ich przedmiotu. Właśnie do tych aspektów rzeczywistości mamy czysto subiektywny dostęp. Spróbujcie na przykład wytłumaczyć ślepemu czym jest kolor niebieski – podajcie mu jego fizyczne parametry takie jak długość fali czy natężenie oświetlenia, a i tak nic nie będzie z tego rozumiał, bo pewnych rzeczy doświadczać można tylko bezpośrednio czyli świadomie. W gruncie rzeczy jesteśmy więc zamknięci we własnej świadomości, której korelaty bada neurobiologia. Jako subiektywny fenomen sama świadomość nie podlega jednak badaniu.  


Prawidłowości takie jak efekt obserwatora wskazywać mogą na związek między świadomością i stanem obserwowanego układu, lecz równie dobrze jak sam akt obserwacji na układ wpływać mogą choćby narzędzia pomiarowe. Niemniej entuzjaści „kwantowej świadomości” dopatrują się procesów kwantowych w mózgu. Ich generatorem mają być mikrotubule – włókniste struktury cytoszkieletu komórek, które podobno występują w superpozycjach kwantowych, z których każda wiąże określoną ilość informacji (kubit), a ich splątanie odpowiada modelowi kwantowego komputera. Inni schodzą jeszcze głębiej, do poziomu spinów w jądrach atomowych fosforu – pewne reakcje chemiczne zachodzące w mózgu mają jakoby wytwarzać fosforanowe jony w stanie splątania.

 
Z tego typu hipotez wywodzi się w dodatku dosyć metafizycznie brzmiące wnioski, dotyczące nie tylko świadomości, ale wręcz duchowości czy Boga. Propaguje się między innymi panpsychizm, wskazujący na istnienie wielkiego umysłu obecnego w nas wszystkich. Mówi się też o duszy, jako zbiorze kwantowych informacji, które nie mogą zostać zniszczone, więc po śmierci rozpraszają się po całym wszechświecie... W takim ujęciu wszechświat który widzimy, jest tylko tym co postrzega nasza percepcja czyli interpretacją rzeczywistości, a nie absolutem. Szuka się nawet sposób na transfer umysłu do jakiegoś komputerowego nośnika, co umożliwiałoby życie pozagrobowe w wirtualnej symulacji, lub jakąś interakcję z „tym” światem przez sterowanie robotem czy innym biologicznym ciałem. Bo z ziemskiego punktu widzenia nawet ewentualna kwantowa nirwana wydaje się śmiertelnie nudna.