Łączna liczba wyświetleń

sobota, 27 lipca 2024

UNIWERSALNY FASZYSTA

    
     A jednak poczciwy Biden wymiękł i posłuchał głosu rozsądku lub doradców. Albo po prostu już nie dał rady. Tamę niebezpiecznemu trumpizmowi postawić ma więc namaszczona przez niego Kamala Harris. Byłaby to pierwsza kobieta na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych - w dodatku kolorowa - więc sprawę można tym bardziej zideologizować. Biały mizogin i faszysta kontra liberalne wartości.

Jakby nie patrzeć nie jest tajemnicą, że amerykańskie środowiska nacjonalistyczne - od kowbojów z Teksasu i "herbacianych" Konfederatów, przez uzbrojone prawicowe milicje, gangi motocyklowe i internetowych spiskologów, aż po całkiem jawnych nazioli z łysinami i swastykami - sprzyjają Donaldowi Trumpowi, bo za problemy ludzi pracy obwinia on imigrantów, globalizm i lewactwo. Wszystkiemu winni są obcy i zdrajcy, a Ameryka to wielki naród.

Aby przywrócić świetność należy więc wrócić do korzeni, powstrzymać zepsucie i myśleć przede wszystkim o interesie narodowym. Nie można litować się nad imigrantami bo to wędrowni dilerzy i gwałciciele, a nawet jeśli niektórzy chcą pracować to tym gorzej, bo zabierają prawdziwym Amerykanom miejsca pracy. Trzeba deportować ich w cholerę i chronić własny rynek przed chińskimi i unijnymi towarami. 


Trump obiecuje Europejczykom wysokie cła, gdyż Europa jest w zasadzie gospodarczym i militarnym pasożytem. Nie dość że Ameryka musi wchłaniać niemieckie nadwyżki produkcyjne, to jeszcze dbać o światowe bezpieczeństwo. Europa nie chce przeznaczać pieniędzy na zbrojenia, bo woli je przejadać. Amerykański podatnik musi finansować NATO, z którego nic dobrego dla Ameryki nie wynika, bo Ameryka może sama się obronić. 

Jest w tym pewna logika, tyle że jak zwykle różne sprawy są ze sobą poplątane. Radykalne rewolucje oferują proste recepty na złożone problemy, a to wiąże się z eksperymentami. Sami wiecie, że eksperymenty nie zawsze dobrze się kończą... Pewien układ który "jakoś" działał może zostać zburzony. Dla tych którzy są sfrustrowani nie jest to jednak problemem, bo i tak czują się do dupy.

W tak zwanym "Pasie Rdzy", czyli stanach okalających region Wielkich Jezior na północy kraju, gospodarka niegdyś oparta na przemyśle podupadła, pozostawiając po sobie jedynie szereg rdzewiejących hal produkcyjnych, magazynów i złomu. A kiedy ktoś ubożeje z niezrozumiałych dla siebie samego przyczyn to naturalnie czuje się okradziony. Powiązanie tego z gospodarczą ekspansją Chin nie jest zresztą bezzasadne. Poklask zdobywają tam pomysły wskrzeszenia górnictwa i hutnictwa, zwiększenia krajowej produkcji i przywrócenia miejsc pracy.


Paradoksalnie Trump ma także całkiem spore poparcie wśród grup którym ma rzekomo zagrażać - wśród kobiet, czarnych, Latynosów i tak dalej. Z białymi dumnymi Jankesami łączy ich niezadowolenie z własnej trudnej sytuacji. W tej jakże wielobarwnej "koalicji" znajdują się też Żydzi, co jak wiadomo wynika z proizraelskich deklaracji Trumpa. Zamierza on wspierać Izrael bez względu na to z kim będzie walczył - z Hamasem, Hezbollahem, Huti czy Iranem. 

Ciężko więc zastosować tu ideologiczną kliszę zaangażowanych narracji - to dobre dla wszystkich tych z prawa i lewa, którzy lubią się bawić w niekończące tyrady o jasnej i ciemnej stronie mocy. Populiści mają to do siebie, że oferują "dla każdego coś dobrego" i dlatego przyciągają tak szerokie spektrum. Już Hitler obiecywał robotnikom "narodowy socjalizm" jednocześnie zabezpieczając interesy zgniłych niemieckich przemysłowców i pruskich konserwatystów.

Nie chcę przez to powiedzieć, że Trump zaserwuje nam światową apokalipsę czy stworzy przemysł zagłady. Po prostu wydaje mi się dosyć krótkowzrocznym graczem, gotowym przehandlować swoich "zachodnich braci" (za jakich się uważamy), byle tylko uzyskać doraźne polityczne korzyści. Światowy porządek nie jest sprawiedliwy, tyle że był przewidywalny.

Podczas okrężnego obiegu pieniądza w ramach gospodarki, to co dla jednej osoby staje się kosztem dla innej jest dochodem. Nie dziwi więc fakt, że o swoje fatalne położenie wszyscy obwiniają wielkie korporacje, elity i system. Trzeba sprzedać ludowi rozwiązanie tego problemu - złodzieje was okradają, a my ich przegonimy i damy wam kasę, albo stworzymy warunki do jej zarabiania. Potem na ogół kończy się jednym i tym samym - system redystrybucji pozostaje niewolnikiem ślepej i kapryśnej siły rynku.

sobota, 20 lipca 2024

HISTORIA ALTERNATYWNA

    
    W Stanach Zjednoczonych o fotel prezydenta ubiega się dwóch starców - z tym że jeden ledwie zipie, a drugi to jurny maniak seksualny. No i ten sprośny starzec - molestujący kogo popadnie i nie gardzący też gwiazdami porno - jest przy okazji konserwatystą, to znaczy zwolennikiem tradycyjnych wartości - dom, rodzina, kościół, paramilitarne bojówki i takie tam. Poza tym potrafi mówić biednym ludziom o spisku elit, choć sam odziedziczył miliardy dolarów. Chodzi oczywiście o Donalda Trumpa.

Ostatnio jakiś zbyt zaangażowany małolat postanowił go odstrzelić. Wiecie jak to jest w kraju, gdzie prawo do noszenia ze sobą broni jest przejawem wolności. Wszędzie walają się jakieś pistolety, strzelby czy karabinki, a dzieciaki biorą to ze sobą do szkoły i wyrównują rachunki z rówieśnikami. Tym razem poszło o sprawy wielkie, albowiem polityczne. A polityka to przecież przyszłość kraju, narodu, całego świata i tak dalej. Można więc sobie we łbie uroić, że jest się jakimś mesjaszem i prewencyjnie usunąć zagrożenie.

Tyle że nie wiadomo na ile zagrożenie jest realne. Gdyby Trump naprawdę okazał się amerykańskim Hitlerem wtedy heroiczny młodzieniec, którego imienia i nazwiska po tygodniu już nikt nie pamięta, stałby się bohaterem książek historycznych. Żołnierzem wyklętym. No ale na razie jest paskudnym zamachowcem, którego należy potępić, i wyrazić dyplomatyczne oburzenie tym "atakiem na demokrację". Ostatecznie nikt w cywilizowanym świecie nie chce, żeby w ten sposób załatwiano polityczne porachunki. To byłby regres.


Ale prawdą jest, że w takich chwilach ważą się losy świata. I mniejsza już o wewnętrzne sprawy Ameryki - chyba że kogoś ekscytuje to z powodów ideologicznych, bo jest fanatykiem światowego dżihadu, krucjaty, rewolucji czy innej moralizującej sekty. Po prostu wraz ze zmianą władzy zmienia się też cała sieć "znajomych królika", która legitymizuje się określonym bełkotem. A z punktu widzenia Polaka i Europejczyka kluczowa jest polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych, bo wszystko zmierza do jakiegoś bliżej nieokreślonego przewartościowania międzynarodowego porządku.

Wiadomo przecież, że po rosyjskiej inwazji na Ukrainę świat nie będzie już taki sam. A przecież niespokojnie jest również na Bliskim Wschodzie, no i Chiny wciąż prężą muskuły. W Afryce tradycyjnie wszyscy walczą ze wszystkimi, co generuje nieustającą presję migracyjną. To w jaki sposób największa gospodarka świata użyje swoich zasobów przemysłowych, handlowych, finansowych i militarnych zdefiniuje losy Europy na dziesięciolecia. Może i dziadek Biden miał sklerozę i poruszał się jak żółw, ale wobec agresywnej Rosji przyjął postawę jastrzębia. Twardziel Trump stał się natomiast gołębiem pokoju.

Owszem - nawet postrzelony w ucho wymachiwał pięścią i zagrzewał swoich wyborców do walki, lecz nie chodziło tu bynajmniej o walkę z Putinem tylko ze zgniłymi liberałami. Bo trzeba tych skurwysynów odsunąć od władzy, żeby znów uczynić Amerykę wielką. Poza tą narracyjną rzeczywistością zmieniają się niestety "ustalone" od dekad paradygmaty. To znaczy Europa staje się dla Amerykanów mniej ważna od Azji. Dumni Europejczycy wciąż dzielą się na małe i nieskoordynowane plemiona, tak naprawdę niezdolne do samodzielnej walki z Rosją.


Trump nie widzi żadnego interesu w dalszym szachowaniu neoimperialnych ambicji naszego nieprzyjaznego sąsiada, gdyż kosztuje to zbyt drogo. Lepiej pomagać Żydom niż Ukraińcom, choć od lat wspieranie Izraela jest dla Wuja Sama tylko obciążeniem. Gdyby spojrzeć na to realistycznie cała ta proizraelska polityka wynika jedynie z kulturowych sympatii Amerykanów. Dla nas - zapatrzonych wiecznie w amerykańskie filmy - może być to nieco zaskakujące. Podobno jesteśmy tacy "zachodni". Tyle że nie chcemy mieć tu murzyńskich dzielnic jak w Nowym Jorku.

No ale Afrykę Trump ma głęboko w dupie. Czyli nikt nie będzie regulował tej wylęgarni imigrantów, której zresztą wyregulować się nie da. Można tam niestety instalować różnych obwieszonych medalami dyktatorów, więc Rosja, Chiny, chciwe korporacje i dżihadyści będą sponsorować swoich terrorystów. My zaś będziemy musieli mierzyć się z moralnym problemem co robić z nadciągającymi masami ludzkimi. Humanitaryzm jest co prawda taki wzniosły, lecz żeby jednemu dać trzeba drugiemu zabrać. A ten któremu dajesz będzie i tak z tego powodu czuł się poniżony. Oto przepis na problemy społeczne.

Tak czy siak skazani będziemy na współpracę z naszym AMERYKAŃSKIM WIELKIM BRATEM. Czyli z Trumpem - takim jakim on jest - trzeba będzie się dogadywać. Bo jakiś ponury fatalizm wskazuje, że to ten podstarzały playboy jest politycznie bardziej seksowny od gasnącego Bidena, który niedługo zamieni się w roztrzęsionego Wojtyłę albo sparaliżowanego Lenina. A szkoda bo Demokraci bardzo poważnie traktowali kwestie europejskiego bezpieczeństwa.

Co w kwestii ukraińskiej zrobi Donald Trump wie tylko on sam. Ja szykowałbym się na jakiś zgniły i prowizoryczny kompromis. Ukraina będzie musiała zrobić to co podyktuje jej Zachód, bo jest tak zdewastowana, że sama nie może funkcjonować. Zachód ma potencjał żeby wygrać tę wojnę, tylko jest zbyt konsumpcyjny, zachowawczy, a ostatnio populistyczny. Tak naprawdę nikt z wyjątkiem Rosji nie chciał tej wojny i w tym tkwi nasza słabość.


Lubimy bredzić o ojczyźnie i europejskich wartościach, ale nie ma komu robić za mięso armatnie. Przestawienie gospodarki na tryb wojenny zbytnio ograniczyłoby styl życia który tak kochamy -  byłoby to polityczne samobójstwo, tym bardziej, że na każdym rogu politycznej sceny licytują się socjalni populiści. Ryzyko eskalacji konfliktu czy destabilizacji Rosji sprawia, że wolimy dmuchać na zimne i w zasadzie nie wiemy jak wykurzyć Putina z Ukrainy. No bo co jeśli jeszcze bardziej mu odjebie?

Pozostaje tylko patetyczne zapewnienie o wieczystym polsko-amerykańskim braterstwie, zapoczątkowanym już przez Kościuszkę i Pułaskiego, a potem kontynuowanym przez Reagana i Busha. Ramię w ramię z Jankesami "wyzwalaliśmy" przecież Afganistan i Irak. Można więc dalej organizować defilady i pieprzyć coś w tym stylu. W zasadzie to nie ma innego wyjścia. Z tym że Trump będzie grał na zmianę władzy w Polsce, dlatego jego popularność tak emocjonuje polską alternatywną prawicę. Ostatecznym celem tak zwanych "patriotów" jest decentralizacja Europy. A potem czeka nas tożsamość, dobrobyt i świetlana przyszłość. Znamy to już z historii - ona lubi się powtarzać, choć ciągle nas zaskakuje. 

sobota, 13 lipca 2024

NOWY PORZĄDEK ŚWIATA


 Ludzie pracują na zbytki, czyli rzeczy zbyteczne. Ale te zbytki wcale nie są zbytkami, bo są im już kulturowo konieczne. Nie możesz już żyć bez telefonu, ani chodzić bez gaci. Z tym że telefon nie jest już telefonem, ale centrum multimedialnym. Musisz więc mieć centrum multimedialne zawsze przy sobie, a jak już masz to jesteś bombardowany sprofilowanymi informacjami. Chodzi o to, żebyś chciał jeszcze więcej rzeczy zbytecznych, bo będziesz wtedy ciężej pracował i więcej ich wytwarzał.

Jest jeszcze coś dosyć abstrakcyjnego co możesz wymieniać na takie zbytki. I to się nazywa forsa - jest elastycznym zasobem który możesz dowolnie przeznaczać na rzeczy potrzebne albo zbyteczne. Co kto woli. Kiedy nadwyżka forsy trafia w ręce kapitalisty staje się kapitałem, a tym można obracać w celu pomnażania go czyli inwestować. Można dzięki niemu kupować środki produkcji i opłacać siłę roboczą, uzyskując jeszcze więcej nieskonsumowanych środków płatniczych. Zysk taki można ponownie inwestować i tak następuje akumulacja kapitału.

Największe zyski przynosi obracanie takim kapitałem czyli finansowe spekulacje. Z punktu widzenia szarego człowieka finansowe spekulacje są zbyteczne, bo całą śmietankę liberalnego systemu spijają pasożyty. Kokosy trafiają do "znawców rynku", czyli tych którzy śledzą te wszystkie wykresy giełdowe i sprzedają oraz kupują papiery w zależności od trendów, prognoz, intuicji i przecieków. Ale oni oczywiście odpowiedzą, że bez nich nie byłoby naszych wspaniałych fejsbuków, samochodów, telewizorów, hipermarketów, fast foodów i salonów tatuażu.

No bo tam gdzie jest komuna tam nie ma tego wszystkiego - na przykład w Korei Północnej robole żrą cały czas kapustę, bo gospodarkę zawłaszczyli "geniusze rewolucji". Gdyby spytać takiego komunistycznego niewolnika czy woli żreć kapustę czy na przykład niezdrową przetworzoną żywność, to idę o zakład że wybrałby to drugie... Analogicznie nam nie wystarczał już zwykły polski schabowy bez coca-coli, chipsów i batoników, więc przegoniliśmy komunistów i zaprosiliśmy zagranicznych wyzyskiwaczy dysponujących owym mitycznym kapitałem. 

Po brutalnej transformacji wreszcie możemy rozkoszować się owocami zgniłego kapitalizmu. Narzekamy, ale przecież tak bardzo tego chcieliśmy. Chcieliśmy mieć więcej wszystkiego no i mamy. No może z wyjątkiem czasu, ale przecież czas to pieniądz - łatwo go roztrwonić. Pałowani poeci kiedyś nazywali to wolnością. Dziś nikt ci nic nie każe - lecz sam czujesz że coś musisz. Ten system opętał nasze mózgi. Kto jednak nie lubi konsumować niech pierwszy rzuci kamieniem... Konsumpcjonizm nie ma granic, bo jest motorem napędowym rozwoju gospodarki.

Nierówności społeczne są konieczne, gdyż musimy ciągle porównywać się z innymi. Jeśli konsumujemy zbyt mało, możemy wypadać blado w oczach innych, a jako zwierzęta skrajnie społeczne czujemy wtedy dyskomfort. Paradoks człowieka w drogim samochodzie polega na tym, że przecenia on rzeczywisty wpływ jaki prezentowany atrybut wywiera na otoczenie. Bo i owszem, wielu chce go naśladować, ale nie dlatego, że jest zajebistym kolesiem. Po prostu chcą się też tak wozić. Konsumpcja to nie tylko zmysłowe przyjemności - to również status i prestiż.


Jeśli mamy odpowiedni potencjał to właśnie po to, żeby go ujawniać. A najłatwiej pokazać na co nas stać kopiując styl życia tych którym zazdrościmy. To gdzie mieszkamy i jeździmy na wakacje manifestuje naszą rangę, choć oczywiście możemy czerpać z tego jak najbardziej szczerą satysfakcję. Dzięki nadążaniu za "nowością" sygnalizujemy jak bardzo jesteśmy na czasie. Im bardziej coś jest ekskluzywne tym bardziej przerysowane i zbyteczne. Na tym właśnie żeruje branża podrabianego masowego luksusu - wiecznie kupujemy sobie imitacje i namiastki.

Kapitalizm konsumpcyjny nie jest w swej istocie materialistyczny, lecz czysto psychologiczny. Taka czy inna marka staje się symbolem jakiejś naszej aspiracji. Reklama zaszczepia nam w głowach różne fantazje i przypisujemy gadżetom lub usługom jakieś "magiczne" właściwości. Cnota oszczędności ustąpiła cnocie rozrzutności, gdyż popyt napędza podaż. Nasz mały, zabiegany, zestresowany dobrobyt napędza zyski korporacji i miliarderów, oraz utrzymuje struktury państwowe. A oni serwując nam coraz bardziej wyszukane "ulepszenia" pozwalają nam czerpać z tego przemysłowego rogu obfitości co tylko zechcemy.

A zatem potrzebujemy tych obrzydliwych spekulantów palących na bankietach cygara... Ostatecznie i tak w każdym systemie wykształca się jakaś oligarchia. Wielkie korporacje zadają kłam tezie, jakoby niemożliwe było centralne planowanie na wielką skalę - ich przewagi często ograniczają wolną konkurencję. Jednak działają dla zysku, a nie ideologii, nie muszą więc trzymać się żadnych teoretycznych dogmatów. Poza tym odgórnie generują nam to całe jakże przyjemne badziewie bez którego nie umiemy się już obywać. I to najlepiej nas motywuje. Pieprzone pragnienie.

sobota, 6 lipca 2024

CENA PRAWDY

     
    W Polsce mamy długą tradycję domagania się wolności słowa. Najpierw musieliśmy wywalczyć sobie w ogóle prawo do posługiwania się własnym językiem bo Niemiec pluł nam w twarz i dzieci nam germanił. Potem mieliśmy sanację, gdzie za krytykowanie Naczelnika dziennikarze dostawali regularne wpierdol. A potem komunę, gdzie w zasadzie nie było dziennikarstwa - istniał tylko oficjalny przekaz.

Następnie radykalizująca się prawica zaczęła mówić o postkomunistycznym układzie dominującym w polskich mediach. Jak dorwała się do koryta to przekierowywała strumienie konfitur do swoich propagandystów. No i teraz znowu sytuacja się odwróciła i będzie promowanie innych talentów i tematów. Dziennikarze dużo lubią mówić o tym jak bardzo są potrzebni, ale tak naprawdę potrzebują kasy.

Nie chcę przez to powiedzieć, że nie są potrzebni, gdyż dostarczają nam informacji o ważnych wydarzeniach - można by to nazwać funkcją edukacyjną. Często jednak plotą o dupie Maryni, a to nazwać by można funkcją ogłupiającą. No i poza tym niekiedy nami manipulują w określonych celach politycznych, ideologicznych czy wręcz czysto marketingowych. Media to biznes więc muszą zarabiać na siebie.


Można oczywiście uzyskać jakiś mecenat, pisząc o tym czy o tamtym, najczęściej jednak oznacza to korzystanie z publicznych środków, a sami wiecie jak elastyczne mamy w Polsce standardy. Trzeba promować jakąś z góry przyjętą wizję zgodną ze światopoglądem i interesami politycznych patronów. Jedynym wyjściem jest komercyjny przekaz - fundusze uzyskuje się podbijając oglądalność, klikalność i tak dalej. Bo popularność generuje zyski z reklam. A bez zysków nie ma wolności słowa.

Czyli w tym wypadku wolność oznacza robienie politykom dobrze albo schlebianie gustom gawiedzi. Kiedyś Rydzyk płakał, że nie dostał miejsca na multipleksie, teraz marudzi że opłaty za multipleks go wykończą i prosi o wsparcie. Całkiem niedawno niedoszłe "lex TVN", wymierzone jakoby w "obce wpływy" prawo ograniczać miało udział zagranicznego kapitału w rynku medialnym. Orlen pod przewodem bezczelnego Obajtka przejął kontrolę nad wydawnictwem Polska Press i tym samym prasą lokalną. Media publiczne przechodzą z rąk do rąk i radykalnie zmieniają się koncepcje oraz personalia. 

W tych komercyjnych parcie na szkło napędza szalony wyścig szczurów. Efemeryczne gwiazdy pojawiają się i znikają. Swoistym nowotworem informacyjnym jest związana z nimi branża plotkarska, zajmująca się pieprzeniem o tym kto z kim się bzyka i w jakie luksusy opływa. Można też popatrzeć sobie jak ludzie grają w piłkę, tańczą z gwiazdami, smażą naleśniki, kupują domy czy walczą z otyłością... Dla każdego coś miłego - policjanci łapią złodziei, rolnicy szukają żony, eksperci prawią nam morały...

Co by nie mówić patrząc na ramówki mediów widać jak bardzo nie lubimy treści trudnych. Jeśli jednak tylko chcemy w tej obfitości informacyjnej również odnajdziemy je bez trudu. Klikasz i masz. No i niby tym właśnie jest wolność - możemy wybierać treści z którymi chcemy obcować. Przy okazji cyfrowej rewolucji władzę nad mediami przejmują jednak wielkie korporacje takie jak Google czy Meta. Big Techy de facto organizują rynek cyfrowej reklamy tworząc nowe środowisko informacyjne, moderowane przez algorytmy wpływające na zasięgi treści.


Nowelizacja prawa autorskiego przegłosowana niedawno w Sejmie ma podobno dodatkowo faworyzować technologicznych gigantów kosztem wszelkiej maści ambitnych dziennikarzy. Bo żeby być ambitnym trzeba mieć forsę. A jak nie masz forsy to już nie możesz być ambitnym. Bo jak nie masz forsy to musisz pracować w jakiejś fabryce, placówce handlowej, zakładzie fryzjerskim czy biurze. I już nie masz ochoty na abstrakcyjne rozkminy. Musisz być wydajny i skoncentrowany. Potem marzysz tylko o odpoczynku i odrobinie rozrywki.

A mędrcy narzekają, że społeczeństwo jest głupie bo nie myśli o wielkich sprawach... Wszyscy tworzymy ten system, bo wszyscy chcemy kasy. Jedni generują produkty, a inni ich informują. Siłą rzeczy wszystko sprowadza się do jakichś transakcji. Czy więc internet przestaje być ostoją wolności słowa czy też jest jedyną możliwością wykrzyczenia swojej frustracji przez dosłownie każdego? Może w każdym z nas siedzi mały troll, hejter czy pozer szukający sensacji i stąd mamy cały ten informacyjny bałagan?

W gruncie rzeczy nieograniczona wolność budzi niskie instynkty, ale nie wiadomo kto powinien ją moderować. Jedno jest pewne: informacja to władza. Władza to pieniądze, ale też realizowanie określonych wizji społecznych. Szczerze mówiąc chuj mnie obchodzi do czyjej kieszeni trafią te wszystkie pieniądze, bo wiem, że nie do mojej. A tak rozumiana wolność słowa jest jednokierunkowa - zasady określa ten kto ma złoto. To prawda stara jak świat. Wolność jest dzisiaj towarem. Rzeczywistość jest bańką informacyjną.