Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 22 stycznia 2023

ZA HORYZONT

 Homo sapiens opanował całą Ziemię ze swojej naturalnej potrzeby eksploracji, wyrażającej się w aktywnym badaniu otoczenia. Owszem, szukaliśmy nowych zasobów gdy stare się kurczyły, ale do przodu nawet bardziej niż głód pchała nas ciekawość. Dlatego chcemy dzisiaj poznawać kosmos i zasiedlać inne planety. Nurkujemy w największe głębiny i wspinamy się na najwyższe szczyty. 

Specyficzna ludzka potrzeba poznawania nieznanego wbrew przeciwnościom i trudom okazała się wspaniałą adaptacją. Ciężko stwierdzić ilu było nas na początku, gdyż prawdopodobnie nie pochodzimy od jednej populacji, lecz wielu afrykańskich form przodków człowieka, które krzyżowały się ze sobą. Na podbój świata wyruszała nas jednak ledwie kilkutysięczna garstka. W pierwszym wieku naszej ery było nas już 250 milionów, a na początku XIX wieku 2 miliardy. Dzisiaj żyje już osiem miliardów ludzi i zaczyna nam się robić ciasno...

Oczywiście ten sukces demograficzny zawdzięczamy rozwojowi rolnictwa, handlu, rzemiosła, przemysłu i medycyny, lecz fakt że zasiedliliśmy wszystkie zakątki globu był tu decydujący. Korzyści z naszego parcia do przodu nie były początkowo wcale takie oczywiste, więc kierujący nami pęd ku przygodom musiał być naprawdę silny. Przed dokonywaniem kolejnych odkryć i migracji nie powstrzymywały nas nawet ekstremalne warunki klimatyczne, ani fale oceanów. W epoce lodowcowej nasz gatunek nie unikał zimna, lecz podążał za cofającym się lodem.  I wiele wskazuje na to, że - co brzmi może fantastycznie - już w prehistorii wyruszał w dalekie morskie wyprawy...


Jeszcze do niedawna sądzono choćby, że zasiedlenie Ameryk łatwo wyjaśnić przybyciem tam ludów syberyjskich przez most lodowy łączący niegdyś Czukotkę i Alaskę. Zrekonstruowany na podstawie czaszki wygląd człowieka z Konnewick - żyjącego 9 tysięcy lat temu nad brzegiem rzeki Kolorado mężczyzny - nie miał jednak cech azjatyckich, ale raczej przypominał Europejczyka. W dodatku w jego mitochondriach znaleziono haplogrupę X, obecną też w Europie i na Bliskim Wschodzie. Typowo europejskie rysy miał też osobnik żyjący 11,5 tysiąca lat temu w jaskini Fullan w Nevadzie czy kobieta z Buhl w Idaho. Spekuluje się, że Europejczycy mogli pokonywać Atlantyk wykorzystując lód pakowy, czyli pływającą lodową pokrywę. 

Równie ciekawe są też odkrycia z Ameryki Południowej -  rekonstrukcje czaszek sprzed 11 -12 tysięcy lat z Lagoa Santa czy Lapa Vermelha w dzisiejszej Brazylii wykazują podobieństwo do czarnoskórych Afrykańczyków czy australijskich Aborygenów. Nie wiadomo co się stało później z tymi grupami ludzi, lecz mieszkańcy Amazonii mają haplogrupy typowe dla rdzennych mieszkańców Australii i Nowej Gwinei, natomiast Indianie z Ameryki Północnej już nie... W dodatku w Ameryce Południowej różnorodność językowa jest dużo większa niż na Północy. Jedna z hipotez mówi o wodnym szlaku wzdłuż wybrzeży Pacyfiku, obfitującym w gęste wodorosty i owoce morza. 

Skądinąd wiadomo, że mieszkańcy już zasiedlonej Ameryki Południowej mieszali się z polinezyjskimi wyspiarzami. Badania materiału genetycznego z 17 różnych wysp Polinezji i 15 społeczności Ameryki Południowej obejmujące przeszło 800 próbek wskazują, że w średniowieczu dochodziło między nimi do kontaktów seksualnych. Czyli że musiały kursować tam łodzie. Przesłanką jest także występowanie na ówczesnej Polinezji słodkich batatów Ipomea batatas, uprawianych w Ameryce Południowej od tysięcy lat. Najprawdopodobniej to właśnie Polinezyjczycy dotarli do Ameryki, a nie odwrotnie, gdyż wiadomo, że byli świetnymi żeglarzami. 


Jakieś 3 tysiące lat temu homo sapiens zajmował już praktycznie każdy nadający się do zamieszkania skrawek lądu, a do zdobycia pozostawały mu tylko porośnięte bujną roślinnością bezludne wyspy południowego Pacyfiku. Wtedy też z Tajwanu na południe wyruszyła kultura Lapita, pokonująca na pokładzie prostych żaglówek zatrważające odległości. Uwieńczeniem ich morskich zdobyczy były zasiedlenie jakieś 1000 lat temu Hawajów, najbardziej odizolowanego archipelagu na świecie, leżącego na bezkresnej wodnej pustyni. Ponieważ ci pradawni odkrywcy przemieszczali się z wyspy na wyspę w tempie szybszym, od tego jaki mógłby być powodowany wyczerpaniem zasobów, a co wręcz wymagało sporych nakładów, wydaje się iż odkrywanie nieznanego było głównym imperatywem organizującym ich kulturę. 

Żeglarze nie znający jeszcze pisma ani kartografii posiadać musieli już ogromną wiedzę z zakresu astronawigacji, prądów morskich, wiatrów, formacji chmur, kierunków migracji ptaków czy bioluminescencji, szacując przy tym dokładnie prędkości i swoje położenie. Ich system nie został nigdy utrwalony - posługiwali się przekazem ustnym i wypracowaną w toku praktyki intuicją. Większość tej tradycji została utracona, choć część zachowała się w miejscowym folklorze - Polinezyjczycy w końcu bowiem stali się osiadłymi rolnikami. Odwieczne pragnienie człowieka, aby przekraczać wszystkie granice, pozostaje jednak zawsze żywe.   

niedziela, 15 stycznia 2023

RUSKI MIT


 Skandynawscy wikingowie byli jednymi z najświetniejszych wojowników, żeglarzy i kupców wczesnego średniowiecza. Pomimo - często zresztą uzasadnionego - wizerunku krwiożerczych piratów i grabieżców, pozostawili po sobie też zdumiewające osiągnięcia cywilizacyjne. To oni skolonizowali Islandię, odwiedzili Amerykę na długo przed Kolumbem, podbili Anglię i założyli Ruś Kijowską. Być może nawet nasz Mieszko I był wikingiem, choć to teza dosyć dyskusyjna - pochodzenie dynastii Piastów jest zagadkowe, co otwiera pole do różnych spekulacji... Tak czy siak zachowały się pewne ślady obecności wikingów na ziemiach polskich. Szwedzcy awanturnicy i handlarze pozbawieni tak łatwego dostępu do zachodnich mórz jak Duńczycy i Norwedzy kolonizowali wybrzeża Morza Bałtyckiego, a następnie zapuszczali się coraz bardziej w głąb lądu.


To kontrolowane przez nich naddnieprzański szlaki handlowe i zakładane wzdłuż nich osady stały się zalążkami przyszłego państwa ruskiego. Po raz pierwszy nazwano ich Rusami we frankijskich Rocznikach bertyńskich, gdzie wskazano również, że przynależeli do narodu Szwedów. Sama nazwa wywodzić się może od fińskiego określenia Szwedów (Ruotsi). Obszar na który wkraczali nie stanowił wówczas jedynie słowiańskiej domeny - na południu rozszerzali swoje wpływy Chazarowie, turecki lud wyznający judaizm, który podporządkował sobie szereg plemion fińskich i właśnie słowiańskich. Handel z Chazarami, a następnie ze światem arabskim, był głównym motorem rozwoju Rusi. Z czasem szwedzkie elity zarządzające etnicznie słowiańskim krajem uległy zupełnej asymilacji, ale wpisany w herb Ukrainy tryzub już w X wieku był bity na monetach i innych artefaktach związanych ze skandynawską dynastią Rurykowiczów.

Jednym z najbardziej esencjonalnych elementów ruskiej tożsamości z czasem stało się też prawosławie, gdyż Rusią zaczęto nazywać w średniowieczu w zasadzie wszystkie ziemie słowiańskie gdzie je wyznawano. Prawosławie to chrześcijaństwo rytu wschodniego inspirowane myślą grecką, które przywędrowało do Kijowa z bizantyńskimi misjonarzami. Kniaziowie ruscy chrzcili się już nawet od połowy IX wieku, ale proces masowej chrystianizacji kraju rozpoczął się dopiero wiek później. Z jednej strony wynikało to z presji międzynarodowej, a z drugiej umożliwiło skuteczne zjednoczenie kraju, którego ludność wyznawała wiele plemiennych bóstw. Hierarchicznie Ruś Kijowska pozostawała podporządkowana patriarchatowi w Konstantynopolu, ale utrzymywała też kontakty z Zachodnią Europą, a nawet papiestwem. Między innymi na to właśnie kulturowe dziedzictwo powołują się dzisiaj ukraińscy historycy, wskazując, że bliżej im do Europy niż Moskwy.

Z kolei dzisiejsza Rosja chce z ambicji imperialnych skanibalizować swojego sąsiada, odwołując się do ideologicznych bredni o kulturowej ruskiej jedności, której największym zaprzeczeniem są obrazki z frontu. Spór o dziedzictwo Rusi między Kijowem a Moskwą, pokazuje zresztą jak uboga jest kulturowa i intelektualna tradycja rosyjska, która przez wieki polegała tylko na adaptowaniu europejskiego dorobku do autorytarnej turańskiej cywilizacji politycznej. Wiąże się to z ekspansją Rusi w kierunkach które nie zawsze były słowiańskie, lecz też ugrofińskie, a także późniejszym mongolskim podbojem tego obszaru. Z czasem kontrolę nad Rusią Kijowską przejąć miała Litwa, następnie zjednoczona z Polską w ramach Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Na wschodzie jarzmo Mongołów zostało zrzucone po bitwie na Kulikowym Polu, która rozpoczęła proces budowy państwa rosyjskiego w oparciu o potęgę Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, ideę zjednoczenia Wszechrusi i metafizyczną misję odzyskania "świętego miasta" - Kijowa.

Co prawda w Rzeczpospolitej ruska szlachta szybko uległa polonizacji, lecz tradycje etniczne podtrzymywała rosnąca w siłę kozaczyzna, będąca w zasadzie państwem w państwie, nierzadko zbrojnie występująca przeciwko władzy królewskiej. Po rozbiorach tą odrębność udało się kultywować nawet w obrębie Imperium Rosyjskiego i Związku Radzieckiego, w jakim zdaniem Putina sztucznie wyodrębniono Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką i jej naród. Jest to oczywisty nonsens ponieważ każdy naród jest w zasadzie sztuczną wyimaginowaną kulturową wspólnotą, chyba że odwołamy się do jakichś pseudonaukowych teorii o czystości rasy. Rzekoma niehistoryczność Ukrainy nie ma tu nic do rzeczy, skoro czują się odrębnym etnosem. Poza tym brak dziejowej ciągłości jest tylko pozorny - Ukraińcy nazwali się Ukraińcami po to właśnie, żeby odróżnić się od Rosji, będącej dla wielu historycznych ignorantów synonimem Rusi. Rosja zagrabiła jej dziedzictwo podobnie jak inne europejskie idee (w tym komunizm, a ostatnio dziki kapitalizm) i przerobiła na własną modłę.  

sobota, 7 stycznia 2023

POSZERZANIE ŚWIADOMOŚCI


 Historia człowieka to historia jego wynalazków, z których za najbardziej przełomowy uznajemy pismo, od czego zresztą historia się zaczyna. Okres wcześniejszy badać możemy tylko metodami archeologicznymi i nazywamy go prehistorią, chociaż mamy tu do czynienia z ciągłością gatunku. Człowiek historyczny jest nam bliższy niż prehistoryczny, nie tylko dlatego że spisywał swoje dzieje, ale też budował cywilizację, a to wydaje nam się odwiecznym przeznaczeniem. W porównaniu z jego osiągnięciami wcześniejsze dziedzictwo jawi nam się jako trywialne i prymitywne, lecz pamiętajmy o ciągłości. Bez osiągnięć wczesnego homo sapiens, a nawet wcześniejszych gatunków niemożliwe byłoby tak zaawansowane przekształcanie środowiska w cywilizacyjną niszę ekologiczną. 

A zatem najszerzej rozumiana historia człowieka to historia odkrywców i wynalazców, którzy już przed zaraniem opisanych dziejów tworzyli narzędzia i sztukę, oraz wyprawiali się w nieznane. Bezimienni geniusze na miarę Archimedesa, Leonarda da Vinci czy Alberta Einsteina, musieli rodzić się już wcześniej, aby stworzyć dla nas podstawowe koncepcje i pojęcia. To co dzisiaj uznajemy za "oczywiste" nie było przecież takie zawsze. Tyle że teraz dostajemy niezbędną wiedzę niejako na tacy, a wcześniej nie mieliśmy jej nawet spisanej, więc musieliśmy zapamiętywać znacznie więcej informacji. Poza tym wiedza ta była znacznie bardziej zróżnicowana - aby przetrwać w "dzikim" świecie człowiek musiał być bardziej wszechstronny.

Czaszka naszego przodka sprzed 28 tysięcy lat (tak zwanego kromaniończyka) wskazuje, że miał o 15 - 20% większy mózg od naszego. Oczywiście przy wysokiej śmiertelności niemowląt przeżywali tylko ci najsilniejsi i najinteligentniejsi, co może wyjaśniać dlaczego od tego czasu nieco zmniejszyliśmy rozmiary ciała, muskulatury i mózgu, jednak to tylko obrazuje jak zmieniamy się pod wpływem kreowanego przez siebie środowiska. Być może doszło po prostu do miniaturyzacji mózgów, czyli zwiększenia ich wydajności... Tak czy siak, wydaje się że nic nie stoi na biologicznej przeszkodzie, by odmawiać naszych prehistorycznym przodkom kreatywności i geniuszu. Po prostu musieli mierzyć się z innymi problemami i wyzwaniami nie dysponując jeszcze żadną bazą materialną, a to wymagało ogromnej pomysłowości.


Gdyby dzieje homo sapiensa - jakieś 300 tysięcy lat - przedstawić jako jedną dobę, cywilizacja zaczynałaby się pół godziny przed jej końcem... Widzimy więc, że dojście do tego punktu było procesem niezmiernie skomplikowanym. Przez blisko 5 tysięcy lat żyliśmy w Europie wspólnie z neandertalczykami, a przecież to niewiele krócej niż liczy cała spisana "ludzka" historia... Przeczy to więc tezie o naszej naturalnej predestynacji, wskazując iż postęp ewolucyjny, a następnie kulturalny i technologiczny, nie przebiegał liniowo, lecz raczej skokowo od jednego punktu zwrotnego do drugiego. Rewolucja agrarna, przemysłowa czy cyfrowa to tylko najbardziej znane nam przełomy technologiczne zmieniające całkowicie organizację ludzkich społeczeństw, lecz najbardziej dalekosiężne odkrycia nie były wcale dziełem człowieka rozumnego...

 Aby ten w ogóle mógł się pojawić i rozwinąć, konieczna była zmiana trybu życia wcześniejszych gatunków... Kluczowe było zwłaszcza ujarzmienie ognia prawie 2 miliony lat temu, co znacząco wpłynęło na przebieg naszej ewolucji. Choć nasze mózgi zaczęły rosnąć już wcześniej - w praktyce będąc jedyną "bronią" słabo wyposażonych człowiekowatych - radykalna metamorfoza homo habilis w homo erectus była możliwa właśnie dzięki opanowaniu umiejętności krzesania ognia, co umożliwiło termiczną obróbkę żywności. Paradoksalnie jedzenie gotowanych i pieczonych pokarmów jest najbardziej naturalną preferencją, gdyż są rozmiękczone i pozbawione wielu trudnych w rozkładzie wiązań chemicznych, a to pozwala na jego efektywniejsze wchłanianie i dostarczanie organizmowi większych ilości energii. Dobór naturalny preferuje więc spożywanie przetworzonych termicznie pokarmów - nawet w świecie zwierząt! 

Szympansy z afrykańskiej sawanny podążają tropem pożarów, po to by odnajdować w zgliszczach różne smakowite kąski. Psy ewoluowały z wilków które wyjadały resztki przetworzonego pożywienia z naszych śmietników. Także szczury mając wybór zdecydują się raczej na żarcie gotowane niż surowe... Kontrolowanie ognia pozwoliło nam nie tylko kulinarnie sobie dogadzać, lecz też rozwijać duże mózgi, które jako najbardziej energochłonne organy potrzebują dużych ilości kalorii. Odtąd nie tylko mieliśmy możliwość żeby łatwo te kalorie dostarczać, lecz też pozbyć się zbędnej tkanki w postaci masywnych szczęk, dużego żołądka czy długich jelit, a więc relokować biologiczne zasoby. Z czasem ewoluowaliśmy do spożywania produktów poddanych obróbce termicznej, więc nasz powrót do spożywania nieprzetworzonych produktów jest zasadniczo niemożliwy.

Panowanie nad ogniem umożliwiło nam też zejście z drzew na jakich wcześniej sypialiśmy i się chroniliśmy. Zgromadzeni wokół bezpiecznych ognisk gotowaliśmy i rozwijaliśmy życie społeczne, eliminując z tego kręgu osobniki najbardziej agresywne, niestabilne i nieskłonne do współpracy. Przy okazji pozbyliśmy się owłosienia, zbędnego przy ciepłym ogniu, co pozwoliło nam sprawniej chłodzić ciało podczas pościgów i polowań. Później musieliśmy co prawda "prostować" tę adaptację odzieniem, lecz to już skutki wędrówek w inne strefy klimatyczne... Gotowanie pozwalało nam też zaoszczędzać czas, który odtąd przeznaczaliśmy na rzeczy bardziej "ludzkie" takie jak rozrywki kulturalne, religia czy magia. Jak jednak doszło do rozpalenia pierwszego ogniska? No cóż, najprawdopodobniej przypadkiem. Już wcześniej ciosaliśmy kamienne narzędzia więc najpewniej czasami przypadkowo wzniecaliśmy tak ogień.

Wszystko mogło zacząć się od utrzymywania przypadkowo roznieconego ognia, jaki z czasem
nauczyliśmy się sami krzesać. Wymagało to jedynie opanowania pewnej wiedzy geologicznej, którą już wcześniej musieliśmy w pewnym stopniu opanować aby wyrabiać narzędzia. Ciosanie kamieni na ostrza wymagało rozróżniania rodzajów materiału, a w przypadku rozniecania ognia nauczyliśmy się po prostu rozpoznawać piryt i markasyt. Pierwsze kamienne narzędzia wyrabiał już być może australopitek nawet 3,3 miliony lat temu - na to przynajmniej wskazują kontrowersyjne jeszcze znaleziska na stanowisku Lomekwi 3 w Kenii. Temu gatunkowi niektórzy antropolodzy przypisują też wynalezienie nosidła dla dziecka. Sporządzone z nietrwałej pętli pnącza nie mogło zachować się do naszych czasów, ale wydaje się jedynym możliwym wyjaśnieniem tak zwanego paradoksu inteligentnej istoty dwunożnej.

Większość ssaków po urodzeniu jest relatywnie samodzielna, z wyjątkiem tych o największych mózgach... Rozwój takiego mózgu jest niestety bardzo czasochłonny, a to skutkuje dużym ryzykiem śmierci bezbronnego oseska. W dodatku dwunożność zwęziła kanał rodny co skróciło ciążę, gdyż zbyt duża główka utrudniałaby wydostanie się noworodka. W efekcie człowiekowatych czekał długi okres niesamodzielności. Wymagało to jakiś kompromisowych proporcji pomiędzy wielkością mózgu a śmiertelnością niemowląt. U australopiteka proporcje te diametralnie się jednak zmieniły czego najprostszym wyjaśnieniem wydaje się właśnie kreatywne rozwiązanie w postaci zawiązywania jakiegoś nosidła dla potomka. W przeciwnym wypadku pradawna matka nosząc swe dziecię tracić by musiała 25% więcej energii niż zwykle, a nie umiała jeszcze gotować...

Jakimś cudem wszystkim naszym przodkom udawało się znosić ewolucyjne limity rozmiaru jakie mogły osiągać ich mózgi, tak długo aż nasze zaczęły się kurczyć... Ale to już inna historia. 

sobota, 17 grudnia 2022

JESTEM WIĘC MYŚLĘ


 Życie rozwinęło się z zestawu instrukcji, który określał jak ma się ono strukturalnie i metabolicznie regulować w celu swojego kopiowania. Cel ten wynikał z presji ewolucyjnej - tylko skopiowane instrukcje mogły pozostawać w grze, a częściej kopiowały się te zdolne do przetrwania w zmiennym środowisku. Błędy kopiowania nadawały organizmom nowe formy które podlegały testom środowiska, przez co organizmy komplikowały się coraz bardziej, a wraz z nimi komplikowało się ich środowisko. Owocem takiej metamorfozy jest człowiek, którego specyfikę ukształtowało przede wszystkim własne środowisko społeczne. Wiązanie się w wielkie hierarchiczne grupy wymagało wyrafinowanej komunikacji i skomplikowanych decyzji, a to dużej "mocy obliczeniowej" czyli dużego mózgu, nawet kosztem zużywania większej ilości energii.

Dzięki przystosowaniu naszego mózgu do życia społecznego możemy nawzajem imitować swoje zachowanie co dumnie nazywamy kulturą. Kultura nie tylko cementuje nasze więzi, lecz też umożliwia międzypokoleniowy transfer wiedzy, przez co możemy ją uaktualniać zamiast ciągle poznawać wszystko od nowa. Odpowiednio skumulowana wiedza zaczęła ostatnio przyrastać w tempie wykładniczym zmieniając świat na naszych oczach. Wielkie historyczne kontrasty sprawiają, że tysiące lat dziejów wydają się nam zbiorową epicką odyseją, ale w szerszej skali cywilizacja jest tylko wierzchołkiem góry. Przez ogromną większość czasu zajmowaliśmy się wszak myślistwem i zbieractwem, a nie budowaniem imperiów i gromadzeniem bogactw. Ponieważ ewolucja działa dużo wolniej niż cywilizacja wkroczyliśmy w XXI wiek z mózgami ukształtowanymi jeszcze w epoce kamienia łupanego!!!

W wysoce "racjonalnym" świecie kierują więc nami różne atawizmy, przez które wdajemy się w wojny czy niszczymy klimat, a także konsumujemy ponad miarę. Cywilizacja jednorazowego użytku dogadza naszym spragnionym nowości mózgom zaskakując je błędami predykcji nagrody generowanymi przez speców od marketingu. Z natury jesteśmy zachłanni więc ciągle chcemy więcej. W naszych mózgach jest znacznie więcej dopaminy niż w mózgach innych naczelnych, przez co jesteśmy bardziej zmotywowani w poszukiwaniach nagród. Działania ukierunkowane na cel mają jednak tendencję do utrwalania się nawet w oderwaniu od niego samego. Powtarzalne czynności stają się coraz bardziej automatyczne, bo mózg usprawnia pod ich kątem swoją architekturę, zmieniając schematy neuronalne w skrypty odpalane pod wpływem określonych bodźców. Pozwala to co prawda szlifować umiejętności, przy okazji tworząc jednak cała gamę absurdalnych nawyków, z biegiem czasu coraz trudniejszych do wykorzenienia.

W tej niewoli instynktów, impulsów, odruchów i przyzwyczajeń, rozum musi bezustannie panować nad emocjami. Umożliwia to nam najnowszy wynalazek ewolucji zwany korą przedczołową, w dużym uproszczeniu zarządzający działaniami ukierunkowanymi na cel, a także myśleniem logicznym i abstrakcyjnym. Chociaż nie jest to system doskonały często pozwala okiełznać krótkowzroczne pragnienia w służbie "celów wyższych". Rozwój tego modułu samokontroli jest długotrwały i kończy się dopiero około 25 roku życia, dlatego z biegiem czasu stajemy się mniej impulsywni. Dlaczego jednak kora przedczołowa jest tak wyjątkowa? Na szczycie hierarchii układów mózgowych stawia ją zachodzący w niej proces kompresji danych. Percepcja polega na przechodzeniu sygnałów zmysłowych przez kolejne "bramy", podczas których podlegają swoistej obróbce. Każdy następny obszar przetwarza otrzymane informacje integrując je z już dostępną wiedzą i wysyłając je dalej. 

Żeby nie przesyłać wszystkich sygnałów kompresuje się dane, wycinając z nich zbędne i powtarzające się informacje. Ostatecznie do kory przedczołowej docierają więc tylko najbardziej skompresowane "raporty" z niżej położonych obszarów mózgowych i tu podlegają ostatecznej kompresji. Dane sensoryczne są przetwarzane w tylnej części mózgu przez mniejsze neurony, a następnie przesyłane do większych i gęściej połączonych komórek, gdzie opracowuje się ich podsumowanie i przesyła dalej - do jeszcze większych i lepiej skomunikowanych z siecią - w ten sposób sygnał dociera w końcu do największych i tworzących najgęstszą sieć neuronów gdzie powstają najbardziej skondensowane pojęcia. Interpretacja sygnałów umożliwia integrację sensoryczną, integracja sensoryczna umożliwia abstrahowanie, a abstrahowanie kreatywność. Właśnie tak zmieniamy rzeczywistość.


Nie mamy co prawda znacznie większej kory przedczołowej od innych naczelnych, ale lepiej rozbudowana istota biała - w której zanurzone są ciała komórkowe wszystkich neuronów - umożliwia lepszą łączność zarówno w obrębie samej kory przedczołowej jak i całym mózgu. Kluczem do większej wydajności naszych mózgów może być więc lepsze "okablowanie". Swoją rolę odgrywać też mogą różnice strukturalne takie jak organizacja neuronów i ich rozgałęzień w korze przedczołowej, czego jeszcze nie jesteśmy w stanie zbytnio zrozumieć. Poza tym większe u współczesnych ludzi wydają się te obszary kory przedczołowej położone z samego jej przodu i związane z myśleniem najbardziej abstrakcyjnym. A wszystko dlatego, że funkcjonując w komplikowanym przez samych siebie społecznym świecie, musimy w nim jakoś przetrwać...  

niedziela, 27 listopada 2022

SŁOWO BOŻE

 


- Gdyby lew potrafił mówić i tak nie moglibyśmy go zrozumieć - spekulował filozof Ludwig Wittgenstein. Podobnie mogłoby być z poszukującym kontaktu kosmitą. Doświadczenie nieludzkie z pewnością jest na tyle różne od ludzkiego, że znaczenie i rozumienie mogłyby się tu rozminąć. Nawet w obrębie naszego gatunku posługującego się zwerbalizowanym systemem komunikacji, ktoś "obcy" może mieć problem ze zrozumiałym wyrażeniem swoich komunikatów, tym bardziej jeśli zanurzony jest w innej kulturze - to kwestia relatywizmu językowego, a szerzej kulturowego.

Każda praktyka kulturowa - w tym język - wiąże się z określonym przez zbiorowe doświadczenie symbolicznym kontekstem niezbędnym dla jej zrozumienia. Ponieważ języki uwikłane są w poszczególne kultury literalny przekaz z jednego na drugi w zasadzie nigdy nie jest możliwy - pozostaje nam tylko parafrazująca interpretacja. Co więcej już samo posługiwanie się określonym w języku systemem pojęciowym wpływa na nasze postrzeganie świata.

Wytworzony w toku zacieśniania społecznej kooperacji dialogiczny system pojęć bywa oczywiście używany do myślenia - często wewnętrznie werbalizujemy swoje myśli, co ułatwia nam nadawanie im wyrazistości. Jednostki przywłaszczają sobie zasoby kulturowe społeczności w której żyją, przetwarzając je na własne mapy pojęciowe czyli neuronalne odwzorowania językowych terminów. Mózg tworząc reprezentacje rzeczywistości w bezustannym procesie uczenia się koduje odpowiednie pojęcia zestrajając ze sobą zespoły neuronów.


Wykorzystując podobne wyposażenie biologiczne w tym samym środowisku możemy z kolei zestrajać te indywidualne mapy pojęciowe w intersubiektywną rzeczywistość pojęć i wywodzących się z nich metafor zwaną językiem. Aby komunikacja była możliwa mapy pojęciowe muszą się wystarczająco ze sobą pokrywać, czyli odpowiadać przybliżonym wiązkom znaczeń. Nie jest to podobieństwo idealne, bo nie ma dwóch takich samych mózgów i osobistych doświadczeń.

Język umożliwia jednak koordynację naszego poznania na tyle, że budujemy dzisiaj globalną wioskę. Paradoksalnie to właśnie jego elastyczność - a zatem pewna nieprecyzyjność - umożliwia tak efektywną komunikację. W języku "doskonałym" każdemu przedmiotowi i zdarzeniu trzeba by nadawać osobną nazwę, więc chociaż eliminowałoby to wszystkie niejasności i niedopowiedzenia, kategorie traciłyby swoje wspólne mianowniki. Zrozumienie takiej mowy wymagałoby zatem ogromnych nakładów poznawczych. Umiarkowana wieloznaczność pozwala też zachować stabilność komunikacji - język zbyt sztywno sformalizowany mógłby łatwo przeinaczać dane przez drobne zaburzenia w przekazie.   

Wieloznaczność jest zatem ceną jaką płacimy za to, że w ogóle możemy się porozumiewać. Teorie konstruowane z tworzywa pojęć pozwalają organizować, strukturalizować i unifikować naszą wiedzę, a więc zamykać doświadczenia w spójne schematy, które możemy ze sobą porównywać i wybierać pomiędzy nimi. Chociaż język jest tylko ubocznym produktem naszych relacji społecznych i potrzebnych do tego zdolności kognitywnych, zwrotnie istotnie je wzmacnia. Żyjemy w świecie pełnym treści.     

sobota, 19 listopada 2022

KRACH NA GIEŁDZIE


 Aby funkcjonować potrzebujemy energii, a zatem kalorycznego paliwa. Poza tym musimy dostarczać organizmowi określonych składników, żeby mógł wymieniać swój budulec. Podstawą życia jest zatem konsumpcja - i nie dotyczy to tylko żywności. Od zarania dziejów konsumujemy zasoby świata, tyle że kiedyś byliśmy nieliczni i nieuprzemysłowieni, a nawet bezrolni. Przemiany cywilizacyjne powodowały stopniowe rozrastanie się naszej populacji i jej kultury materialnej, a zatem wzrost konsumpcji. Oczywiście najmniej konsumował plebs, a najwięcej arystokracja i duchowieństwo. Ostatecznie jednak wzbogaciliśmy się wszyscy, gdyż powszechna konsumpcja okazała się najlepszym motorem kapitalizmu, pozwalającym oligarchom bogacić się jeszcze bardziej, przy okazji motywując ludność. Taki model gospodarki wymusza ciągłe pobudzanie konsumpcji i popytu, a to wieść musi do fetyszyzacji towarowej uniezależniającej wartość ludzkich wytworów od ich użyteczności.

Możemy upierać się, że wszystko co kupujemy jest nam "potrzebne", lecz z punktu widzenia biologicznego nie jest nam to na ogół niezbędne. Nasze potrzeby rosną wraz z rozwojem cywilizacji i osiągniętym statusem, przybierając usankcjonowane kulturowo formy. Nie chcemy być materialnie zacofani, a raczej dobrze wyposażeni w topowe atrybuty, a przy okazji "korzystać z życia" wedle kulturowych wzorców. Produkujemy więcej, żeby więcej zarabiać i więcej kupować. Wydawać by się mogło, że to takie perpetuum mobile, ale właśnie energia i surowce określają wydolność systemu konsumpcyjnego dobrobytu. Poza tym często redukujemy koszty opierając się na taniej sile roboczej w krajach trzeciego świata, a nie jest to wcale problem wydumany - na świecie jest dzisiaj więcej niewolników niż kiedykolwiek...


Szacuje się, że do niewolniczej pracy zmusza się obecnie od 40 do 50 milionów ludzi, z czego kilkanaście milionów w samych Indiach. Co piąty obywatel Korei Północnej jest niewolnikiem. Półtora miliona dzieci pracuje po kilkanaście godzin dziennie na afrykańskich farmach kakao, po to żebyśmy mogli zajadać się tanią czekoladą. Ceną postępu cyfrowego jest niewolnicza praca w niebezpiecznych warunkach podczas której giną tysiące ludzi - uzbrojone afrykańskie gangi kontrolują wydobycie rzadkich minerałów potrzebnych do produkcji elektroniki takich jak koltan. Długi łańcuch pośredników sprawia, że zachodni konsumenci nie muszą się nad tym zastanawiać... Jakby na to nie patrzeć niewolnictwo towarzyszyło nam już od początku cywilizacji, a w zasadzie to pozwoliło ją zbudować. Zmuszenie wolnych łowców i zbieraczy do pracy, wykształciło u nich adaptację do sztucznych warunków czyli właśnie ucywilizowanie. Dzisiaj ta wielowiekowa tresura pozwala nam wykonywać zadania społeczne praktycznie bez żadnego większego nadzoru, bo uzależniła nas od cywilizacyjnej konsumpcji.

Rynek bezustannie kreuje nowe potrzeby, po to by je zaspokajać i na tym zarabiać. Zarobione pieniądze kapitaliści pomnażają przez inwestycje, a ostatecznie przeznaczają je na konsumpcję produktów i usług wyższej klasy, adekwatnych do uzyskanego statusu. Ważna jest nie tylko przyjemność takiego konsumowania, ale i samo społeczne pozycjonowanie z niej wynikające. Niekiedy wręcz najbardziej podniecający jest sam akt nabywania, musimy więc kompulsywnie go powtarzać, bo obiecywana w reklamach ekstaza  jest ulotna. Zgodnie z psychologiczną zasadą hedonicznego młyna szybko przyzwyczajamy się do każdej atrakcji, choćbyśmy wydali na nią krocie. Podniesione stany neuroprzekaźników szybko wracają do homeostatycznej normy, a my szukamy nowej stymulacji i wyznaczamy nowe warunki szczęścia. Więc chociaż teoretycznie mamy więcej możliwości od naszych przodków, nie jesteśmy wcale od nich szczęśliwsi... Rzekoma wolność wyboru bywa często iluzoryczna, gdyż znajdujemy się pod presją aby nawet czas wolny spędzać w określony sposób.


Skutkiem obecnego kryzysu geopolitycznego i rodzimego socjalnego populizmu jest wzrost kosztów życia i produkcji, co przełoży się na ostre hamowanie gospodarki. Czeka nas więc czas wyrzeczeń, do których nie jesteśmy emocjonalnie przygotowani. W latach niedawnej "prosperity" systematycznie pompowano nasze apetyty, ambicje i oczekiwania, kreśląc wizje świetlanej przyszłości. Wbrew pobożnym życzeniom problem nie będzie przejściowy, dopóki nie dokonamy reorientacji energetycznej i drakońskich cięć w wydatkach. Przydałoby się też unormować nasze stosunki z instytucjami unijnymi i zachodnim sąsiadem, chyba że niemieckie pieniądze śmierdzą. Napływ środków z Krajowego Funduszu Odbudowy mógłby ustabilizować nasze finanse, lecz rządzący wolą kierować się absurdalną dumą, bo sami mają pełne kieszenie. Zwykli konsumenci będą musieli natomiast ograniczyć spożycie reklamowanych produktów, a jeśli są emerytami być może też leków. Bez taniej energii nie ma taniej konsumpcji - jedynie na kredyt, albo cudzym kosztem.     

niedziela, 13 listopada 2022

BRODATA KRUCJATA


 Wczoraj Jarosław Kaczyński odwiedził Wadowice - prowincjonalną, lecz jakże zasłużoną miejscowość, która dała światu kremówki i Karola Wojtyłę. Było to więc świetne miejsce, żeby podkreślić jak bardzo chrześcijańskim jest politykiem, co szczególnie przejawia się w zwalczaniu wszelkiego rodzaju lewactwa, pedalstwa i kosmopolityzmu. Mówił więc o komunistach, tyle że tym razem nadciągających ze zgniłego Zachodu.

Jedynym lekarstwem na tę niemiecką zarazę jest zakładanie rodzin, uczestnictwo w nabożeństwach i głosowanie na Prawo i Sprawiedliwość. Dodatkową korzyścią dla ludu, oprócz prokreacji i zbawienia, będzie wzrost płac i pomocy socjalnej, a przecież wszyscy wiecie jak dostatnio nam się dzisiaj żyje.

W międzyczasie Jarek zabłysnął też swoim ludycznym poczuciem humoru, opowiadając dowcip o przerośniętej kobiecie z brodą (zapewne dającej w szyję), czym wywołał rechot wyselekcjonowanej na ten spektakl gawiedzi. Tyle że ten tłum musi mieć wyjątkowo krótką pamięć, bo w zasadzie dowcip też był z brodą i to bardzo długą.


Jarek bez przerwy o tym gada na wszystkich swoich akademiach. Ciągle wspomina o tym, że Jasiu każe się nazywać Małgosią albo odwrotnie... I nieodmiennie klakierom wydaje się to bardzo śmieszne. W ogóle to ma bardzo ograniczony repertuar i praktycznie cały czas bredzi o tym samym, to znaczy o oblężonej zewsząd Polsce, w której na domiar złego panoszą się krajowi płatni zdrajcy. Zamiast mówić o przyszłości i gospodarce, wygłasza historyczne i kulturoznawcze tyrady okraszone powtarzalnymi dowcipami.

Zachowanie suwerenności wymaga wsparcia silnych sojuszników a tych mamy jak na lekarstwo, nie licząc małych i prokremlowskich Węgier, które traktują nas jako instrument w rozgrywce z instytucjami unijnymi. Możemy też liczyć na europejską populistyczną prawicę, dotowaną przez Putina po to by destabilizować Europę, ale gotową współpracować w tym dziele z polskimi władzami. Gdyby nie wojna w Ukrainie pewnie i Demokraci nie klepali by nas po plecach, skoro uparliśmy się wcześniej wspierać izolacjonistycznych trumpistów, podburzanych przez rosyjskich trolli.

Jedyną receptą PiS-u na wszystkie piętrzące się już problemy Polski jest dalsze pożyczanie pieniędzy, tyle że na coraz większy procent, bo jawimy się jako coraz mniej wiarygodny dłużnik. Oczywiście to prosta droga do finansowej zapaści, lecz nikt na Nowogrodzkiej - a już zwłaszcza Jarosław Kaczyński - nie wie jak przerwać to błędne koło. Pozostaje nam więc jedynie szyderstwo.