Łączna liczba wyświetleń

sobota, 17 grudnia 2022

JESTEM WIĘC MYŚLĘ


 Życie rozwinęło się z zestawu instrukcji, który określał jak ma się ono strukturalnie i metabolicznie regulować w celu swojego kopiowania. Cel ten wynikał z presji ewolucyjnej - tylko skopiowane instrukcje mogły pozostawać w grze, a częściej kopiowały się te zdolne do przetrwania w zmiennym środowisku. Błędy kopiowania nadawały organizmom nowe formy które podlegały testom środowiska, przez co organizmy komplikowały się coraz bardziej, a wraz z nimi komplikowało się ich środowisko. Owocem takiej metamorfozy jest człowiek, którego specyfikę ukształtowało przede wszystkim własne środowisko społeczne. Wiązanie się w wielkie hierarchiczne grupy wymagało wyrafinowanej komunikacji i skomplikowanych decyzji, a to dużej "mocy obliczeniowej" czyli dużego mózgu, nawet kosztem zużywania większej ilości energii.

Dzięki przystosowaniu naszego mózgu do życia społecznego możemy nawzajem imitować swoje zachowanie co dumnie nazywamy kulturą. Kultura nie tylko cementuje nasze więzi, lecz też umożliwia międzypokoleniowy transfer wiedzy, przez co możemy ją uaktualniać zamiast ciągle poznawać wszystko od nowa. Odpowiednio skumulowana wiedza zaczęła ostatnio przyrastać w tempie wykładniczym zmieniając świat na naszych oczach. Wielkie historyczne kontrasty sprawiają, że tysiące lat dziejów wydają się nam zbiorową epicką odyseją, ale w szerszej skali cywilizacja jest tylko wierzchołkiem góry. Przez ogromną większość czasu zajmowaliśmy się wszak myślistwem i zbieractwem, a nie budowaniem imperiów i gromadzeniem bogactw. Ponieważ ewolucja działa dużo wolniej niż cywilizacja wkroczyliśmy w XXI wiek z mózgami ukształtowanymi jeszcze w epoce kamienia łupanego!!!

W wysoce "racjonalnym" świecie kierują więc nami różne atawizmy, przez które wdajemy się w wojny czy niszczymy klimat, a także konsumujemy ponad miarę. Cywilizacja jednorazowego użytku dogadza naszym spragnionym nowości mózgom zaskakując je błędami predykcji nagrody generowanymi przez speców od marketingu. Z natury jesteśmy zachłanni więc ciągle chcemy więcej. W naszych mózgach jest znacznie więcej dopaminy niż w mózgach innych naczelnych, przez co jesteśmy bardziej zmotywowani w poszukiwaniach nagród. Działania ukierunkowane na cel mają jednak tendencję do utrwalania się nawet w oderwaniu od niego samego. Powtarzalne czynności stają się coraz bardziej automatyczne, bo mózg usprawnia pod ich kątem swoją architekturę, zmieniając schematy neuronalne w skrypty odpalane pod wpływem określonych bodźców. Pozwala to co prawda szlifować umiejętności, przy okazji tworząc jednak cała gamę absurdalnych nawyków, z biegiem czasu coraz trudniejszych do wykorzenienia.

W tej niewoli instynktów, impulsów, odruchów i przyzwyczajeń, rozum musi bezustannie panować nad emocjami. Umożliwia to nam najnowszy wynalazek ewolucji zwany korą przedczołową, w dużym uproszczeniu zarządzający działaniami ukierunkowanymi na cel, a także myśleniem logicznym i abstrakcyjnym. Chociaż nie jest to system doskonały często pozwala okiełznać krótkowzroczne pragnienia w służbie "celów wyższych". Rozwój tego modułu samokontroli jest długotrwały i kończy się dopiero około 25 roku życia, dlatego z biegiem czasu stajemy się mniej impulsywni. Dlaczego jednak kora przedczołowa jest tak wyjątkowa? Na szczycie hierarchii układów mózgowych stawia ją zachodzący w niej proces kompresji danych. Percepcja polega na przechodzeniu sygnałów zmysłowych przez kolejne "bramy", podczas których podlegają swoistej obróbce. Każdy następny obszar przetwarza otrzymane informacje integrując je z już dostępną wiedzą i wysyłając je dalej. 

Żeby nie przesyłać wszystkich sygnałów kompresuje się dane, wycinając z nich zbędne i powtarzające się informacje. Ostatecznie do kory przedczołowej docierają więc tylko najbardziej skompresowane "raporty" z niżej położonych obszarów mózgowych i tu podlegają ostatecznej kompresji. Dane sensoryczne są przetwarzane w tylnej części mózgu przez mniejsze neurony, a następnie przesyłane do większych i gęściej połączonych komórek, gdzie opracowuje się ich podsumowanie i przesyła dalej - do jeszcze większych i lepiej skomunikowanych z siecią - w ten sposób sygnał dociera w końcu do największych i tworzących najgęstszą sieć neuronów gdzie powstają najbardziej skondensowane pojęcia. Interpretacja sygnałów umożliwia integrację sensoryczną, integracja sensoryczna umożliwia abstrahowanie, a abstrahowanie kreatywność. Właśnie tak zmieniamy rzeczywistość.


Nie mamy co prawda znacznie większej kory przedczołowej od innych naczelnych, ale lepiej rozbudowana istota biała - w której zanurzone są ciała komórkowe wszystkich neuronów - umożliwia lepszą łączność zarówno w obrębie samej kory przedczołowej jak i całym mózgu. Kluczem do większej wydajności naszych mózgów może być więc lepsze "okablowanie". Swoją rolę odgrywać też mogą różnice strukturalne takie jak organizacja neuronów i ich rozgałęzień w korze przedczołowej, czego jeszcze nie jesteśmy w stanie zbytnio zrozumieć. Poza tym większe u współczesnych ludzi wydają się te obszary kory przedczołowej położone z samego jej przodu i związane z myśleniem najbardziej abstrakcyjnym. A wszystko dlatego, że funkcjonując w komplikowanym przez samych siebie społecznym świecie, musimy w nim jakoś przetrwać...  

niedziela, 27 listopada 2022

SŁOWO BOŻE

 


- Gdyby lew potrafił mówić i tak nie moglibyśmy go zrozumieć - spekulował filozof Ludwig Wittgenstein. Podobnie mogłoby być z poszukującym kontaktu kosmitą. Doświadczenie nieludzkie z pewnością jest na tyle różne od ludzkiego, że znaczenie i rozumienie mogłyby się tu rozminąć. Nawet w obrębie naszego gatunku posługującego się zwerbalizowanym systemem komunikacji, ktoś "obcy" może mieć problem ze zrozumiałym wyrażeniem swoich komunikatów, tym bardziej jeśli zanurzony jest w innej kulturze - to kwestia relatywizmu językowego, a szerzej kulturowego.

Każda praktyka kulturowa - w tym język - wiąże się z określonym przez zbiorowe doświadczenie symbolicznym kontekstem niezbędnym dla jej zrozumienia. Ponieważ języki uwikłane są w poszczególne kultury literalny przekaz z jednego na drugi w zasadzie nigdy nie jest możliwy - pozostaje nam tylko parafrazująca interpretacja. Co więcej już samo posługiwanie się określonym w języku systemem pojęciowym wpływa na nasze postrzeganie świata.

Wytworzony w toku zacieśniania społecznej kooperacji dialogiczny system pojęć bywa oczywiście używany do myślenia - często wewnętrznie werbalizujemy swoje myśli, co ułatwia nam nadawanie im wyrazistości. Jednostki przywłaszczają sobie zasoby kulturowe społeczności w której żyją, przetwarzając je na własne mapy pojęciowe czyli neuronalne odwzorowania językowych terminów. Mózg tworząc reprezentacje rzeczywistości w bezustannym procesie uczenia się koduje odpowiednie pojęcia zestrajając ze sobą zespoły neuronów.


Wykorzystując podobne wyposażenie biologiczne w tym samym środowisku możemy z kolei zestrajać te indywidualne mapy pojęciowe w intersubiektywną rzeczywistość pojęć i wywodzących się z nich metafor zwaną językiem. Aby komunikacja była możliwa mapy pojęciowe muszą się wystarczająco ze sobą pokrywać, czyli odpowiadać przybliżonym wiązkom znaczeń. Nie jest to podobieństwo idealne, bo nie ma dwóch takich samych mózgów i osobistych doświadczeń.

Język umożliwia jednak koordynację naszego poznania na tyle, że budujemy dzisiaj globalną wioskę. Paradoksalnie to właśnie jego elastyczność - a zatem pewna nieprecyzyjność - umożliwia tak efektywną komunikację. W języku "doskonałym" każdemu przedmiotowi i zdarzeniu trzeba by nadawać osobną nazwę, więc chociaż eliminowałoby to wszystkie niejasności i niedopowiedzenia, kategorie traciłyby swoje wspólne mianowniki. Zrozumienie takiej mowy wymagałoby zatem ogromnych nakładów poznawczych. Umiarkowana wieloznaczność pozwala też zachować stabilność komunikacji - język zbyt sztywno sformalizowany mógłby łatwo przeinaczać dane przez drobne zaburzenia w przekazie.   

Wieloznaczność jest zatem ceną jaką płacimy za to, że w ogóle możemy się porozumiewać. Teorie konstruowane z tworzywa pojęć pozwalają organizować, strukturalizować i unifikować naszą wiedzę, a więc zamykać doświadczenia w spójne schematy, które możemy ze sobą porównywać i wybierać pomiędzy nimi. Chociaż język jest tylko ubocznym produktem naszych relacji społecznych i potrzebnych do tego zdolności kognitywnych, zwrotnie istotnie je wzmacnia. Żyjemy w świecie pełnym treści.     

sobota, 19 listopada 2022

KRACH NA GIEŁDZIE


 Aby funkcjonować potrzebujemy energii, a zatem kalorycznego paliwa. Poza tym musimy dostarczać organizmowi określonych składników, żeby mógł wymieniać swój budulec. Podstawą życia jest zatem konsumpcja - i nie dotyczy to tylko żywności. Od zarania dziejów konsumujemy zasoby świata, tyle że kiedyś byliśmy nieliczni i nieuprzemysłowieni, a nawet bezrolni. Przemiany cywilizacyjne powodowały stopniowe rozrastanie się naszej populacji i jej kultury materialnej, a zatem wzrost konsumpcji. Oczywiście najmniej konsumował plebs, a najwięcej arystokracja i duchowieństwo. Ostatecznie jednak wzbogaciliśmy się wszyscy, gdyż powszechna konsumpcja okazała się najlepszym motorem kapitalizmu, pozwalającym oligarchom bogacić się jeszcze bardziej, przy okazji motywując ludność. Taki model gospodarki wymusza ciągłe pobudzanie konsumpcji i popytu, a to wieść musi do fetyszyzacji towarowej uniezależniającej wartość ludzkich wytworów od ich użyteczności.

Możemy upierać się, że wszystko co kupujemy jest nam "potrzebne", lecz z punktu widzenia biologicznego nie jest nam to na ogół niezbędne. Nasze potrzeby rosną wraz z rozwojem cywilizacji i osiągniętym statusem, przybierając usankcjonowane kulturowo formy. Nie chcemy być materialnie zacofani, a raczej dobrze wyposażeni w topowe atrybuty, a przy okazji "korzystać z życia" wedle kulturowych wzorców. Produkujemy więcej, żeby więcej zarabiać i więcej kupować. Wydawać by się mogło, że to takie perpetuum mobile, ale właśnie energia i surowce określają wydolność systemu konsumpcyjnego dobrobytu. Poza tym często redukujemy koszty opierając się na taniej sile roboczej w krajach trzeciego świata, a nie jest to wcale problem wydumany - na świecie jest dzisiaj więcej niewolników niż kiedykolwiek...


Szacuje się, że do niewolniczej pracy zmusza się obecnie od 40 do 50 milionów ludzi, z czego kilkanaście milionów w samych Indiach. Co piąty obywatel Korei Północnej jest niewolnikiem. Półtora miliona dzieci pracuje po kilkanaście godzin dziennie na afrykańskich farmach kakao, po to żebyśmy mogli zajadać się tanią czekoladą. Ceną postępu cyfrowego jest niewolnicza praca w niebezpiecznych warunkach podczas której giną tysiące ludzi - uzbrojone afrykańskie gangi kontrolują wydobycie rzadkich minerałów potrzebnych do produkcji elektroniki takich jak koltan. Długi łańcuch pośredników sprawia, że zachodni konsumenci nie muszą się nad tym zastanawiać... Jakby na to nie patrzeć niewolnictwo towarzyszyło nam już od początku cywilizacji, a w zasadzie to pozwoliło ją zbudować. Zmuszenie wolnych łowców i zbieraczy do pracy, wykształciło u nich adaptację do sztucznych warunków czyli właśnie ucywilizowanie. Dzisiaj ta wielowiekowa tresura pozwala nam wykonywać zadania społeczne praktycznie bez żadnego większego nadzoru, bo uzależniła nas od cywilizacyjnej konsumpcji.

Rynek bezustannie kreuje nowe potrzeby, po to by je zaspokajać i na tym zarabiać. Zarobione pieniądze kapitaliści pomnażają przez inwestycje, a ostatecznie przeznaczają je na konsumpcję produktów i usług wyższej klasy, adekwatnych do uzyskanego statusu. Ważna jest nie tylko przyjemność takiego konsumowania, ale i samo społeczne pozycjonowanie z niej wynikające. Niekiedy wręcz najbardziej podniecający jest sam akt nabywania, musimy więc kompulsywnie go powtarzać, bo obiecywana w reklamach ekstaza  jest ulotna. Zgodnie z psychologiczną zasadą hedonicznego młyna szybko przyzwyczajamy się do każdej atrakcji, choćbyśmy wydali na nią krocie. Podniesione stany neuroprzekaźników szybko wracają do homeostatycznej normy, a my szukamy nowej stymulacji i wyznaczamy nowe warunki szczęścia. Więc chociaż teoretycznie mamy więcej możliwości od naszych przodków, nie jesteśmy wcale od nich szczęśliwsi... Rzekoma wolność wyboru bywa często iluzoryczna, gdyż znajdujemy się pod presją aby nawet czas wolny spędzać w określony sposób.


Skutkiem obecnego kryzysu geopolitycznego i rodzimego socjalnego populizmu jest wzrost kosztów życia i produkcji, co przełoży się na ostre hamowanie gospodarki. Czeka nas więc czas wyrzeczeń, do których nie jesteśmy emocjonalnie przygotowani. W latach niedawnej "prosperity" systematycznie pompowano nasze apetyty, ambicje i oczekiwania, kreśląc wizje świetlanej przyszłości. Wbrew pobożnym życzeniom problem nie będzie przejściowy, dopóki nie dokonamy reorientacji energetycznej i drakońskich cięć w wydatkach. Przydałoby się też unormować nasze stosunki z instytucjami unijnymi i zachodnim sąsiadem, chyba że niemieckie pieniądze śmierdzą. Napływ środków z Krajowego Funduszu Odbudowy mógłby ustabilizować nasze finanse, lecz rządzący wolą kierować się absurdalną dumą, bo sami mają pełne kieszenie. Zwykli konsumenci będą musieli natomiast ograniczyć spożycie reklamowanych produktów, a jeśli są emerytami być może też leków. Bez taniej energii nie ma taniej konsumpcji - jedynie na kredyt, albo cudzym kosztem.     

niedziela, 13 listopada 2022

BRODATA KRUCJATA


 Wczoraj Jarosław Kaczyński odwiedził Wadowice - prowincjonalną, lecz jakże zasłużoną miejscowość, która dała światu kremówki i Karola Wojtyłę. Było to więc świetne miejsce, żeby podkreślić jak bardzo chrześcijańskim jest politykiem, co szczególnie przejawia się w zwalczaniu wszelkiego rodzaju lewactwa, pedalstwa i kosmopolityzmu. Mówił więc o komunistach, tyle że tym razem nadciągających ze zgniłego Zachodu.

Jedynym lekarstwem na tę niemiecką zarazę jest zakładanie rodzin, uczestnictwo w nabożeństwach i głosowanie na Prawo i Sprawiedliwość. Dodatkową korzyścią dla ludu, oprócz prokreacji i zbawienia, będzie wzrost płac i pomocy socjalnej, a przecież wszyscy wiecie jak dostatnio nam się dzisiaj żyje.

W międzyczasie Jarek zabłysnął też swoim ludycznym poczuciem humoru, opowiadając dowcip o przerośniętej kobiecie z brodą (zapewne dającej w szyję), czym wywołał rechot wyselekcjonowanej na ten spektakl gawiedzi. Tyle że ten tłum musi mieć wyjątkowo krótką pamięć, bo w zasadzie dowcip też był z brodą i to bardzo długą.


Jarek bez przerwy o tym gada na wszystkich swoich akademiach. Ciągle wspomina o tym, że Jasiu każe się nazywać Małgosią albo odwrotnie... I nieodmiennie klakierom wydaje się to bardzo śmieszne. W ogóle to ma bardzo ograniczony repertuar i praktycznie cały czas bredzi o tym samym, to znaczy o oblężonej zewsząd Polsce, w której na domiar złego panoszą się krajowi płatni zdrajcy. Zamiast mówić o przyszłości i gospodarce, wygłasza historyczne i kulturoznawcze tyrady okraszone powtarzalnymi dowcipami.

Zachowanie suwerenności wymaga wsparcia silnych sojuszników a tych mamy jak na lekarstwo, nie licząc małych i prokremlowskich Węgier, które traktują nas jako instrument w rozgrywce z instytucjami unijnymi. Możemy też liczyć na europejską populistyczną prawicę, dotowaną przez Putina po to by destabilizować Europę, ale gotową współpracować w tym dziele z polskimi władzami. Gdyby nie wojna w Ukrainie pewnie i Demokraci nie klepali by nas po plecach, skoro uparliśmy się wcześniej wspierać izolacjonistycznych trumpistów, podburzanych przez rosyjskich trolli.

Jedyną receptą PiS-u na wszystkie piętrzące się już problemy Polski jest dalsze pożyczanie pieniędzy, tyle że na coraz większy procent, bo jawimy się jako coraz mniej wiarygodny dłużnik. Oczywiście to prosta droga do finansowej zapaści, lecz nikt na Nowogrodzkiej - a już zwłaszcza Jarosław Kaczyński - nie wie jak przerwać to błędne koło. Pozostaje nam więc jedynie szyderstwo. 

czwartek, 27 października 2022

DANSE MACABRE


 Nie wiemy po co żyjemy, a tym bardziej dlaczego umieramy. O ile z akceptacją tego pierwszego faktu nie mamy jednak zazwyczaj problemu, to gorzej z tym drugim - zwłaszcza, że zasadniczo kojarzy się z cierpieniem i starością. Rozkwitamy, żeby przeżyć najpiękniejsze chwile, a potem więdniemy i gaśniemy. Końcówka tego procesu może wiązać się z robieniem pod siebie, dziurami w mózgu i bólem każdej części ciała. Mimo tej ponurej perspektywy uważamy, że warto żyć. Ponieważ musimy akceptować też śmierć, znajdujemy dla niej różne uzasadnienia - czy to religijne, czy filozoficzne. Możemy sądzić, że zgon to tylko jakiś etap naszej wędrówki nie wiadomo skąd dokąd, ale to oczywiście tylko teorie. Można nadawać śmierci bardziej lub mniej wzniosłe znaczenie, lecz w sensie ścisłym jest ona zdarzeniem biologicznym powodującym trwałe ustanie funkcjonowania organizmu jako całości. 

Z punktu widzenia natury nie jest to żaden dramat. Jesteśmy tylko nośnikami informacji genetycznej, a nasze ciała i umysły służą wyłącznie jej kopiowaniu. Owszem, możemy stawiać sobie w życiu inne cele, tyle że mijamy się wtedy z ewolucyjnym przeznaczeniem. Jeśli jednak przekażemy już swoje geny możemy bez problemu kopnąć w kalendarz - ostatecznie informacje pozostaną w puli genowej ludzkości i życie będzie toczyło się dalej, tylko że bez nas. Niemniej mózg - zaprogramowany do walki o przetrwanie - może mieć problem z akceptacją tego faktu. Jest to zresztą zasadnicza przyczyna wykształcenia się naszej jaźni, będącej mechanizmem adaptacyjnym pozwalającym efektywniej funkcjonować w zmiennym środowisku. Ponieważ "ja" ma za zadanie chronić siebie (a tak naprawdę organizm), będzie się chronić przed śmiercią wszelkimi możliwymi sposobami, takimi jak modlitwy, zaklęcia i magiczne mikstury, bo a nuż się uda.

Śmierć jest nie do pomyślenia, choć jest naturalną koleją rzeczy. To życie jest fizyczną aberracją - istniejemy wbrew drugiej zasadzie termodynamiki, która mówi o dążeniu układów izolowanych do zwiększenia entropii. Nasz organizm pozostaje wbrew temu układem wysoce uporządkowanym, zamiast losowo się chaotyzować - a wszystko dzięki genetycznym instrukcjom kodującym proces homeostazy porządkujący przetwarzanie energii w ustrukturyzowanej treści metabolicznej. Powstanie życia nie było zatem nieuchronną konsekwencją znanych nam praw fizyki - wymagało samoorganizacji prebiotycznych związków chemicznych w spontanicznie replikujące się stabilne energetycznie układy zwiększające entropię otoczenia przez ciągłą wymianę z nim materii i energii. Życie jest procesem wewnętrznej redukcji entropii napędzanym przez informację, ale ostatecznie w wyniku skończonych zasobów materii w systemie i akumulacji błędów kończy się śmiercią.


Kiedy komórka przestaje wytwarzać ATP, będące nośnikiem energii chemicznej w jej metabolizmie, nieodwracalnie się rozkłada. A z czasem dochodzi do tego ponieważ zajmujące się wytwarzaniem tak zsyntezowanej energii organelle komórkowe - mitochondria - stają się mniej efektywne. Spekuluje się, że może być to skutkiem postępujących z wiekiem mutacji mitochondrialnego DNA. Ciekawostką jest bowiem fakt, iż obok genomu zgromadzonego w jądrach komórkowych - kodującego informacje o wszystkich białkach naszego organizmu, mitochondria posiadają własny autonomiczny materiał genetyczny (mtDNA). Ten oto mitochondrialny łańcuch uszkadzać mogą reaktywne rodniki ponadtlenkowe, co skutkuje spadkiem syntezy ATP, a to odbija się w pierwszej kolejności na tkankach zużywających najwięcej energii czyli mózgu, mięśniach i wątrobie. Skąd się jednak w organizmie biorą te wolne rodniki? To właśnie skutek tego że żyjemy, czyli jemy i oddychamy...

Aby pozyskiwać energię rozkładamy wiązania węglowe występujące w tłuszczach, cukrach i białkach, a potrzebujemy jej dużo zwłaszcza z powodu ogromnych mózgów i stałocieplności. Zgromadzone w komórkach odpady tych procesów pod postacią atomów węgla trzeba jakoś usuwać. I temu właśnie służy oddychanie polegające na łączeniu atomów węgla z tlenem i wydalaniu go w postaci dwutlenku węgla. Życiodajny tlen jest paradoksalnie bardzo toksyczny dla naszych komórek bo powoduje utlenianie - czego popularnym przykładem jest rdza. Tak więc tlen musi być transportowany do wnętrza ciała bardzo ostrożnie, związany z białkiem zwanym hemoglobiną. Czasami niestety cząsteczka tlenu oderwana od hemoglobiny może uszkodzić komórkę lub jej najcenniejszy składnik - DNA. Oczywiście komórki wykształciły różne systemy przeciwutleniające, ale nie są w stanie usuwać wszystkich wolnych rodników tlenowych - determinuje to starzenie się i rozmaite choroby.

Nasze ciało starzeje się, chociaż bezustannie się regeneruje to znaczy wymienia niewydajne komórki na nowe. Można nawet powiedzieć, że komórki są zaprogramowane do samobójstwa zwanego apoptozą, po to by zrobić miejsce dla młodszych i tak usprawnić funkcjonowanie organizmu. Starość nie jest zatem "zmęczeniem materiału" bo materiał cały czas wymieniany jest na nowy. Czemu więc korzystając z takich "części zamiennych" nie możemy żyć wiecznie albo przynajmniej znacznie dłużej? Mogą nam się oczywiście przydarzać różne wypadki, ale teoretycznie wymieniając swoje komórki moglibyśmy unikać śmierci z przyczyn naturalnych. Praktycznie jest to niemożliwe choćby z powodu ograniczonego limitu podziałów komórkowych, po którego przekroczeniu komórka ludzka umiera. Każdy podział powoduje bowiem skracanie telomerów - elementów strukturalnych chromosomu, zabezpieczających go przed uszkodzeniem w trakcie kopiowania. Skracanie tych powtarzalnych końcówek chromosomu nieuchronnie prowadzi to do tak zwanej "starości replikacyjnej". 

Skoro jesteśmy tylko kłębkami komórek które nie potrafią dzielić się w nieskończoność, zastanawiające jest czemu bakterie rozmnażają się przez podział miliardy lat...  Otóż ich chromosomy są koliste i konwencjonalnie zamknięte - chromosomy eukariotyczne są natomiast liniowe co znaczy właśnie, że mają końce. Aby przeciwdziałać utracie genów przy podziale rozrywającym końcówki chromosomów, zabezpieczone są one właśnie specjalnymi "skuwkami" czyli telomerami. Telomery składają się z wielokrotnych powtórzeń tej samej krótkiej i charakterystycznej dla danego gatunku sekwencji DNA. W miarę podziałów powtórzenia te są skracane, aż bufor chroniący wewnętrzne elementy chromosomu się wyczerpuje i komórka traci możliwość podziału. Co prawda niektóre nasze komórki potrafią odwracać skracanie telomerów dzięki ekspresji telomerazy - enzymu wydłużającego telomery chromosomów. Telomeraza jest aktywna w komórkach linii płciowej (tworzących plemniki i komórki jajowe) oraz komórkach macierzystych, lecz jej aktywność zmniejsza się z wiekiem. Ku naszej zgryzocie również komórki nowotworowe mają aktywną telomerazę, przez co mogą dzielić się bez końca.

Z wiekiem rośnie prawdopodobieństwo nowotworu i innych chorób, gdyż coraz więcej energii przeznaczamy na reparację ciała, a jednocześnie wydłużamy czas działania czynników onkogennych i szkodliwych. Narasta też liczba ujawniających się niekorzystnych mutacji, które mogły pozostawać w ukryciu przez wiele lat i sprawiać, że rozmnażający się przedstawiciel gatunku przekazywał je następnym pokoleniom. Dana mutacja może być na przykład korzystna we wczesnej fazie rozwoju, więc zwiększać będzie sukces reprodukcyjny i się utrwalać, a jeśli później okaże się nawet szkodliwa to już w warunkach mniejszej presji selekcyjnej. W tym ujęciu starzenie może być kosztem, który trzeba zapłacić za wcześniejsze zyski. W miarę ujawniania się niekorzystnych mutacji starzenie przebiega więc według pewnego harmonogramu, co sprawia że wydaje się zaprogramowane. Wzrost entropii destabilizuje homeostazę i procesy molekularne. 

niedziela, 23 października 2022

SEKRET SZCZĘŚCIA

 Nasz umysł wykształcił się jako biologiczny mechanizm przetwarzania informacji, aby wybierać działania adekwatne do sytuacji środowiskowej w celu przetrwania i powielania genów. Dlatego właśnie najważniejsze jest dla nas jedzenie, bezpieczeństwo, status społeczny, no i oczywiście seks. Niemniej nie jest to imperatyw który ciągle sobie uświadamiamy i pomimo całego naszego wyrafinowania jesteśmy w tym podobni do zwierząt. Kierujące nami emocje prowadzą do poszukiwania lub unikania określonych stanów, są więc motywującymi nas nagrodami i karami.

Uciekamy przed kijami i gonimy marchewki nie zastanawiając się zbytnio jaki jest w tym wszystkim sens. Uzupełnieniem emocji są różne procesy poznawcze związane z wnioskowaniem, myśleniem czy szeroko pojętym rozumem, rzekomo chłodno kalkulującym zyski i straty. Rozum bez emocji nie mógłby jednak podejmować decyzji, bo nie wiedziałby czego zasadniczo chce.

Ekonomiści definiują racjonalność jako maksymalizację spodziewanej korzyści, czyli dążenie do zaspokojenia jak największej liczby swoich preferencji. Ale taka sucha definicja nic nam nie mówi o biologicznym lub kulturowym pochodzeniu tych preferencji, ani o racjonalności tych preferencji jako takich. Skoro nieracjonalni konsumenci mogą mieć nieracjonalne preferencje mogą też podejmować nieracjonalne transakcje.

A poza tym realizację tych potrzeb mogą zaburzać różne błędy poznawcze takie jak awersja do straty czy stopień zaangażowania, oraz konsekwencje wpływu społecznego. Nowe szkoły ekonomii w coraz większym stopniu uwzględniać więc muszą kwestie behawioralne, kłócące się nieraz z rachunkiem ekonomicznym. Podobnie jest z całym naszym życiem, którym usiłujemy w jakiś sposób sterować, lecz wciąż zdajemy się na podszepty emocji, bez których niemożliwe byłoby nasze przetrwanie. 


Strach pozwala nam unikać egzystencjalnych zagrożeń, wstręt szkodliwych czynników, a gniew lekceważenia społecznego. Dzięki zdumieniu lepiej rejestrujemy niezwykłe dla nas informacje, a radość i smutek mówią nam co jest dla nas dobre i złe. Na te emocje podstawowe - obecne we wszystkich kulturach - nakładają się wyższe emocje poznawcze takie jak miłość romantyczna czy rodzicielska, przyjaźń, zazdrość, zawiść i tak dalej. Są to już procesy bardziej złożone i mocniej angażujące ośrodki korowe naszego mózgu, choć paradoksalnie mogą aktywność tych ośrodków też ograniczać.

Choć określamy się jako zwierzęta rozumne człowiek w pełni racjonalny nie byłby w stanie kochać i nienawidzić, czyli być ludzki. Emocje i myślenie wpływają na siebie wzajemnie, a człowiek pozbawiony wszelkich emocji nie byłby wcale bardziej tylko mniej inteligentny. Umiejętność zarządzania własnymi emocjami i kontroli nastroju przy pomocy określonych działań - nazywana inteligencją emocjonalną - jest oczywiście przydatna na drodze do szczęścia, lecz jego poczucie jest stanem emocjonalnym. Szczęście bywa absurdalne.    

piątek, 14 października 2022

CHIŃSKI RENESANS

 Chiny wyrastają ostatnio na najpoważniejszego konkurenta Stanów Zjednoczonych w nowym ładzie globalnym. Ich znaczenie polityczne i militarne nie urosłoby jednak do takich rozmiarów bez sukcesów gospodarczych, które w dużej mierze zostały sfinansowane przez sam spragniony tanich produktów Zachód. Odgrywanie roli "fabryki świata" - choć początkowo wiązało się z odwalaniem niskopłatnej roboty - umożliwiło transfer kapitału i technologii oraz skok cywilizacyjny. Jesteśmy teraz zdumieni, że Chińczycy tak skutecznie zadbali o własne interesy, zamiast ciągle harować za miskę ryżu... No cóż, zazwyczaj "wolny handel" bywał pewnym eufemizmem, oznaczającym wykorzystywanie przewagi gospodarczej do jej umacniania. Zostaliśmy więc w pewnym sensie przechytrzeni, ale już za późno żeby zatrzymać ten proces. Jesteśmy wzajemnie od siebie uzależnieni, co niektórym wydaje się niepokojące, gdyż mamy tu do czynienia z mocarstwem autorytarnym, a nawet nominalnie komunistycznym.

Zapewne jeśli stałyby się wystarczająco silne, Chiny próbowały narzucić światu swoje porządki, ale nie grozi nam już "eksport rewolucji" - komunistyczni pragmatycy nie wyznają już własnej ideologii, podtrzymując jej coraz bardziej iluzoryczny charakter tylko po to, żeby legitymizować ciągłość władzy aparatu partyjnego. Możemy oczywiście mówić o swoistym "modelu chińskim" będącym hybrydą kapitalizmu z silnym interwencjonizmem państwowym, gdzie korporacje są w istocie podporządkowane państwu, ale nie na zasadzie niewydajnego centralizmu decyzyjnego. W realiach kapitalistycznej wolności gospodarczej władzę polityczną sprawuje Partia Komunistyczna, a dzięki synergii państwa i rynku możliwa jest daleko idąca redystrybucja dochodu narodowego co systematyczne podnosi stopę życiową ludności. Pomimo całej - zwykle uzasadnionej - krytyki, jaka spada na władze chińskie za łamanie praw człowieka i ograniczanie demokracji, przyznać trzeba, że w ostatnich dziesięcioleciach udało im się wyciągnąć ogromne masy ludzi ze straszliwej nędzy.

W uproszczonym obrazie świata cały ten chiński gospodarczy "romans" z Zachodem, był w istocie podstępnym wyłudzeniem technologii, ale Chiny nigdy nie obiecywały nam demokratyzacji, liberalizacji czy politycznej uległości - to my wyobrażaliśmy sobie, że otwarcie się tego państwa na świat rozmiękczy jego system. Kulturowy egocentryzm kazał nam wierzyć, że wszyscy - jeśli tylko dać im taką możliwość - zechcą być tacy jak Amerykanie czy Europejczycy, tymczasem Chińczycy pragnęli tylko konsumować tyle samo dóbr materialnych. Demokratyzacja - wbrew pobożnym życzeniom - nie okazała się nieunikniona, gdyż budowa państwa dobrobytu była jednym ze sposobów na wykazanie, iż chińskie rządy reprezentują interesy ludności. Ponieważ wielu Chińczyków wierzy, że Partia Komunistyczna o nich dba, mentalnie nie potrzebują oni zbytnio możliwości dokonywania politycznych wyborów. A ponieważ odwoływać się mogą do własnych kulturowych i politycznych tradycji, znacznie dłuższych niż te zachodnie, nie czują kompleksów - nasza wiara w uniwersalność naszych wartości wydaje się im wręcz pyszałkowata. 


W końcu to Chiny pozostają de facto jedynym państwem, w jakim między antykiem a współczesnością udało się zachować kulturową ciągłość. Były przecież kolebką cywilizacji obok Egiptu, Mezopotamii i Doliny Indusu, po których kulturach pozostały tylko majestatyczne ruiny. Nawet w czasach maoistycznej rewolucji kulturalnej radykalnie odrzucającej tradycję, komunistyczne Chiny pozostawały pod warstwą socrealistycznej maskarady heretycką formą konfucjańskiego cesarstwa, tak jak bolszewicka Rosja była w gruncie rzeczy kolejną mutacją caratu. Konfucjanizm przekładał wysiłek kolektywny nad jednostkowy, piętnował zaś zagrażający społecznym więziom indywidualizm. Zadaniem jednostki było zawsze wypełnianie powinności względem społeczeństwa i państwa uosabianego przez władzę. Mandat władcy wynikał z jego powinności względem ludu, dlatego jego obalenie było wynikiem jego dekadencji moralnej. Nic dziwnego, że dziś sama Partia Komunistyczna zapominając o Marksie otwarcie powraca do myśli Konfucjusza, ponownie rozpalając chiński nacjonalizm.

Jeśli rozgoryczenie budzi w nas fakt, jaki użytek robią ostatnio Chińczycy z naszych wynalazków, przypomnieć sobie musimy, że w przeszłości to adaptacje chińskich pomysłów okazały się kluczowe dla naszej światowej ekspansji. Europejskie podboje kolonialne nie byłyby przecież możliwe bez prochu strzelniczego czy kompasu, a budowanie społeczeństwa opartego na wiedzy bez papieru i druku. Panowanie dynastii Song, miedzy X a XIII wiekiem, było okresem największego boomu technologicznego ery przedprzemysłowej. Ba, powiedzieć nawet można, że Państwo Środka swego czasu samo zrezygnowało z globalnej dominacji, uznając że barbarzyński świat nie jest wart uwagi i skupiając się na sobie. W XV wieku Chiny posiadały największą flotę w dziejach dysponując aż 3500 okrętów, co pozwalało na regularne wyprawy do Jawy, Sumatry, Malakki, Cejlonu, Indii, Zatoki Perskiej, Półwyspu Arabskiego, a nawet Wschodniej Afryki. Chcąc jednak w pełni kontrolować handel zagraniczny i obawiając się emancypacji nowej klasy kupców, administracja cesarska zakazała wypraw zagranicznych, zniszczyła flotę i zamknęła Chiny na świat, który potem zaskoczył ją rewolucją przemysłową. 


Czemu to więc w lekceważonej i skłóconej Europie rozwinęły się kluczowe dla epoki nowożytnej technologie? Paradoksalnie odpowiedzią może być właśnie jej niestabilność polityczna. Większe napięcia pomiędzy warstwami społecznymi i licznymi państwami średniowiecznej i wczesnorenesansowej Europy wymagały poszukiwania nowych rozwiązań, przez co wywoływały większy ferment intelektualny i technologiczny. W scentralizowanym chińskim państwie władza dusząc konkurencję zabijała też innowacyjność. W rozdrobnionej Europie suweren nie nadążający za rozwojem technicznym, gospodarczym i militarnym narażał się na eliminację. Miejscem w jakim narodził się europejski renesans była przecież podzielona na szereg państewek Italia... Oczywiście swoją rolę odegrały w tym materialne pozostałości Imperium Romanum i jego intelektualnego dziedzictwa, a także docierające na Półwysep Apeniński wpływy bizantyńskie i muzułmańskie. Lecz to brak scentralizowanej władzy, wojny i rozwój handlu, a zatem pojawienie się bajecznie bogatych rodów kupieckich i bankierskich - hojnie sponsorujących naukę i kulturę - były prawdziwym motorem postępu naukowego. Zwłaszcza przełomowa okazała się tu metoda Galileusza, opisująca eksperymentalne obserwacje ścisłym językiem matematycznym. Nie wygraliśmy jednak wyścigu raz na zawsze. Jeśli kiedyś znowu będziemy uczyć się od Chińczyków, będzie to tylko znaczyć, że historia zatoczyła koło.