Łączna liczba wyświetleń

piątek, 16 września 2022

NIEDŹWIEDŹ Z BRZYTWĄ


    Poczynania kacapów na Ukrainie wprawiły świat w konsternację. W zasadzie nikt ze zwykłych czytelników prasy i widzów kanałów informacyjnych nie spodziewał się pełnoskalowej wojny, bo ta rzekomo miała być nieracjonalna... Owszem, nieliczni analitycy wieszczyli nieuchronny konflikt, głosy te traktowano jednak jako teorie spiskowe lub czarnowidztwo. Nadchodzącą agresję zwiastować miała sytuacja geopolityczna, gospodarcza i demograficzna Rosji, lecz w Europie przeważało myślenie życzeniowe. Mieliśmy dalej rozwijać produkcję i konsumpcję przy pomocy surowców z barbarzyńskiego prywatnego kraju, wykańczającego się samemu rękami kleptokratów i oligarchów. Nawet gdyby nie naruszało to interesów wielu obrzydliwie bogatych kutasów, dla Rosji było już i tak za późno żeby się reformować. Czas węglowodorów, będących podstawowym źródłem dochodów Moskwy, nieuchronnie się kończy. Bez stworzenia dogodnej przestrzeni politycznej dla transferu kluczowych technologii i kapitału niebawem temu archaicznemu państwu groziłoby bankructwo.

W dodatku populacja Rosji kurczy się w tempie trzech tysięcy osób miesięcznie, przez co gospodarka traci pracowników, a w kraju wzrasta odsetek ludności muzułmańskiej - już nawet do 15%!!! Zatrzymanie Ukrainy w swojej strefie wpływów pozwoliłoby nie tylko wykorzystać jej siłę roboczą, ale też uratować słowiański charakter rosyjskiej kultury. Ciążenie bytów politycznych ku obszarom większego rozwoju rozwoju gospodarczego musiało pchać Ukrainę w objęcia Europy, gdyż Rosja poza czczym gadaniem o braterstwie i wychodkami na podwórkach nie ma sąsiadowi nic do zaoferowania. Dla mitycznego "ruskiego miru" tak naprawdę giną głównie żołnierze różnych autonomicznych republik wchodzących w skład Federacji Rosyjskiej, czyli Azjaci. Największą liczbę poległych w "specjalnej operacji wojskowej" odnotowano wśród mieszkańców muzułmańskiego Dagestanu czy buddyjskiej Buriacji, a sam minister obrony Sergiej Szojgu jest etnicznym Tuwijczykiem - pochodzi z azjatyckiej części Rosji graniczącej z Mongolią.  

Putin wysłał armię niewolników żeby zniewolić wolne społeczeństwo, co skutkuje mizernym morale takiej gnanej batem hordy. Rosyjski naród popiera wojnę nawet kosztem pewnych wyrzeczeń, ale tylko jako formę nacjonalistycznych igrzysk w telewizji, nikomu bowiem nie pali się żeby oberwać kulkę w łeb albo stracić członki. Wojenna śmiertelność Rosjan z takich "europejskich" miast jak Moskwa czy Petersburg jest prawie niezauważalna. Powszechna mobilizacja byłaby zapewne początkiem końca kremlowskiego reżimu, musi on więc szukać mięsa armatniego gdzie popadnie. Na front wysyłani są więc ludzie z marginesu społecznego, a nawet zwykli kryminaliści, mordercy i pedofile. Do boju wysłano nawet psychola skazanego za kanibalizm!!! Rosji - uchodzącej dotąd za militarnego kolosa - brakuje nie tylko chętnych do bohaterskiej śmierci, ale też sprzętu. Paradoksalnie kraj wydający proporcjonalnie gigantyczną część swoich dochodów na zbrojenia nie potrafi zmiażdżyć potencjalnie słabszego przeciwnika gromadzonymi od lat zapasami, żebrze więc o pomoc u takich światowych pariasów jak Iran czy Korea Północna.

Zasoby technologicznie zaawansowanej broni są w dużej mierze wyczerpane i trudne do odtworzenia, Rosja w gruncie rzeczy walczy więc starym arsenałem sowieckim. W dodatku w tej rosyjskiej broni która jest nowoczesna pełno jest zachodniej elektroniki na jaką nałożono teraz embargo, co wymusi stosowanie mniej wydajnych zamienników. Państwo będące gospodarczym karłem nawet drastycznie zwiększając wydatki na cele wojskowe będzie miało problem żeby dotrzymać kroku Zachodowi, ucieka się więc do coraz mniej zawoalowanych gróźb, byle tylko powstrzymać napływ broni dalekiego zasięgu na Ukrainę. Wie bowiem dobrze, że w takim wypadku w starciu konwencjonalnym nie miałoby żadnych szans. Czemu więc Stany Zjednoczone zwlekają ze zmiażdżeniem Rosji? Nie wiadomo czy zapędzona w kozi róg nie zaczęłaby zadawać ciosów na oślep, sięgając choćby po broń masowej zagłady... Poza tym ewentualny upadek czy rozpad Rosji będzie miał nieprzewidywalne konsekwencje geopolityczne, nie wiadomo bowiem kto wtedy przejąłby kontrolę nad rosyjskim arsenałem nuklearnym i jakie perturbacje wywołałoby to w światowym układzie sił.  

piątek, 2 września 2022

PIENIĄDZE ALBO ŚMIERĆ


 Rząd dramatycznie potrzebuje rozdawanych na prawo i lewo pieniędzy. Stworzył bowiem system w którym dobrobyt miał się opierać na transferach socjalnych, a wszelkie kryzysy leczy się objawowo plastrami finansowymi, zamiast usuwać ich przyczyny. Nasza ukochana Polska jest państwem nadopiekuńczym - światowym liderem w zestawieniu relacji wydatków socjalnych do PKB!!! Oczywiście wydatki socjalne na Zachodzie są jeszcze większe, ale mniejsze proporcjonalnie do Produktu Krajowego Brutto. Skoro chcemy gonić Zachód to powinniśmy oszczędzać i inwestować pieniądze zamiast je przejadać - tym bardziej że w ten sposób tylko uzależniamy ludzi od pomocy państwa. Ale o to przecież chodzi... Kiedy wskutek błędnej polityki pojawia się jakiś problem, premier natychmiast rzuca jakieś pieniądze i jest dobrym wujkiem.

Tyle że już to przerabialiśmy, choćby za Gierka, którego populistyczny mit jest ciągle żywy - doprowadził on do chwilowej poprawy stopy życiowej ludności, choć już pod koniec jego rządów pojawiły się towarowe niedobory i reglamentacja. A wszystko to kosztem olbrzymich długów, które spłacaliśmy przez dziesięciolecia. Podobnie jak w przypadku pisowskiej "dobrej zmiany" początek gierkowskiej dekady wiązał się z wielkim boomem gospodarczym. W latach 1971-73 średnie tempo wzrostu PKB przekraczało 7%, a produkcji przemysłowej 10%. Podobnie też rosły wynagrodzenia, co oczywiście przekładało się na popularność pierwszego sekretarza. Rosnąca konsumpcja i błędne inwestycje doprowadziły do zapaści gospodarczej. Rolowanie długów przez spłacanie ich kolejnymi kredytami tylko pogłębiało nasze zadłużenie. 


Obecnie historia zdaje się powtarzać. Oficjalnie jesteśmy w całkiem zbilansowanej kondycji finansowej - Morawiecki chwali się, że dług publiczny Polski wynosi nieco ponad 50% PKB, czyli tyle co w Holandii. Oczywiście nie można mu wierzyć. Kolejne dziesiątki miliardów złotych zadłużenia publicznego nie są po prostu ujmowane w budżecie państwa, tylko ukrywane w specjalnych funduszach pozostających poza demokratyczną kontrolą parlamentu. Dzięki kreatywnej księgowości 75% deficytu udało się zakamuflować w innych niż budżet podmiotach sektora centralnego finansów publicznych, co czyni z szumnie nazywanej budżetem ustawy kadłubową fikcję. Zdaniem ekspertów do końca roku ten nieoficjalny dług może wzrosnąć aż do 350 mld złotych, a w dodatku oficjalny deficyt sektora finansów publicznych wzrośnie w tym czasie z 49 do 128 mld złotych !!!  Oficjalny budżet obejmuje tylko 25% realnych operacji finansowych i służy tylko propagandowej manipulacji.

W tej sytuacji samobójstwem wydaje się rezygnowanie z Krajowego Planu Odbudowy, czyli unijnego finansowego mechanizmu mającego łagodzić gospodarcze skutki pandemii covid-19. Moglibyśmy dzięki niemu zasilić gospodarkę 160 mld złotych, ale trzeba by odwołać ze stanowisk kilku sprzedajnych dupków, a to w pisowskiej retoryce oznaczałoby utratę suwerenności. Będziemy więc umierać za Izbę Dyscyplinarną , bo przecież to suwerenny prywatny folwark, a nie żadne niemiecko-brukselskie kondominium. Racjonalny pragmatyzm kazałby nam zabiegać usilnie o tak ogromne pieniądze, ale miejsce chłodnej kalkulacji już dawno zajęła emocjonalna ideologia. W odruchu desperacji postanowiliśmy więc domagać się od Szwabów sześciobilionowych reparacji wojennych, choć to otwieranie politycznej puszki Pandory. Brak realizmu jest jednak znakiem firmowym socjalprawicy. Niedługo zapłacimy za sny o potędze. 

niedziela, 28 sierpnia 2022

PĘKNIĘTY BALON

 

Nieoczekiwanym  skutkiem kryzysu energetycznego może być kryzys żywnościowy w Polsce. Doprowadzić do tego może brak suchego lodu, czyli stałej formy dwutlenku węgla, niezbędnej przy przetwarzaniu żywności, a będącej pochodną produkcji nawozów, która została wstrzymana z powodu wysokich cen gazu. Już sam brak nawozów mógłby być niebezpieczny, gdyż ograniczone nawożenie zmniejszyłoby plony czyli podaż polskiej żywności, a zatem jeszcze zwiększyło i tak rosnące już ceny. Koszty produkcji płodów rolnych i tak już rosną, a dodatkowa destabilizacja tego rynku nie wróży nic dobrego. Większość gospodarstw nie jest zaopatrzona w nawozy, jakie zresztą ciężko teraz dostać w punktach sprzedaży. Ale nawozy będą potrzebne dopiero na wiosnę, a teraz głównym problemem staje się sytuacja w branży przetwórczej.


Jeśli nic się nie zmieni, za kilka dni może stanąć produkcja mięsna, mleczarska, owocowo-warzywna, rybna czy piekarnicza, nie mówiąc o browarniczej, która zdaniem co niektórych też dostarcza artykuły pierwszej potrzeby. Dodatkowo jest to kwestia nie tylko utrzymania ciągłości produkcji, ale też przechowywania i transportu, gdyż dwutlenek węgla jest powszechnie stosowany w chłodniach - bez niego nawet już wytworzona żywność szybko straciłaby swoje walory spożywcze i trzeba by ją zutylizować. Przerwanie procesów produkcyjnych i łańcuchów chłodniczych oczywiście skutkowałoby zmniejszeniem ilości produktów żywnościowych na rynku, a to zapewne wywołałoby konsumencką panikę i jeszcze pogłębiło deficyty. Pamiętajmy też o możliwych przerwach dostaw energii w okresie jesienno-zimowym, na czym przemysł spożywczy mógłby dodatkowo ucierpieć... 


Skoro jednak wszyscy zaczęli bić na alarm jest szansa, że unikniemy najbardziej czarnego scenariusza. Jeśli państwowi giganci, tacy jak Grupa Azoty, ograniczają produkcję w trosce o rentowność, zapewne państwo sypnie tym molochom grosza, byleby tylko nie zagłodzić ukochanych wyborców. Tym sposobem po raz kolejny gospodarka zmienia się w coraz mniej rynkową i bardziej socjalistyczną, co doraźnie złagodzi społeczne napięcia, ale w dłuższej perspektywie pogłębi chorobę systemową. Stare liberalne przysłowie mówi niestety, że nie ma nic za darmo. Państwo radzi sobie z kolejnymi kryzysami wymyślając coraz to nowe dopłaty, aż w końcu będzie dopłacać do wszystkiego i to niestety z naszych podatków. A przecież rekordowe ceny gazu analitycy wieszczyli już od wybuchu wojny... Żeby było jeszcze śmieszniej jeszcze niedawno twierdziliśmy, że mamy jedne z największych zapasów gazu w Europie!!! 

sobota, 20 sierpnia 2022

POLSKA I ŚWIAT


 Polska, jeszcze niedawno ostentacyjnie prężąca gospodarcze muskuły, dzisiaj zaczyna już dostawać zadyszki po potężnej dawce kredytowych sterydów. Od siedmiu lat rządzący obiecywali nam niemieckie pensje, a wyszło jak zwykle albo jeszcze gorzej. Z pewnością tylko pogłębi to nasz niemiecki kompleks... Co prawda spadek naszej aktywności gospodarczej przy wciąż rosnących cenach to element szerszego trendu, bo hamować zaczyna nie tylko gospodarka europejska, ale i światowa.

Spadek dynamiki rozwoju ma swoje źródła już w pandemii koronawirusa, po jakiej wprawdzie normalność zdawała się szybko powracać, lecz kosztem bardzo ekspansywnej polityki fiskalnej polegającej na rozdawaniu przedsiębiorcom pieniędzy. Dzięki temu bezrobocie istotnie nie wzrosło, a sytuacja finansowa zwykłych zjadaczy chleba pozostała na tyle stabilna, iż ponownie ożywiła popyt. Ale po czasowym zamknięciu niektórych fabryk i portów pojawiły się niedobory komponentów takich jak półprzewodniki, co miało swoje dalsze implikacje, takie jak opóźnienia w realizacji zamówień. 


Bariery podażowe doprowadziły do wzrostu cen, a zatem pierwszej fali wzmożonej inflacji. Po pewnym czasie, w "normalnych" warunkach, skutki pandemii pewnie byłyby stopniowo korygowane, gdyż spowolnienie popytu i stopniowy wzrost podaży zmierzałyby do jakiejś równowagi. Niestety los, a dokładniej jego polityczni demiurdzy, zgotowali nam niemiłe niespodzianki.

Krytykowana za zaniedbania mające doprowadzić do światowej pandemii Komunistyczna Partia Chin, przyjęła drakońską strategię "zero covid", pozwalającą pod pretekstem walki z zagrożeniem ściślej kontrolować społeczeństwo. Niestety ograniczenia, restrykcje i kwarantanny, na dłuższą metę powodują zaburzenia gospodarcze, nie tylko dławiąc wewnętrzną konsumpcję czy ograniczając inwestycje w Chinach, ale też zaburzając światowe łańcuchy dostaw. 

Odbudowa gospodarki po pandemii zwiększyła też popyt na energię, przez co wzrosły ceny surowców. Oczywiście efekt ten skrajnie spotęgowała rosyjska agresja na Ukrainę i wynikające z niej embarga. Na dłuższą metę wszystkie te czynniki doprowadzą pewnie do jakiejś formy deglobalizacji i regionalizacji produkcji - dajmy na to Europa może powrócić do wytwarzania produktów jakie do tej pory mogła sprowadzać po korzystniejszych cenach. Dużo się mówi zwłaszcza o rozwijaniu - zarówno na Starym Kontynencie jak i w Stanach Zjednoczonych - suwerenności technologicznej w kwestii mikroczipów. 

Deficyty układów scalonych to nie tylko postpandemiczne perturbacje, lecz też skutek postępującej cyfryzacji, zwiększającej zapotrzebowanie w tempie wprost wykładniczym. Coraz bardziej wyrafinowana technologia komplikuje też proces własnej produkcji, przez co ten wymaga coraz więcej czasu. Problemem jest też brak ukraińskiego neonu, niezbędnego do laserów wykorzystywanych przy produkcji półprzewodników. 

Jeśli Chiny w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości zaatakują Tajwan będzie to wojna właśnie o półprzewodniki, których Tajwan jest największym na świecie producentem. Takie starcie miałoby więc nieobliczalne konsekwencje dla światowej gospodarki, a wiele branż zapewne całkowicie by upadło... Siłą rzeczy wywołuje to na rynku ogromny niepokój. W dodatku ewentualne sankcje Zachodu wobec Chin, będących jego największym handlowym partnerem, miałyby skutki uboczne znaczenie poważniejsze od sankcji nałożonych na Rosję. 

Miejmy nadzieję, że do otwarcia drugiego frontu w Azji jednak nie dojdzie. Tak czy siak czeka nas jakiś kryzys o bliżej nieokreślonej skali, co utrudnia planowanie i wstrzymuje dalekosiężne inwestycje. Polska niestety dołożyła do własnej katastrofy wielkie programy socjalne i płace rosnące dwukrotnie szybciej od wydajności, co skutkuje teraz największym spadkiem PKB w całej Unii Europejskiej. Skala naszego spowolnienia zaskoczyła nawet ekspertów, choć wszyscy wieszczyli że wchodzimy już w okres stagflacji, spadku popytu i wzrostu bezrobocia, a przegrzany rynek czeka zimny prysznic. 

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

WODY POLSKIE


 Gówno przekroczyło masę krytyczną i szambo w końcu wybiło - dosłownie i metaforycznie, bo toksyny skaziły nie tylko Odrę i Ner, ale także wizerunek Polski. Nawet gdyby był to ruski ekoterror, to i tak nie możemy umyć rąk od odpowiedzialności, zwłaszcza w takiej pełnej rybiego ścierwa polskiej wodzie. Otóż całkiem niedawno nasi niestrudzeni reformatorzy przeprowadzili najbardziej radykalną reformę gospodarki wodnej na całym kontynencie euroazjatyckim w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, powołując gigantyczne i centralistyczne przedsiębiorstwo Wody Polskie zatrudniające 6,5 tysiąca ludzi, z wiadomym zresztą skutkiem. Fantastyczne wizje rozwijania żeglugi śródlądowej przy pomocy socrealistycznych w swym rozmachu inwestycji, a także nawadniania obszarów o szczególnym znaczeniu dla rolnictwa, będą niestety musiały poczekać, gdyż przenikliwi Niemcy wykryli katastrofę ekologiczną, a tych eurofaszystów nie można uciszyć tak jak polskich wędkarzy. Pechowo trucizny nazbierało się tyle, że nie spłynęła dość szybko do śmierdzącego ropą Bałtyku.

Co ciekawe Główny Inspektorat Ochrony Środowiska miał rzekomo badać wodę codziennie... Albo robił to nieudolnie, albo postanowiono ukryć prawdę nie tylko przed Niemcami, ale też Polakami, żeby nie stresować ich dodatkowo, skoro już cierpią z powodu drożyzny i boją się zimy. Co prawda gdyby woda płynęła z północy na południe (co wydają się sugerować prawicowi publicyści), to Niemców można by obwinić za tą całą niepotrzebną aferę, a tak trzeba szukać sprawcy w swoim własnych kraju i jeszcze płacić informatorom po milionie złotych... Swoją drogą szkoda że nic na ten temat nie wiem, bo chętnie sprzedałbym swoich wspólników... Ciekawe kto zadzwonił pierwszy z donosem, bo już od lat różni złośliwi ekolodzy próbują ukrócić trucicielskie praktyki firmy Jack Pol z Oławy, bezceremonialnie spuszczającej ścieki przemysłowe do Odry. Oczywiście prezes spółki oświadczył, że nie nie ma z całym tym syfem nic wspólnego, jednak według licznych świadków już od kilkudziesięciu dni do wody spływały z zakładu szerokim strumieniem cuchnące chemikalia... O pierwszym takim toksycznym procederze w wykonaniu Jack Pol aktywiści alarmowali już w 2009 roku. 

Lecz władze Oławy (poniekąd odpowiedzialne za tolerowanie takich praktyk) oświadczają jakoby skażenie Odry zaczynało się już 9 km wcześniej, we wsi Lipki, gdzie ponoć znaleziono pierwsze śnięte ryby, które jak wiadomo psują się od głowy... Dużo się mówi też przecież o ewentualnym zasoleniu Odry przez górnictwo węgla kamiennego, co jest związane z wypływem wód do wyrobisk górniczych, gdzie ulegają silnemu zanieczyszczeniu, a następnie są wypompowywane i zrzucane do powierzchniowych cieków. Tym sposobem dwie największe polskie rzeki (Wisła i Odra) są zasalane praktycznie już u swoich źródeł - trafia tam do nich rocznie około 4 mln ton soli. Obniżony poziom wód plus zwiększone ostatnio wydobycie węgla (spowodowane kryzysem energetycznym) mogły doprowadzić go gwałtownego skoku zasolenia skutecznie uśmiercającego cały ekosystem. Byłby to totalny blamaż polskiego "czarnego socjalizmu", od lat domagającego się krzykami krewkich związkowców (nieskorych do zmiany pracy na mniej płatną) dotowania nierentownych kopalni i blokowania transformacji energetycznej, za co teraz musimy bardzo słono płacić. Cień podejrzeń pada też na państwowego giganta, Grupę Azoty, który stanowczo odcina się od sprawy.


Być może doszło tutaj do synergii różnych szkodliwych czynników i dopiero tak wytworzył się toksyczny koktajl... Być może katastrofa była intencjonalnym działaniem wrogich (rosyjskich lub białoruskich) służb, wpisującym się w logikę wojny hybrydowej, choć bez znajomości faktów lepiej nie tworzyć wydumanych teorii spiskowych. Gdy mnożą się spekulacje, faktów tymczasem oficjalnie żadnych nie ma...  Eksperci badający sprawę ciągle zwlekają z jasnym werdyktem. Coś mi mówi, że niedługo będziemy mieli w Polsce wysyp domorosłych publicystycznych i internetowych hydrologów (i to na domiar złego strasznie politykujących), ale będzie to tylko nową odsłoną polskiego piekiełka. Opłacani trolle i pożyteczni idioci mają ostatnio naprawdę wiele do roboty - przecież co chwilę dochodzi do jakichś kryzysów, tragedii i katastrof wymagających "właściwej interpretacji". O całą sprawę można obwinić Tuska i Niemców, a nawet komunistów, lecz nie zmienia to prawdy, że w państwie rządzonym od długich lat przez Prawo i Sprawiedliwość system kompletnie nie działa.  

sobota, 6 sierpnia 2022

TWIERDZA Z KOŚCI SŁONIOWEJ


 Lubimy dzielić ludzi na "otwartych" i "zamkniętych w sobie", bo taki opis najlepiej odpowiada temu co widzimy. Statystycznie większość z nas znajduje się gdzieś pomiędzy tymi biegunami - najczęściej cechuje nas przeciętne natężenie cech tych typów. Sprawa dotyczy jednak tego jak mózgi przetwarzają informacje i reagują na bodźce, czyli uwarunkowań biologicznych, na które oczywiście w pewnym stopniu nakładają się - kształtujące plastyczny mózg - uwarunkowania społeczne. Popularny w psychologii podział na ekstrawertyków i introwertyków, tak naprawdę opisuje tylko dwie przeciwstawne skrajności, jakie cechują zarządzanie energią na poziomie psychofizjologicznym, co skutkuje odmiennymi skłonnościami jednostek w relacjach międzyludzkich.  

Obserwacje psychologów wskazują, że już zachowanie czteromiesięcznych niemowląt pozwala ocenić czy staną się introwertykami, czy ekstrawertykami. Introwertycy już od wczesnego dzieciństwa są bardziej wrażliwi na bodźce zewnętrzne, dlatego częściej się od nich izolują, przez co paradoksalnie bywają postrzegani jako niewrażliwi, wycofani i aspołeczni. Ekstrawertycy, słabiej odbierający bodźce, potrzebują silniejszej stymulacji i nagród zewnętrznych, więc bywają bardziej towarzyscy, oraz skłonni do rywalizacji i podejmowania wyzwań - napędza ich dopamina, uruchamiająca układ współczulny, odpowiadający za mobilizację do działania i walki. W mózgach introwertyków dominuje natomiast neuroprzekaźnik zwany acetycholiną, skłaniający do większej samokontroli i troski o bezpieczeństwo. 


Acetycholina sprawia, że czujemy się dobrze zwracając się wewnątrz siebie, gdyż łączy się z przywspółczulną częścią układu nerwowego, aktywującą długą drogę przetwarzania bodźców ze świata zewnętrznego. Dlatego introwertycy dłużej podejmują decyzje. Cechuje ich również grubsza materia szara w korze przedczołowej, co skutkuje przeznaczaniem większej ilości energii na myślenie abstrakcyjne.  Mózg ekstrawertyka preferuje natomiast krótszą ścieżkę przetwarzania informacji, umożliwiającą szybsze podejmowanie decyzji i bycie aktywnym oraz czujnym. Jednocześnie cieńsza istota szara w obszarze kory przedczołowej ekstrawertyków obniża ich zahamowania społeczne i czyni bardziej spontanicznymi oraz skłonnymi do ryzyka.

Nie ma co wartościować ekstrawertyków względem introwertyków (i odwrotnie) ponieważ oba te sposoby myślenia i reagowania okazywały się ewolucyjnie skuteczne i dlatego kody aktywujące te mechanizmy zachowały się w puli genowej. Co prawda ekstrawertyków jest na tym świecie nieco więcej i to oni - jako najbardziej aktywni i dążący do sukcesów- nadają mu ton, ale etykietowanie introwertyków jako słabych i bojaźliwych mija się z prawdą. Introwertycy są przecież mniej egocentryczni i powierzchowni, a ich relacje, choć mniej liczne, z reguły są głębsze. Ponieważ introwertycy są ostrożniejsi i skłonniejsi do refleksji bywają też bardziej odpowiedzialni, kreatywni i analityczni, a także niezależni.

poniedziałek, 25 lipca 2022

WEJŚCIE SMOKA


 Żeby przetrwać zwierzęta muszą poznawać swoje otoczenie i reagować na zmiany w nim. Jeszcze lepiej jest samemu wywoływać zmiany korzystne dla siebie. Ten imperatyw biologiczny doprowadził do rozwoju ludzkiej ciekawości, gdyż gromadzenie większej ilości danych pozwala lepiej programować zachowanie. Tylko opierając się na zgromadzonych informacjach możemy decydować co robić dalej. W przeszłości doszukiwać się możemy wzorców, które po uwzględnieniu pewnych zmian nadal mogą obowiązywać. Poznając historię ludzkości nie tylko lepiej możemy zrozumieć przyczyny kształtujące współczesność, ale też prawa procesu dziejowego.

Na tej podstawie możemy zakładać, że historia ma jakiś kierunek. I rzeczywiście całkiem niedawno niektórzy wieszczyli nieuchronną demokratyzację, liberalizację i globalizację, mającą być naturalną konsekwencją wyczerpania innych form ustrojowych. Dziś tezę o "końcu historii" traktuje się jako przejaw niepoprawnego optymizmu, choć swego czasu wiara w nią była powszechna - po upadku komunizmu wszyscy pragnęli tylko wolności i dobrobytu. Motywacje ludzi, a już zwłaszcza przywódców politycznych są jednak bardziej złożone. Jeśli kogoś naśladujemy to znaczy, że jeszcze chcemy mu dorównać, a kiedy mu dorównamy to już chcemy go prześcignąć. Zawsze pragniemy pokoju, ale na własnych warunkach.

I tu dochodzimy do tak zwanej "pułapki Tukidydesa". Ten starożytny grecki historyk uważał, że konflikt peloponeski był nieunikniony, bo wschodzące mocarstwo zawsze ostatecznie zderza się z tym dominującym. Wielu analityków obawia się, że rywalizacja Chin ze Stanami Zjednoczonymi może być taką zamykającą się pułapką. Im bliżej punktu wzajemnego wyrównania potencjałów, tym prawdopodobieństwo takiego starcia rośnie, a to z pewnością oznaczałoby globalny konflikt, bo dla Ameryki Tajwan jest dużo ważniejszy od Ukrainy. Historia dostarczyła nam co prawda różnych srogich lekcji, ale i tak jesteśmy tylko jej zakładnikami.

Swego czasu kapitał finansowy i intelektualny Wuja Sama wzmacniał Państwo Środka, nie tylko żeby produkować tam tanie buble, ale też szachować ojczyznę światowego proletariatu. Dziś kiedy Zachód mierzy się z narastającą ekspansją gospodarczą, polityczną, a nawet wojskową (choć na razie pokojową) naszych licznych żółtych braci, zdeklasowana trzy dekady temu Moskwa znów podnosi swój pusty czerep, aby morderczą defiladą ugrać swoje trzy grosze. Zdaniem wielu to właśnie słabnąca pozycja Zachodu względem Chin ośmieliła Putina do brutalnej destabilizacji Europy... Wojnę w Ukrainie można traktować jako fragment większej rozgrywki także dlatego, że odciąga ona uwagę Stanów Zjednoczonych od rejonu  Indopacyfiku, na czym zależy właśnie Chinom.

Jeśli Chiny nadal ociągają się z inwazją na Tajwan, to pewnie nie są jeszcze na nią gotowe. Tym bardziej, że rosyjska awantura ukazuje im jak dobrze trzeba być dzisiaj przygotowanym do takich działań - przeciwnik musi być dosłownie przytłoczony, gospodarka odporna na sankcje, a przestrzeń informacyjna w pełni kontrolowana. Być może potrwa to jeszcze lata, lecz ryzyko chińskiej inwazji wydaje się diametralnie rosnąć. W ostatnim czasie dochodzi do coraz liczniejszych przechwyceń przez chińskie samoloty i okręty jednostek z Japonii, Kanady, Australii, Filipin i Wietnamu, oraz innych niebezpiecznych interakcji w regionie. 

Nieoficjalnie mówi się też o depeszy ostrzegającej przed odpowiedzią militarną w razie zapowiadanej na sierpień wizyty przewodniczącej Izby Reprezentantów Kongresu USA Nancy Pelosi na Tajwanie. Doniesienia amerykańskiego wywiadu wskazują zresztą, że gdyby Putinowi udało się zająć Kijów i Charków na przełomie lutego i marca (tak jak zakładał) inwazja Chin na Tajwan byłaby realna. Trzeba jednak przyznać, że od wybuchu wojny sytuacja geopolityczna uległa znacznej zmianie... Zwycięstwo Ukrainy i Zachodu może jeszcze zmienić chińskie kalkulacje, tym bardziej że same Chiny muszą się ostatnio mierzyć z niespodziewanymi problemami gospodarczymi, które niestety wpłyną też na światową koniunkturę.