Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 25 lipca 2022

WEJŚCIE SMOKA


 Żeby przetrwać zwierzęta muszą poznawać swoje otoczenie i reagować na zmiany w nim. Jeszcze lepiej jest samemu wywoływać zmiany korzystne dla siebie. Ten imperatyw biologiczny doprowadził do rozwoju ludzkiej ciekawości, gdyż gromadzenie większej ilości danych pozwala lepiej programować zachowanie. Tylko opierając się na zgromadzonych informacjach możemy decydować co robić dalej. W przeszłości doszukiwać się możemy wzorców, które po uwzględnieniu pewnych zmian nadal mogą obowiązywać. Poznając historię ludzkości nie tylko lepiej możemy zrozumieć przyczyny kształtujące współczesność, ale też prawa procesu dziejowego.

Na tej podstawie możemy zakładać, że historia ma jakiś kierunek. I rzeczywiście całkiem niedawno niektórzy wieszczyli nieuchronną demokratyzację, liberalizację i globalizację, mającą być naturalną konsekwencją wyczerpania innych form ustrojowych. Dziś tezę o "końcu historii" traktuje się jako przejaw niepoprawnego optymizmu, choć swego czasu wiara w nią była powszechna - po upadku komunizmu wszyscy pragnęli tylko wolności i dobrobytu. Motywacje ludzi, a już zwłaszcza przywódców politycznych są jednak bardziej złożone. Jeśli kogoś naśladujemy to znaczy, że jeszcze chcemy mu dorównać, a kiedy mu dorównamy to już chcemy go prześcignąć. Zawsze pragniemy pokoju, ale na własnych warunkach.

I tu dochodzimy do tak zwanej "pułapki Tukidydesa". Ten starożytny grecki historyk uważał, że konflikt peloponeski był nieunikniony, bo wschodzące mocarstwo zawsze ostatecznie zderza się z tym dominującym. Wielu analityków obawia się, że rywalizacja Chin ze Stanami Zjednoczonymi może być taką zamykającą się pułapką. Im bliżej punktu wzajemnego wyrównania potencjałów, tym prawdopodobieństwo takiego starcia rośnie, a to z pewnością oznaczałoby globalny konflikt, bo dla Ameryki Tajwan jest dużo ważniejszy od Ukrainy. Historia dostarczyła nam co prawda różnych srogich lekcji, ale i tak jesteśmy tylko jej zakładnikami.

Swego czasu kapitał finansowy i intelektualny Wuja Sama wzmacniał Państwo Środka, nie tylko żeby produkować tam tanie buble, ale też szachować ojczyznę światowego proletariatu. Dziś kiedy Zachód mierzy się z narastającą ekspansją gospodarczą, polityczną, a nawet wojskową (choć na razie pokojową) naszych licznych żółtych braci, zdeklasowana trzy dekady temu Moskwa znów podnosi swój pusty czerep, aby morderczą defiladą ugrać swoje trzy grosze. Zdaniem wielu to właśnie słabnąca pozycja Zachodu względem Chin ośmieliła Putina do brutalnej destabilizacji Europy... Wojnę w Ukrainie można traktować jako fragment większej rozgrywki także dlatego, że odciąga ona uwagę Stanów Zjednoczonych od rejonu  Indopacyfiku, na czym zależy właśnie Chinom.

Jeśli Chiny nadal ociągają się z inwazją na Tajwan, to pewnie nie są jeszcze na nią gotowe. Tym bardziej, że rosyjska awantura ukazuje im jak dobrze trzeba być dzisiaj przygotowanym do takich działań - przeciwnik musi być dosłownie przytłoczony, gospodarka odporna na sankcje, a przestrzeń informacyjna w pełni kontrolowana. Być może potrwa to jeszcze lata, lecz ryzyko chińskiej inwazji wydaje się diametralnie rosnąć. W ostatnim czasie dochodzi do coraz liczniejszych przechwyceń przez chińskie samoloty i okręty jednostek z Japonii, Kanady, Australii, Filipin i Wietnamu, oraz innych niebezpiecznych interakcji w regionie. 

Nieoficjalnie mówi się też o depeszy ostrzegającej przed odpowiedzią militarną w razie zapowiadanej na sierpień wizyty przewodniczącej Izby Reprezentantów Kongresu USA Nancy Pelosi na Tajwanie. Doniesienia amerykańskiego wywiadu wskazują zresztą, że gdyby Putinowi udało się zająć Kijów i Charków na przełomie lutego i marca (tak jak zakładał) inwazja Chin na Tajwan byłaby realna. Trzeba jednak przyznać, że od wybuchu wojny sytuacja geopolityczna uległa znacznej zmianie... Zwycięstwo Ukrainy i Zachodu może jeszcze zmienić chińskie kalkulacje, tym bardziej że same Chiny muszą się ostatnio mierzyć z niespodziewanymi problemami gospodarczymi, które niestety wpłyną też na światową koniunkturę.    

czwartek, 21 lipca 2022

EKOLOGIA PRZEMYSŁOWA


 Obserwowany globalny wzrost średnich temperatur przekłada się nie tylko na ostatnio doskwierające nam upały, ale też wiedzie do niekorzystnych zmian środowiskowych, które w nadchodzących latach ograniczać będą rozwój naszej cywilizacji. Susze, pożary i ekstrema pogodowe powoli stają się czymś zwyczajnym. Pomimo tego wielu z nas wciąż sprowadza kwestie klimatyczne do spraw ideologicznych i światopoglądowych, a nawet politycznych. 

Stereotypowy ekolog to wojujący lewak, zachłyśnięty zachodnią modą na wygodny i niegroźny buncik. W rzeczywistości totalitarne lewicowe reżimy ścigając się z gospodarkami kapitalistycznymi niezbyt zwracały uwagę na środowisko naturalne, a kulturowy "ekologizm" narodził się raczej w kręgach hipisowskich, kwestionujących dotychczasowe normy obyczajowe i konsumpcyjne. W sensie ścisłym ekolog nie jest jednak egzaltowanym aktywistą. ale specjalistą badającym zależności między organizmami a ich środowiskiem.

I choć zmiany klimatyczne widać gołym okiem, a wpływ ludzkości na ich intensywność ma solidne uzasadnienie naukowe, zachłanni technofile uparcie sprowadzają "zielone" wizje do miana zagrażającej konsumpcyjnemu dobrobytowi utopii. Obiektywnie na to patrząc jesteśmy wszak w sytuacji najbardziej dla naszego gatunku komfortowej - obecnie na Ziemi egzystuje osiem miliardów ludzi, czyli dwa razy więcej niż jeszcze w roku 1974, a to wszystko wskutek "szkodliwego" rozwoju cywilizacyjnego, zapewniającego szerokim masom - jeśli nie pracę, to przynajmniej żywność i leki.

Przyszłość naszego gatunku wydaje się więc zasadniczo niezagrożona, oczywiście w pewnych ramach czasowych nieuwzględniających nieuniknionych katastrof kosmicznych i tak dalej... Po cholerę więc bić na alarm? Zdaniem niektórych grozi nam co prawda przeludnienie, to znaczy przesycenie ludnością możliwości środowiska, co skutkować by musiało wyczerpaniem jego zasobów, zanieczyszczeniem i radykalnymi zmianami klimatu. Ale co najwyżej zredukowałoby to liczbę homo sapiensów do bardziej stosownej... W końcu kiedyś było nas zaledwie kilka tysięcy, a i tak zdołaliśmy skolonizować całą planetę. Najbardziej boimy się jednak upadku systemu zapewniającego nam konsumpcyjne dobrodziejstwa kapitalizmu...

Wszak w obliczu ogromnych zawirowań społecznych i politycznych takich jak masowe migracje z terenów pustynniejących spodziewać się moglibyśmy tutaj hord nieproduktywnych "barbarzyńców", domagających się równego nam socjalnego statusu. Także w naszej części świata ekstremalne zjawiska pogodowe takie jak powodzie czy huragany generować zaczęłyby ogromne straty gospodarcze i infrastrukturalne. W dodatku nadmierny wzrost temperatur niekorzystnie odbiłby się na rolnictwie, nie tylko poprzez klęski żywiołowe, ale też zmianę stosunków wodnych, degradację gleb, zwiększone występowanie chorób i szkodników oraz rozwój gatunków inwazyjnych.

Pomimo oczywistych szkód jakie wynikną z nadchodzących zmian klimatycznych podstawowym argumentem miłośników węgla i gazów cieplarnianych jest rzekome spowolnienie gospodarki jakie ma wynikać z ochrony klimatu. I rzeczywiście patrząc z perspektywy krajów "rozwijających się" - to znaczy goniących Zachód w produkcji i konsumpcji - gadanie o zrównoważonym rozwoju przez inicjatorów rewolucji przemysłowej i posiadaczy kapitału wydaje się ograniczaniem konkurencyjności słabszych gospodarek. Co więcej również rozwinięty Zachód - wbrew ekologicznej retoryce - niechętnie się ogranicza. Czemu więc, znając potencjalne skutki obecnej polityki, wciąż uparcie ją kontynuujemy?

Nasze mózgi, choć zdolne do przewidywania i planowania przyszłości, są jedynie narzędziami adaptacyjnymi umożliwiającymi nam osiąganie doraźnych celów związanych z doborem naturalnym, a nie urzeczywistnianiem jakiegoś idealnego dla całej ludzkości rozwiązania. Innymi słowy dążymy do maksymalizacji ewolucyjnych korzyści opierając się na instynktownych programach nawet jeśli są one niedostosowane do współczesnych realiów. Trudno nie działać we własnym interesie, działamy więc na rzecz najbliższej przyszłości, tak aby osiągnąć przewagę adaptacyjną, co czyni odległą przyszłość ludzkości zbyt abstrakcyjną by się nią zawczasu przejmować. 

sobota, 9 lipca 2022

HAJ LIFE


 Żyjemy w czasach coraz większej intensyfikacji doznań, to znaczy coraz intensywniejszej stymulacji mózgowego szlaku nagrody. Dysonans pomiędzy naszym ewolucyjnym przystosowaniem, a współczesnymi metodami "robienia sobie dobrze" najlepiej ilustrują używki, alkohol i narkotyki. Bo o ile nagradzanie pewnych zachowań jest korzystne z ewolucyjnego punktu widzenia, narkotyki nagradzają nasze mózgi przejmując kontrolę nad zachowaniem.

Wykorzystując ukształtowany w procesie ewolucji mechanizm poszukiwania przyjemności (naturalnie łączącej się z potrzebami biologicznymi i społecznymi), generują chemiczny sygnał okłamujący mózg, że używanie narkotyków zapewnia przewagę adaptacyjną, co skutkuje intuicyjnym poszukiwaniem tych substancji. Innymi słowy nałóg opanowuje naszą podświadomość i podstępnie pozbawia nas samokontroli, a następnie wzmacnia się dzięki treningowi mózgu w dostarczaniu sobie bodźców nagradzających, nawet jeśli obiektywnie są one destrukcyjne.


Im silniejsze narkotyki tym ludzie bardziej się od nich uzależniają, dlatego rynek narkotykowy zmienia się tak, żeby intensyfikować przyjemność swoich klientów, ale wcale nie dla ich dobra tylko dla zysku. Zaburzając bowiem równowagę neurochemiczną z czasem osłabia ich wrażliwość na bodźce nagradzające innego typu, co skutkuje nie tylko coraz silniejszym przywiązaniem do prochów, ale też spadkiem zadowolenia z życia na trzeźwo. Z czasem "zwykłe" życie staje się nijakie, a jedynym sposobem uniknięcia dyskomfortu jest chemiczna stymulacja.

Eksperymenty z narkotykami mogą więc prowadzić do rozregulowania naszej psychiki i motywacji, i niejako to jest celem dystrybutorów tych środków, dążących do zbudowania sobie sieci stałych odbiorców. Żeby biznes miał sens klient musi chcieć więcej i więcej. I dotyczy to nie tylko narkotyków, lecz też całej gamy innych przyjemności, które oferuje nam współczesny świat. Konkurencja wymusza intensyfikację działania dostarczanych nam produktów, tak abyśmy coraz bardziej się od nich uzależniali i za nie płacili.

Nawet zwykłe słodycze, hamburgery czy chipsy są dla naszego ukształtowanego poza cywilizacją układu nagrody czymś nadmiernie przyjemnym, od czego łatwo można się uzależnić. W odpowiedzi na podanie cukru, ale też soli czy glutaminianu sodu mózg odczuwa przyjemność, choć naturalnie nie występują one w formie tak skoncentrowanej jak w przetworzonej żywności. Z tego też powodu producenci nie szczędzą nam tych uzależniających dodatków.

Do tego dochodzi szereg innych łatwo dostępnych przyjemności - od telewizji i internetu przez zakupy po pornografię i hazard - przy tworzeniu których zatrudniani są psycholodzy, głowiący się najbardziej nad tym jak budować konsumenckie nawyki. Korzystanie z różnych urządzeń staje się dla nas czymś rutynowym. Zwykły smartfon dostarcza nam strumienia mikroprzyjemności przywiązującego naszą uwagę i motywację do dostarczanych treści. Choć nie zdajemy sobie z tego sprawy w świecie wiecznych przyjemności każdy z nas jest od czegoś uzależniony i aby nie dać się zmanipulować musi inteligentnie zarządzać własną konsumpcją. 

sobota, 25 czerwca 2022

PARADOKS STRESU


 Historia człowieka to historia jego cywilizacji - tak przynajmniej to widzimy. To co było wcześniej bardziej niż ludzkie wydaje się nam zwierzęce. A już z pewnością dzikie i prymitywne. Sęk w tym, że człowiek prehistoryczny - o ile mówimy o tym identycznym nam w sensie anatomicznym - był potencjalnie taką samą istotą jak my. Różnica między nami a przysłowiowymi jaskiniowcami wynikała z wpływu środowiska na to kim jesteśmy. Jeśli więc jesteśmy mądrzejsi od dzikusów to tylko dlatego, że dane nam było doświadczać innego rodzaju stymulacji,  zwłaszcza w tak zwanych okresach krytycznych, kiedy to byliśmy najbardziej plastyczni czyli podatni na wpływy. Ale na najbardziej emocjonalnym poziomie odczuwamy świat w podobny sposób co nasi pierwsi gatunkowi przodkowie. Kierują nami te same namiętności, skłaniające do poszukiwania miłości i bezpieczeństwa, a także walki o zasoby i pozycję społeczną.

Te ostatnie aspekty łączą się z rywalizacją czyli w pewnym sensie z agresją, lecz budowanie cywilizacji wymagało jej poskromienia - oczywiście mówiąc metaforycznie, bo cywilizacja nie była celem tylko skutkiem ubocznym znakomitej współpracy jaką zawiązywaliśmy początkowo dla wspólnych przedsięwzięć łowieckich i ochrony przed drapieżnikami (a potem też wrogimi plemionami). Tak specyficznie ludzkie emocje jak poczucie winy czy wstydu, a także lęku przed stresorami społecznymi, są po prostu ewolucyjną odpowiedzią na wyjątkowe połączenie współpracy i agresji, które umożliwiło nam tworzenie nadzwyczaj złożonych wspólnot i globalną dominację. Nadmierna skłonność do przemocy czyniłaby wielkoskalową współpracę niemożliwą - funkcjonowanie w złożonym środowisku społecznym wymagało więc dodatkowych emocjonalnych zabezpieczeń przed agresją i łamaniem norm. Niestety poczucie winy i wstyd oraz lęk stają się w dzisiejszym pełnym zależności świecie czymś chronicznym, wynikającym z rosnących wymagań społecznych którym wciąż usiłujemy sprostać.



Stres fizjologiczny ukształtował się początkowo jako neuronalny i hormonalny mechanizm mobilizujący organizm do wzmożonego działania w obliczu zagrożenia (walki lub ucieczki). Sęk w tym, że zagrożenia w czasach prehistorycznych miały charakter wręcz egzystencjalny. Bez stresu nie byłoby życia. W obliczu zmagań z bezwzględnymi siłami przyrody i widmem głodu funkcjonowanie w obrębie grupy miało szczególne znaczenie, więc stres społeczny zabezpieczający nas przed wykluczeniem był czymś jak najbardziej adaptacyjnym. W dzisiejszym zmienionym przez nasz gatunek środowisku emocjonalne reagowanie na sytuacje społeczne bywa jednak często zbyt radykalne. Trudna rozmowa z szefem czy towarzyska gafa mogą co prawda mieć chwilowe konsekwencje, ale wdrukowane w nas biologiczne mechanizmy mogą nie odróżniać ich od śmiertelnego zagrożenia i nadmiernie nas pobudzać. Ponieważ cywilizacja zmienia nasze środowisko szybciej niż jesteśmy się w stanie do niego dostosować - nie tylko w sensie ewolucyjnym, lecz też społecznym - jesteśmy ciągle narażeni na stres, a niekiedy ciągle zestresowani. Taka ciągła mobilizacja organizmu zaburza natomiast równowagę energetyczną. 

Każdy organizm aby trwać jako zorganizowany system, a nie chaotyczna mieszanina białek, musi podtrzymywać swoją organizację w procesie homeostazy - chodzi tu o samoregulację procesów biologicznych wobec zmiennych warunków zewnętrznych. Istotnym aspektem homeostazy jest podtrzymywanie funkcjonowania organizmu przy wydatkowaniu możliwie najmniejszej ilości energii. Stąd bierze się choćby lenistwo. Oczywiście śmiertelne zagrożenie dla organizmu wymaga zapobiegania potencjalnym szkodom, więc stres służy właśnie podtrzymywaniu homeostazy. Uwolnienie hormonów stresu jest w tym kontekście inwestycją naszego mózgu w przetrwanie. Gdyby nasz mózg był racjonalny (a jest nim w mniejszym stopniu niż zwykliśmy przypuszczać), inwestowałby zasoby ciała stosownie do danej sytuacji. Głęboko zakorzeniony w naszej ewolucyjnej historii "instynkt stresu", przy współczesnych warunkach (ustawicznym pośpiechu, presji osiągnięć i wykonywaniu zadań wymagających sporych kompetencji, a także konieczności utrzymywania złożonych relacji) zbyt często jednak "bije na alarm". To czy się stresujemy czy nie, nie wynika ze świadomych decyzji, tylko pracy hormonów w naszym wnętrzu.


Ponieważ organizmy dążą do homeostazy lubią działać w niezmiennych warunkach. Oczywiście poszukujemy różnego rodzaju stymulacji, lecz nie przepadamy za zbyt gwałtownymi i radykalnymi zmianami. Chociaż stres służy ochronie homeostazy, paradoksalnie wytrąca organizm z rutynowego, wolnego od stresu stanu równowagi. Dlatego jakby na to nie patrzeć, choć może być korzystny, w nadmiarze stres jest szkodliwy. Postrzegając historię ludzkości jako pasmo cywilizacyjnych dokonań, nie dostrzegamy że coraz wyższe wymagania cywilizacyjne od tysięcy lat dostarczają nam coraz nowych stresorów. Odkąd tylko ludzie zaczęli posiadać cokolwiek wartościowego zaczęli też porównywać z innymi własny stan posiadania, a u progu rozwoju technologicznego już pierwsi wytwórcy kamiennych narzędzi porównywali rezultaty swojej pracy z dokonaniami innych. W bezpieczniejszym i sytym świecie nie czujemy się więc bezpieczniejsi i syci. 

sobota, 4 czerwca 2022

KAPRYSY HISTORII


Efekt Krugera-Dunninga wskazuje, że im wiemy mniej tym bardziej jesteśmy pewni siebie - nie znając własnych deficytów nie wiemy, że nic nie wiemy. Przeciwieństwem tego zjawiska jest syndrom uzurpatora, kiedy jednostki świadome własnych ograniczeń czują się w swoich rolach "oszustami", a nie specjalistami. Eksperci mają tendencję do zaniżania swoich kompetencji, a ignoranci do ich przeceniania.

Na jakimś poziomie zadufany w sobie głupiec może więc wyprzedzić pełnego wątpliwości mędrca, bo szybciej podejmuje decyzje i ma bardziej wodzowską minę. Zresztą często - pomimo wszystkich niuansów - nawet przypadkowe działanie okazuje się lepsze od braku działania. Kiedy jednak czujemy, że nasza wiedza jest niepełna pojawia się ciekawość - tylko poczucie niedoskonałości pobudza do rozwoju. Dlatego iluzja wiedzy jest bardziej niebezpieczna od jawnej luki informacyjnej.

Wszyscy dążymy do pozyskiwania informacji, koniecznych do podejmowania decyzji. Ale często podejmujemy decyzje w oparciu o wątpliwą "wiedzę". Podobno wszyscy Polacy znają się na piłce nożnej i polityce. No i na leczeniu - zwłaszcza w czasach covid-19. Wszyscy też są świetnymi kierowcami, kochankami i ekonomistami, a zwłaszcza mistrzami w zwalczaniu inflacji. Ostatnio zaś pochłaniają nas sprawy Ukrainy, lecz szczerze mówiąc już powoli zaczynają nas nudzić, bo obrazki ruin i masowych grobów zdają się tak podobne do siebie, że przestają się od siebie odróżniać.


Niemniej wzrosty cen energii i żywności ciągle przypominają nam o tym, iż zaczyna się nowa zimna wojna Zachodu ze Wschodem, a nasze wypchane kartami płatniczymi portfele będą jej ofiarami. Jednocześnie sytuacja w "zjednoczonej" Europie się komplikuje, ujawniając narodowe i gospodarcze egoizmy, bo nie wszyscy są gotowi mniej konsumować, nawet w obliczu medialnego ludobójstwa. 

Ludzie wydają się zaskoczeni przebiegiem wypadków bo uwierzyli w kłamstwa o silnej gospodarce i walucie, a także wiecznej stabilizacji geopolitycznej naszego wielce ucywilizowanego kontynentu. Niemcy miały dotować nas tak długo aż ich prześcigniemy, socjalne rozdawnictwo miało stymulować popyt wewnętrzny, lockdown miał się się rozejść po kościach dzięki kredytom i kreatywnej księgowości, a zacofana i zazdrosna Rosja miała tylko prężyć muskuły i siać ferment w internecie, pozostając niesfornym zakładnikiem własnych stosunków handlowych. Prawda okazała się zgoła inna, a pesymizm bardziej realistyczny.

Owoce niedawnej "prosperity" zostały przechulane, a rząd rozdaje teraz pożyczone pieniądze i targuje się z europejskimi instytucjami. Zbyt ekspansywna polityka fiskalna przegrzała gospodarkę, a na rynku znalazło się za wiele pieniądza, przez co stajemy się coraz biedniejsi. Intuicyjnie więc domagamy się podwyżek płac, socjalnych dodatków i cenowych interwencji, choć to tylko dolewanie oliwy do ognia. Nikt jednak nie weźmie na siebie społecznego ciężaru bycia drugim Balcerowiczem, dopóki radykalne rozwiązania nie staną się koniecznością. W mediach rozgorzała populistyczna licytacja, a naród domaga się reklamowanych produktów. 


Rosja kieruje się własną imperialistyczną logiką i nie zważając na powiązania gospodarcze z Europą terroryzuje jej peryferia hordami azjatyckich dzieciojebców. Bardzo chcielibyśmy wierzyć, że robi to na własną zgubę, ale nasz ukraiński sąsiad ponosi o wiele dotkliwsze straty ludzkie i gospodarcze, zamieniając się de facto w państwo upadłe, funkcjonujące dzięki zachodniej pomocy, co w przyszłości wróży mu niestabilność polityczną. Europejskim "pragmatykom" z Niemiec, Francji czy Włoch zależy co prawda na powstrzymaniu rosyjskiego rewizjonizmu, lecz tylko w imię obrony dotychczasowego porządku i licząc na normalizację stosunków w kwestiach energetycznych. Węgrzy otwarcie przyznają, że obchodzą ich tylko własne interesy. 

Nad Afryką wisi widmo głodu, a związane z tym niepokoje społeczne mogą mieć reperkusje też na południu Europy. Stany Zjednoczone wspierają Ukrainę tylko na tyle, żeby sprawiała problem Rosji... Nikt tak naprawdę nie wie, co za potwór mógłby zastąpić obecnego - lecz już nam znanego. Przypomnijcie sobie do czego doprowadził upadek caratu czy jak powstało Państwo Islamskie. Chiny osaczają Tajwan patrolami z wody i powietrza, a Turcja wkracza na terytorium Syrii.
 

wtorek, 3 maja 2022

PASTERZ BARANÓW

 


Piusa XII często nazywa się "papieżem Hitlera". A to dlatego, że prowadził wobec tego okrutnego zbrodniarza i jego systemu politykę co najmniej dwuznaczną. I to nawet po zakończeniu wojny, kiedy reżim hitlerowski już nie istniał, a jego przedstawiciele szukali dróg ucieczki przed sprawiedliwością. W bezpiecznej ewakuacji z Europy do Ameryki Południowej Watykan pomagał takim kreaturom jak Joseph Mengele czy Adolf Eichmann - i rzeszy innych. Dzisiaj podobnie szokującą postawą wykazuje się papa Franciszek, bredzący o "szczekaniu NATO pod drzwiami Rosji" i chęci spotkania z krwawym Władimirem. 

Najbardziej fanatyczni wyznawcy katolicyzmu domniemywać muszą, że ich nieomylny pasterz musi mieć jakieś głębokie powody, żeby opowiadać takie farmazony. Spekuluje się choćby, że prowadzi jakąś bardzo wyrafinowaną dyplomatyczną grę, mającą na celu udobruchanie Władka i przekonanie go, że ludobójstwo nie jest konstruktywne. W prawosławno-sowieckiej kulturze papieski autorytet jest jednak w zasadzie zerowy. Przypuszczalnie zwiedziona wizjami tajnych negocjacji i swojej wielkiej w nich roli, a może też chwały mediatora, teologiczna wyrocznia stanie się więc tylko pożytecznym idiotą w cynicznej grze kremlowskiego zbrodniarza.


Kościół uważa, że jego zadaniem jest wskazywać drogę, to znaczy mówić ciemnemu ludowi co jest dobre a co złe. Tym właśnie kler uzasadnia sens swojego ekonomicznego pasożytnictwa. W wyrażaniu sądów moralnych kapłani są często bardzo radykalni, gdyż wartości tych mianowali się obrońcami. Gdy jednak sprawa zaczyna dotyczyć ich samych, zaczynają relatywizować, usprawiedliwiać, rozumieć... We własnym kontekście mówią o "słabościach i pokusach" dostrzegając całe sytuacyjne spektrum łamiące "niedoskonałego człowieka" i  skłaniające go do niegodziwości. Podobnie rzecz przedstawia się w watykańskiej historyjce o "sprowokowaniu" Putina i jego bezmyślnej hordy do masowej rzezi. Najwidoczniej więc Watykan ma w tym jakiś bliżej nieokreślony interes.

Możliwe zatem, że w przyszłości niektórzy nazywać będą Franciszka "papieżem Putina". Dostawy broni na Ukrainę wystarczającą wpisują się przecież w chrześcijańską doktrynę obronnej wojny sprawiedliwej, więc nie trzeba zasłaniać się tu żadną abstrakcją teologiczną i mówić o powszechnej winie... Bardziej niż rozumieniem intencji agresora wypadałoby zająć się losem słabych i pokrzywdzonych, co wydaje się logiczną konsekwencją Ewangelii. Jeśli natomiast uznamy, że papież ma dobre intencje tylko dał się omamić - ignorując dowody nieludzkich zbrodni - świadczyć to może o naiwności graniczącej z głupotą. Ech, niełatwo być instytucjonalnym autorytetem - trzeba znać się nie tylko na teologii...

wtorek, 5 kwietnia 2022

CZĄSTKI PRAWDY


W fizyce kwant to najmniejsza niepodzielna porcja wielkości fizycznej. Qantum to termin który pojawił się dopiero w łacinie i dotyczył wielkości mierzalnych. Sama idea pojawiła się już w starożytnej Grecji. Na dobrą sprawę sam atom Demokryta był przerośniętym "kwantem masy", gdyż filozof domniemywał jego niepodzielności. Z kolei Epikur spekulował o dyskretności (to znaczy nieciągłości) przestrzeni i czasu. Dziś już wiemy, że rzeczywistość w najmniejszej skali nie ma wartości pośrednich, dzielących się w nieskończoność.

Kwantowa rewolucja zaczęła się jednak dopiero z początkiem XX wieku, ale najpierw była jedynie eksperymentem teoretycznym. Ponieważ próby dopasowania wiedzy do obserwacji nie dawały rezultatów, niemiecki fizyk Max Planck przyjął model w którym światło (i każdy inny rodzaj promieniowania) powinno być emitowane w ściśle określonych porcjach nazwanych potem fotonami. Wcześniej uważano światło za rodzaj ciągłej fali.  

Dualizm falowo-korpuskularny nie jest niestety osobliwością dotyczącą tylko światła, lecz w zasadzie wszystkiego. A w dodatku na poziomie cząstek i atomów ruch nie odbywa się wedle zasad wcześniej nam znanej i jakże intuicyjnej mechaniki klasycznej, dającej deterministyczne ("pewne") wyniki, ale całkiem nowej, paradoksalnej i przewidującej jedynie możliwości statystyczne mechaniki kwantowej. W dodatku sam model mechaniki nastręcza istotnych problemów interpretacyjnych, bo nie wiadomo... co opisuje.

Fizyka z założenia powinna opisywać fundamentalną strukturę świata, a tymczasem dostępne dane nie wystarczają do sformułowania spójnej teorii. Na dobrą sprawę, to co jest przedstawiane jako mechanika kwantowa bardziej niż teorią fizyczną jest techniką dokonywania statystycznych przewidywań. A co więcej to właśnie "szkoła kopenhaska", odrzucająca wprost potrzebę sformułowania takiej teorii, narzuciła znacznej części badaczy swój subiektywny paradygmat.

Wedle interpretacji kopenhaskiej skokowa redukcja funkcji falowej układu kwantowego nie oddaje jakiejś jakościowej przemiany, gdyż fale i cząstki są tylko konstruktami przedstawiającymi obie strony tego samego zjawiska. Zdaniem Nielsa Bohra opis falowy i korpuskularny są komplementarne, to znaczy opisują tą samą rzeczywistość, przy czym granice stosowalności obu tych opisów pozwalają unikać sprzeczności.

W idącej o krok dalej interpretacji Johna von Neumanna do tego schematu pojęciowego włącza się jeszcze świadomy umysł obserwatora, a ta możliwość inspiruje dziś laików do wypisywania pseudonaukowych elaboratów z pogranicza wiedzy tajemnej.

Inne teorie mówią o spontanicznych kolapsach czy fali pilotującej cząstkę, a nawet uniwersalnej funkcji falowej dzielącej Wszechświat na światy równoległe, z których każdy odpowiada innemu stanowi układu. A całe to interpretatorskie zamieszanie wynika z faktu, że pomiar kwantowy zaburzający stan układu nie daje obiektywnej wiedzy o stanie układu między pomiarami. Pomimo wszystkich naukowych zaklęć nie wiemy co tak naprawdę reprezentuje funkcja falowa, w swej ścisłej na ten temat wiedzy ograniczając się do formalizmu matematycznego.