Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 3 maja 2022

PASTERZ BARANÓW

 


Piusa XII często nazywa się "papieżem Hitlera". A to dlatego, że prowadził wobec tego okrutnego zbrodniarza i jego systemu politykę co najmniej dwuznaczną. I to nawet po zakończeniu wojny, kiedy reżim hitlerowski już nie istniał, a jego przedstawiciele szukali dróg ucieczki przed sprawiedliwością. W bezpiecznej ewakuacji z Europy do Ameryki Południowej Watykan pomagał takim kreaturom jak Joseph Mengele czy Adolf Eichmann - i rzeszy innych. Dzisiaj podobnie szokującą postawą wykazuje się papa Franciszek, bredzący o "szczekaniu NATO pod drzwiami Rosji" i chęci spotkania z krwawym Władimirem. 

Najbardziej fanatyczni wyznawcy katolicyzmu domniemywać muszą, że ich nieomylny pasterz musi mieć jakieś głębokie powody, żeby opowiadać takie farmazony. Spekuluje się choćby, że prowadzi jakąś bardzo wyrafinowaną dyplomatyczną grę, mającą na celu udobruchanie Władka i przekonanie go, że ludobójstwo nie jest konstruktywne. W prawosławno-sowieckiej kulturze papieski autorytet jest jednak w zasadzie zerowy. Przypuszczalnie zwiedziona wizjami tajnych negocjacji i swojej wielkiej w nich roli, a może też chwały mediatora, teologiczna wyrocznia stanie się więc tylko pożytecznym idiotą w cynicznej grze kremlowskiego zbrodniarza.


Kościół uważa, że jego zadaniem jest wskazywać drogę, to znaczy mówić ciemnemu ludowi co jest dobre a co złe. Tym właśnie kler uzasadnia sens swojego ekonomicznego pasożytnictwa. W wyrażaniu sądów moralnych kapłani są często bardzo radykalni, gdyż wartości tych mianowali się obrońcami. Gdy jednak sprawa zaczyna dotyczyć ich samych, zaczynają relatywizować, usprawiedliwiać, rozumieć... We własnym kontekście mówią o "słabościach i pokusach" dostrzegając całe sytuacyjne spektrum łamiące "niedoskonałego człowieka" i  skłaniające go do niegodziwości. Podobnie rzecz przedstawia się w watykańskiej historyjce o "sprowokowaniu" Putina i jego bezmyślnej hordy do masowej rzezi. Najwidoczniej więc Watykan ma w tym jakiś bliżej nieokreślony interes.

Możliwe zatem, że w przyszłości niektórzy nazywać będą Franciszka "papieżem Putina". Dostawy broni na Ukrainę wystarczającą wpisują się przecież w chrześcijańską doktrynę obronnej wojny sprawiedliwej, więc nie trzeba zasłaniać się tu żadną abstrakcją teologiczną i mówić o powszechnej winie... Bardziej niż rozumieniem intencji agresora wypadałoby zająć się losem słabych i pokrzywdzonych, co wydaje się logiczną konsekwencją Ewangelii. Jeśli natomiast uznamy, że papież ma dobre intencje tylko dał się omamić - ignorując dowody nieludzkich zbrodni - świadczyć to może o naiwności graniczącej z głupotą. Ech, niełatwo być instytucjonalnym autorytetem - trzeba znać się nie tylko na teologii...

wtorek, 5 kwietnia 2022

CZĄSTKI PRAWDY


W fizyce kwant to najmniejsza niepodzielna porcja wielkości fizycznej. Qantum to termin który pojawił się dopiero w łacinie i dotyczył wielkości mierzalnych. Sama idea pojawiła się już w starożytnej Grecji. Na dobrą sprawę sam atom Demokryta był przerośniętym "kwantem masy", gdyż filozof domniemywał jego niepodzielności. Z kolei Epikur spekulował o dyskretności (to znaczy nieciągłości) przestrzeni i czasu. Dziś już wiemy, że rzeczywistość w najmniejszej skali nie ma wartości pośrednich, dzielących się w nieskończoność.

Kwantowa rewolucja zaczęła się jednak dopiero z początkiem XX wieku, ale najpierw była jedynie eksperymentem teoretycznym. Ponieważ próby dopasowania wiedzy do obserwacji nie dawały rezultatów, niemiecki fizyk Max Planck przyjął model w którym światło (i każdy inny rodzaj promieniowania) powinno być emitowane w ściśle określonych porcjach nazwanych potem fotonami. Wcześniej uważano światło za rodzaj ciągłej fali.  

Dualizm falowo-korpuskularny nie jest niestety osobliwością dotyczącą tylko światła, lecz w zasadzie wszystkiego. A w dodatku na poziomie cząstek i atomów ruch nie odbywa się wedle zasad wcześniej nam znanej i jakże intuicyjnej mechaniki klasycznej, dającej deterministyczne ("pewne") wyniki, ale całkiem nowej, paradoksalnej i przewidującej jedynie możliwości statystyczne mechaniki kwantowej. W dodatku sam model mechaniki nastręcza istotnych problemów interpretacyjnych, bo nie wiadomo... co opisuje.

Fizyka z założenia powinna opisywać fundamentalną strukturę świata, a tymczasem dostępne dane nie wystarczają do sformułowania spójnej teorii. Na dobrą sprawę, to co jest przedstawiane jako mechanika kwantowa bardziej niż teorią fizyczną jest techniką dokonywania statystycznych przewidywań. A co więcej to właśnie "szkoła kopenhaska", odrzucająca wprost potrzebę sformułowania takiej teorii, narzuciła znacznej części badaczy swój subiektywny paradygmat.

Wedle interpretacji kopenhaskiej skokowa redukcja funkcji falowej układu kwantowego nie oddaje jakiejś jakościowej przemiany, gdyż fale i cząstki są tylko konstruktami przedstawiającymi obie strony tego samego zjawiska. Zdaniem Nielsa Bohra opis falowy i korpuskularny są komplementarne, to znaczy opisują tą samą rzeczywistość, przy czym granice stosowalności obu tych opisów pozwalają unikać sprzeczności.

W idącej o krok dalej interpretacji Johna von Neumanna do tego schematu pojęciowego włącza się jeszcze świadomy umysł obserwatora, a ta możliwość inspiruje dziś laików do wypisywania pseudonaukowych elaboratów z pogranicza wiedzy tajemnej.

Inne teorie mówią o spontanicznych kolapsach czy fali pilotującej cząstkę, a nawet uniwersalnej funkcji falowej dzielącej Wszechświat na światy równoległe, z których każdy odpowiada innemu stanowi układu. A całe to interpretatorskie zamieszanie wynika z faktu, że pomiar kwantowy zaburzający stan układu nie daje obiektywnej wiedzy o stanie układu między pomiarami. Pomimo wszystkich naukowych zaklęć nie wiemy co tak naprawdę reprezentuje funkcja falowa, w swej ścisłej na ten temat wiedzy ograniczając się do formalizmu matematycznego.    

piątek, 18 marca 2022

RUSKI MIR


 Inwazja kacapów na Ukrainę w założeniu miała być wojną błyskawiczną. Sytuacja na froncie prawie z miejsca stała się jednak patowa, co dla groteskowego imperium generuje olbrzymie koszty - militarne, finansowe i wizerunkowe. Rosyjska armia każdego dnia obnaża swoją słabość, a rozwścieczony kremlowski despota zabezpieczony bronią atomową bezkarnie masakruje rosyjskojęzycznych cywilów w Charkowie i Mariupolu, bredząc stalinowskie komunały o wyzwoleniu i wojnie z faszyzmem. To właśnie wschodnia Ukraina, którą w swojej propagandzie Putin miał chronić przed ludobójstwem stała się największą ofiarą organizowanej przez niego rzezi i zniszczenia... A wszystko dlatego, że wbrew pobożnym życzeniom nie przywitała "braci Rosjan" kwiatami, tylko koktajlami Mołotowa. 

Swego czasu komentatorzy polityczni mówili o dwóch Ukrainach - tej zachodniej, nacjonalistycznej i proeuropejskiej, oraz wschodniej, w której - po bolesnej transformacji ustrojowej - żywa miała być nostalgia za czasami sowieckimi. Poza tym rosyjskojęzyczność wschodu naturalnie wpływać musiała na wybory kulturowe ludności, otwierając ją na rosyjską telewizję czy słowo pisane... Ale po trzydziestu latach demokracji i niezależności wykluło się już nowe pokolenie, przesiąknięte wolnością i kapitalizmem, oraz porównujące swój standard życia z Europejczykami. Bliskie związki gospodarcze i polityczne z Rosją zaczęły się komplikować po tak zwanej "pomarańczowej rewolucji" w 2004 roku, kiedy wielki zryw społeczny uniemożliwił sfałszowanie wyborów prezydenckich. Uświadomiło to ludowi, że zmiany w kraju są możliwe, o ile tylko będzie się ich aktywnie domagał.


Spora zresztą była w tym politycznym przełomie rola Polski i prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, o czym dzisiejsze jej rządy niespecjalnie chcą pamiętać, ale taka właśnie jest polityka. Nasz prezydent odegrał wtedy kluczową rolę w negocjacjach. Kolejnym świetnym posunięciem Polaków było zorganizowanie wspólnie z Ukraińcami mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku, co - mimo kontrowersji - umożliwiło szerszy kontakt kulturowy kontynentu z naszym wschodnim sąsiadem, a takie kontakty siłą rzeczy odciskają socjologiczne piętno. Kiedy w następnym roku niesławny Wiktor Janukowycz ogłosił zawieszenie procesu przygotowań do podpisania umowy o stowarzyszeniu z Unią Europejską na Ukrainie wybuchły proeuropejskie zamieszki zwane Euromajdanem. Z biegiem czasu przekształciły się w spontaniczny przewrót, podczas którego zajmowano budynki rządowe. Próba stłumienia gniewu społecznego przez masakrowanie zbuntowanej tłuszczy nie powiodła się - prezydent Janukowycz w lutym 2014 musiał salwować się ucieczką z kraju do putinowskiej oligarchii.


Wydarzenia te były punktem zwrotnym w historii Ukrainy, lecz przypadkowo doprowadziły do dzisiejszego dramatu, gdyż Moskwa nie mogła się pogodzić z rozpadem swojej strefy wpływów. Już wiosną 2014 doszło do aneksji Krymu i wojny hybrydowej w Donbasie, zakończonej wrześniowym zawieszeniem broni. I to prawdopodobnie właśnie wtedy w głowie Putina zaczął się rodzić chory plan podporządkowanie sobie Ukrainy, przy wykorzystaniu swoich rosyjskojęzycznych sympatyków we wschodniej jej części. Tyle że paradoksalnie to "pierwszy rozbiór" Ukrainy zniechęcił ich do Rosji i skonsolidował dwujęzyczne społeczeństwo w naród polityczny utożsamiający się z państwem ukraińskim. Władza samozwańczych prorosyjskich "ludowych" republik (donieckiej i ługańskiej) okazała się katastrofalna dla mieszkańców separatystycznych regionów.

Wiele przedsiębiorstw (w tym licznych kopalni) tego niegdyś uprzemysłowionego rejonu przestało funkcjonować, a te działające miały problemy z terminowymi wypłatami i tak spadających wynagrodzeń. Brakowało podstawowych produktów i dostępu do opieki zdrowotnej. Pogarszające się warunki życiowe wywołały głęboki kryzys demograficzny, a ludzie często musieli mieszkać w częściowo zburzonych domach, bez prądu, wody czy gazu. Królowała przestępczość, a lokalne mafie terroryzowały mieszkańców. Być może zdesperowany "wielki wódz" wobec niepowodzeń militarnych swojej przechlanej i tchórzliwej armii z łapanki, zamierza teraz zamienić całą Ukrainę w takie państwo upadłe, byle tylko nie stracić swojej botoksowej twarzy, inspirującej już tylko twórców karykatur.

niedziela, 6 marca 2022

OPIUM LUDU


 Miłość romantyczna była niegdyś domeną sztuki. Niektórzy twierdzili wręcz, że jest wytworem literatów. Wcześniej małżeństwo było często rodzajem "kontraktu", wynikającego ze społecznych i majątkowych uwarunkowań. Dopiero nowożytna kultura miała w nas rozpalić tęsknotę za idealną relacją powielającą literackie, a następnie popkulturowe wzorce. Ale to tylko teoretyzowanie - badania antropologiczne wskazują raczej na uniwersalny i naturalny charakter takiej miłości, rozumianej jako pasja erotyczna, która przeradza się w trwałe przywiązanie. Kultura nadaje tej naturalnej potrzebie tylko formę, choć nieraz przerastać może ona treść - lecz to już osobna kwestia. 

Monogamiczna miłość wynika z naszej biologii, bo przynosiła ewolucyjne korzyści. Pary naszych przodków pałające do siebie szczerym, altruistycznym uczuciem sprawniej dbały o własne potomstwo. Co prawda w świecie przyrody nie jest to regułą, jednak człowieka charakteryzuje wyjątkowo długie dzieciństwo. Paradoksalnie wynika to z wielkości naszych mózgów, przez które rodzimy się niejako "przedwcześnie" zupełnie bezradni - w przeciwnym wypadku nie przecisnęlibyśmy się przez miednicę matki. Poza tym potrzeba wiele czasu by zapełnić taki mózg wiedzą i doświadczeniem, koniecznymi do funkcjonowania w złożonym świecie ludzkich relacji społecznych. 

Przywiązywanie się do partnera wymagało oczywiście odpowiednich mechanizmów biologicznych. Dziś dużo mówi się o tak zwanej "chemii miłości", gdyż jasnym stało się, że to ona stoi za naszymi niezwykłymi więziami. W pierwszej fazie, nazywanej "zakochaniem" opiera się ona jednak na nieco innych mechanizmach niż w wypadku ugruntowanej "miłości", kiedy już jesteśmy sobie bliscy emocjonalnie. Początkowa fascynacja seksualna nie musi wcale przerodzić się w głębsze uczucie. Szaloną namiętność podsyca sącząca się w mózgu dopamina motywująca nas do działania i zdobywania. Następnie do gry wchodzą endogenne opioidy takie jak oksytocyna i wazopresyna, a wtedy stajemy się spokojniejsi, lecz bardziej ze sobą związani.

Oksytocyna sprawia, że po szczególnie udanej przygodzie seksualnej trudno się rozstać. Sygnały ze stref erogennych pobudzają bowiem jej intensywne wydzielanie przez przysadkę mózgową, co wprawia nas w stan subtelnego opioidowego "haju". Prawdę mówiąc już sam czuły dotyk sprawia, że poziom oksytocyny rośnie, a to zbliża ludzi do siebie. Dlatego ten sam neuroprzekaźnik cementuje więź rodziców z dzieckiem, a nawet domowników z ulubionym futrzakiem . Przytulanie, głaskanie i tak dalej są szczególnie ważne na wczesnym etapie rozwoju, gdyż pozwalają wykształcić w mózgu więcej receptorów oksytocyny, czyli białek pozwalających komórkom na jej odbieranie. Jeśli w pierwszych latach życia  nie doświadczamy miłości, nasz mózg nie wykształci odpowiedniej liczby receptorów, a hormon przywiązania będzie się w nim rozlewał nadaremno.

Ciemną stroną działania naszego układu opioidowego jest niestety to, że tak mocno przywiązuje nas do błogiego spokoju i bezpieczeństwa, jakie odczuwamy w towarzystwie naszych bliskich. Można go przecież "zhakować" dostarczając mózgowi takich środków psychoaktywnych jak morfina, heroina czy fentanyl, a wtedy przywiąże się do ich działania. Wyjaśnia to destrukcyjny wpływ tej grupy narkotyków na życie emocjonalne. Uzależnieni dosłownie kochają heroinę i wolą ją od miłości drugiego człowieka. 

sobota, 26 lutego 2022

NAŁOGOWA PRZYJEMNOŚĆ POWSZECHNA

 Nasz obraz relacji ze światem objawia się w subiektywnych stanach zwanych uczuciami. Są one zmieniającą bezustannie proporcje mieszaniną radości, smutku, wstrętu, strachu, zaskoczenia i złości. Towarzyszą nam przez cały czas, a wręcz w swej jaźni jesteśmy tym to co czujemy.  Uczucia to osobiste doświadczenia emocji czyli stanów fizjologicznych będących bezpośrednią reakcją naszego organizmu na odbierane bodźce. Choć na ogół się nad tym nie zastanawiamy za naszymi humorami, sympatiami i pragnieniami, stoi skomplikowany łańcuch reakcji chemicznych i biologicznych, pobudzających cały nasz organizm do określonych działań. Na poziomie najbardziej podstawowym sprowadza się to do poszukiwania bodźców korzystnych i unikania szkodliwych, co wyrazić możemy w kategoriach przyjemności i bólu. Ból jest czymś czego chcemy unikać, a przyjemność czymś czego szukamy. 

Takie uproszczenie sprowadzałoby naturę ludzką do postaci czysto hedonistycznej, lecz tylko pozornie. To co uzyskujemy dzięki samokontroli, wyrzeczeniom i wysiłkowi jest tak naprawdę tylko przyjemnością wyższego rzędu, gdyż opiera się na tych samych mechanizmach chemicznych. Nauczyliśmy się kontrolować swoje impulsywne odruchy żeby maksymalizować ewolucyjne korzyści, ale szczególna satysfakcja jaką odczuwamy gdy uda nam się sprostać wyzwaniom i osiągać trudne cele jest osiągana dzięki wydzielaniu się w mózgu odpowiednich substancji. Innymi słowy to przyjemność, satysfakcja czy jak ją jeszcze zwał, a dokładniej stojące za nią neuroprzekaźniki motywują nas do działania. Dlatego jednym z kluczowych regulatorów naszego zachowania jest mózgowy ośrodek przyjemności, zwany częściej ośrodkiem nagrody. To właśnie łechtanie tego ośrodka sprawia, że wciąż poszukujemy nagród, a nawet że uczymy się, gdy fala dopaminowej przyjemności związanej z informacją podkreśla jej znaczenie.

Niestety to z tym motywującym nas do działania mechanizmem wiąże się pułapka nagrody, czyli uzależnienie. Jeśli szczury po naciśnięciu dźwigni odczuwają przyjemność (wskutek elektrycznej stymulacji ośrodka nagrody) szybko uczą się pokonywać wszelkie przeszkody i znosić ból byle tylko ją naciskać. Mózg informuje ich, że właśnie odkryły coś ważnego i muszą to powtórzyć. Gdy dać im możliwość takiego niezakłóconego rozkoszowania się szybko zapominają o całym bożym świecie, seksie i jedzeniu, aż w końcu padają z wyczerpania. Choć człowiek jest nieco bardziej skomplikowany od szczura tak właśnie działa uzależnienie. Nałogowiec tak bardzo potrzebuje "kopa", że wszystko inne przestaje mieć znaczenie i zatraca się w pobudzaniu swojego szlaku nagrody. Szczególnie intensywnie działają na tym polu stymulanty takie jak kokaina czy amfetamina, ale też alkohol i papierosy. Nawet behawioralne uzależnienia "niechemiczne" (pornografia, hazard, kompulsywne zakupy) w gruncie rzeczy sprowadzają się do sprawiania sobie przyjemności czyli pobudzania układu dopaminowego przez określone czynności. 

Przypadkowe odkrycie szczególnie pobudzającego wzorca przyjemności może podporządkować mu całą motywację, gdyż to właśnie dopamina (a nie my sami) wyznacza cele do których zmierzamy. Dzieje się tak, gdyż zwykle nagradza ona nas za zachowania kluczowe dla przetrwania - choć złe określenie tych celów może prowadzić do autodestrukcji. Tyle że mózg nie kalkuluje w ten sposób - kieruje się logiką uczuć, określającą kierunki naszego myślenia. Myślimy o rzeczach dla nas ważnych bo są naszym źródłem dopaminy. Dlatego potrafimy zawsze uzasadnić sobie wszystko. Jakim więc cudem, dążąc do przyjemności, potrafiliśmy znosić trudy i zbudować cywilizację?  Jak udaje nam się zmierzać do "celów wyższych" i opierać pokusom? Otóż dopamina pobudza nie tylko szlak nagrody w jądrach półleżących, ale też szlak kontroli w płatach czołowych. A to w płatach czołowych przetwarzane są nasze doświadczenia i wiedza, potrafią więc kontrolować skupienie na zadaniach zmierzających do szczególnych celów, o ile oczywiście są odpowiednio wykształcone i skomunikowane z resztą mózgu.


Niemniej każde zmierzanie do celu motywowane jest pragnieniem. Taką nienasyconą przyjemność ("chcę więcej") związaną z dopaminą neurobiolodzy określają systemem wanting. Pragnienia i poszukiwania przyniosły naszym przodkom więcej korzyści niż bezczynność więc to one są głównym motorem przyjemności. Alternatywny system liking oparty na endorfinach (czyli endogennych opioidach) pozwala za to "spoczywać na laurach", czyli w stanie błogiego relaksu gromadzić informacje zmysłowe, a nawet... przywiązywać się ludziom do bliskich (oksytocyna). Nasz nastrój reguluje też układ endokannabinoidowy czy serotoninowy, a sama serotonina bywa nazywana "hormonem szczęścia", bo umożliwia harmonijny przepływ informacji w mózgu. Ale to głównie dopamina odgrywa istotną rolę w procesach związanych z motywacją do działania. Osoby z wysoką jej zawartością w organizmie charakteryzują się silną motywacją, choć może ona też motywować do kompulsywnego i wytrwałego poszukiwania nieprzewidzianych przez ewolucję autodestrukcyjnych bodźców. I jak zwykle co za dużo to niezdrowo - nadmiar dopaminy w mózgu może kreować psychozę, prowadząc do wydzielania się jej w odpowiedzi na wszystkie spływające bodźce, co wiedzie do patologicznego "wytwarzania znaczeń" czyli urojeń. 

sobota, 5 lutego 2022

PORZĄDEK RZECZY


Opisujemy świat za pomocą języka i to dzięki niemu potrafimy się komunikować. Co więcej pozwala nam on nie tylko wyrażać myśli, ale też określa ich "ramy". Żeby zanalizować porządek wzajemnych oddziaływań podzieliliśmy dialektyczną rzeczywistość na części zwane kategoriami. Tylko co przynależy do danej kategorii? Granica zawsze jest umowna. Zdaniem Arystotelesa wyznacza ją definicja, czyli zbiór określonych i równoważnych cech. Takie rozumowanie zostało jednak zakwestionowane już w starożytności. Eubulides z Miletu stworzył tak zwany paradoks kopca, opierający się na założeniu, że jedno ziarnko piasku nie tworzy kopca, a gdyby dodać do niego następne, to też kopcem nie będzie. Innymi słowy dodając jedno ziarnko piasku do czegoś co nie jest kopcem nie uzyskamy kopca, w końcu jednak suma ziarenek piasku stanie się kopcem przekraczając jakąś nakreśloną w naszym umyśle masę krytyczną. 

Ludzkie oko jest w stanie rozpoznać około dziesięciu milionów kolorów, ale przecież nie tworzymy dla nich aż tylu kategorii. W końcu zauważamy że pomarańcz przechodzi w czerwień lub odwrotnie, ale wszelkim granicom między nimi towarzyszy szereg stanów pośrednich - czerwonych pomarańczy czy pomarańczowych czerwieni. Ponieważ otacza nas tyle unikalnych właściwości musimy ciągle upraszczać klasyfikację ograniczając się do najbardziej użytecznych podziałów, które oczywiście mogą różnić się w zależności od epoki, kultury, środowiska, zawodu i tak dalej. Im bardzie specjalizujemy się w jakiejś dziedzinie tym więcej stosujemy językowych kryteriów precyzujących szczegóły. Tak drobiazgowe katalogowanie nie sprawdza się za to w komunikacji codziennej, gdzie unikamy niepotrzebnych nam uściśleń. Zbyt rozbudowana klasyfikacja utrudnia wtedy podejmowanie decyzji i wyborów, bo sprawia trudność poznawczą.

Gdybyśmy zdali się na intelektualne rozważania wszystkich aspektów każdej sprawy doświadczylibyśmy paraliżu decyzyjnego, a w takiej sytuacji od poszukiwania optymalnego rozwiązania lepsze jest wystarczająco dobre. Matka natura chcąc zapewnić nam przetrwanie wyposażyła nas więc w odpowiedni wyłącznik emocjonalny przestawiający naszą percepcję na tryb binarny - tak lub nie. Różnice między przechodzącymi w siebie płynnie kategoriami dostrzegamy więc przez postrzeganie dychotomicznych kontrastów - czerni i bieli zamiast całego spektrum szarości, bo przedmiot naszej percepcji musi wyróżniać się z tła. Taka adaptacja może ułatwiać nam przedzieranie się przez gąszcz wieloznaczności, lecz też powodować swoiste zamknięcie poznawcze. Osoby bardziej konserwatywne poznawczo mocniej trzymają się stereotypów jako swoich punktów orientacyjnych i to nawet wobec zmieniającej się rzeczywistości. Jesteśmy spragnieni porządku więc programujemy mózgi do postrzegania szeregu kategorii, nie zauważając jak sami bezustannie przekraczamy ich granice.    

czwartek, 6 stycznia 2022

UBODZY KREWNI


 Oczy całego świata zwrócone są ostatnio na Ukrainę, gdzie tlą się potencjalne punkty zapalne nowego europejskiego konfliktu. Rosja wciąż tęskni za "wszechruskim" imperium, w którym znalazłoby się przymusowe miejsce dla młodszych ukraińskich braci, lecz oni sami z tęsknotą spoglądają na Zachód ucieleśniający ich gospodarcze i demokratyczne ambicje. Problem w tym, że Ukraina jest sierotą Europy, którą mami się co prawda wizjami ścisłej współpracy, ale wobec wyzwań pozostawia samą sobie. - Będziemy mogli wam pomóc dopiero kiedy spełnicie odpowiednie standardy - powtarzają niezmiennie europejscy przywódcy, bo standard to w Europie rzecz święta. My sami poniekąd taką lekcję odrobiliśmy przekształcając się z komunistycznej ruiny w kraj nadający się do dotowania (choć teraz coraz mniej). Z różnych geopolitycznych przyczyn nam jednak łatwiej było się emancypować. Do czego próby europejskiego kursu doprowadziły na Ukrainie wszyscy niedawno widzieliśmy. 

Europeizacja Ukrainy przysłużyłaby się całemu Zachodowi, tyle że nikt nie jest skłonny za nią zapłacić, a tym bardziej narazić się rosyjskim szantażystom. Przypuszczalnie więc stosować będziemy jakieś półśrodki w formie moralnej pomocy licząc na to, że Ukraina w gruncie rzeczy sama da sobie radę i jeszcze przyśle tu tanią siłę roboczą. Jedynym naszym atutem pozostaje to, że Rosja dać jej może jeszcze mniej, a tak naprawdę to chce tylko zabrać. I dlatego Ukraina chce do Europy, choć Europa boi się kosztów i rosyjskich zagrywek. Przynależność Ukrainy do europejskiego kręgu kulturowego zawsze była problematyczna z powodu jej związku ze Wschodem i swego rodzaju narodowej niehistoryczności. Lukę historyczną usiłowała zagospodarować Rosja, degradując Ukraińców do roli "Małorosjan" czyli regionalnego szczepu narodu rosyjskiego. Przyznanie że jest inaczej byłoby zresztą symbolicznie kłopotliwe dla samej Moskwy, bo historia całej Rusi zaczyna się właśnie w Kijowie skąd jej kultura zaczęła promieniować na tereny dzisiejszej Rosji.

Czasy świetności Rusi Kijowskiej, przypadają na okres przed formalnym podziałem chrześcijaństwa na wschodnie (prawosławne) i zachodnie (katolickie), a więc czynią z niej kulturową część dopiero kształtującej się Europy. Niestety już w połowie jedenastego wieku uległa ona rozbiciu dzielnicowemu, a następnie stopniowemu podbojowi mongolskiemu, przynoszącemu tu tradycje azjatyckiego despotyzmu i autorytarno-poddańczej mentalności, tak charakterystyczne dla carskiej, sowieckiej czy wreszcie putinowskiej Rosji. Dopiero Wielkie Księstwo Moskiewskie (językowo wyodrębnione z rodziny słowiańskiej, ale etnicznie związane też z ludami ugrofińskimi i tureckimi) rozpoczęło proces zbierania ziem ruskich odwołujący się do dziedzictwa średniowiecznej Rusi. Tyle że była to już inna, podzielona religijnie Europa, a muzułmanie rządzili w Konstantynopolu. To zaś wiodło Moskwian do ideologii "trzeciego Rzymu" i nowego cesarstwa, będącej zalążkiem nowej euroazjatyckiej tożsamości. Na Zachodzie konkurencyjny projekt jednoczenia Rusi pod własnym panowaniem realizowało natomiast państwo polsko-litewskie i stąd właśnie oddziaływały kulturowe wpływy kształtujące małoruską (ukraińską) i białoruską odrębność.

Z projektem polskim wiązał się jednak ten problem, że pomimo całej sarmackiej specyfiki religijnie i politycznie aspirowaliśmy raczej do Zachodu niespecjalnie pielęgnując wschodnie dziedzictwo. Tym samym szlachta litewska i ruska (pomimo formalnego równouprawnienia) chętnie ulegała polonizacji i katolickiej akulturacji. pozostawiając to co ruskie plebsowi i chłopstwu. Ponieważ spolonizowana szlachta władała ruskim ludem Polacy jawili mu się pod postacią panów, ziemian i wyzyskiwaczy, tak jak Żydzi pod postacią kupców i lichwiarzy. A skoro podziały społeczne pokrywały się z etnicznymi napędzały się stereotypy i resentymenty, tragiczne w skutkach dla naszej wspólnej historii. Tymczasem na naszych wschodnich "kresach" (w ukraińskiej narracji określenie to jest niedopuszczalne) pojawili się nowi gracze zwani kozakami. Pod pojęciem tym rozumiano wyjętych spod prawa rozbójników, zakładających na słabo kontrolowanych przez Polskę i Moskwę dzikich stepach swoje bazy wypadowe. W najstarszych spisach kozaków dominują nazwiska tatarskie i z tego też języka pochodzą nazwy starszyzny takie jak ataman czy esauł, co wskazuje, że były to grupy o charakterze wieloetnicznym, choć z czasem zaczął w nich dominować substrat ruski. Dziś ich historia stanowi jedno ze źródeł ukraińskiej tożsamości narodowej dla której kozak jest ucieleśnieniem wolności i niezależności.


Miejscowi magnaci, a potem nawet państwo polsko-litewskie zaczęło wykorzystywać kozaków jako tanie wojsko najemne, co doprowadzić musiało nie tylko do militarnych sukcesów ale też wzrostu ich politycznego znaczenia. Jednocześnie Kozaczyzna stawała się zasadniczo samorządnym (choć nie uznawanym na arenie międzynarodowej) państwem w państwie, szukającym protektora w prawosławnej Moskwie, a to nieuchronnie wiodło do krwawego konfliktu, jakiego kulminacją było tak zwane Powstanie Chmielnickiego, ogrom wzajemnych zbrodni i bitwa pod Beresteczkiem na Wołyniu - jedno z największych starć siedemnastowiecznej Europy. Co prawda podpisano wtedy ugodę w Hadziaczu zmieniającą Rzeczpospolitą w państwo polsko-litewsko-ruskie, włączającą do stanu szlacheckiego tysiące kozaków i zrównującą kościół prawosławny z katolickim, niestety jej postanowienia nigdy nie weszły w życie, choć w trakcie porozbiorowych polskich powstań chętnie odwoływano się do wspólnej i nadmiernie przez Polaków idealizowanej przeszłości. Niemniej imperialna polityka Rosji pozostawiała Ukraińcom jeszcze mniej swobody, co oczywiście wiązało się z wielkim rozczarowaniem. Pewna część Ukrainy(z najbardziej europejskim dziś Lwowem) znalazła się z kolei w zaborze austriackim, gdzie z czasem doczekała się szerokiej i równej polskiej autonomii.

Przyszła w końcu godzina gdy wspólnie chwyciliśmy za broń przeciwko bolszewikom, tyle że przy stole negocjacji nikt o tym nie pamiętał i wspólnie ze Związkiem Radzieckim podzieliliśmy się ukraińskim łupem. Zresztą nikt w Europie przeciwko temu nie protestował... Oczywiście podobnie jak ojczyzna światowego proletariatu nadaliśmy słowiańskim braciom szeroką autonomię, tyle że najbardziej w sferze deklaracji. Co prawda nie głodziliśmy ich i nie mordowaliśmy milionami jak Stalin, ale skutki nieudolnej polonizacji i dyskryminacji już wkrótce wydać miały zatrute owoce. Rozczarowani Polakami i zgnębieni przez Sowietów Ukraińcy z entuzjazmem przywitali wojska III Rzeszy, która początkowo wydawała się ich nawet faworyzować, ale tak naprawdę chciała tylko pozyskać mięso armatnie. Przy okazji ukraińskimi rękami dokonano rozprawy z miejscowymi Żydami, a to destrukcyjne doświadczenie ostatecznie zdemoralizowało ukraiński ruch niepodległościowy. Brutalna okupacja niemiecka doprowadziła do porzucenia kolaboracji na rzecz powstańczej partyzantki, dla której byliśmy najmniej uciążliwym, ale też najsłabszym wrogiem. Ku chwale Ukrainy zmasakrowano nas więc siekierami i widłami na Wołyniu.

Polityka historyczna nie może jednak przesłaniać przyszłości, nawet jeśli Ukraińcy jeszcze nie dojrzeli do historycznego rachunku sumienia. Paradoksem tej sytuacji jest to, że właśnie nacjonalizm wiedzie Ukrainę ku europejskim braciom, gdyż odrzuca wszechrosyjską narrację. Lecz czy pękająca w szwach Europa jest na to gotowa?