Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 10 stycznia 2021

WIEKI KULTURY

Platon pisał o Atlantydzie, jako zaawansowanej (wedle starożytnych standardów) cywilizacji, której rozwój zatrzymał wielki kataklizm. Od tamtego czasu wiedzeni fantazją niejednokrotnie snuliśmy wizje zaginionych w mrokach dziejów społeczeństw, które miały dorównywać nam poziomem wiedzy i techniki, a nawet nas w tym przewyższać. Zwłaszcza modne jest doszukiwanie się u zarania ludzkich cywilizacji ręki tak zwanych starożytnych kosmitów. To przybysze z obcych planet mieli przekazać naszym przodkom technologię umożliwiającą nie tylko wznoszenie monumentalnych budowli, ale też podróże w czasie i między wymiarami, telepatię i inne cuda. Najczęstszym uzasadnieniem tej teorii spiskowej jest niewiara w możliwości starożytnego człowieka. Zwolennicy kosmicznego transferu wiedzy argumentują, że archaiczny prymityw pozbawiony nowoczesnej technologii nie byłby w stanie zrealizować tak gigantycznych projektów jak na przykład egipskie piramidy.

Owszem, człowiek nie miał wtedy jeszcze narzędzi i maszyn którymi byśmy dzisiaj się posługiwali, gdyż dopiero zaczynał budowę cywilizacji i gromadzenie wiedzy. Stworzył już jednak system przekazywania informacji i zarządzania, który go ucywilizował. To w starożytnej wiedzy tkwią zalążki filozofii, matematyki, astronomii czy medycyny, z których wykiełkował nowy wspaniały świat. Osiągnięcia starożytnych przodków zdumiewają, ale wymagały o wiele większego nakładu pracy niż dziś, a poza tym nie były aż tak powszechne jak nam się wydaje. Dajmy na to tereny dzisiejszej Polski - były tak zacofane, że nawet ekspansywne Imperium Romanum uznawało je za niewarte podboju, co najwyżej okazjonalnie skupując u tubylców (niekoniecznie zresztą słowiańskich) naturalia i bursztyn. 

W starożytnym świecie wyspy cywilizacji wyłaniały się z oceanów barbarzyństwa, co zresztą już od początku uzasadniało ich imperialne ambicje. Faraon musiał rozszerzać boski ład (Maat), a rzymski cesarz oświecać barbarzyńców. Echa tego myślenia wybrzmiewały jeszcze w nowożytnym kolonializmie, ale to już inna historia. Ponura prawda jest taka, że to miecz był zawsze najlepszym nośnikiem nowych prądów kulturowych. A kiedy ma się do dyspozycji zdyscyplinowaną siłę roboczą i odpowiednio wykształcone elity można realizować megalomańskie projekty, podkreślające i utwierdzające kulturową prawdę. W świetle danych archeologicznych nie znaleziono jednak śladów żadnej starożytnej cywilizacji przemysłowej. 


Dwóch naukowców z NASA (Gavin Schmidt i Adam Frank) przeprowadziło ostatnio inspirowany fantastyką eksperyment myślowy, rozważając czy istnienie na Ziemi wysoce rozwiniętej technologicznie cywilizacji w geologicznym okresie syluru (440-420 milionów lat temu) pozostawiłoby ślady w zapisie kopalnym. W pracy zatytułowanej Hipoteza sylurska dowodzą, że hipotetyczna przedludzka cywilizacja trwająca kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt tysięcy lat, mogłaby przeminąć nie pozostawiając po sobie żadnych trwałych śladów czy artefaktów. Wobec trwających setki milionów lat zmian tektonicznych, klimatycznych i przyrodniczych, wszelkie pozostałości po hipotetycznym  rozkwicie kultury i techniki miałyby przeminąć praktycznie bez śladu... Tyle prawdopodobnie zostanie z naszych piramid, fabryk i drapaczy chmur - wobec wieczności jesteśmy niczym. I to chyba jedyna nauka jaką możemy wyciągnąć z tych mocno teoretycznych rozważań - wszak sylurska fauna składała się z gąbek, trylobitów, staroraków i prymitywnych ryb, a człowiek mógł stworzyć cywilizację dzięki serii przystosowań do swojej niszy, które w oceanicznym sylurskim świecie nie miałyby sensu.   

czwartek, 7 stycznia 2021

ZNAKI CZASU

W trakcie wczorajszych zamieszek na Kapitolu polała się krew - zginęły cztery osoby. Donald Trump wzywał swoich zwolenników do spokoju, jednocześnie krzycząc o sfałszowanych wyborach i walce której nie zaprzestanie. TVP Info w swoim wydaniu specjalnym głosami "niezależnych" ekspertów mówiła o lewackim spisku, a Putin otwierał szampana. Wystarczyło opłacić armię trolli, żeby omamić głupich Amerykanów i zamontować w Białym Domu bezkompromisowego oligarchę, który zantagonizował społeczeństwo nawet na poziomie macierzystej partii. Przy okazji groteskowego puczu zszargany też został amerykański splendor, co w realiach zimnej wojny informacyjnej jest katastrofą. Obrazki z Waszyngtonu będą się świetnie prezentować w Chinach, Korei Północnej, Iranie czy na Białorusi.

Czasy i tak są niepewne, a długofalowe skutki pandemii nieokreślone. Losy najpotężniejszej gospodarki, światowego policjanta i kulturowego imperium, z pewnością będą kluczowe dla Europy i Polski. Wszyscy jednak toniemy w długach. Za kadencji Trumpa deficyt budżetowy w Stanach Zjednoczonych wzrósł aż sześciokrotnie!!! Zadłużona Europa pożycza pieniądze zadłużonej Polsce, która chwilowe zyski przeznaczyła na socjalne prezenty, a teraz cieszy się z rekordowych kredytów... Biorąc pod uwagę nie tylko budżet centralny, ale pełny obraz polskich finansów (razem z samorządami, ubezpieczycielami społecznymi czy państwowymi agendami w których ukrywane są zobowiązania państwa), nasze zadłużenie przekracza już 60% PKB. 


A więc żyjemy w zasadzie na kredyt. Póki co będziemy kredytowani bo instytucje finansowe najbardziej boją się krachu, na którym stracą wszyscy. Wierząc w to, że szczepionki finansowe przywrócą nas na drogę wzrastającej konsumpcji, produkcji i sprzedaży, będziemy więc podtrzymywani w duchu finansowego optymizmu tak długo jak się da. Prędzej czy później będziemy musieli spłacić ten dług własną pracą - pieniądze nie biorą się przecież z powietrza tylko z wytworzonych wartości. Jeśli zaś nie spłacimy długów, system finansowy się zachwieje i światowy krach stanie się faktem. Lecz jeśli je spłacimy paradoksalnie to system bankowy będzie największym beneficjentem pandemii... Czasami wystarczy obracać pieniędzmi żeby je rozmnażać. Zawirowania na rynkach tym bardziej obnażają nieuleczalne uzależnienie gospodarki od kredytu.

Amerykański historyk Francis Fukuyama mówił kiedyś o końcu historii. W upadku globalnego komunizmu widział ostateczny dowód na wyższość kapitalizmu i liberalnej demokracji nad innymi systemami. Z czasem okazało się, że historia wcale się na tym nie skończyła. Znaczenia nabrały choćby konflikty cywilizacyjne na tle religijnym, zwłaszcza ze światem islamskim. Chiny zbudowały potęgę gospodarczą dzięki naszemu zamiłowaniu do taniego szmelcu, a potem zaczęły dyktować warunki współpracy. Związek Radziecki przekształcił się w autorytarną oligarchię, wykorzystującą masowe środki przekazu do szerzenia własnej propagandy, co ujawniło jak wielkim ignorantem jest człowiek Zachodu. Dzięki potędze dezinformacji skompromitowano amerykańską demokrację i rozbito Unię Europejską (Brexit). Pandemia dopełniła naszego zagubienia i skazała nas na łaskę światowej finansjery. 

Nadchodzący rok 2021 z pewnością będzie rokiem politycznie ciekawym. I niebezpiecznym.  

sobota, 5 grudnia 2020

EXODUS

Afryka – dziki ląd podobno bez historii. Kolebka ludzkości. Ziemia Egipcjan, lecz też czarnych faraonów z Nubii. To stąd Hannibal prowadził na Rzym swoje słonie bojowe. To tu przetrwała do dzisiaj jedna z najstarszych na świecie struktur państwowych czyli Etiopia. Tu pławił się w luksusie najbogatszy człowiek wszechczasów – czternastowieczny władca Mali, Mansa Musa. Dzięki portom suahilijskim kwitła wymiana handlowa z Arabami i Persami, a nawet z Indiami i Chinami. Średniowieczne Wielkie Zimbabwe było swego czasu jednym z najludniejszych miast świata. Mimo że z Afryki wywędrował homo sapiens dziś zdaje się ona peryferią współczesnej geografii. Zacofana, uboga i chaotyczna staje się jednak źródłem coraz to nowych problemów, przede wszystkim dla Europy – piractwa, masowej imigracji czy terroryzmu.

 

Nasi pierwsi przodkowie – ludzie w dzisiejszym rozumieniu tego słowa – pojawili się w Afryce Południowej około 250 tysięcy lat temu. Ponieważ był to obszar bogaty we florę i faunę początkowo nic nie skłaniało ich do migracji – te zaczęły się dopiero około 130-110 tysięcy lat temu. Być może wędrówki w nieznane wynikały w jakiejś mierze ze zmian klimatycznych, choć swoją rolę odegrać też musiała niespokojna natura ludzka. Zasadniczo człowiek wyszedł z Afryki dopiero 60 tysięcy lat temu, przy tej okazji krzyżując się nieco z lokalnymi przedstawicielami rodzaju Homo – neandertalczykami w Europie czy denisowianami w Malezji, co umożliwiło wchłonięcie korzystnych lokalnych adaptacji. Nie dość, że pochodzimy od Buszmenów, to jeszcze jesteśmy genetycznymi kundlami – to smutna wiadomość dla wszystkich Aryjczyków, teksańskich ranczerów i prawdziwych Polaków, ale rodziny się nie wybiera.

 


Zbyt poprawnym politycznie byłoby wszakże twierdzenie, że nie ma żadnych różnic antropologicznych, bo te widać nawet gołym okiem. Lecz to właśnie genetyczne zróżnicowanie gatunku umożliwia badania, które pozwalają rozjaśnić tajemniczą przeszłość homo sapiens. Weźmy choćby pigmentację skóry – jej natężenie słabnie im dalej od równoleżnika, co jest skorelowane z natężeniem promieniowania ultrafioletowego. Nadmierna ekspozycja na takie promieniowanie jest szkodliwa, lecz bez niej nie jest możliwa biosynteza witaminy D. Wraz z przybyciem do Europy presja ewolucyjna wyłączyła stopniowo znajdujące się w naszej skórze filtry tego promieniowania, co zapobiegając skutkom niedoboru witaminowego uczyniło nas białymi ludźmi.

 

Patrząc wstecz własnej historii widzimy drogę rozwoju, co sprawia, że ciężko nam dostrzec inne możliwe jej scenariusze. Jeśli nie dostrzegamy ukierunkowanego progresu, rozgrywające się w czasie zmiany nie mają dla nas żadnego znaczenia i sensu. Mianowaliśmy się misjonarzami cywilizacji, bo uważamy, że tylko życie w jej obrębie jest „ludzkie”. W imię postępu gospodarczego, technologicznego i naukowego, dotarliśmy już wszędzie z kagankiem oświaty i konsumpcji. Czy jednak nasz pęd ku nowym cywilizacyjnym zdobyczom wynika tylko z odmienności kulturowej, czy też biały człowiek jest w jakimś stopniu zaprogramowany do podbojów, eksploracji i innowacji? Teza dosyć kontrowersyjna... Szukając odpowiedzi w naszym genomie znajdujemy jednak przesłanki wskazujące na geograficzne zróżnicowanie naszych życiowych motywacji już na poziomie biologicznym.

 


Otóż dłuższy allel (wariacja) genu kontrolującego przekaźnictwo dopaminy (czyli regulatora tak zwanego układu nagrody), DRD4, wydaje się zwiększać u swoich nosicieli głód doznań, poszukiwań i zmian. Porównując genetykę populacji z trasami dawnych migracji badacze doszli do wniosku, że wydłużenie tych szlaków skutkowało też wydłużeniem alleli. Najprawdopobniej to właśnie osobnicy z długimi alllelami byli skłonniejsi do wypraw w nieznane i to oni docierali najdalej od macierzy. Obliczono, że proporcja długich alleli DRD4 zwiększa się średnio 4,35% na każdy tysiąc mil (1610 km) migracji. Osobowości bardziej „dopaminowe” (wrażliwsze na nagrody) wykazują się potrzebą większej aktywności fizycznej, intelektualnej i społecznej, więc po zadomowieniu się w nowej niszy wyznaczały sobie więcej celów i były bardziej zmotywowane. Nadmierne ilości dopaminy mogą jednak skutkować brawurą, manią, uzależnieniami, zaburzeniami koncentracji i percepcji, czy nawet schizofrenią. Cała nasza cywilizacja kręci się siłą naszego nienasycenia.

środa, 11 listopada 2020

ANATOMIA DEPRESJI

Jednym z nasilających się negatywnych następstw rozwoju cywilizacyjnego jest depresja – co roku z jej powodu życie odbiera sobie prawie milion ludzi. To jedna z najczęstszych przyczyn śmierci w każdej grupie wiekowej. Już od dawna próbuje się dociekać przyczyn tej choroby, która sprawia, że ludzie tracą motywację, pasję i zadowolenie z życia. Wydaje się, że w niektórych wypadkach depresję łatwo powiązać z jakąś psychologiczną traumą. Tyle że nawet wtedy powoduje zmiany w mózgu, a dopiero ich zrozumienie byłoby kluczowe dla projektowania terapii – nie wystarczy więc zapytać co się stało. Medycyna próbowała tworzyć różne modele biologiczne, obejmujące przyczyny genetyczne czy niedobory odżywcze. Głównie jednak koncentrowała się na zaburzeniach neurochemii mózgu.

 

Według hipotezy katecholaminowej depresję powoduje spadek poziomu norepinefryny. Według hipotezy serotoninowej to deficyt serotoniny odpowiada za chroniczne przygnębienie. Aby komórki mózgowe mogły sprawnie się komunikować potrzebują przecież tych neuroprzekaźników. Elegancka prostota teorii neurochemicznych sugerowała, że wystarczy dobrać lek stabilizujący chemię mózgu i sprawa będzie załatwiona. Można to robić na różne sposoby: przez blokowanie reabsorpcji neuroprzekaźnika czy opóźnianie jego rozkładu chemicznego. Ponieważ tak zaprojektowane leki, a zwłaszcza te oddziałujące na serotoninę, w wielu wypadkach zdawały się działać, przez lata ugruntował się pogląd o silnym związku deficytu serotoniny z depresją.

 

Ale choć stężenie serotoniny w szczelinach synaptycznych już po pierwszej dawce leku wzrasta prawie natychmiast, na pierwsze pozytywne skutki terapii trzeba czekać od trzech do czterech tygodni. Wskazuje to, że mechanizm naszego nastroju nie zależy tylko od równowagi chemicznej. W mózgu osoby depresyjnej zachodzą jeszcze poważniejsze zmiany, dotykające struktur takich jak kora przedczołowa, wzgórze, hipokamp czy ciało migdałowate. Jest to fatalne sprzężenie zwrotne – kiedy depresja niszczy mózg, ten gorzej radzi sobie ze wszystkim i popada w jeszcze większe przygnębienie. Być może mechanizm działania leków przeciwdepresyjnych jest więc trochę inny i polega też na odbudowie zniszczonych przez chorobę struktur.


Obecnie wydaje się, że najtrudniej odwracalnym skutkiem depresji jest ograniczenie neuroplastyczności – zwłaszcza w obrębie kory przedczołowej. Dopiero odbudowa neuronów i połączeń między nimi czyni mózg na tyle sprawnym, żeby mógł radzić sobie z codziennymi wyzwaniami. Ta neuronaukowa koncepcja wydaje się być do pewnego stopnia zgodna z poznawczo-behawioralnym modelem depresji, jaki pojawił się w psychologii już wcześniej. Nieadaptacyjny wzór reagowania zmienia się wraz z nabywaniem nowych psychologicznych umiejętności, choć może to wymagać wspomagania farmakologicznego. Depresja jest swego rodzaju sztywnością poznawczą, ograniczającą percepcję do ciemnej strony życia.      

poniedziałek, 2 listopada 2020

ŚCIEŻKI UMYSŁU

 

Według popularnej teorii mózgu trójdzielnego, mózg możemy podzielić na kolejno pojawiające się segmenty: gadzi, ssaczy i korę nową. Każdy z nich miał być nowym ewolucyjnie funkcjonalnym dodatkiem, przez co kręgowce rozwijały coraz to nowe zdolności kognitywne. Kulminacją nawarstwiania się nowych struktur mózgowych miał być zaś mózg ludzki – wyposażony w zupełnie nowe („ludzkie”) struktury. Ale to tylko jeden z mitów psychologii popularnej, bo mózg ewoluował jako całość – zmiany miały charakter jakościowy, a nie ilościowy. Tak naprawdę geny, a także mózgi, mamy prawie identyczne z małpami. Cóż więc sprawia, że dzieli nas taka umysłowa przepaść?

 

Gdyby dziecko pozostawione na bezludnej wyspie dożyło dorosłości mentalnie pewnie nie różniłoby się specjalnie od inteligentnego szympansa. Pozbawione języka, kultury i społecznej stymulacji, nie miałoby szans zapisać w umyśle doniosłych ludzkich idei. Gdyby jednak wychować szympansa w ludzkiej rodzinie i wysłać do najbardziej elitarnej szkoły i tak pozostałby (w naszych kategoriach) debilem. Ludzkość akumuluje doświadczenie w przekazywalne kulturowo formy – a małpy nie potrafią nawet odczytywać ich symboliki. Stąd też nie dziwi poszukiwanie mózgowego „ośrodka człowieczeństwa”.

 

Pomimo pokutujących wciąż mitów, wydaje się raczej, że za człowieczeństwem stoi synergia nagromadzonych w toku ewolucji adaptacji niż strukturalna rewolucja. Owszem, charakteryzujemy się rozległą korą przedczołową, ale tak naprawdę jej rozmiary nie odbiegają od tych, jakich możemy się spodziewać u ssaków naczelnych naszej wielkości. Ludzką korę przedczołową charakteryzują natomiast unikalne wzorce rozmieszczenia neuronów i połączeń między jej warstwami, jak i silne połączenia z innymi obszarami korowymi. Ludzki mózg wydaje się po prostu lepiej skomunikowany niż mózgi innych naczelnych, co pozwala mu na efektywniejsze integrowanie informacji.

środa, 28 października 2020

CYWILIZACJA ŻYCIA

Smutny pan na tle symboli narodowych mówił o zagrożeniu dla polskiej racji stanu. Ojczyzny należy bronić przed ekstremistami. Kiedyś mówił tak Jaruzelski, wczoraj Kaczyński. – Ten atak jest atakiem który ma zniszczyć Polskę – straszył naczelnik. Mówił też o „zakończeniu historii narodu polskiego” która jest prawdziwym celem ciemnych sił inspirujących antyklerykalne zamieszki. Tyle jeśli chodzi o patetyczną retorykę, bo nie mamy na szczęście pustych półek ani ofiar śmiertelnych. Czy więc rzeczywiście jesteśmy na krawędzi wojny domowej?

 

Pewnie skończy się na mazaniu sprayem, wyzwiskach i kilku wybitych zębach, lecz będzie to tylko pretekstem do politycznego bicia piany. Przy okazji obrońcy życia i zwolennicy prawa do aborcji serwować nam będą różne drastyczne przykłady zła jakie wynika z przeciwnego stanowiska. Sęk w tym, że kwestia aborcji nie jest tak czarno-biała jak chcą ją widzieć daltoniści moralni. Aborcja może i jest złem, ale nie zawsze. No i jest pewną rzeczywistością której nie sposób wymazać przez jej kryminalizację.

 

Orzeczenie marionetkowego „trybunału konstytucyjnego” jest zresztą wybiórcze, bo zabrania tylko aborcji eugenicznej. Takie różnicowanie „prawa do życia” jest prawną niekonsekwencją. W świetle prawa płód nie jest jeszcze obywatelem – nie ma imienia, nazwiska, PESElu i innych prawnych atrybutów osoby ludzkiej, choć podlega ochronie prawnej, od której istnieją tylko pewne wyjątki. Jeśli skracamy listę tych wyjątków tylko o jedną kategorię, cała wykładnia o człowieczeństwie płodu staje się absurdalna.

 

W zasadzie jest to kwestia filozoficzna, światopoglądowa czy ideologiczna, bo definicja życia ludzkiego nie została określona prawnie. Prawo może z kolei stworzyć dowolną definicję i  żądać jej egzekwowania, co nie znaczy, że będzie ona zgodna z prawdą. Gdyby Niemcy zapisały w swojej konstytucji, że Żydzi nie są ludźmi to nie byliby nimi w świetle niemieckiego prawa, ale pewnie wszystkich by to nie przekonało. Z drugiej strony, gdyby zapisać w polskim prawie, że życie ludzkie zaczyna się w chwili jego poczęcia, aborcja musiałaby zostać całkowicie zdelegalizowana, a to rozpętałoby jeszcze większą burzę.


 

Ręcznie sterujący państwem Jarosław Kaczyński musiał sobie zresztą zdawać sprawę, że to bardzo drażliwa kwestia. Podczas ostatniej próby zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej w 2016 roku przez kraj przetoczyła się fala tak zwanych „czarnych protestów” pod których presją nie przeforsowano kontrowersyjnych zapisów. Czego więc się spodziewał? Dziś może się co prawda zasłaniać „niezależnością” protegowanych przez siebie członków trybunału, lecz społeczne napięcie musiało być oczywistą konsekwencją jego politycznych kalkulacji. I to pomimo rzekomo dziesiątkującej ludność epidemii.

 

Być może skala i forma wywołanego w kraju niepokoju przerosła już oczekiwania samego ich reżysera, lecz konflikt kieruje się własną dynamiką, z której może on czerpać energię jak polityczny wampir. Można sycić się swoją wyższością moralną i wskazywać palcem barbarzyńców, którzy zburzą kościoły i wyskrobią połowę dzieci, a drugą oddadzą na wychowanie pedałom. Banałem jest stwierdzenie, że gra idzie o władzę, lecz po triumfalnych „reformach”, Prawo i Sprawiedliwość spodziewać się tylko może srogiej politycznej zemsty – walczy więc w zasadzie o życie.   

poniedziałek, 19 października 2020

NOŚNIKI INFORMACJI


Nie sposób zrozumieć człowieka bez znajomości jego psychiki, a ta wynika z dwóch milionów lat kultury i czterech miliardów lat ewolucji. Nawet kiedy już pojawiliśmy się w obecnej anatomicznej formie, przez ćwierć miliona lat tkwiliśmy w tak zwanej prehistorii. Po zaledwie kilku tysiącach lat rozprzestrzeniania się cywilizacji traktujemy ją jednak jako swoje naturalne środowisko. Owszem, skoro zwierzęta takie jak my potrafiły zbudować cywilizację, w pewnym sensie jest ona naturalna. To co tworzymy wynika przecież z naszej biologicznej natury. Jeśli nasz mózg jest dziełem przyrody to wszystko co wymyśli też nim jest. Ale nasz naturalny popęd rozumowania nie rozwinąłby się gdyby nie to co pierwotne. Nasz umysł nie wykształcił się celowo – po to byśmy mogli kochać, śmiać się, zachwycać i rozwijać. Jest produktem ubocznym procesów których stawką było życie.

Cóż jednak znaczy być żywym – oto jest pytanie. Być może z naszego punktu widzenia sytuacja jest jasna. Kiedy zgaśnie świadomość będziemy trupami. Zwolennicy teorii religijnych wierzą co prawda, że po śmierci świadomość przeniesie się w inny wymiar, ale tak czy siak swoje życie utożsamiamy z istnieniem umysłowego „ja”. Biologia pojmuje jednak życie w kategoriach organizmu, a nie jaźni. Nawet organizmy nie posiadające układu nerwowego są przecież żywe. Ba, nawet te składające się tylko z jednej komórki. Istotą życia nie są subiektywne doznania tylko genetyczna informacja. Bez odpowiednich instrukcji pierwotna komórka szybko straciłaby stabilność – musiała ona regulować własne parametry tak, żeby utrzymać stałe ich wartości. Wymagało to przemian energetycznych zwanych metabolizmem – gromadzenia komórkowego paliwa i jego wykorzystywania. A to wymagało już różnych funkcji życiowych takich jak odżywianie i oddychanie.

Przetrwanie genów wynikało z kolei ich replikacji, a tę zwiększało odpowiednio długie trwanie samego organizmu. W zmieniających się warunkach środowiskowych oznaczało to premiowanie adaptacji czyli dziedzicznego przystosowania. I tak się z grubsza zaczęła ewolucja. Przystosowaniu organizmu służył system przechowywania i przetwarzania przydatnych dla niego informacji w celu programowania odpowiedniego zachowania. U podstawy wszelkich naszych decyzji leżą mechanizmy unikania bodźców zagrażających i poszukiwania tych korzystnych. Mechanizmy które w podstawowym zarysie odziedziczyliśmy po jednokomórkowych przodkach – świadczyć o tym może daleko posunięta uniwersalność kodu genetycznego wszystkich żyjących organizmów.


Pamięć i jaźń które konstytuują naszą osobistą tożsamość służą ledwie obronie naszej „linii życia” jako sprawdzonego ewolucyjnie programu w zmienionych przez własny gatunek warunkach środowiskowych. Lecz czym właściwie jesteśmy? 98% komórek z których jesteśmy zbudowani jest regularnie wymieniana. Nawet w tych komórkach które posiadamy przez całe życie (na przykład komórkach kory mózgowej) zachodzą różne procesy zmieniające ich skład. Jedynymi atomami pozostającymi w komórce przez cały okres życia są natomiast te składające się na jej DNA. To w tym poskręcanym łańcuchu kryje się tajemnica tego kim byliśmy, będziemy i jesteśmy – wyodrębnionego z otoczenia układu fizycznego który żyje, czuje i myśli.