Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 10 stycznia 2019

SCIENCE FICTION


Jedyną stałą w tych czasach jest zmiana. „Musimy” więc zmieniać się, żeby nadążyć za rzeczywistością. I to coraz szybciej bo tempo zmian narasta. Pogrążając się w tym pędzie nie mamy jednak zbyt wiele czasu na myślenie. Nie bardzo wiadomo kto wyznacza kierunki, ale trzeba się spieszyć, albo zostanie się w tyle. Kiedy wszystko jest tymczasowe nic nie jest w zasadzie dość dobre. Przynajmniej nie tak jak to co widzimy w mediach, i za czym gonimy. Człowiek zawsze ścigał swoje marzenia, ale dziś zmieniają się one wykładniczo. Może i apetyt rośnie w miarę jedzenia, lecz teraz już w trakcie przeglądania menu.

Wydłużająca się bez końca lista „możliwości” zamienia się w presję korzystania z nich. O ile nasze potrzeby są zasadniczo nieograniczone, o tyle ich wizualizacje konkretyzują je. Reklamodawcy podpowiadają nam czego chcemy i tak powstają nowe pragnienia. Ich realizacja wiąże się natomiast z posiadaniem określonych środków, a więc ich zdobywaniem. Wszystko to przekłada się na styl życia w którym błyskawiczna orientacja poznawcza zapewnia pozycję społeczną. Poniekąd było tak od zawsze, z tym że wzorce były niegdyś bardziej statyczne. Dziś zmieniają się one szybciej niż jesteśmy je w stanie przyswoić.

Mechanizm każdej mody opiera się na społecznym dowodzie słuszności, ale jeśli mamy do czynienia z jej kreowaniem, to też na pewnym snobizmie. W końcu naśladujemy raczej tych do których aspirujemy czyli ludzi z wyższych sfer, nawet jeśli znani są przede wszystkim z tego, że są znani. W każdym razie trendy rozwijają się dzięki naśladownictwu – niekiedy automatycznemu. Modę oczywiście można olać – najwyżej wyjdzie się na przedpotopowego mamuta. Gorzej że zmienia się też wszystko inne – od rynku pracy, przez wartości rodzinne aż po klimat, a to oznacza ciągłą inflację nabywanej przez nas wiedzy.

Kiedy rozwój zmierza w nieznane nie wiemy nawet do czego dążymy. 

niedziela, 6 stycznia 2019

MILIONY MAJĄ RACJĘ


Socjolodzy mówią o postmodernistycznym społeczeństwie informacyjnym żyjącym w iluzji postprawdy. To znaczy prawdy w której fakty nie są zbyt istotne. Być może żyjemy w czasach, w których każdy ma swoją prawdę – sprzyjają temu choćby tak zwane bańki filtrujące, czyli algorytmy profilujące informacje. Ale takie mechanizmy działają już w naszych głowach – ekonomia myślenia zmusza nas do używania intuicji i heurystyk, czyli swego rodzaju filtrów rzeczywistości. Ograniczamy liczbę rozpatrywanych powiązań bo znacznie przyśpiesza to proces myślenia.

Dlatego laureat Nagrody Nobla Daniel Kahneman myślenie automatyczne nazwał szybkim. Natomiast racjonalniejszy system określił myśleniem wolnym, ponieważ jest on mniej wydajny, a w dodatku bardziej energochłonny. Oczywiście nikogo nie trzeba przekonywać do pożytków płynących z myślenia, ale ciągłe skupianie się na szczegółach wiodłoby do wyczerpującego hamletyzowania – rzadko więc oddajemy się rozmyślaniom filozoficznym, a myślenia logicznego używamy przede wszystkim do wpływania na świat jeśli okazuje się zbyt skomplikowany.

Wszystko to sprawia, że o pewnych rzeczach wiemy, bo... o nich wiemy. To znaczy przyjmujemy obowiązujące konwencje prawdy nazywane kulturą. Sęk w tym, że prawdziwe są o tyle, o ile się je za takie uważa. To ludzie wymyślili sztukę, religię i gospodarkę, a potem zaczęli w nie wierzyć. Wiara ta umożliwiła im współdziałanie na skalę niespotykaną u żadnych innych zwierząt społecznych, ale sensu stricte są to ludzkie wymysły. Podobnie jak informacje genetyczne także te kulturowe replikowały się i mutowały, wykorzystując nas jako swoje nośniki. O ile nawet tworzymy kulturę, w jeszcze większym stopniu to ona tworzy nas.
 
W jakimś momencie uświadomiliśmy sobie, że tylko przekształcamy to co już było. Odtąd mówimy o postmodernizmie, choć dla łańcucha poprzedzających nas pokoleń „nowy wspaniały świat” byłby pewnie niezrozumiały. Historia życia jest jednak historią sukcesu, to znaczy skutecznych strategii genetycznych i kulturowych. Każdy z nas jest uwieńczeniem tego procesu, razem ze swoim ciałem i wszystkim w co wierzy i wyznaje. Wewnętrzny mechanizm każe nam wybierać to co atrakcyjne – naszą biologią rządzą instynkty, które w świecie kultury przekładają się na uwarunkowane społecznie dowody słuszności. Na przykład umówiliśmy się, że pieniądze są czymś wartościowym, więc zaczęliśmy ich pożądać.

Widać więc, że nigdy nie żyliśmy w świecie „prawdy”, której rzekomym następstwem jest postprawda. Prawda zawsze wiązała z jakimś mitem który ją uzasadniał i uwalniał od jej poszukiwania. Religia, ideologia, pasja czy rozrywka nadają sens naszemu istnieniu, ale gdy przygląda się im ktoś nie podzielający naszych wartości zazwyczaj odnajduje w nich logiczne luki. Wnikając coraz głębiej i głębiej na dnie naszych fantazji ujrzymy aprioryczne założenia, a nie prawdy absolutne. Takie babranie się w chaosie wieść może do nihilizmu, cynizmu, czy nawet pesymizmu, ale też wyzwolenia. Jeśli uświadomimy sobie, że taka „prawda” jest konieczna, możemy nadal ją realizować, jednak już nie ślepo.

W świecie darmowych informacji skazani jesteśmy na pranie mózgu, które wykonują zaprogramowane do tego maszyny. To nasza uwaga jest bowiem dobrem za które płacą reklamodawcy czy propagandyści, kształtując nas przez załączane w pakiecie sugestie. To truizm, lecz do prawdy najbardziej zbliża aktywne jej poszukiwanie, a nie sączenie medialnej papki czy algorytmiczne wyszukiwanie. Poza tym to co masowe jest też z reguły konwencjonalne i zbanalizowane, a do prawdy zwykle trzeba się „dokopać” przez złoża mitów, schematów i przeinaczeń.

Zapomniana w tych czasach zabawa w „głuchy telefon” to najlepsza ilustracja tego jak przepływ informacji zniekształca ich istotę. Środek przekazu jest przekazem, więc medium może przesłaniać treść, ale rzekoma prawda zawsze była częścią jakiejś intersubiektywnej narracji. Propaganda umożliwiła wręcz organizację społeczeństwa – to dzięki niej zbudowano piramidy, imperia i korporacje. Gdyby władza mówiła ludziom prawdę zapewne nigdy nie mogłaby nimi zarządzać, nie mówiąc już o realizowaniu wymyślonych przez siebie idei. Im bardziej jednak identyfikujemy się z konkretnymi ideami, tym mniej czasu poświęcamy na ich porównywanie, co zamyka nasz umysł.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

TOAST NOWOROCZNY


Jedyną rzeczą która się stale wyczerpuje jest czas. Wszystkie inne możesz gromadzić, ale to tylko złudzenie – wraz z czasem wyczerpuje się twój do nich dostęp. Nasz świat ciągle się kurczy, choć mamy wrażenie wzrostu i rozwoju. Kilka fantazyjnie ubarwionych wspomnień to tylko depozyt ulotny jak czas którym jest życie. Chcielibyśmy żyć wiecznie, aby to co robimy nie było nieodwracalne. Niestety przestrzeń naszego życia już na zawsze zostaje wypełniona. Z roku na rok zostawiamy za sobą kolejne jej połacie.

Zarządzanie czasem umożliwiło organizację społeczeństwa na wzór wielkiego mechanizmu. Dzięki pomiarom możemy dzielić go na jednostki i dysponować nimi ilościowo. Mówi się wręcz, że czas to pieniądz. Jeśli jednak mamy coraz więcej możliwości, a coraz mniej czasu, to tak naprawdę jesteśmy ograniczeni. Nasze doświadczenie rozgrywa się zawsze w teraźniejszości, a upływ czasu jest jedynie obrazem jego zmian. To co wydarzyło się w 2018 roku to już historia, lecz to z niej wyłoni się przyszłość.

Koniec roku to czas różnego rodzaju bilansów – politycznych, sportowych czy kulturalnych... Niekiedy pewnie też i osobistych, bo wraz z nim czynimy różnego rodzaju postanowienia na rok przyszły, choć gorzej bywa już z ich realizacją. W każdym bądź razie bezlitosna statystyka udowadnia, że najdokładniejszą metodą prognozowania jest analiza przeszłości. Być może dlatego analitykom zawsze jest tak trudno przewidzieć prawdziwe zmiany, choć mogą wyławiać z danych pewne trendy.

W swoich przewidywaniach należy uwzględniać przypisany rzeczywistości chaos, który może skutkować efektem motyla, prawem serii czy innym nieprawdopodobieństwem. Zgoła jednak najbezpieczniej założyć, że przyszłość będzie podobna do przeszłości, bo z reguły tak bywało. Profesjonaliści będą się profesjonalizować, alkoholicy alkoholizować, a pasjonaci pasjonować... Po przekroczeniu pewnego wieku jedyne w czym się zmieniamy to sukcesywne potwierdzanie swojej tożsamości. Może to i lepiej, bo z grubsza wiadomo czego się można po ludziach spodziewać.

Nie wróżę więc wielkiej rewolucji – ani Wam, ani sobie. Nie znaczy to, że zamierzam się nudzić – tyle że każdy z nas sam określa obszary swoich eksperymentów. Paradoksalnie żeby poznawać nieznane życie musi układać się w pewien schemat, w przeciwnym wypadku można się w nim pogubić. Wznosząc toast za Nowy Rok wypiję za swoją nadzieję, że nie będzie mnie okradał z czasu bardziej niż miniony, choć świat zawsze kombinuje co by tu jeszcze wymyślić, żeby zająć człowieka. Życzę Wam optymalnego wykorzystania każdego z nadchodzących 365 dni!    

piątek, 28 grudnia 2018

KRZYWE ZWIERCIADŁO

Budda mówił, że świadomość jest lustrem – to znaczy pokazuje rzeczywistość, ale jej obraz zniekształcają nasze pragnienia. Zawsze czegoś chcemy, więc nigdy do końca nie wiemy jak jest naprawdę. Pytanie tylko, czy świadomość może być pozbawiona woli? Sztuczna inteligencja potrafi doskonale analizować dane, a mimo to niczego nie czuć. Jeśli tylko wykonuje zaprogramowane polecenia tak naprawdę niczego nie chce, a skoro nie może decydować to nie jest bytem świadomym. Wydaje się za Kartezjuszem, że wszelki podmiot powinien przynajmniej kierować swoimi myślami. I właśnie po to potrzebne jest „ja” – wewnętrzny obserwator który musi „być”. Informacje nie znaczą nic bez ich interpretacji, a ta wymaga wewnętrznego języka. Jeśli nic by nie znaczyły nie odbierałbym ich świadomie – nic bym o nich nie wiedział. Dopiero ich znaczenie tworzy wewnętrzny komunikat.

Myślenie jest czymś w rodzaju mówienia do siebie, tylko że nikogo tam w środku nie ma. Istnienie jest więc tylko formą, a nie wewnętrzną substancją, duszą czy pneumą. Moglibyśmy ostatecznie powiedzieć, że jesteśmy własnymi mózgami, ale w nich tylko zbiegają się wszystkie sygnały z naszego ciała. I w dodatku te organy przez cały czas się zmieniają na skutek odbieranych przez siebie bodźców. Nawet z naukowego punktu widzenia ciężko jest określić czym jest mityczne ego, o którego dobro wszyscy tak zabiegamy – wydaje się raczej wypadkową informacji genetycznych i środowiskowych niż małym ludzikiem podejmującym decyzje w centrum zarządzania. Z ewolucyjnego punktu widzenia umysłowa podmiotowość służy wręcz powielaniu zoptymalizowanej informacji genetycznej, co algorytmy kulturowe mają jedynie usprawniać.

System społeczny zapętlił się jednak już do tego stopnia, że wyekstrahowaliśmy z pierwotnych mechanizmów zmysłowe przyjemności, a z kultury materialnej towarowe fetysze. Możemy nawet aplikować sobie czyste narkotyki bez całej tej otoczki – nie gonić już za niczym tylko karmić układ nagrody. Lecz żaden z tych sposobów nie zrywa naszej zależności od rzeczywistości, a więc kształtujących naszą świadomość informacji. Moglibyśmy powiedzieć, że jesteśmy wzorcami ich przetwarzania, ale te są plastyczne, a zatem niestałe. By odnaleźć siebie popadamy więc w nawyki, więzi i obsesje – to z nich budujemy swoją istotę. Biologiczne afekty czyli emocje wartościując źródła stymulacji wpływają na naszą percepcję ujmowaniem świata w ramy tego co chcemy zobaczyć. Wyzwolenie umysłu można by – teoretycznie – osiągnąć przez wgląd w prawdę pozbawioną ograniczeń postrzegania.

W tym ujęciu doświadczanie prawdy bez jej opisywania uwalnia od cierpienia, to znaczy podsycania pragnień. Medytacja resetując „ja” odsłania grę różnych stanów umysłu tworzących iluzję, co pozwala później lepiej złożyć się do kupy. Z tego powodu dalekowschodnie techniki są coraz wnikliwiej badane przez zachodnich psychologów. Wszystko wskazuje na to, że zmieniając budowę mózgu mogą poprawiać zdrowie psychiczne. Póki co nie znamy jeszcze mechanizmów molekularnych leżących u podłoża neuroplastyczności anatomicznej modyfikowanej przez aktywność psychiczną, choć w tym świetle podział na ciało i ducha (psychikę) wydaje się sztuczny. Co więcej szczęście jest stanem świadomości, więc jej rozwijanie przysłużyć może nam się bardziej niż zaspokajanie nienasyconych oczekiwań. Im wyższa świadomość tym mniejszy wpływ trudnych warunków.  

środa, 19 grudnia 2018

MĘDRCY ŚWIATA


Podobno mądrzy rządzą głupimi. Ale może rządzą nimi po prostu elokwentni. Zresztą jak zwał tak zwał – ci którzy są inteligentni, zwykle lepiej racjonalizują swoje poglądy, nawet jeśli są one błędne. A co za tym idzie lepsi są w przekonywaniu, nawet jeśli to do czego nas przekonują nie ma większego sensu. Historia pełna jest przykładów absurdalnych światopoglądów, do których udało się przekonać rzesze ludzi. Taka jest zresztą geneza każdej kultury, opierającej się w swej istocie na wspólnocie przekonań. Każda z nich lubi rościć sobie prawo do prawdy, postrzegając obcych jako nie znających jej barbarzyńców. Ludzkość niejedno ma więc imię. Niemniej różnice te odgrywają coraz mniejszą rolę, ponieważ obywatelom świata udało się już dojść do porozumienia w wielu kwestiach naukowych.


Można twierdzić – jak jeden ze współczesnych doktorów islamu, że Ziemia jest płaska, lecz dyskusja taka nie ma już większego znaczenia. O ile wiedza o kształcie naszej planety jest już powszechna, to nadal wielu z nas szuka wskazówek w tekstach religijnych z epoki brązu. Tyle że doszukując się w nich odpowiedzi na nieznane autorom dylematy projektujemy własne interpretacje lub zawierzamy teologicznym specjalistom, którzy robią to za nas. I tu zaczyna się przysłowiowe lanie wody. Święte słowa są atramentowymi plamami w których każdy odnaleźć może to czego szuka – i pewnie w tym tkwi ich ponadczasowość. Historycznie te same wersety służyły więc do uzasadnień różnych porządków. Ba, nawet w imię tych samych ksiąg można było wzajemnie się zwalczać.

Religijna wojna trzydziestoletnia pochłonęła 8 milionów chrześcijańskich istnień. Czy było to moralnie bardziej uzasadnione od mordowania w imię nacjonalizmu czy komunizmu? U podłoża wszystkich tych systemów stały oczywiście konkretne interesy, religia czy ideologia może więc być tyleż inspiracją co instrumentem. Wykładnie zmieniają się wraz ze światem, zabezpieczając interesy ich głosicieli, przy okazji odpowiadając na nowe lęki i potrzeby wyznawców. Im więcej naturalnych prawideł odkrywamy tym bardziej doktryny redukują się do egzaltowanych wywodów i symbolicznych rytuałów. Popularna staje się wymówka redukująca religię do samej sfery „duchowej”, a przez to separująca ją od prawd naukowych. Lecz skoro postuluje ona „ostateczne” wyjaśnienia, nie sposób oddzielić jej od pozostałej wiedzy. Zwłaszcza jeśli wydaje nam instrukcje.


Już w czasach prehistorycznym szamani mogli mieć problem z tłumaczeniem czemu taniec deszczu
nie działa, a leczony kadzidłem pacjent zmarł, więc musieli się specjalizować zwłaszcza w unikaniu jednoznaczności. „Odwieczne” prawa zmieniały się więc w zależności od okoliczności. Żeby ludzie nie zauważyli tego paradoksu kapłani próbowali monopolizować wiedzę, jak miało to miejsce w starożytnym Egipcie czy średniowiecznej Europie. Wobec znikomej skuteczności praktyk magiczno-religijnych poszukiwano jednak alternatywnych rozwiązań, co napędzało naukę, niejednokrotnie zapędzając „duchowych” przywódców w kozi róg. Wydawać by się mogło, że obnażono już ich apodyktyczną niekompetencję, niemniej wciąż przyciągają wiernych spragnionych otuchy i pocieszenia. Ale wiedzy o kosmosie, cząstkach elementarnych czy genetyce nie czerpiemy z pradawnych objawień i tradycji tylko badań empirycznych.
 

Wszystko to spycha kościół w otchłań coraz bardziej abstrakcyjnych rozważań i przestrzegania przed   rzekomymi grzechami (głównie obyczajowymi), choć jak teoretyzujący filozof nie zawsze żyje wedle własnych zasad. Wiara to przede wszystkim przywiązanie do instytucji i symboli, bo większość z nas i tak „wie swoje” i robi swoje. Kościół natomiast zajmuje się głównie uzasadnianiem swojego istnienia. I widocznie robi to dobrze, skoro nadal istnieje w erze technologii i nauki. Wiara stricte religijna jest zresztą tylko jednym z komponentów współczesnego światopoglądu, coraz bardziej naukowego, lecz też narodowego czy konsumpcyjnego. Musimy w coś wierzyć, a tak się składa, że organizacja świata najlepiej pokazuje nasze wartości. Wspólna wieczerza przy akompaniamencie pieśni o Bogu który narodził się w oborze wśród biedaków to wciąż żyjący znak naszej zbiorowej tęsknoty za przebaczeniem i miłością. I nie odbierze nam tego żaden zawistny terrorysta z karabinem czy bombą.

poniedziałek, 17 grudnia 2018

SZAŁ ZMYSŁÓW


Ludzie musieli być kiedyś bardziej uważni, a zatem świadomi tego, co się dzieje wokół. Musieli więcej wypatrywać i nasłuchiwać, bo wszędzie mogły czaić się zagrożenia – wrogie plemiona, węże czy drapieżniki. Musieli też lepiej węszyć, żeby tropić zwierzynę. Podczas jedzenia grzybów czy jagód bardziej skupiali się na smaku, bo przypadkowo mogliby spożyć ich trujące odmiany. Świat zmysłów był dla nich dużo ważniejszy niż dziś dla nas, więc też prawdopodobnie dużo intensywniejszy. Wiadomo na przykład, że zmysły się wyostrzają u osób dotkniętych deficytem jakiegoś z nich, żeby to zrekompensować. Dajmy na to osoba niewidoma będzie efektywniej wykorzystywać informacje dźwiękowe do mapowania przestrzeni. Zjawisko to nazywamy substytucją sensoryczną.

Mózg jest wielkim odbiornikiem, ale potrafi przetworzyć tylko część odebranych danych. W związku z tym od zawsze stosował filtry, które pozwalały mu oddzielać informacje niewarte uwagi od tych istotnych. Ucywilizowanie się człowieka zmieniło zasadniczo charakter przyswajanych przez niego informacji. Nie tylko wyposażyliśmy się w technologię „zmysłów zewnętrznych”, ale też wyłączyliśmy szereg niebezpieczeństw i wyzwań, budząc przy tym w sobie nowe pragnienia. Dzięki prawu prawdopodobieństwo zderzenia głowy z maczugą jest mniejsze niż dawniej, a w centrum miasta raczej nie spotkamy głodnego tygrysa. Nie przyglądamy się więc zbytnio przechodniom na ulicy, ani nie skupiamy się na smaku wyselekcjonowanej żywności, poświęcając swoją uwagę raczej sprawom „ważniejszym”. Mniejsza czujność zmysłowa odrywa nas od „tu i teraz”.

Co by o tym nie mówić zdolność mentalnego przekraczania czasu i przestrzeni to jedna z najbardziej zdumiewających ludzkich umiejętności. Dzięki niej potrafiliśmy podtrzymywać odseparowane od siebie wspólnoty, a także określać swoje „ja”. Niemniej wiadomo, że aktywowanie sieci uwagowej w mózgu wycisza te „błądzące myśli”. Ponieważ nasi przodkowie byli bardziej uważni na świat wokół, nie czuli w takim stopniu doskwierającej im nudy. Nie robiąc „nic” nie musieli od razu sięgać po smartfona czy włączać telewizora, ponieważ ich zmysły zajmowały się analizą rzeczywistości. Dzisiaj często prawda wydaje nam się nieistotna, wolimy więc światy wykreowane przez systemy hiperinformacyjne. Pierwotnie ludzkiej percepcji bliżej było do analitycznej medytacji niż rozgorączkowania w postmodernistycznym chaosie.

Cywilizacja to oprócz sytości, służby zdrowia, edukacji i praw człowieka także wszystkie stojące za nimi kategorie, które zawierają instrukcje determinujące nas do określonych zachowań i ścieżek myślowych. Internalizując ją nabywamy sądy, które automatycznie formułujemy jeszcze zanim pozwolimy naszym myślom powstać – a wtedy nie możemy zobaczyć ich w stanie czystym. Oczekiwania ograniczają elastyczność naszego umysłu, ponieważ uzależniają go od osiągnięcia określonego punktu, a wtedy jesteśmy mniej obecni w sobie samych. Co prawda współczesny świat robi co może, żeby przejąć naszą uwagę (promując określone osoby, produkty czy usługi), lecz właśnie dlatego coraz trudniej to osiągnąć. Zalewani nużącymi informacjami szukamy coraz intensywniejszych podniet, co skutkuje informacyjną i zmysłową inflacją. 

piątek, 14 grudnia 2018

PROFILOWANIE PRAWDY


W czasach w których informacje i dane są podobno najważniejsze powierzyliśmy ich wyszukiwanie wyspecjalizowanym w tym algorytmom. Oczywiście w przeciwnym wypadku zgubilibyśmy się w ich gąszczu, ale z drugiej strony to tajemniczy łańcuch procedur decyduje o treściach jakie zostaną nam przedstawione. Teoretycznie algorytmy konstruowane są tak, żeby ułatwiać wyszukiwanie przez prezentację najpopularniejszych stron. Lecz większość z nas – w tym ja – nie ma pojęcia o tym jak działają.

Matematyka nigdy mnie specjalnie nie pociągała bo nie odnajdywałem w niej znaczenia. Dziś to ona odnajduje znaczenie w każdym wirtualnym kroku – analiza statystyczna wielu danych wykrywa w naszym zachowaniu wzorce na podstawie których prognozuje trendy. Umożliwia  to profilowanie oferty (reklamy lub propagandy), nie tylko po to żeby nam pomagać, ale i skuteczniej na nas wpływać. Poniekąd nasz mózg działa na podobnej zasadzie – jest statystykiem który odnajduje powiązania i przetwarza je w wiedzę.

Nowe techniki nauczania maszynowego (tzw. deep learning) inspirują się wręcz pracą ludzkiego mózgu, jednak w dalszym ciągu to my wiążemy rzeczywistość w spójny obraz. Nie wszystko co mówi język da się przełożyć na ciąg cyferek. Maszyna może doszukiwać się powiązań skutkowo-przyczynowych w danych liczbowych, ale nie jest w stanie zrozumieć abstrakcji. Tak naprawdę matematyka nie jest obiektywną rzeczywistością, ale instrumentem który wymyśliliśmy do jej opisywania.
 

Niektórzy spekulują, że odwzorowując modele matematyczne pracy naszego mózgu można by zasymulować świadomość, gdyż klucz do niej nie leży w jego materii, ale sposobie komunikacji neuronów. Gdyby udało się dokonywać tych obliczeń na innym podłożu mogłoby ono zacząć myśleć. Struktura komputera nie musi się wszak opierać na krzemie – stworzono kiedyś na przykład komputer wodny. W przypadku komputera nie jest ważne z czego jest on zbudowany tylko jak części na siebie oddziałują. Niestety musiałby być to komputer o nieznanej dotąd złożoności.

Skoro każda komórka nerwowa ogranicza się do odbierania i wysyłania impulsów wydawać by się mogło, że to aktywność zerojedynkowa, tyle że nie. Każdy neuron połączony jest z wieloma innymi neuronami od których zbiera sygnały, a te z kolei mogą mieć charakter pobudzający albo hamujący. Dopiero sumując je wszystkie neuron „decyduje” czy przekazywać impuls i z jaką siłą. Po przekroczeniu wartości progowej sygnał płynie dalej, lecz jego natężenie zależy od biochemicznej instrukcji. Sygnał jest więc stopniowalny, a w dodatku każda synapsa może wpływać na działanie pozostałych, a każdy impuls rodzi się z kombinacji wszystkich dotychczasowych.

Zawsze można się kłócić, że matematyczne rozwiązanie tej zagadki wymagałoby po prostu doprecyzowania, uściślenia parametrów, dokładniejszych pomiarów... No cóż, jak na razie droga do tego wydaje się daleka, ale iluzja absolutnie „ostrego” określenia wszystkiego wydaje się największym ograniczeniem matematyki. „Królowa nauk” jest tylko uproszczeniem kwestii jakościowych do ilościowych. Złożoność zależności biochemicznych przejawiających się w naszych pragnieniach ciągle pozostaje poza jej zasięgiem, choć może obliczać prawdopodobieństwo podejmowania przez nas określonych działań. Ufajmy więc sobie bardziej niż obliczeniom.