Łączna liczba wyświetleń

środa, 21 stycznia 2015

SPRZEDAWCY MARZEŃ

Ludzi majętnych podzielić można zazwyczaj na dwie kategorie: ciułaczy i kombinatorów. Ciułacze mają trudniej bo nie umieją kombinować, muszą więc ciułać. A żeby coś uciułać trzeba mieć cierpliwość. To rzadka cecha w dzisiejszych czasach, kiedy ludzie wszystko chcą mieć od razu. Wszystko przecież można kupić na raty albo zaciągnąć lichwiarską chwilówkę. A jak człowiek jest wypłacalny to nawet kredyt wziąć może. Nawet we frankach szwajcarskich. Bo trzeba tak robić, żeby zarobić, a się nie narobić. Dlatego kombinatorzy zwykle uważają ciułaczy za frajerów. Dzisiaj synonimem życiowej zaradności jest tak zwany łeb do interesów. – Masz łeb i chuj, to kombinuj – głosi przysłowie ludowe. I zazdrość zżera ciułaczy, gdy widzą co sobie cwaniak jeden z drugim skombinował.

Ceną za wysoki status materialny jest zwykle ludzka zawiść. Ogranicza się jednak ona do złośliwych plotek, a dorobkiewicz spotyka się zazwyczaj z obłudnym szacunkiem. Zaczynają mówić mu „dzień dobry” ludzie których do tej pory nie znał i tak dalej. Niekiedy osobnikowi takiemu odbija palma i zaczyna wierzyć w niezwykłą moc posiadanych przez siebie pieniędzy. Wtedy też środki finansowe służą mu jedynie do maskowania swojej wewnętrznej biedy, nie stając się środkiem osobistego rozwoju. Niemniej nikt z nas w nie jest w stanie uciec od rywalizacji, wpisanej w specyfikę naszego gatunku. Dlatego ubóstwo materialne staje dla nas powodem do wstydu i usiłujemy, jak to zwykliśmy mówić, „coś osiągnąć”, choć ceną za to często jest przemęczenie prowadzące do emocjonalnego wypalenia.

Hybryda ciułacza i kombinatora to nowy model „człowieka sukcesu”. Łączy w sobie ciężką pracę z życiowym cwaniactwem, harówkę i ryzyko. Tylko w ten sposób możemy bowiem liczyć na większy majątek, a wiadomo że w dzisiejszych czasach nie zaimponujemy już pospólstwu byle gównem. A zatem ludzie poświęcają najlepsze lata swojego życia korporacjom, żeby tylko mieć to zasrane mieszkanie na zamkniętym osiedlu i luksusowy samochód. Ponieważ odkładając na ten cel doczekaliby się jego realizacji dopiero na starość, a całe życie zmagać by się musieli ze swoją niską pozycją społeczną, jedynym wyjściem pozostaje zrealizować cel i potem już tylko dumnie spłacać raty. Ponieważ kredyty we frankach szwajcarskich swego czasu postrzegane były jako sprytne rozwiązanie, sięgano po nie chętnie. Spryciarze, podejmując niewielkie, wręcz iluzoryczne ryzyko, zaoszczędzić mieli kupę kasy. Pech chciał, że tym razem los premiował zachowanie bardziej zachowawcze.

Od kilku dni słyszymy o krzywdzie jaka spotkała frankowych kredytobiorców. Medialna narracja aż sugeruje, że sektor bankowy wkręcił ludzi w jakiś masowy szwindel. Jak znam życie połowa telewidzów w to uwierzy, bo uwierzy we wszystko co tylko powiedzą w telewizji. Niestety, myśląca część społeczeństwa powinna przyznać że to jakieś jaja, gdyby tylko wielu jej przedstawicieli nie miało problemu ze spłatą. Bo po kredyt sięgała raczej ta lepiej zorientowana ekonomicznie grupa, niż na odwrót. Typowy frankowy kredytobiorca to osoba ambitna, wykształcona i jak najbardziej świadoma ryzyka zmiany kursu. Fakt że frank szwajcarski tradycyjnie uznawany był za najbardziej stabilną walutę świata, nie gwarantował przecież że ryzyka nie ma, a co najwyżej że jest ono niewielkie. Ale kredytobiorca, materializując już w myślach swoje marzenia „musiał” zaryzykować.

Banki, jak to banki, kusiły lud wizją niskooprocentowanych kredytów, a ten nie mógł im się oprzeć. Teraz ludzie mają problem, a banki chcą forsy. Przekrętu nie było, lecz banki również jak najbardziej świadomie wpakowały się w ryzykowną sytuację. Być może nie odzyskają części swojej forsy. Tyle, że w ich wypadku skutki tego nie będą tak dramatyczne. Jak pisał niegdyś Bertolt Brecht:

Gdy do mocnych masz interes
Musisz mieć odporny łeb
Bo Cię mocny w łeb ten nieraz
Wyrżnie jak żelazny cep
Bo słabego czaszka człeka
To jest ich powszedni chleb
Więc ten kłopot słabszych czeka
Że nadstawiać muszą łeb.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

PAŃSTWO ŚLĄSKIE

Górnicy znowu się uruchomili. Tym razem przyczyna ich wkurwienia wydaje się nawet zrozumiała. Grożą im zwolnienia. Każdy człowiek w takiej sytuacji reagowałby nerwowo. O ile ludzkim odruchem jest współczuć komuś kto zostaje pozbawiony środków do życia, o tyle sprawę należy widzieć w znacznie szerszym kontekście. Jest to bowiem jedna z wiecznie niezadowolonych grup zawodowych, która uparcie ignorując zmieniającą się rzeczywistość, z histerycznym szałem regularnie sprzeciwia się jakiemukolwiek naruszeniu wypracowanego niegdyś status quo. Obciążając w sposób nadmierny budżet państwa górnicy sami wymuszają na nim takie działania jak zamykanie kopalń. W ich mniemaniu wydobycie węgla powinno być finansowane przez państwo, więc czy tego chcemy czy nie, musimy bulić na ten „interes”, płacąc za wydobywanie niepotrzebnego, bo zbyt drogiego węgla.

Polski węgiel jest nawet dwukrotnie droższy od tego z zagranicy. Koszty osobowe, wynoszące dwie trzecie ceny, w drastycznym stopniu obniżają jego konkurencyjność. Eksportujemy jedynie do krajów, gdzie możliwy jest transport kolejowy, jakiego koszty są relatywnie niskie. Głównym odbiorcą tego surowca są niemieccy krwiopijcy, którzy ostatnio ograniczają jego wydobycie. Ważny jest również rynek krajowy, gdzie sytuację do lat ratują państwowe koncerny energetyczne. Paradoksalnie sprowadzamy do kraju niemal tyle samo węgla ile go eksportujemy. Od lat przytaczany jest argument, że tylko rodzimy węgiel zapewnia nam bezpieczeństwo energetyczne. Niestety bezpieczeństwo to mogło by nas znacznie mniej kosztować. Jedną z przyczyn niewydolności polskiego górnictwa jest roszczeniowa mentalność ludzi w nim zatrudnionych.

Jeśli pracujesz w innej branży, można Cię wyjebać z roboty bez problemu i nie zainteresuje się tym nawet pies z kulawą nogą. Każdy kto nie żyje na innej planecie dobrze o tym wie. Jeśli jednak jesteś górnikiem to prawdopodobnie twój los wzruszy któregoś z przedstawicieli ponad dwustu czterdziestu związków zawodowych działających w górnictwie. Utrzymanie tych organizacji kosztuje rocznie ponad 11 milionów złotych, więc szczekacze nie odpuszczą pajacowania tak łatwo. Górnicy też wiedzą, że takiej roboty już tak łatwo nie znajdą, trzymają się więc jej zębami i pazurami. Choć rok ma tylko 12 miesięcy, oni otrzymują 14 pensji i to nie byle jakich. Zwykły robotnik otrzymuje tam średnio 7,5 tysiąca złotych, a technik górnik nawet 9 patyków. Jest się więc o co bić. A zatem nic dziwnego, że kiedy Kompania Węglowa poniosła w 2013 roku miliardową stratę, górnicy nie chcieli odpuścić sobie czternastej pensji. Nie zgodzili się nawet na to, żeby wypłacić im ją w ratach.

Bardzo zdenerwowało ich również to, kiedy Kompania zabrała górniczym emerytom jedną tonę z przysługującego im węglowego deputatu, bo to również oznacza zajebistą kasę. Kampania rocznie buli na deputaty 500 milionów złotych, ale jak się okazało przywileje te należą się górnikowi jak psu zupa, a nawet minimalne ich ograniczenie powoduje lament i zadymy. Osiem ton darmowego węgla należy się każdemu pracownikowi Kompanii, a trzy tony nawet emerytom i basta! Jeśli nie masz w mieszkaniu pieca żaden problem. Dostaniesz ekwiwalent, około 570 złotych za każdą należną tonę. I jak tu się nie stresować, kiedy grozi Ci zwykła rzeczywistość. Nawet kiedy na pożegnanie dostaniesz odprawę o jakiej inni mogą tylko śnić. 

czwartek, 1 stycznia 2015

PIEKIELNY CHŁOPAK

Heavy metal, motory i chuligaństwo to iście szatański koktajl. Kiedy jednak wszystko inne zawodzi człowiekowi pozostaje tylko ostra jazda. Trzynastoletni Jacob jest poważnie wkurwiony. Jego matka wyciągnęła kopyta, a ojciec popadł w alkoholizm. W takiej sytuacji trzeba dać czadu, chwycić za kij bejsbolowy albo coś podpalić. Tylko wszyscy w okolicy mówią, że to chłopak z piekła rodem.

Być może już wkrótce „resocjalizacja” w poprawczaku zepchnie go na samo dno. Póki co, nie jest jeszcze tak źle żeby nie mogło być gorzej. Chociaż Jacob zachodzi za skórę wszystkim wokół, są jeszcze w życiu rzeczy na których mu zależy. Niestety więź łącząca go z jego młodszym bratem Wesem zostaje zerwana, kiedy prawną opiekę nad nim przejmuje ciotka Pam. Uważa ona, że Jacob wywiera na brata zły wpływ, co jest poniekąd prawdą. Karkołomne wysiłki ich ojca Hollisa, który podnosi się i usiłuje ponownie scalić rodzinę, spotykają się z nieufnością zarówno Pam, jak i Jacoba. Łobuz nie potrafi przebaczyć swemu ojcu, a ten nie wie jak odzyskać jego miłość.

Jest jeszcze jedna sprawa ważna dla Jacoba. To jego wielka pasja – wyścigi motocyklowe. Jacob jest utalentowanym motocyklistą, lecz pech niweczy jego nadzieje na sukces podczas wyścigu do jakiego zawzięcie się przygotowywał. To wszystko za dużo jak na zwykłego trzynastolatka – chłopak znowu pęka i sprawy jeszcze bardziej się komplikują.

Polecam wszystkim kameralny dramat „Piekielny chłopak”. Obraz skłania do refleksji nad tym jak cienka jest czasem granica pomiędzy dobrem i złem. Pokazuje jak łatwo samemu zatrzasnąć się w pułapce. Zwłaszcza kiedy ma się tylko trzynaście lat.

niedziela, 14 grudnia 2014

IMPERIUM LITEWSKIE

Polska świadomość narodowa, podobnie jak samo pojęcie narodu, niezależnie o jakim mówimy, kształtowała się dopiero w czasach nowożytnych. Idea państwa narodowego stawała się popularna dopiero w osiemnastym wieku, czyli w okresie kiedy Polska, a ściślej mówiąc konfederacja polsko-litewsko-ukraińska, właśnie padała i to głównie z powodu wewnętrznej słabości, a nie sąsiedzkiego imperializmu. Wojny były w tym czasie bowiem powszechnie stosowanym instrumentem realizowania interesów, z którego to sposobu nie wahała się korzystać sama Najjaśniejsza Rzeczpospolita, kiedy jeszcze była na tyle wydolna. Wbrew prawicowej propagandzie, „tradycyjne polskie wartości” nie są wytworem ludycznym, ale raczej inteligencko-intelektualnym, a  na wsi przyjmowały się raczej opornie. Brak poparcia mas chłopskich przesądzał o klęskach wszystkich ówczesnych powstań narodowych. Uświadomieniu narodowemu sprzyjał rozwój oświaty, przemysłu i ośrodków miejskich, a prosty lud przyswajał sobie te trendy z konserwatywnym oporem.

Ponieważ importowane z zachodu, jak na ironię często za „pośrednictwem” zaborców idee narodowe, rozwijać się musiały w kontekście „zniewolenia”, polska tożsamość przesiąkła cierpiętnictwem i męczeństwem. Elity intelektualne narodu, pisarze i poeci, budowali mity odwołując się do klęsk i brawurowego bohaterstwa, często przy okazji mijając się całkowicie z prawdą (np. „Reduta Ordona”). Szerzyły się poglądy mesjanistyczne, określające Polskę mianem „Chrystusa narodów”, na którego dybali ciągle faryzeusze Europy, choć nie zrobił nigdy nikomu nic złego. Wkrótce po odzyskaniu niepodległości, niczym potop szwedzki, przetoczyć się miała przez nasz kraj druga wojna światowa z Katyniem i Auschwitz, dopisując kolejne tragiczne historie do tej sromotnej listy. Aczkolwiek nie sposób kwestionować zbrodni dokonywanych na naszym narodzie, nasza świadomość historyczna jest nikła, zbyt zmitologizowana i zideologizowana aby rozjaśniać nam mroki przeszłości.

Już od samych początków naszej historii toczyć musieliśmy wojny z sąsiadami. Nie dlatego, że Europejczycy zawarli spisek przeciwko Polsce, tylko dlatego że obowiązywało wówczas prawo silniejszego. Mieszko nie przyjął zachodnich zwyczajów z powodu religijnego uniesienia, tylko politycznego pragmatyzmu. Drugi wielki „Polak-katolik”, jego syn Bolesław Chrobry, zajmował się z lubością wojowaniem, zajmując ziemie Słowian połabskich, Czechy i Morawy, a nawet Kijów. W skrócie można by rzec, że na przestrzeni dziejów całkiem śmiało konkurowaliśmy o swoje miejsce w Europie, nie tylko broniąc się, ale często również atakując. W tym świetle rodzi się pytanie, czy dlatego że okazaliśmy się w końcu słabsi od Prus, Austrii i Czech, możemy mówić o polskiej Golgocie. Moim zdaniem nie. W polskiej, a może nawet nie tyle polskiej co nacjonalistycznej narracji historycznej, dominuje moralny paradoks – gdy biją naszych to zbrodnia, gdy nasi biją to sława i chwała. Z nostalgią wspominamy czasy gdy Polska rozciągała się od morza do morza.


Wszyscy wiemy, że bitwa warszawska to jedna z przełomowych bitew w historii świata, która przekreśliła plany ekspansji komunizmu. Pamiętamy, że bitwa pod Grunwaldem, to jedna z największych bitew średniowiecznej Europy. Ale zapominamy o bitwie pod Beresteczkiem, która była jedną z największych bitew siedemnastego wieku, ponieważ tłumiliśmy wtedy powstanie ukraińskich kozaków. Wokół takich zdarzeń trudno ukuć polsko-cierpiętnicze mity, chociaż Henryk Sienkiewicz próbował. Jeżeli mówimy o zdobyciu Moskwy to tylko z dumą, podkreślając siłę ówczesnego państwa polskiego. Tymczasem dopuszczaliśmy się tam zbrodni, przy których blednie zła sława Iwana Groźnego. Kiedy w Moskwie wybuch bunt oddziały polskie przystąpiły do rzezi mieszczan. Wyrżnięto ich około ośmiu tysięcy, drugie tyle zginęło w płomieniach, po tym jak wycofujący się na Kreml podpalili miasto. Nie sposób dziś oszacować ilu ludzi padło wówczas z głodu. Z pewnością liczba ofiar przewyższała zaludnienie Warszawy czy Krakowa – Moskwa była już wówczas dużo większym miastem. Nie róbmy więc z siebie ciągle ofiar losu.  

poniedziałek, 17 listopada 2014

KONSORCJUM BOSKO-CESARSKIE

Mit założycielski kościoła katolickiego opiera się na trzech wielkich kłamstwach: Biblia jest słowem bożym, papież spadkobiercą świętego Piotra, a chrześcijaństwo zatriumfowało w Rzymie wskutek masowych nawróceń, z których najważniejsze było to cesarskie. Prawda jednak wyglądała zupełnie inaczej. Kościół rzymsko-katolicki nie rodził się w koloseum, gdzie lwy rozszarpywały biednych chrześcijan, ale w ścisłej współpracy z krwawym imperium. Tak jak Michnik pił wódkę z Kiszczakiem, tak papież wino z cesarzem, a katolicyzm wyłonił się w znanej nam formie z powodów czysto pragmatycznych, a nie idealistycznych. Powinien wiedzieć o tym każdy, kto przez całe życie co niedzielę oddaje się modlitwie.

Tak jak analizujemy wszystkie inne zjawiska, tak w obiektywny sposób powinniśmy badać dzieje chrześcijaństwa. Materiał historyczny nie pozostawia żadnych złudzeń, że „oficjalna” wersja wydarzeń, to w tym wypadku tylko kościelna propaganda. Triumf chrześcijaństwa możliwy był tylko dzięki arbitralnej decyzji  cesarza Konstantyna. Co najwyżej możemy mówić jedynie o rosnącej popularności chrześcijaństwa w starożytnym Rzymie. Wśród obywateli imperium chrześcijanie wcale nie stanowili większości, a drogę do pełnej chrystianizacji otworzyło dopiero upaństwowienie kultu. Wiązało się to niestety z jego ujednoliceniem, a to pociągało za sobą tragiczne konsekwencje dla tych którzy nie chcieli się podporządkować ustalonym pod okiem cesarza dogmatom. 

Nie żebym wspominał o tym ze złośliwości, ale budowa scentralizowanego kościoła katolickiego możliwa była dzięki wsparciu zdemoralizowanego cesarstwa, nie szczędzącego srebrników i miecza. Władza papieska początkowo nie opierała się na żadnym autorytecie, a do jej egzekwowania używano państwowego aparatu przymusu i terroru. W takiej sytuacji powodzenie „misji” chrystianizacyjnej uzależnione było od uległości względem rzymskich protektorów, co wymagało licznych kompromisów etycznych i teologicznych. Z drugiej strony niewielka to była cena, skoro kompromis z krwiożerczym Rzymem zapewniał hierarchom luksus i prestiż, a masom kojące opium.

Stworzenie religii państwowej wymagało zbudowania hierarchicznej struktury, tak aby wszelkie przywództwo religijne miało charakter w pełni instytucjonalny, a co za tym idzie zgodny z jedyną słuszną linią polityczną. Umożliwiało to fizyczną eliminację heretyków i religijną dyktaturę. Aby sprawnie administrować takim tworem, konieczne było stworzenie odpowiedniej podstawy prawnej. Na soborze w Nicei przystąpiono więc do spisania słowa bożego. Był to pierwszy sobór powszechny biskupów, zwołany przez cesarza Konstantyna. Na soborze tym ustalono obowiązujący kanon ksiąg religijnych, a lektury pozostałych pism, nazywanych dziś Ewangeliami gnostycznymi lub apokryfami, zakazano. Zdaniem Wikipedii takie ustalenia przyczyniły się do „wejścia w europejskie życie polityczne pojęcia wolości religijnej”. Co oni ćpają? Każdy religioznawca wie, że wcześniej chrześcijaństwo było religią ogromnie zróżnicowaną, a wskutek soboru nicejskiego przekształciło się w organizacyjny moloch gdzie nie ma miejsca na dyskusję. Eufemistycznie nazwano ten proces konsolidacją religii chrześcijańskiej.

Na sobór nicejski dostarczono łącznie dwa tysiące dwieście trzydzieści jeden zwojów z krążącymi w obiegu pismami religijnymi, z czego za obowiązujący uznano nikły ich margines. Pluralistyczne chrześcijaństwo zredukowano zatem do dogmatycznej doktryny, a wszelkie odstępstwa traktowano odtąd z bezwzględną surowością. To jest właśnie katolicka „wolność religijna”. Paradoksalnie, wbrew temu co pisze Wikipedia, uznawana przez ciemny lud za źródło wszelkiej mądrości, postanowienia soboru nicejskiego ograniczały w zasadzie swobodę wyznania. Jako licealista spytałem katechetę skąd wiadomo które księgi są natchnione przez Boga, a które nie. Odpowiedział, że prawdziwość tych ksiąg poświadcza sam papież swym autorytetem.  Autorytet ten zaś wynika z władzy nadanej mu przez świętego Piotra. Niestety brak jakichkolwiek dowodów historycznych na to, że Piotr w ogóle był kiedykolwiek w Rzymie, a tym bardziej że był biskupem. Oczywiście dla wyznawców nie ma to żadnego znaczenia.

Tradycja chrześcijańska chętnie wspomina o prześladowaniach, którymi w czasach przed Konstantynem padali chrześcijanie. Poza tym w cesarstwie panowała ogromna swoboda religijna. Bez przeszkód praktykowano w nim choćby judaizm. Rzymianie nie tylko nie zmuszali ujarzmionych ludów do przyjmowania swojej religii, ale raczej skłonni byli przyjmować obce kulty. Wyjątek stanowili tu chrześcijanie, których okresowo prześladowano. Tak się stało choćby za Nerona. Jedna z plotek mówiła, że wzniecił on pożar Rzymu, a druga że to dzieło chrześcijan. W każdym razie oberwało się za to tym ostatnim. Z tego powodu w naszej świadomości cesarz ten jawi się jako pojebany, rudy świr – zupełne przeciwieństwo szlachetnego Konstantyna.

O ile stosunek tych dwóch władców do chrześcijaństwa był skrajnie różny, o tyle obiektywnie zaobserwować można między nimi uderzające podobieństwo moralne. Konstantyn nie wahał się wszak poderżnąć gardła własnemu synowi czy ugotować żywcem swojej żony. Wcześniej kazał powiesić swojego teścia i udusić dwóch szwagrów.

niedziela, 26 października 2014

MIŁOŚĆ W CZASACH POPKULTURY

Przez to że nie mam smartfona, nie mogę ostatnio wyrwać żadnej małolaty. Chyba będę musiał w końcu kupić sobie to dziadostwo. Wszyscy dostali już ten sprzęt za darmo, czyli w najwyższym abonamencie. A ja ciągle dzwonię z tego starego rupiecia z klawiaturą, i to tylko dlatego że ciągle działa. Powinienem się wstydzić.


Tak, tak. Wieśniak ze mnie jakich mało. Nie mam nawet
porządnego tableta, a przecież nawet dzieci w tych czasach muszą być cyfrowo mobilne. Nawet na kiblu potrzebny im jest dostęp do multum funkcji, chociażby po to, żeby trzepać sobie kapucyna, albo zamawiać dopalacze. No i przy lustrze wychodzą najlepsze sweet focie.

O czasy, o obyczaje! Kiedyś żeby zaimponować gówniarzom wystarczyło jeździć rowerem górskim (wbrew pozorom Polska to bardzo górzysty kraj) i opowiadać o swoim Nintendo. Teraz trzeba wytatuować całe ciało, zostać gangsterem i gnoić frajerów. Czy właśnie rośnie pokolenie młodych cyników, czy grzybieją pierniki którym wszystko zaczyna przeszkadzać?


Jednym z najstarszych tekstów pisanych znalezionych przez archeologów było sumeryjskie biadolenie o upadku moralności i zepsuciu młodzieży. Możliwe zatem, że proces ten jest nieodwracalny. Szkoda tylko, że ja już nie mogę tak nisko upaść, bo jestem po trzydziestce. Co za obciach...  

sobota, 11 października 2014

SADOMASO

- Większa będzie w niebie radość z jednego grzesznika który się opamiętał, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych którzy opamiętania nie potrzebują – nauczał biblijny Jezus. Do dzisiaj słowa te przytaczane są jako świadectwo jego wielkoduszności. Myślę jednak, że warto się nad nimi głębiej zastanowić, biorąc pod uwagę całą złożoność nie tylko ich wymowy, ale również rzeczywistości ludzkiej. Wydają się one bowiem zawierać w sobie pewną mądrość, ale niekonieczne. Wszystko zależy od tego jak je interpretować.

Jezus zmuszony był uciekać się do takiej retoryki, gdyż był krytykowany za bratanie się z przedstawicielami ówczesnego marginesu społecznego, nierządnicami i celnikami, czyli kurwami i konfidentami. Osoby takie narażone były na szczególną pogardę, nie zniechęcało to wszak Jezusa do biesiadowania z nimi. Imprezowanie z prostytutkami i tym podobnym elementem z oczywistych przyczyn wydawało się ludziom szczególnie podejrzane, a w faryzejskim klerze wywoływało świętoszkowate oburzenie.

Jezus usiłował wobec tego ukazywać się jako ktoś wyciągający rękę do zbłąkanych owieczek, a nie wykolejeniec spragniony uciech cielesnych i upojenia. Stworzył w ten sposób nową filozofię zła, w myśl której zło nie było immanentną cechą danej jednostki, ale konsekwencją jej błędów, pomyłek i zagubienia. W ten sposób Jezus dawał każdemu szansę na naprawienie tego co złe, pod warunkiem że zrozumie swój moralny upadek i się z niego podniesie. Wiąże się to z tak ważnym dla chrześcijaństwa pojęciem miłosierdzia, oznaczającego nie tylko litość, ale również przebaczenie.

I tu wchodzimy na bardzo grząski grunt. Niełatwo jest bowiem rozstrzygnąć, czy należy przebaczać. W myśl nauk Jezusa boską wyrozumiałość warunkować miałby żal za grzechy, czyli wyrzuty sumienia, a także postanowienie poprawy, czyli moralny przełom. Było to rewolucyjne podejście do problematyki odpowiedzialności za popełnione zło, anulujące starotestamentowe rozwiązania przepisane z Kodeksu Hammurabiego, w myśl których każdemu grzesznikowi należała się kara. Starotestamentowe metody polegały raczej na prewencji i zastraszaniu groźbą nieuniknionych konsekwencji, niż na odwoływaniu się do wartości moralnych. Jezus co prawda przekupywał wyznawców wizjami wspaniałej nagrody, ale Paweł, uważany przez niezależnych historyków za prawdziwego twórcę chrześcijaństwa w znanym nam kształcie, zaznaczał że działanie interesowne nie doprowadzi jednostki do religijnego spełnienia. – Gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał – przestrzegał Paweł.

Miłość Jezusa jest ekstremalna i to niestety powoduje całkowite wynaturzenie chrześcijaństwa. Przykazania Jezusa w swej radykalności posuwają się aż do moralnego masochizmu i skrajnego pacyfizmu, za wzór cnoty stawiając postawę pokory, typową bardziej dla bydła prowadzonego na rzeź, niż dla człowieka świadomego swojej niezbywalnej godności. – Jeśli ktoś uderzy Cię w policzek, nadstaw mu i drugi – wzywał Jezus. Kazał nam też „miłować nieprzyjaciół swoich”. Nigdy nie zrozumiem za co miałbym lubić jakiegoś palanta, przynajmniej do momentu aż mnie przeprosi. A jeśli nie mógłbym mu oddać ciosu, to mógłbym przynajmniej spierdalać, albo w ostateczności chociaż uznawać go za agresywną i parszywą kreaturę. Jezus jednak był innego zdania.

Co najśmieszniejsze w tym wszystkim, pomimo tak jednoznacznej wymowy moralnej chrześcijaństwa, wobec której nie możemy skreślić z listy istot ludzkich nawet Mariusza Trynkiewicza ani Adolfa Hitlera, w imię Jezusa dopuszczano się patologicznych barbarzyństw, takich jak krucjaty, konkwisty, święte inkwizycje i polowania na czarownice. Świadczyć to tylko może o całkowitej historycznej kompromitacji instytucji kościoła katolickiego, ale to inny temat. Paradoksalnie Jezus był właśnie przeciwnikiem instytucjonalnej religii, krytykując współczesny sobie żydowski kler i świętoszkowatą obłudę. Wolał przebywać wśród „grzeszników”, gdyż jak wierzył zło im przypisywane tak naprawdę wynikało ze słabości i niedoskonałości. – Kto z Was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem – nauczał, odwołując się tym samym do empatii i tolerancji.


Przebaczenie, o ile nie jest bezwarunkowe, z pewnością jest czymś wspaniałym i godnym naśladowania. Mimo wszystko zrównanie jednego grzesznika i dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych wydaje mi się absurdalne. Osobiście uważam, że doceniać należy zmiany, ale tym bardziej stałość, lojalność i konsekwencję. Dlatego sądzę, że ojciec który wyprawił ucztę dla marnotrawnego syna, postąpił niesprawiedliwie kosztem tego syna który był mu wierny, gdyż trudno jest na coś sobie zasłużyć. Lecz możliwe, że poetyka tej przypowieści miała na celu jedynie podkreślenie że warto się zmieniać.  Najszybszym rumakiem wiodącym nas do doskonałości jest cierpienie – mawiał słynny dominikanin, Johannes Eckhart.