Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 28 lutego 2021

PRAWDA POTENCJALNA


Co robi w wolnym czasie Amerykanin, Europejczyk czy Polak? Flirtuje? Spotyka się ze znajomymi? Uprawia sport? Niekoniecznie... Najczęściej ogląda telewizję lub przegląda internet, może też grać w gry komputerowe, albo - rzadziej - czytać powieści. W każdym bądź razie przeciętny człowiek Zachodu większość wolnego czasu przeznacza na poznawanie fikcji, a nie rzeczywistości. Chociaż seks jest w tej skoncentrowanej na przyjemnościach kulturze uznawany za niesłychanie ważny, uprawiamy go średnio cztery minuty dziennie, podczas gdy na telewizję, internet, gry i książki, przeznaczamy aż cztery godziny. Wydawać by się mogło paradoksem, że kiedy tylko mamy możliwość oddajemy się fantazjom, wzmacnianym przez obrazy i dźwięki (albo opisy nierzeczywistości). Ale to właśnie w fantazji tkwi siła naszego gatunku.

Nasi czworonożni ulubieńcy pozbawieni są tej zdolności więc w wolnym czasie - o ile chwilowo nie zajmują się zabawą - zajmują się niczym. Pies czy kot może wylegiwać się godzinami, nie odczuwając przy tym znudzenia. Z człowiekiem jest inaczej - bezczynność uruchamia w mózgu tryb domyślny zwany siecią wzbudzeń podstawowych. Sieć jest tym aktywniejsza im mniej aktywni jesteśmy - może się uruchamiać też w trakcie prostych rutynowych czynności nie wymagających koncentracji. To dlatego kiedy nie robimy nic (lub niezbyt skupiamy się na bodźcach zewnętrznych) nasze myśli zaczynają błądzić - analizujemy przeszłość, zestawiamy informacje, planujemy, marzymy... Wyobraźnia jest jednym z kluczowych mechanizmów umożliwiających ukierunkowany rozwój i złożone relacje społeczne. 


Ponieważ wyobraźnia jest tak ważna ewolucja powiązała fantazjowanie z odczuwaniem przyjemności. Z czasem (podobnie jak to było z seksem, jedzeniem i zdobywaniem zasobów) rozkosze wyobraźni stały się dla nas celem samym w sobie. No może nie do końca, ale tak to przynajmniej działa na poziomie mentalnym. Niekontrolowane błądzenie myśli może co prawda zaburzać obecność "tu i teraz" (przypominając o porażkach i przywołując niespełnione pragnienia), ale dzięki swego rodzaju torowaniu - właśnie przez fikcyjne fabuły - pozwala w sposób przyjemny oderwać się od szarej rzeczywistości. Nasza wrażliwość na piękno jest uderzająco osobista - gdy nasze zmysły rejestrują coś estetycznie pobudzającego skomplikowana sieć interakcji różnych regionów mózgu wywołuje świadome doznania estetyczne. Sztuka dotyka głębi naszego wnętrza, naszych wspomnień, emocji i marzeń, naszego "ja".    

Pasjonujące nas opowieści dotyczą przede wszystkim relacji międzyludzkich, rodzinnych czy damsko-męskich, rywalizacji i walki z przeciwnościami. Na ekranie interesuje nas przede wszystkim to co osobiście uważamy za ważne. Wysoka czy niska, sztuka polega na symulacji prawdziwych dylematów, przygotowując nas przez cały czas do decyzji które musimy podejmować. Przy okazji w sposób bezpieczny przenosi nas w świat zbrodni czy wojny, jak również ryzykownych lub intensywnych przyjemności niedostępnych w prawdziwym życiu. Wzruszając kształtuje naszą moralność, a śmiesząc pozytywnie nastraja. To dlatego już przy prehistorycznym ognisku snuliśmy co wieczór gawędy. Zmieniliśmy świat ponieważ umieliśmy sobie to wyobrazić.     

czwartek, 25 lutego 2021

SUGESTIA ESTETYCZNA

Naziści, jako genetyczni nadludzie, uważali się za najbardziej wyrafinowanych humanistów. Z tego względu cenili sobie nie tylko złoto, ale też dzieła sztuki. Nieludzcy humaniści grabili więc całą Europę z jej artystycznych osiągnięć, a kiedy byli łaskawsi mogli nawet wchodzić w ich posiadanie przy użyciu bardziej cywilizowanych metod, takich jak handel czy wymiana. Do największych wojennych kolekcjonerów sztuki należał sam Hermann Goering, jedna z czołowych postaci brunatnego reżimu. Powojenne rozliczenia dosięgnęły też dostawców jego estetycznych wrażeń. Holender Han van Meegeren oskarżony w trakcie powojennych rozliczeń o sprzedaż dóbr kultury narodowej wrogowi, bronił się twierdząc, że sam stworzył obrazy które sprzedał snobistycznemu naziście. 

Sęk w tym, że były to rzekomo dzieła siedemnastowiecznego mistrza Johannesa Vermeera, w tym jeden z najsłynniejszych obrazów w Holandii "Uczniowie z Emaus"... Trudno było w to uwierzyć zwłaszcza krytykom, którzy jeszcze niedawno piali z zachwytu nad cudownie odnalezionym nieznanym dziełem wielkiego malarza. Aby udowodnić prawdomówność fałszerz zgodził się stworzyć kolejne dzieło w vermeerowskiej estetyce, do czego potrzebował jedynie alkoholu i morfiny (tylko upojony potrafił malować). W ciągu sześciu tygodni spod jego pędzla wyszedł "Chrystus w świątyni", który nie został niestety doceniony przez znawców sztuki. Następnie analiza chemiczna potwierdziła fałszerstwo. Skompromitowani eksperci przestali zachwycać się obrazami Meegerena, odkąd poznali ich prawdziwego autora.


Obrazy pozostawały tymi samymi obrazami, a jednak (choć nie były kopiami tylko autorskimi wariacjami w stylu mistrza) traciły swoją wartość historyczną. Podobnie moglibyśmy się zachwycać prehistorycznymi malunkami naskalnymi, dopóki nie dowiedzielibyśmy się, że zostały stworzone wczoraj - wtedy jawiły by się już jako prymitywne bazgroły. To zresztą jeden z najczęstszych zarzutów wobec awangardowych i abstrakcyjnych dzieł plastycznych: dyskusyjna estetyka i skromny artystyczny warsztat stawiają pod znakiem zapytania talenty wielu twórców, ale potwierdza je uznanie w kręgach estetycznych koneserów i nadskakujących im snobów, a także rynkowa wartość niezrozumiałej dla niewyrobionego odbiorcy sztuki. To jedno z najtwardszych praw psychologii - nasze oczekiwania wpływają na percepcję, zarówno w sztuce, w kuchni, jak i w sypialni. 

Światowej sławy skrzypek Joshua Bell, ubrany w dżinsy i bejsbolówkę, grając na skrzypach Stradivariusa wartych trzy miliony dolarów, zebrał do rozłożonego na stacji metra futerału jedynie 32,17 dolarów, a najwytrwalszy słuchacz zatrzymał się przy nim na sześć minut. Nikt nie klaskał. Tymczasem za jego przydługie występy w filharmonii bogaci ludzie są gotowi słono płacić... Nie jesteśmy w stanie odróżnić doznać zmysłowych płynących z konsumpcji wina ekskluzywnego i stołowego, a nawet czerwonego i białego. Nie odróżniamy kranówki od drogiej butelkowanej wody. W ślepych próbach smaku wybieramy pepsi, choć to coca-cola sprzedaje się lepiej... Osoby uznawane za wybitne wydają nam się bardziej inteligentne, błyskotliwe, utalentowane czy nawet seksowne, ale nie wtedy gdy przebiorą się za jednego z nas. Piękno jest w oczach patrzącego. A oczy widzą to co się eksponuje.          

sobota, 20 lutego 2021

AMERICAN DREAM

Jeszcze do niedawna powszechnie zakładano, że człowiek (homo sapiens) pojawił się w Amerykach zaledwie 12 tysięcy lat temu, dokąd miał się przedostać przez Beringię, czyli most lodowy łączący Syberię z terenami dzisiejszej Alaski i Kanady. Przodkowie Indian mieli przywędrować przez pas zlodowaceń w poszukiwaniu żywności i nowych terenów do zasiedlenia. Dowody archeologiczne którymi dzisiaj dysponujemy wskazują jednak na znacznie dłuższą chronologię pobytu człowieka w tak zwanym Nowym Świecie.

Jak to  zwykle bywa informacje te z trudem przebijają się do historycznej świadomości, ponieważ burzą dotychczasowy porządek wiedzy. Najstarsze ślady obecności ludzi znaleziono wszak nie w Północnej, ale w Południowej Ameryce. Nawet 15 tysięcy lat temu mieszkańcy Południowego Chile (Monte Verde) budowali proste chaty i wykonywali dwuwypukłe ostrza.

W parku Serra de Capivara na terenie dzisiejszej Brazylii już w latach sześćdziesiątych odkryto prehistoryczną sztukę naskalną, aczkolwiek do jej gruntownego przebadania doszło z pewnym ociąganiem. Dopiero w 1979 miejsce to objęto ochroną prawną, a w 1991 wpisano na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Datowania z użyciem najnowocześniejszych obecnie technik potwierdzają ludzką obecność w tym rejonie już nawet 26 tysięcy lat temu, a w dodatku - zdaniem antropologa Waltera Nevesa - przebadany materiał kostny wskazuje raczej na australijskie czy nawet afrykańskie, a nie azjatyckie pochodzenie biologiczne tej kultury.


Najprawdopodobniej do Ameryki przybywały więc różne populacje, różnorodne pod względem antropologicznym i lingwistycznym. Co najbardziej zaskakujące - o ile nie nadciągały z północy - musiały przedostawać się tu drogą morską. Zresztą nawet na północy znaleziono ślady migracji poprzedzającej syberyjską wędrówkę.

Na terenie Idaho i Teksasu znaleziono ślady osadnictwa o 2,5 tysiąca lat starszego od (uznawanej za pionierską w Ameryce) kultury Clovis. Spekuluje się, że nasi pradawni bliźni mogli tu dotrzeć z wysp północno-wschodniego Pacyfiku - Hokkaido, Kuryli czy Sachalinu. Najstarsze znalezione domostwo wzniesione na Alasce też nie przynależało do kultury Clovis, a bliźniaczo podobną chatę odkryto na Kamczatce. Ślady narzędzi na kościach mastodontów świadczyć mogą wręcz, że już 130 tysięcy lat temu Ziemię odkrytą przez Kolumba zamieszkiwali neandertalczycy lub denisowianie, podczas gdy homo sapiens siedział jeszcze spokojnie w Afryce!!!  

poniedziałek, 8 lutego 2021

EUROLETARG

Niegdyś Europa była zbyt biedna, żeby Indie czy Chiny szukały z nią kontaktów handlowych. Pośredniczyli w nich Arabowie. To my szukaliśmy - złota, srebra, przypraw, jedwabiu czy porcelany. Szukając dokonaliśmy wielkich odkryć geograficznych, a następnie podbojów i kolonizacji. Dzięki zamorskim bogactwom i niewolnictwu sfinansowaliśmy rozwój nowoczesnego kapitalizmu i rewolucję przemysłową. Odtąd luksusowe towary, takie jak cukier, kawa, herbata czy kakao, stały się czymś powszednim jak chleb. Społeczeństwo ochoczo pogrążyło się w konsumpcjonizmie, a kapitał napędzał rodzimą produkcję i stymulował technologię.

 

Nawet po upadku systemu kolonialnego kraje rozwijające się były uzależnione od naszego dobrobytu - mając do zaoferowania jedynie przysłowiowe banany, liczyć musiały na jak największą konsumpcję w krajach uprzemysłowionych. Drugim dobrem które mogło ewentualnie zainteresować krezusów z północy była tania siła robocza, zaprzęgnięta do produkcji tandetnej odzieży czy zabawek. Rozpoczęło to proces stopniowego przekazywania technologii do krajów takich jak Chiny czy Indie, które teraz właśnie rozpaczliwie szukały kontaktów handlowych z niegdyś pogardzaną Europą i jej Wielkim Amerykańskim Bratem.


Początkowo dawało nam to tańsze towary, a więc zwiększało naszą stopę życiową, z czasem okazało się jednak, że Zachód za własne pieniądze sfinansował rewolucję technologiczną w Kraju Środka, który zaczyna przejawiać coraz bardziej imperialne ambicje... Niestety jest to już proces nieodwracalny - ewentualny kryzys w Chinach będzie dla światowej gospodarki katastrofalny. Choć z zazdrością patrzymy na chińską modernizację, to chyba po ludzku dobrze, iż w państwie niemal trzykrotnie ludniejszym od całej Unii Europejskiej, ludzie mogą wreszcie najadać się do syta i oddawać rozrywkom.

Nie obawiamy się już komunizmu tylko chińskiego kapitalizmu, który może być zbyt konkurencyjny dla zadufanych w sobie niemieckich, francuskich czy brytyjskich spekulantów. Dla Polski może być to w dłuższej perspektywie paradoksalnie dobry znak - tak jak Chiny były swego czasu światową montownią, tak my stajemy się fabryką Europy. Owszem, dzięki innowacjom (a także szpiegostwu przemysłowemu) nasi żółci bracia wchodzą już na wyższy poziom, ale ich historia pokazuje, że kluczowe było gromadzenie kapitału nawet kosztem pracy za śmieciowe pieniądze. A lenistwo Europejczyków, wysługujących się pracą zagranicznej biedoty i imigrantów, na dłuższą metę może być zabójcze, kiedy już staną się tylko konsumentami, a Europa rynkiem zbytu.  

niedziela, 10 stycznia 2021

WIEKI KULTURY

Platon pisał o Atlantydzie, jako zaawansowanej (wedle starożytnych standardów) cywilizacji, której rozwój zatrzymał wielki kataklizm. Od tamtego czasu wiedzeni fantazją niejednokrotnie snuliśmy wizje zaginionych w mrokach dziejów społeczeństw, które miały dorównywać nam poziomem wiedzy i techniki, a nawet nas w tym przewyższać. Zwłaszcza modne jest doszukiwanie się u zarania ludzkich cywilizacji ręki tak zwanych starożytnych kosmitów. To przybysze z obcych planet mieli przekazać naszym przodkom technologię umożliwiającą nie tylko wznoszenie monumentalnych budowli, ale też podróże w czasie i między wymiarami, telepatię i inne cuda. Najczęstszym uzasadnieniem tej teorii spiskowej jest niewiara w możliwości starożytnego człowieka. Zwolennicy kosmicznego transferu wiedzy argumentują, że archaiczny prymityw pozbawiony nowoczesnej technologii nie byłby w stanie zrealizować tak gigantycznych projektów jak na przykład egipskie piramidy.

Owszem, człowiek nie miał wtedy jeszcze narzędzi i maszyn którymi byśmy dzisiaj się posługiwali, gdyż dopiero zaczynał budowę cywilizacji i gromadzenie wiedzy. Stworzył już jednak system przekazywania informacji i zarządzania, który go ucywilizował. To w starożytnej wiedzy tkwią zalążki filozofii, matematyki, astronomii czy medycyny, z których wykiełkował nowy wspaniały świat. Osiągnięcia starożytnych przodków zdumiewają, ale wymagały o wiele większego nakładu pracy niż dziś, a poza tym nie były aż tak powszechne jak nam się wydaje. Dajmy na to tereny dzisiejszej Polski - były tak zacofane, że nawet ekspansywne Imperium Romanum uznawało je za niewarte podboju, co najwyżej okazjonalnie skupując u tubylców (niekoniecznie zresztą słowiańskich) naturalia i bursztyn. 

W starożytnym świecie wyspy cywilizacji wyłaniały się z oceanów barbarzyństwa, co zresztą już od początku uzasadniało ich imperialne ambicje. Faraon musiał rozszerzać boski ład (Maat), a rzymski cesarz oświecać barbarzyńców. Echa tego myślenia wybrzmiewały jeszcze w nowożytnym kolonializmie, ale to już inna historia. Ponura prawda jest taka, że to miecz był zawsze najlepszym nośnikiem nowych prądów kulturowych. A kiedy ma się do dyspozycji zdyscyplinowaną siłę roboczą i odpowiednio wykształcone elity można realizować megalomańskie projekty, podkreślające i utwierdzające kulturową prawdę. W świetle danych archeologicznych nie znaleziono jednak śladów żadnej starożytnej cywilizacji przemysłowej. 


Dwóch naukowców z NASA (Gavin Schmidt i Adam Frank) przeprowadziło ostatnio inspirowany fantastyką eksperyment myślowy, rozważając czy istnienie na Ziemi wysoce rozwiniętej technologicznie cywilizacji w geologicznym okresie syluru (440-420 milionów lat temu) pozostawiłoby ślady w zapisie kopalnym. W pracy zatytułowanej Hipoteza sylurska dowodzą, że hipotetyczna przedludzka cywilizacja trwająca kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt tysięcy lat, mogłaby przeminąć nie pozostawiając po sobie żadnych trwałych śladów czy artefaktów. Wobec trwających setki milionów lat zmian tektonicznych, klimatycznych i przyrodniczych, wszelkie pozostałości po hipotetycznym  rozkwicie kultury i techniki miałyby przeminąć praktycznie bez śladu... Tyle prawdopodobnie zostanie z naszych piramid, fabryk i drapaczy chmur - wobec wieczności jesteśmy niczym. I to chyba jedyna nauka jaką możemy wyciągnąć z tych mocno teoretycznych rozważań - wszak sylurska fauna składała się z gąbek, trylobitów, staroraków i prymitywnych ryb, a człowiek mógł stworzyć cywilizację dzięki serii przystosowań do swojej niszy, które w oceanicznym sylurskim świecie nie miałyby sensu.   

czwartek, 7 stycznia 2021

ZNAKI CZASU

W trakcie wczorajszych zamieszek na Kapitolu polała się krew - zginęły cztery osoby. Donald Trump wzywał swoich zwolenników do spokoju, jednocześnie krzycząc o sfałszowanych wyborach i walce której nie zaprzestanie. TVP Info w swoim wydaniu specjalnym głosami "niezależnych" ekspertów mówiła o lewackim spisku, a Putin otwierał szampana. Wystarczyło opłacić armię trolli, żeby omamić głupich Amerykanów i zamontować w Białym Domu bezkompromisowego oligarchę, który zantagonizował społeczeństwo nawet na poziomie macierzystej partii. Przy okazji groteskowego puczu zszargany też został amerykański splendor, co w realiach zimnej wojny informacyjnej jest katastrofą. Obrazki z Waszyngtonu będą się świetnie prezentować w Chinach, Korei Północnej, Iranie czy na Białorusi.

Czasy i tak są niepewne, a długofalowe skutki pandemii nieokreślone. Losy najpotężniejszej gospodarki, światowego policjanta i kulturowego imperium, z pewnością będą kluczowe dla Europy i Polski. Wszyscy jednak toniemy w długach. Za kadencji Trumpa deficyt budżetowy w Stanach Zjednoczonych wzrósł aż sześciokrotnie!!! Zadłużona Europa pożycza pieniądze zadłużonej Polsce, która chwilowe zyski przeznaczyła na socjalne prezenty, a teraz cieszy się z rekordowych kredytów... Biorąc pod uwagę nie tylko budżet centralny, ale pełny obraz polskich finansów (razem z samorządami, ubezpieczycielami społecznymi czy państwowymi agendami w których ukrywane są zobowiązania państwa), nasze zadłużenie przekracza już 60% PKB. 


A więc żyjemy w zasadzie na kredyt. Póki co będziemy kredytowani bo instytucje finansowe najbardziej boją się krachu, na którym stracą wszyscy. Wierząc w to, że szczepionki finansowe przywrócą nas na drogę wzrastającej konsumpcji, produkcji i sprzedaży, będziemy więc podtrzymywani w duchu finansowego optymizmu tak długo jak się da. Prędzej czy później będziemy musieli spłacić ten dług własną pracą - pieniądze nie biorą się przecież z powietrza tylko z wytworzonych wartości. Jeśli zaś nie spłacimy długów, system finansowy się zachwieje i światowy krach stanie się faktem. Lecz jeśli je spłacimy paradoksalnie to system bankowy będzie największym beneficjentem pandemii... Czasami wystarczy obracać pieniędzmi żeby je rozmnażać. Zawirowania na rynkach tym bardziej obnażają nieuleczalne uzależnienie gospodarki od kredytu.

Amerykański historyk Francis Fukuyama mówił kiedyś o końcu historii. W upadku globalnego komunizmu widział ostateczny dowód na wyższość kapitalizmu i liberalnej demokracji nad innymi systemami. Z czasem okazało się, że historia wcale się na tym nie skończyła. Znaczenia nabrały choćby konflikty cywilizacyjne na tle religijnym, zwłaszcza ze światem islamskim. Chiny zbudowały potęgę gospodarczą dzięki naszemu zamiłowaniu do taniego szmelcu, a potem zaczęły dyktować warunki współpracy. Związek Radziecki przekształcił się w autorytarną oligarchię, wykorzystującą masowe środki przekazu do szerzenia własnej propagandy, co ujawniło jak wielkim ignorantem jest człowiek Zachodu. Dzięki potędze dezinformacji skompromitowano amerykańską demokrację i rozbito Unię Europejską (Brexit). Pandemia dopełniła naszego zagubienia i skazała nas na łaskę światowej finansjery. 

Nadchodzący rok 2021 z pewnością będzie rokiem politycznie ciekawym. I niebezpiecznym.  

sobota, 5 grudnia 2020

EXODUS

Afryka – dziki ląd podobno bez historii. Kolebka ludzkości. Ziemia Egipcjan, lecz też czarnych faraonów z Nubii. To stąd Hannibal prowadził na Rzym swoje słonie bojowe. To tu przetrwała do dzisiaj jedna z najstarszych na świecie struktur państwowych czyli Etiopia. Tu pławił się w luksusie najbogatszy człowiek wszechczasów – czternastowieczny władca Mali, Mansa Musa. Dzięki portom suahilijskim kwitła wymiana handlowa z Arabami i Persami, a nawet z Indiami i Chinami. Średniowieczne Wielkie Zimbabwe było swego czasu jednym z najludniejszych miast świata. Mimo że z Afryki wywędrował homo sapiens dziś zdaje się ona peryferią współczesnej geografii. Zacofana, uboga i chaotyczna staje się jednak źródłem coraz to nowych problemów, przede wszystkim dla Europy – piractwa, masowej imigracji czy terroryzmu.

 

Nasi pierwsi przodkowie – ludzie w dzisiejszym rozumieniu tego słowa – pojawili się w Afryce Południowej około 250 tysięcy lat temu. Ponieważ był to obszar bogaty we florę i faunę początkowo nic nie skłaniało ich do migracji – te zaczęły się dopiero około 130-110 tysięcy lat temu. Być może wędrówki w nieznane wynikały w jakiejś mierze ze zmian klimatycznych, choć swoją rolę odegrać też musiała niespokojna natura ludzka. Zasadniczo człowiek wyszedł z Afryki dopiero 60 tysięcy lat temu, przy tej okazji krzyżując się nieco z lokalnymi przedstawicielami rodzaju Homo – neandertalczykami w Europie czy denisowianami w Malezji, co umożliwiło wchłonięcie korzystnych lokalnych adaptacji. Nie dość, że pochodzimy od Buszmenów, to jeszcze jesteśmy genetycznymi kundlami – to smutna wiadomość dla wszystkich Aryjczyków, teksańskich ranczerów i prawdziwych Polaków, ale rodziny się nie wybiera.

 


Zbyt poprawnym politycznie byłoby wszakże twierdzenie, że nie ma żadnych różnic antropologicznych, bo te widać nawet gołym okiem. Lecz to właśnie genetyczne zróżnicowanie gatunku umożliwia badania, które pozwalają rozjaśnić tajemniczą przeszłość homo sapiens. Weźmy choćby pigmentację skóry – jej natężenie słabnie im dalej od równoleżnika, co jest skorelowane z natężeniem promieniowania ultrafioletowego. Nadmierna ekspozycja na takie promieniowanie jest szkodliwa, lecz bez niej nie jest możliwa biosynteza witaminy D. Wraz z przybyciem do Europy presja ewolucyjna wyłączyła stopniowo znajdujące się w naszej skórze filtry tego promieniowania, co zapobiegając skutkom niedoboru witaminowego uczyniło nas białymi ludźmi.

 

Patrząc wstecz własnej historii widzimy drogę rozwoju, co sprawia, że ciężko nam dostrzec inne możliwe jej scenariusze. Jeśli nie dostrzegamy ukierunkowanego progresu, rozgrywające się w czasie zmiany nie mają dla nas żadnego znaczenia i sensu. Mianowaliśmy się misjonarzami cywilizacji, bo uważamy, że tylko życie w jej obrębie jest „ludzkie”. W imię postępu gospodarczego, technologicznego i naukowego, dotarliśmy już wszędzie z kagankiem oświaty i konsumpcji. Czy jednak nasz pęd ku nowym cywilizacyjnym zdobyczom wynika tylko z odmienności kulturowej, czy też biały człowiek jest w jakimś stopniu zaprogramowany do podbojów, eksploracji i innowacji? Teza dosyć kontrowersyjna... Szukając odpowiedzi w naszym genomie znajdujemy jednak przesłanki wskazujące na geograficzne zróżnicowanie naszych życiowych motywacji już na poziomie biologicznym.

 


Otóż dłuższy allel (wariacja) genu kontrolującego przekaźnictwo dopaminy (czyli regulatora tak zwanego układu nagrody), DRD4, wydaje się zwiększać u swoich nosicieli głód doznań, poszukiwań i zmian. Porównując genetykę populacji z trasami dawnych migracji badacze doszli do wniosku, że wydłużenie tych szlaków skutkowało też wydłużeniem alleli. Najprawdopobniej to właśnie osobnicy z długimi alllelami byli skłonniejsi do wypraw w nieznane i to oni docierali najdalej od macierzy. Obliczono, że proporcja długich alleli DRD4 zwiększa się średnio 4,35% na każdy tysiąc mil (1610 km) migracji. Osobowości bardziej „dopaminowe” (wrażliwsze na nagrody) wykazują się potrzebą większej aktywności fizycznej, intelektualnej i społecznej, więc po zadomowieniu się w nowej niszy wyznaczały sobie więcej celów i były bardziej zmotywowane. Nadmierne ilości dopaminy mogą jednak skutkować brawurą, manią, uzależnieniami, zaburzeniami koncentracji i percepcji, czy nawet schizofrenią. Cała nasza cywilizacja kręci się siłą naszego nienasycenia.