Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 17 grudnia 2018

SZAŁ ZMYSŁÓW


Ludzie musieli być kiedyś bardziej uważni, a zatem świadomi tego, co się dzieje wokół. Musieli więcej wypatrywać i nasłuchiwać, bo wszędzie mogły czaić się zagrożenia – wrogie plemiona, węże czy drapieżniki. Musieli też lepiej węszyć, żeby tropić zwierzynę. Podczas jedzenia grzybów czy jagód bardziej skupiali się na smaku, bo przypadkowo mogliby spożyć ich trujące odmiany. Świat zmysłów był dla nich dużo ważniejszy niż dziś dla nas, więc też prawdopodobnie dużo intensywniejszy. Wiadomo na przykład, że zmysły się wyostrzają u osób dotkniętych deficytem jakiegoś z nich, żeby to zrekompensować. Dajmy na to osoba niewidoma będzie efektywniej wykorzystywać informacje dźwiękowe do mapowania przestrzeni. Zjawisko to nazywamy substytucją sensoryczną.

Mózg jest wielkim odbiornikiem, ale potrafi przetworzyć tylko część odebranych danych. W związku z tym od zawsze stosował filtry, które pozwalały mu oddzielać informacje niewarte uwagi od tych istotnych. Ucywilizowanie się człowieka zmieniło zasadniczo charakter przyswajanych przez niego informacji. Nie tylko wyposażyliśmy się w technologię „zmysłów zewnętrznych”, ale też wyłączyliśmy szereg niebezpieczeństw i wyzwań, budząc przy tym w sobie nowe pragnienia. Dzięki prawu prawdopodobieństwo zderzenia głowy z maczugą jest mniejsze niż dawniej, a w centrum miasta raczej nie spotkamy głodnego tygrysa. Nie przyglądamy się więc zbytnio przechodniom na ulicy, ani nie skupiamy się na smaku wyselekcjonowanej żywności, poświęcając swoją uwagę raczej sprawom „ważniejszym”. Mniejsza czujność zmysłowa odrywa nas od „tu i teraz”.

Co by o tym nie mówić zdolność mentalnego przekraczania czasu i przestrzeni to jedna z najbardziej zdumiewających ludzkich umiejętności. Dzięki niej potrafiliśmy podtrzymywać odseparowane od siebie wspólnoty, a także określać swoje „ja”. Niemniej wiadomo, że aktywowanie sieci uwagowej w mózgu wycisza te „błądzące myśli”. Ponieważ nasi przodkowie byli bardziej uważni na świat wokół, nie czuli w takim stopniu doskwierającej im nudy. Nie robiąc „nic” nie musieli od razu sięgać po smartfona czy włączać telewizora, ponieważ ich zmysły zajmowały się analizą rzeczywistości. Dzisiaj często prawda wydaje nam się nieistotna, wolimy więc światy wykreowane przez systemy hiperinformacyjne. Pierwotnie ludzkiej percepcji bliżej było do analitycznej medytacji niż rozgorączkowania w postmodernistycznym chaosie.

Cywilizacja to oprócz sytości, służby zdrowia, edukacji i praw człowieka także wszystkie stojące za nimi kategorie, które zawierają instrukcje determinujące nas do określonych zachowań i ścieżek myślowych. Internalizując ją nabywamy sądy, które automatycznie formułujemy jeszcze zanim pozwolimy naszym myślom powstać – a wtedy nie możemy zobaczyć ich w stanie czystym. Oczekiwania ograniczają elastyczność naszego umysłu, ponieważ uzależniają go od osiągnięcia określonego punktu, a wtedy jesteśmy mniej obecni w sobie samych. Co prawda współczesny świat robi co może, żeby przejąć naszą uwagę (promując określone osoby, produkty czy usługi), lecz właśnie dlatego coraz trudniej to osiągnąć. Zalewani nużącymi informacjami szukamy coraz intensywniejszych podniet, co skutkuje informacyjną i zmysłową inflacją. 

piątek, 14 grudnia 2018

PROFILOWANIE PRAWDY


W czasach w których informacje i dane są podobno najważniejsze powierzyliśmy ich wyszukiwanie wyspecjalizowanym w tym algorytmom. Oczywiście w przeciwnym wypadku zgubilibyśmy się w ich gąszczu, ale z drugiej strony to tajemniczy łańcuch procedur decyduje o treściach jakie zostaną nam przedstawione. Teoretycznie algorytmy konstruowane są tak, żeby ułatwiać wyszukiwanie przez prezentację najpopularniejszych stron. Lecz większość z nas – w tym ja – nie ma pojęcia o tym jak działają.

Matematyka nigdy mnie specjalnie nie pociągała bo nie odnajdywałem w niej znaczenia. Dziś to ona odnajduje znaczenie w każdym wirtualnym kroku – analiza statystyczna wielu danych wykrywa w naszym zachowaniu wzorce na podstawie których prognozuje trendy. Umożliwia  to profilowanie oferty (reklamy lub propagandy), nie tylko po to żeby nam pomagać, ale i skuteczniej na nas wpływać. Poniekąd nasz mózg działa na podobnej zasadzie – jest statystykiem który odnajduje powiązania i przetwarza je w wiedzę.

Nowe techniki nauczania maszynowego (tzw. deep learning) inspirują się wręcz pracą ludzkiego mózgu, jednak w dalszym ciągu to my wiążemy rzeczywistość w spójny obraz. Nie wszystko co mówi język da się przełożyć na ciąg cyferek. Maszyna może doszukiwać się powiązań skutkowo-przyczynowych w danych liczbowych, ale nie jest w stanie zrozumieć abstrakcji. Tak naprawdę matematyka nie jest obiektywną rzeczywistością, ale instrumentem który wymyśliliśmy do jej opisywania.
 

Niektórzy spekulują, że odwzorowując modele matematyczne pracy naszego mózgu można by zasymulować świadomość, gdyż klucz do niej nie leży w jego materii, ale sposobie komunikacji neuronów. Gdyby udało się dokonywać tych obliczeń na innym podłożu mogłoby ono zacząć myśleć. Struktura komputera nie musi się wszak opierać na krzemie – stworzono kiedyś na przykład komputer wodny. W przypadku komputera nie jest ważne z czego jest on zbudowany tylko jak części na siebie oddziałują. Niestety musiałby być to komputer o nieznanej dotąd złożoności.

Skoro każda komórka nerwowa ogranicza się do odbierania i wysyłania impulsów wydawać by się mogło, że to aktywność zerojedynkowa, tyle że nie. Każdy neuron połączony jest z wieloma innymi neuronami od których zbiera sygnały, a te z kolei mogą mieć charakter pobudzający albo hamujący. Dopiero sumując je wszystkie neuron „decyduje” czy przekazywać impuls i z jaką siłą. Po przekroczeniu wartości progowej sygnał płynie dalej, lecz jego natężenie zależy od biochemicznej instrukcji. Sygnał jest więc stopniowalny, a w dodatku każda synapsa może wpływać na działanie pozostałych, a każdy impuls rodzi się z kombinacji wszystkich dotychczasowych.

Zawsze można się kłócić, że matematyczne rozwiązanie tej zagadki wymagałoby po prostu doprecyzowania, uściślenia parametrów, dokładniejszych pomiarów... No cóż, jak na razie droga do tego wydaje się daleka, ale iluzja absolutnie „ostrego” określenia wszystkiego wydaje się największym ograniczeniem matematyki. „Królowa nauk” jest tylko uproszczeniem kwestii jakościowych do ilościowych. Złożoność zależności biochemicznych przejawiających się w naszych pragnieniach ciągle pozostaje poza jej zasięgiem, choć może obliczać prawdopodobieństwo podejmowania przez nas określonych działań. Ufajmy więc sobie bardziej niż obliczeniom.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

ŚWIADOMOŚĆ ZBIOROWA


Tym co pozwoliło nam wyzwolić się z ograniczeń społecznych jakie nakładała na nas biologia była kultura – dzięki wierze (bo tak trzeba to określić) w określone wizje prezentowane przez charyzmatyczne jednostki, a potem wykształcenie na ich podstawie różnych instytucji, zyskaliśmy procedury łagodzące stres społeczny czyli prawa i zwyczaje. Obiekty sakralne znalezione w Gobekli Tepe na terenie dzisiejszej Turcji, datowane na 10 tysięcy lat przed naszą erą, dowodzą, że mechanizmy takie wykształciły się już u ludów zbieracko-łowieckich. Jeśli były one w stanie podjąć na tyle skoordynowaną współpracę, musiały realizować ustalony plan, a do tego potrzebne było przywództwo. Żeby jednak je objąć trzeba było atrakcyjnej oferty kulturowej, która stawała się matrycą wielkiej wspólnoty. I tu rodzi się pytanie co skłoniło ludzi do porzucenia „wolności” i centralizowania się w ośrodki kulturowe.

Choć zapewne nie dochodziło do takich świadomych kalkulacji, tym co kierowało ludźmi był ich ewolucyjny interes. Tworzenie coraz większych grup społecznych przekładało się na sukces genetyczny. Najpierw nasze mózgi się powiększały, żebyśmy mogli być bardziej społeczni. A kiedy już osiągnęły ludzkie rozmiary wykorzystały kulturę do wzmocnienia tych skłonności. W wielkich społecznościach każdy nie mógł każdego znać, ale znał za to niepisaną (jeszcze) „umowę społeczną” – prawa i obowiązki jakie przysługiwały każdemu członkowi wspólnoty kulturowej. Powierzenie swojego losu duchowemu przywódcy wiązało się oczywiście z pewnymi wyrzeczeniami i ograniczeniami, ale prowadziło do wspólnego dobra. Można było działać na większą skalę, tworząc prehistoryczny system „pomocy społecznej” – gromadzenia wielkich zapasów żywności, a następnie ich ochrony przed grabieżą.

Wznoszenie wielkich kompleksów kultowych wobec skromności ówczesnych zasobów wydawać by się mogło absurdalne, ale pozwalało spajać wspólnoty wokół wyrażanych w nich wizji. Być może od realizowania takich projektów zaczęło się także... rolnictwo. Analiza DNA dzikiej pszenicy rosnącej w okolicy Gobekli Tepe wskazuje, że to najbliższa krewna pszenicy współczesnej. Niektóre ze kamiennych bloków świątyni ważą po kilkadziesiąt ton, a uporanie się z tak ciężkimi wyzwaniami wymaga ogromnego nakładu pracy. Do wyżywienia masy „robotników” oderwanych przecież od myślistwa i zbieractwa konieczne było naprawdę solidne zaplecze. W rezultacie mogło to wieść do eksperymentów żywnościowych, polegających na ujarzmieniu jej naturalnych zasobów. Jednym ze sposobów na zapewnienie wszystkim racji żywnościowych mogło być zbieranie i wysiewanie ziaren dzikich zbóż, których następna selekcja doprowadziła do wykształcenia się odmian rolniczych i produkcji żywności. Sanktuarium stając się celem pielgrzymek ludzi z dość rozległego obszaru mogło przyczyniać się do rozpowszechnienia siewu tych zbóż.


Rozpowszechnianie się rolnictwa prowadziło do gromadzenia jeszcze większych zapasów żywności, co wymuszało ich ochronę, czyli tworzenie jeszcze większych ośrodków kulturowo-politycznych. Oczywiście każda władza przy okazji realizowała własny interes, ale nawet z punktu widzenia pradawnego chłopa lepiej było ją utrzymywać, niż przyciągać swymi zasobami głodnych „dzikusów” i innych obcych. Innym skutkiem takiej organizacji było z kolei żywienie miast, które przez rzemiosło i handel wiązały się w jeszcze większe sieci społeczne. Niestety przez cały czas trzeba było mobilizować się, żeby odpierać zagrożenia, które wraz z rozwojem społecznym stawały się bardziej „imperialne”. Innymi słowy wielkie centra polityczne dążyły do monopolizowania kontroli nad coraz rozleglejszymi zasobami, a więc rozszerzania swojego władztwa (i kultury). W nadchodzącej epoce bezustannych wojen politycznych integrująca rola więzi kulturowej stawać się musiała coraz ważniejsza.


Proces ten zatrzymały dopiero dwie wojny światowe, które pokazały, że przegranymi wojen kulturowych w epoce przemysłowej będą wszyscy. Czas pokoju i współpracy gospodarczej sprzyja wymianie idei i swego rodzaju globalizacji kultury, choć czyni ona z wzorców kulturowych swego rodzaju produkty. Przeciętny Polak obejrzał na pewno więcej amerykańskich, a nawet brytyjskich produkcji filmowych niż odwrotnie, ale przecież nikt nas do tego nie zmusza... Choć różnimy się od Amerykanów i pewnie nadal będziemy, trend ten wskazuje jednak, że coraz bardziej będziemy się do nich upodabniać. Nawet Chiny, stając się dziś drugim gospodarczym graczem, kulturowo stają się coraz bardziej „zachodnie”. Świat islamu zmienia się powoli, ale nawet on bez wynalazków zgniłego kapitalizmu nie byłby już w stanie funkcjonować – a one przecież zmieniają życie. Rosja coraz bardziej bezpardonowo tocząc z Europą i Ameryką wojnę hybrydową, pokazuje swoją kulturową bezsilność – jedynie podrabiając i imitując zachodnie modele komunikacyjne jest w stanie oddziaływać na nasze umysły. Najważniejszym pytaniem które musimy sobie zadać w XXI wieku będzie: czym jest prawda? Na pytania które nasi przodkowie zadawali sobie jeszcze w jaskiniach wbrew pozorom nadal nie ma bowiem jasnych odpowiedzi.

piątek, 7 grudnia 2018

MÓZG SPOŁECZENOŚCIOWY


Podobno wielkość kory nowej u naczelnych odzwierciedla wielkość grup w których są w stanie funkcjonować. Gatunki żyjące w większych grupach społecznych mają ją większą, co w uproszczeniu przekłada się na większe mózgi. Życie społeczne było kwestią życia i śmierci, co wymusiło posiadanie inteligencji zdolnej do wyrafinowanej komunikacji. Ta najmłodsza ewolucyjnie część naszej mózgownicy odpowiada przy okazji za nasze wyższe funkcje poznawcze, takie jak wyobraźnia – język był nie tylko spoiwem „znajomych” wymieniających między sobą plotki i informacje, ale umożliwił też budowanie wielkich narracji kulturowych. W ten sposób wymyśliliśmy bogów, narody i pieniądze.

Dzisiaj opowieści (mity, wartości, prawa) łączą nas we wielkie społeczeństwa – globalny rynek, państwa, aglomeracje miejskie, nie mówiąc już o sieci internetowej. Ale zdaniem słynnego psychologa ewolucyjnego Robina Dumbara grupa społeczna w której człowiek jest w stanie zachować orientację wynosi około 150 osób. Do takich wniosków doszedł po analizie zależności między objętością kory nowej a typową liczbą relacji u 38 gatunków naczelnych. Jeżeli grupy są zbyt liczne poszczególni osobnicy nie są w stanie utrzymywać ze wszystkimi ich członkami więzi, co prowadzi do rozpadu. Nawet mieszkając czy pracując we wielkich skupiskach ludzkich ograniczamy nas świat społeczny do naszych możliwości.

Niby oczywiste, a jednak nie. Po pierwsze wielkomiejskie życie wydaje się już dla wielu z nas czymś „naturalnym” lub kuszącym, ale tak naprawdę generuje spory stres społeczny. Paradoksalnie jednak od adrenaliny można się uzależnić – dodaje ona energii i wyostrza zmysły, choć prowadzić może też do lęków i agresji. Obserwacje pokazują, że w społecznościach o największym zagęszczeniu mamy największą przestępczość. Siłą rzeczy w molochach relacje międzyludzkie stają się bardziej anonimowe i opierają się raczej na mechanizmach niż więzi. Nowoczesna technologia teoretycznie umożliwia nam kontaktowanie się z nieograniczoną liczbą osób, ale także i w tym wypadku ograniczają nas nasze mózgi. Można mieć wielu „znajomych” na fejsbuku, ale część z nich służy nam po prostu do reklamowania siebie. Poza tym częścią naszego życia społecznego mogą być też jakieś futrzaki czy postacie z telewizji, którym również poświęcamy swoje emocje i czas.


Należy przy tym pamiętać, że „liczba Dunbara” określa maksymalny krąg grupy społecznej, a sama jest matrioszką składającą się mniejszych kręgów. Potrafimy na podstawowym  poziomie rejestrować zachowanie około 150 osób, lecz nie wszyscy są naszymi przyjaciółmi. Analiza 35 milionów rozmów telefonicznych z 2007 roku (a więc czasów kiedy ludzie nie wymieniali jeszcze tak wielu komunikatów internetowych jak dzisiaj) wskazywała, że liczba osób z którymi kontaktowaliśmy się bardzo często (przyjaciół) wynosiła średnio 4. Bliskich znajomych mieliśmy 11, a dalszych 30. Przy okazji warto też zaznaczyć, że im większą liczbę znajomych ktoś posiada tym słabszą więź może zbudować i jest to w zasadzie psychologiczna arytmetyka. Im mniej jesteśmy w stanie przeznaczyć czasu na relację, tym staje się ona słabsza, dlatego zmieniając miejsce zamieszkania często zmieniamy też przyjaciół, a po starych zostają tylko sentymentalne wspomnienia. Dzieląc swój czas na większą liczbę relacji zmniejszamy ich siłę.

Z pewnością nowe technologie komunikacji zmieniają naszą świadomość i relacje z innymi. Pozostając najbardziej społecznym gatunkiem na Ziemi przenosimy jednak swoje życie w nieznane naszym przodkom wymiary, co może mieć nieznane konsekwencje w przyszłości. Nasze mózgi zasadniczo nie zdążyły się jeszcze zmienić od czasów kiedy współdziałaliśmy w 150-osobowych grupach, a przecież takie życie społeczne odpowiada za wykształcenie zdolności poznawczych, dzięki którym zbudowaliśmy cywilizację techniczną w oparciu o wartości kulturowe. Przekazywanie sobie wiedzy między osobnikami zdolnymi do rozpoznawania wysokich rzędów intencjonalności (co było konieczne w tak „dużych” grupach) zaowocowało rozwojem języka, umożliwiającego coraz większe precyzowanie treści, ale też dokonywanie wyrafinowanych oszustw. Skoro życie społeczne uczyniło nas homo sapiensami spodziewać się możemy dalszych, choć bardzo rozciągniętych w czasie transformacji – o ile tylko nie dojdzie do jakiegoś technologicznego regresu, jakie w historii miały już miejsce na przykład po upadku Rzymu czy Angkoru.

Internet przyniósł nam dostęp do prawie darmowej wiedzy, lecz też szamba informacyjnego – pornografii, debilnych popisów i pseudofaktów. Zrozumienie cyfrowej rewolucji społecznej jest jednym z największych wyzwań psychologicznych i socjologicznych, a nawet filozoficznych. Anonimowość wyzwala niskie instynkty osób agresywnych i nieśmiałych, a wirtualny „selfizm” przeradza się w narcyzm. I tak dalej. Lecz oczywiście lubię korzystać z sieci, bo w prawdziwym życiu społecznym pełnię raczej rolę głupka niż mądrali... Niemniej życie w globalnej wiosce jest do pewnego stopnia złudzeniem – wyrafinowana komunikacja jednoczy nas i separuje. Kora nowa podłączona do zbiornika wyobraźni czyni nieraz z informacji społeczną hiperabstrakcję.

środa, 5 grudnia 2018

ETYKA ZAWODOWA


Jeden z najbardziej kontrowersyjnych polskich duchownych, magnat medialny Tadeusz Rydzyk, gościł na urodzinach swojej radiostacji prezydenta, premiera i innych czołowych synów tej ziemi. Przy okazji udzielił im kilku wskazówek w sprawach międzynarodowych, społecznych i kulturalnych. Oczywiście była też mowa o pomaganiu, bo to jest główną misją kościoła. Niestety żeby pomagać trzeba mieć pieniądze, a tych kościół nie jest w stanie zarobić. Musimy więc pomóc kościołowi, żeby mógł wspomagać nas swoim słowem. Sęk w tym, że pomagamy za mało, a publiczne środki wydajemy na komunistyczną propagandę.

Jaskrawym przykładem takiego okradania polskich katolików jest przecież dotacja filmu o patologiach w kościele zamiast jakiegoś dzieła o jego misji. Co prawda Wojtek Smarzowski będzie musiał ją zwrócić, bo produkcja okazała się komercyjnym sukcesem, który w przeciwnym wypadku pewnie byłby wątpliwy, jednak najgorsze jest, że taki paszkwil w ogóle powstał. Zamiast babrania się w gównie lepiej przecież pokazać jak Albert pomagał biednym, co zamierzają uczynić absolwenci moherowej Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Niestety przez „błędne” decyzje Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej są co najmniej 3,5 miliona w plecy.

- Polacy trzymają z Polakami i to będzie normalne. Macie tu księży, pokażcie który jest taki jak na tym filmie „Kler” – grzmiał pan ojciec dyrektor, błagając przy okazji o litość dla nienarodzonych dzieci. Tymczasem w Trójmieście trwa gorący spór o pomnik innej kontrowersyjnej postaci polskiego kościoła – nieżyjącego już kapelana podziemnej „Solidarności” księdza Henryka Jankowskiego. Niektórzy miejscowi nawołują do wymazania z miejskiego krajobrazu jego kamiennego wizerunku, po tym jak w mediach pojawiły się doniesienia o jego grzesznych występkach, i nie chodzi tu bynajmniej o politykowanie, pławienie się w luksusie czy nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, ale regularne pieprzenie wszystkiego co się rusza i jest nieletnie.

Milczące od dekad ofiary wychodzą z cienia i zaczynają mówić o gwałtach i molestowaniu. Podobno jedna z nich miała nawet z tego powodu popełnić samobójstwo. Trochę to kontrastuje z honorowym obywatelstwem Gdańska i historyczną legendą o niezłomnym kapłanie... Wszak Jankowski był nie tylko jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiego kościoła, ale i podziemia antykomunistycznego. Od czasu kiedy pedofilem okazał się największy rodzimy autorytet w dziedzinie psychologii dziecięcej nic mnie już nie może zdziwić, bo okazuje się, że nie ma takiej maski za którą nie można się schować. Niemniej to kler mówi o moralności najwięcej spośród wszystkich grup zawodowych. Przyznawanie komukolwiek legitymacji do moralizatorstwa wydaje się więc błędne z samego założenia.

piątek, 30 listopada 2018

INNY UMYSŁ


Szukamy w kosmosie obcej inteligencji, gdy tymczasem spotkać możemy ją na ziemi. Oczywiście nie pochodzi z obcej planety, ale z innej ścieżki ewolucyjnej niż my. Wszystkie kręgowce dysponują mózgiem zbudowanym na podstawie tego samego schematu – co wynika ze wspólnego pochodzenia. Różne jego warstwy były dodawane i przekształcane, ale dochodziło do tego na jednej ścieżce ewolucyjnej. Systemy nerwowe ośmiornic i innych głowonogów wykształciły się zupełnie niezależnie od naszych. Nasz ostatni wspólny przodek był robakiem żyjącym jeszcze w ediakarze, a zatem należał do najstarszych wielokomórkowych organizmów na ziemi. W tamtym czasie układy nerwowe pełniły raczej rolę koordynującą ruch w celu przemieszczania się i pobierania pokarmu. Podwodna fauna ediakarska pasła się na ogromnych matach mikrobiotycznych czyli osadach organicznego osadu stabilizowanego przez mikroby.

Ponieważ zwierzęta nie wchodziły wtedy ze sobą w interakcję złożony system reagowania na zmiany w środowisku nie był im specjalnie potrzeby, ale sytuację zmienił nowy sposób żerowania – drapieżnictwo, które potem rozwinęło się najprawdopodobniej z padlinożerstwa. Odtąd zaczął się ewolucyjny wyścig zbrojeń, który zaowocował między innymi wykształceniem się aktywnie reagujących na informacje systemów nerwowych. Ewolucja często nagradzała tego kto więcej „wiedział” i efektywniej to wykorzystywał, więc systemy nerwowe stawały się coraz bardziej złożone. W końcu ryby wyszły z wody i dały początek formom życia wiodącym do człowieka, w którym lubimy widzieć cel ewolucji. Tylko że proces ten donikąd nie zmierzał – pojawiliśmy się na ziemi, co nie oznacza, że go zakończyliśmy.

Właściwie to każdy gatunek jest swoistym eksperymentem natury, który może przetrwać lub zginąć, a jednocześnie się zmieniać. Gdyby więc istniała inteligencja w kosmosie mogłaby zasadniczo różnić się od naszej. Wykrywanie związków przyczynowo-skutkowych zawsze jest intencjonalne i odzwierciedla emocje – pole percepcji obejmuje tylko pewien zakres informacji potencjalnie ważnych. Metaforycznie można powiedzieć, że ścieżki naszego myślenia wyznaczają tropy które węszymy, choć sprawa jest bardziej złożona – na popędy nakładają się wtórnie (kulturowo) wiązane z nimi potrzeby i dopiero to czyni nas tak skomplikowanymi. Na przykład pieniądze budzą w mózgu skojarzenia ze spełnianiem wielu pierwotnych potrzeb takich jak odżywanie, bezpieczeństwo, status w grupie czy seks, co czyni nas tak zaabsorbowanymi ich zarabianiem i wydawaniem.

Kształt ewentualnej pozaziemskiej cywilizacji tyleż zależałby więc od przypadkowych uwarunkowań, co biologicznych potrzeb różniących się od naszych. A możliwe, że obca świadomość niekoniecznie musiałaby ją konstruować. W powieści Stanisława Lema „Solaris” ludzie stykają się na innej planecie z obcą formą życia – pokrywającym ją cytoplazmatycznym oceanem. Wszelkie próby nawiązania kontaktu z amorficzną inteligencją wydają się jednak nieudane, choć ona również wydaje się posyłać ludziom komunikaty. Mimo aktywności tej żywej substancji badacze nie byli w stanie zrozumieć kierowanego do nich przekazu, osobliwy organizm pozostał więc „obcym”. Żyjące w głębinach ziemskich oceanów głowonogi też wydają się komunikować nieznane nikomu treści zmieniając swoje ubarwienie jak w psychodelicznej ekstazie, czy przyjmując wyszukane pozy swojego jakże plastycznego ciała.

Zrozumienie „obcego” z powodzeniem można by więc zacząć od poznania umysłów tych bezkręgowych stworzeń, gdyby tylko było to możliwe. Bo nawet jeśli swoimi umysłowymi zdolnościami odbiegają od ludzkich, to jest to całkowicie inny umysł. Ich skomplikowany układ nerwowy wyewoluował na całkiem innej gałęzi życia – rozwijał się niezależnie od tych wykazujących wspólne cechy układów kręgowców. Ba, nawet „ centralne” skupisko neuronów które nazywać możemy mózgiem nie jest do końca jego odpowiednikiem, bo 2/3 z nich znajduje się w mackach, które wydają się posiadać sporą percepcyjną i reakcyjną autonomię od samej „istoty”. Układ nerwowy ośmiornicy wielkością zbliżony do psiego czy kociego jest jednak bardziej rozproszony co rodzi niepojęte konsekwencje dla jej subiektywnych doznań i procesu decyzyjnego. Utrzymanie takiej kosztownej aparatury musi się jednak ewolucyjnie opłacać – każde z ramion może jednocześnie robić coś innego. Kosmitów najczęściej wyobrażamy sobie jako dwunożnych, czasami nieco „gadzich” humanoidów, ale odmienna droga do inteligencji skutkować mogłaby całkiem innym zorganizowaniem ciała, a co za tym idzie także motoryki i układu nerwowego. Obcy umysł może zupełnie inaczej integrować „rzeczywistość”.

poniedziałek, 26 listopada 2018

SŁOWOTWÓRSTWO


Teoria relatywizmu językowego zakłada, że język determinuje myślenie, postrzeganie i klasyfikowanie. Z jednej strony każdy język jest wytworem specyficznych warunków w jakich rozwijała się dana kultura, a przez to zapisem jej unikalnego doświadczenia. Z drugiej zawarte w nim kategorie określają w jakiejś mierze ramy interpretacji świata. I dlatego tłumaczenie jest zawsze pewnym uproszczeniem, gdyż używając innych etykiet nie uruchamia tej samej sieci skojarzeń. Być może w czasach globalizacji różnice między kulturami zacierają się, ale wciąż jeszcze w różnych językach istnieją sformułowania których zrozumienie wymaga głębszego poznania kontekstu kulturowego.

Badania wykazują, że przyjęcie określonej perspektywy językowej wpływa na postrzeganie czasu, kolorów czy cech rzeczowników, a zatem całkiem namacalnych aspektów rzeczywistości. Czy zatem tego chcemy czy nie, jednym z czynników kształtujących naszą świadomość jest język. A więc choćbym uważał się za obywatela wszechświata, na poziomie komunikacji, a więc wymiany informacji widzianych przez pryzmat doświadczeń, pozostaję Polakiem. Co jeszcze bardziej komplikuje sprawę, w ramach języka narodowego, funkcjonują języki różnych grup społecznych, a język każdej wynikając z grupowej percepcji tym samym ją tworzy.

Poszczególne grupy zawodowe, plemiona polityczne, sekty, subkultury i pasjonaci, wytwarzają własne kody komunikacyjne, a posługując się nimi wzmacniają i internalizują grupową świadomość. Relacje społeczne znajdują swoje odbicie w języku który je utrwala. To w nim wyrażają się nasze wartości i normy, syntezując się w rzeczywistość zwaną narracją. Znaczenie poszczególnych elementów językowej układanki staje się jasne dopiero kiedy rozumiemy jak się ze sobą wiążą, a przyjmowanie takiej perspektywy czyni ją domyślną i „jedynie słuszną”. Na przykład bolszewicy posługując się zasadniczo językiem rosyjskim zmienili go całkowicie przystosowując do wyrażania obowiązującej ideologii.

Zestaw pojęć specyficznych dla danej grupy określa jej stosunek do rzeczywistości. W języku coachingu nie wychodzimy rano do pracy tylko opuszczamy strefę komfortu żeby realizować cele główne i to pokazuje jak skonstruowana jest motywacja jego wyznawców. Języki specjalistyczne, choć hermetyczne ze względu na opisywaną przez siebie wiedzę, podporządkowane są ścisłemu precyzowaniu myśli, ale już budowane na ich podstawie żargony wymagają zanurzenia się w doświadczeniu grupowym – swoistego wtajemniczenia. Z kolei różne niszowe czy kontestujące subkultury, posługując się tak zwanymi slangami, eliminują ze swojego grona tych którzy nie kumają gadki, jako nadających na innych falach.


Językowy obraz świata integruje poglądy we wspólną wizję rzeczywistości, której doświadczanie symbolizują pojęcia używane w komunikacji. Wspólnota komunikacji jest więc wspólnotą myśli. Język jest nie tylko narzędziem poznania, ale też jego subiektywnym, interpretującym i wartościującym filtrem. Uwidacznia się to już w wyborze fragmentów rzeczywistego chaosu, które staramy się nazwać i zwerbalizować, a także nadawaniu im pejoratywnych lub melioratywnych konotacji . Sama wypowiedź jest jednak niczym bez właściwego jej odczytania, jakie wymaga – jeśli nie osobistego „zanurzenia” w danym doświadczeniu grupowym – przynajmniej głębokich socjologicznych i kulturowych poszukiwań.

Pewnie nieraz czuliście, że chcielibyście coś komuś powiedzieć, ale doszliście do wniosku, że rozmówca i tak nie zrozumie, więc zmieniliście komunikat na bardziej czytelny, wskutek czego stracił on wiele ze swojej treści... Intuicyjnie wyczuwamy płaszczyzny porozumienia i staramy się dostosowywać przekaz do świadomości odbiorców, stylu komunikacji, kontekstu sytuacyjnego czy kulturowego. To tym dobitniej pokazuje, że znaczenie nie jest czymś twardo przypisanym do swojej zawartości. Rodzi to oczywiście pytanie jak cokolwiek jesteśmy w stanie zrozumieć. Neuronaukowcy wskazują na ucieleśnione przetwarzanie języka, angażujące nie tylko ośrodki „językowe”, lecz też symulujące znaczenia w mózgu. Dla przykładu pojęcia związane z ruchem aktywizują częściowo korę ruchową – a zatem mózg symulując ruch uzmysławia sobie o czym mowa. Właśnie w związku z tym osobiste doświadczenia (w tym jako członka grupy) kategoryzują się w określone pojęcia, nadając im treść.

Teoria ucieleśnionej symulacji mówi o symulowaniu w mózgu doświadczeń, które przekładają się na znaczenie. Symulacje takie mogą w różny sposób odzwierciedlać rzeczywistość, więc różnimy się w postrzeganiu „prawdy”, rozumiejąc się jedynie w stopniu elementarnym, co jednak wystarcza do przekazywania sobie najbardziej złożonych komunikatów w świecie przyrody. Pewne przesłanki wskazują, że komunikacja delfinów również spełnia kryteria języka, nie jesteśmy jednak w stanie wiele z niej zrozumieć, choć jest to system zapewne mniej skomplikowany niż język ludzki. Odmienność doświadczenia pozbawia nas wglądu w znaczenie opisywanych przez podwodne ssaki przeżyć i przekazywanych informacji. Gdybyśmy spotkali kosmitów być może nie mielibyśmy sobie nic do powiedzenia – im większe różnice tym gorsza komunikacja.

Granica naszego porozumienia wyznacza wyobraźnia, a symulacja języka jest pewnym jej rodzajem – automatycznie przetwarza pojęcia w mózgowe „obrazy” z których świadomość je odczytuje. Pozwala więc nie tylko odczuwać język, ale też stany mentalne innych ludzi, czy też przewidywać ich zamierzenia – jest więc jednym z fundamentalnych mechanizmów poznawczych. Choć struktury mózgowe z biegiem ewolucji opanowywały coraz bardziej wyrafinowane funkcje, to nadal wszystkie zakorzenione są w „zwierzęcych” mechanizmach rozumienia świata. W pewnym momencie po prostu się „skumulowały” i zaczęliśmy mówić, a dzięki temu tworzyć idee jednoczące nas we wielkie społeczeństwa.