Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 15 grudnia 2015

EUGENIKA POLITYCZNA

Jarosław Kaczyński zaczął swoje epokowe reformy od walki z trybunałem konstytucyjnym. W swoim mniemaniu ma do tego prawo, ponieważ (schowany co prawda za Beatą Szydło) wygrał wybory. Trochę pokrętna to logika, ale taka jest według niego wola ludu. Czyli że naród bardziej niż przywilejów socjalnych oczekuje moralnej odnowy w duchu antykomunistycznej krucjaty. Choć fanatycy na wiecach mogą oklaskiwać ten neurotyczny bełkot, to nie sekciarski, lecz pragmatyczny elektorat, oddał na PiS decydujące głosy. W trakcie kampanii wyborczej nie było gadki o bolszewikach, zdrajcach i najgorszym sorcie polskiego ścierwa, a zamiast tego łudzono nas uśmiechami i maślanymi oczami. Nie pierwszy już raz radykałowie zrobili tym sposobem wyborców w chuja, ale jak widać marketing polityczny potrafi zdziałać cuda. Niestety łatwiej uprawiać demagogię z loży szyderców niż przyjmować odpowiedzialność, dlatego Jarek już zaczyna starą śpiewkę o tajnym spisku, który ma na celu udupienie jego patriotycznego folwarku i zablokowanie gigantycznego transferu gotówki do portfeli ukochanych rodaków. Nagle okaże się, że tak krytykowane niegdyś władze państwowe, nie mają żadnego wpływu na to co się dzieje w kraju, a sytuację kreuje jakieś centrum lewacko-biznesowe, złożone z pomiotów postkomuny, zagranicznego kapitału i liberalnych nihilistów. Czeka nas retoryka osaczenia, przeplatana natchnionymi farmazonami o katolicko-narodowych wartościach.

Zdaniem Jarka ostatnie protesty społeczne mają zapobiec „rozpędzeniu bandy kolesiów, która rozsiadła się w administracji”. Wypowiedź taka mogłaby przynieść mi nadzieję, że w końcu znajdę pracę w wyuczonym zawodzie, tyle że znając praktykę jedna banda zastąpi drugą bandę. Złożenie podania o pracę w jakiejkolwiek „publicznej” instytucji nieodmiennie skutkuje zawsze co najwyżej krótką wizytą w jakimś drętwym gabinecie, gdzie jego lokator będzie udawał dobrego wujka, który oczywiście rozważy sprawę. Zresztą pewnie nie warto pchać się tam gdzie nas nie chcą. Na moją osobistą sytuację rządy pociągającego za wszystkie sznurki Jarosława Kaczyńskiego nie będą więc miały żadnego wpływu. Co najwyżej wywrzeć mogą wpływ pośredni, tak jak każda inna władza – a więc przez zmieniające się uwarunkowania ekonomiczne i tak dalej. Kogo by więc Jarosław nie obrzucał błotem, nie może powiedzieć o mnie że służę obcym interesom. Oczywiście najpewniej nawet nie dostrzega mojego nieistotnego politycznie istnienia. Ale nie w tym rzecz. We wszystkich swoich oponentach, w tym także tych bezimiennych masach które zaprotestowały przeciwko legislacyjnej arogancji, Jarosław dostrzega obrońców jakiegoś zgniłego układu, genetycznych zaprzańców czy inną hołotę. W jego wizji świata odmienność poglądów wynikać zawsze musi z jakichś cynicznych przyczyn czy zakamuflowanych interesów. Ale poza politykami ludzie tak naprawdę nie mają partykularnych czy indywidualnych powodów żeby udawać oburzenie. Część społeczeństwa wyznaje inne wartości kulturowe od tych jedynie słusznych i tak już w dobie internetu i pluralizmu medialnego pozostanie.
 

Przypinanie faszyzujących, podobnie jak komunistycznych z drugiej strony etykietek, niewiele nam powie o filozofii politycznej Kaczyńskiego. Ale o ile faszyzm jest pojęciem szerszym niż to się powszechnie wyraża w jego identyfikacji z nazizmem, o tyle krytykowanie w ten sposób łamania standardów prawnych jest dosyć jałowe. Widzę tu raczej środowisko polityczno-dziennikarskie zdesperowane od lat swoją drugorzędną pozycją w życiu publicznym, które sukcesywnie przygarniało pod swoje skrzydła różnych wyrzutków, skrzywdzonych kombatantów, populistów i antysystemowców, sprzymierzając się dodatkowo z szukającym swojego politycznego skrzydła kościołem. W takiej zbieraninie nie brak więc nawet ludzi stosunkowo inteligentnych, którzy odrzuceni musieli szukać swojej drogi poza głównym nurtem, budując alternatywny język i rzeczywistość. Być może kiedyś wykiełkuje z tego jakiś nowoczesny konserwatywny twór, na razie jednak za dużo jest tam niespełnionych rewanżystów, historycznych inkwizytorów i religijnej ortodoksji, a sekciarskiego charakteru ugrupowania dopełnia dogmat o nieomylności Jarosława Kaczyńskiego, za którego zawsze wszyscy się tłumaczą.    

poniedziałek, 14 grudnia 2015

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA

Rodzi się by umrzeć za wszystkich. Jak pogańskie Słońce wstaje i rzeź rybną nakazuje. Barszcz gotujmy mu w ofierze! Bo to boże nasienie wisi na żydowskim cycku, wierci się jak mała małpka i robi pod siebie. Już śpiewają mu brudasy z pastwisk okolicznych. To początek jest legendy o poecie z Nazaretu. I Święty Mikołaj leci z workiem pełnym nad Betlejem. Z nieba spadnie deszcz smartfonów, skarpet i czekolad. W konsumpcyjnej wielkiej orgii ukołyszą nas kolędy. Każdy będzie trochę milszy dla przebrzydłych swoich bliźnich. To duchowe jest przeżycie, czyli tradycja odwieczna. Wśród choinek zgubić się, zapomnieć o zgiełku i popiardywać z przeżarcia. Zaprawdę magiczny to czas.

Cicha noc, święta noc. Pokój niesie wszystkim ludziom, z wyjątkiem tych znajdujących się w strefach działań wojennych. Ale nawet nazistowskie Szwaby 24 grudnia 1940 roku nie wytrzymały i dały się ponieść nastrojowi. Na placu apelowym w Auschwitz ustawili wielkie iglaste drzewo przystrojone elektrycznymi błyskotkami, pod którym układali zwłoki niegrzecznych dzieci. W następnym roku wigilijny wieczór uczczono zaś uroczystym apelem Żydów, Polaków i Cyganów, śpiewających po niemiecku tą najbardziej wzruszającą z kolęd, o ciszy i pokoju. Mimo siarczystego mrozu anorektycznym wszarzom w pidżamach pozwolono zażyć duchowej strawy, gdyż nie samym suchym chlebem człowiek żyje. Specjalnie dla nich rasa twórców kultury nadała przez głośniki papieskie orędzie – epicki elaborat o chrześcijańskich wartościach wyrażonych w narodzinach wśród motłochu i dobrej nowinie. To była bardzo podniosła chwila. Ze wzruszenia, a być może także z powodu niskiej temperatury, zmarły 42 osoby. A Bóg się narodził.

Duchy nocy wigilijnej pojawiają się tylko w opowieściach Karola Dickensa. Tak jak podrzucamy podarki najmłodszym, karmiąc ich bajkami o wielkim krasnalu nagradzającym ich posłuszeństwo, tak sami podrzucamy sobie dobro, karmiąc się złudzeniami o jego mistycznej naturze. Lecz tak jak to my dajemy tym małym istotom trochę swojego ciepła, tak to wielkie wspólnotowe poruszenie zawdzięczamy sami sobie. Dobro to nasz potencjał. Jeśli świat rzeczywiście na chwilę staje się lepszy, znaczy to tylko że potrafimy je z siebie wykrzesać. Jesteśmy do tego czasem zdolni, bo w głębi serca czujemy, że powinniśmy tacy być. Że to nasz zaniedbywany obowiązek.    

sobota, 12 grudnia 2015

IMPERATYW EKSCYTACJI

Cokolwiek robimy, znudzi nam się to. Psychologowie określają to terminem habituacji. W procesie poznawczym stopniowo zanika reakcja na powtarzający się bodziec. Jego subiektywne działanie słabnie. Dlatego nigdy nie znajdziemy wzorca szczęścia, który będziemy mogli mechanicznie powtarzać. Zawsze będziemy pragnęli w jakiś sposób urozmaicić swoje życie. Dzięki temu chcemy rozwijać się, dowiadywać się nowych rzeczy czy zdobywać nowe umiejętności. Niekiedy znudzenie popycha jednak do mniej konstruktywnych zachowań – od plotkowania, dokuczania innym, aż po autodestrukcyjne nałogi. Niektórych zaś paraliżuje przed telewizorem, portalem społecznościowym czy innym medium. Kultura klikania umożliwia szybkie zmienianie nużących bodźców, choć rzadko prowadzi do znajdowania tych stymulujących. Do tego trzeba niestety wysilić też umysł.

Wymaga to kreatywności, a ta nie jest na ogół zbyt uwarunkowana (już w szkole uczy się głównie wiedzy odtwórczej). Społeczny dowód słuszności skłania raczej do emocjonujących rozrywek, w tych bardziej wyszukanych widząc dziwactwa czy fanaberie. Popularność piłki nożnej czy serialów obyczajowych społeczna percepcja lokuje więc w granicach normy, a umysłowe pasje w granicach ekscentryzmu. Tym bardziej uznaje je za groteskowe, kiedy stają się namiętnością jakichś cieciów, chłoporobotników czy innych podludzi. Wtedy nawet etatowy inteligent patrzy na to z góry. A kto nie ma statusu inteligenta, jeśli nie wykazuje się również predyspozycjami technicznymi, musi pasować do swojego miejsca w szeregu i nie wymądrzać się zbytnio. Nie dość że nikt nie wymaga od Ciebie myślenia, to jest ono raczej niewskazane bez odpowiedniego do tego autorytetu.

Choć mamy o wiele więcej możliwości zabicia nudy niż nasi przodkowie – telewizję, internet i inne bajery, paradoksalnie stajemy się na to wszystko tak znieczuleni, że coraz bardziej znużeni. Stajemy się tak leniwi poznawczo, że oczekujemy tylko zewnętrznych bodźców, zaniechując własnej aktywności. Ale to oczywiście tylko jedna strona medalu. Większość z nas jest tak zmęczona tempem życia, że w wolnym czasie nie ma na to zwyczajnie siły. W takim kontekście, zabiegany i przekonywany przez „ekspertów” o własnej ignorancji, a często także niezbyt skory do wgłębiania się w serwowaną przez nich papkę, człowiek zdany jest na dostarczany mu przez czwartą władzę przekaz. W wyniku konfliktu rozmaitych interesów powstają więc dla nas rozmaite medialne spektakle. Sami przyznacie, że stałbym się dużo bardziej wiarygodny gdybym mówił Wam o tym wszystkim z „eksperckiego” krzesła w telewizji. A gdybym zagrał w komedii romantycznej może nawet zostałbym symbolem seksu.

Brak kamer, mikrofonów i dyktafonów odbiera społeczną wiarygodność powyższej ekspertyzie. Ale wbrew temu co pisałem pewnie i tak wolałbym stać się obiektem westchnień nastolatek, niż odpowiadającym na pytania mędrcem w garniturze. Te prymitywne zwierzę które w nas siedzi często bezczelnie uświadamia nam jak sztuczne jest nasze wysublimowanie i karkołomne silenie się na obiektywizm. Rzekomym „objawieniem” w kwestii mechaniki ludzkich zachowań (a tak naprawdę prawidłowością znaną nauce od kilku dekad), jest prymat emocji nad intelektem. To co jako „tajną technikę” wpaja się na szkoleniach przedstawicielom handlowym, jest tak jasne jak słońce, nawet na poziomie intuicyjnym. Wkupić się w cudze łaski, rozbudzić nadzieję czy podsycić lęki, to metody stare jak świat. Psychologia pozwala nam je lepiej rozumieć, ale tym mało kto zawraca sobie głowę. Opisująca praktykę teoria mówi nam natomiast, że choć często podejmujemy decyzje emocjonalnie, dopiero później poddając je racjonalizacji, emocje są w procesie takim nieuniknione.

Nigdy nie podejmujemy decyzji w sposób czysto emocjonalny, ani też czysto analityczny. Co prawda zbyt silne emocje mogą nas „zaślepić”, a w sprawach błahych z reguły decydujemy wręcz odruchowo, lecz w takich wypadkach po prostu komponent emocjonalny przeważa nad logiczno-analitycznym. Nie znaczy to, że kiedy próbujemy uniknąć pochopnej decyzji, starannie analizując jakąś złożoną sytuację, wyłączamy całkowicie emocje – wtedy po prostu w większym stopniu uruchamiają się nasze procesy poznawcze. A zatem nasze postępowanie zawsze wymaga jednoczesnego uruchomienia ścieżki emocjonalnej i intelektualnej, tyle że w różnych wzajemnych proporcjach. Ludzie z uszkodzonymi w wypadkach strukturami neurologicznymi odpowiedzialnymi za uczucia, nie są w stanie podejmować decyzji, pomimo zachowania zdolności intelektualnych. Mogą na przykład bez końca analizować menu w restauracji, nie będą jednak w stanie stwierdzić na co mają ochotę. Po drugie ścieżka emocjonalna okazała się na tyle uzasadniona ewolucyjnie, że nadal ma wartość adaptacyjną, pomimo niebywałego rozwoju ludzkiego intelektu. Jest bardziej „ekonomiczna” biologicznie, co pozwala mniejszym kosztem energetycznym i bez zbędnej zwłoki przystosowywać działania do zmieniającej się rzeczywistości.

Tak naprawdę znudzeniu zapobiegać może tylko podniecenie emocjonalne. Bez namiętnej pasji, która wyzwala w nas zainteresowanie, fascynację i motywację, czyli najbardziej żywe uczucia, nie ma radości poznawania, odkrywania czy jakiegokolwiek działania. Więc choć nie budzi we mnie żadnych emocji analizowanie sytuacji na piłkarskim boisku, telewizyjnych perypetii sercowych czy życia celebrytów, poszukuję doznań jak najbardziej intrygujących i pociągających. W każdym tego słowa znaczeniu.           

czwartek, 10 grudnia 2015

PARSZYWA TRZYNASTKA

Zbliża się trzynasty, czyli kolejna rocznica wybuchu stanu wojennego. Tradycyjnie będzie to okazja do politycznych happeningów. Politycy będą starali się ukazywać swoje obecne poczynania jako kontynuację działalności opozycyjnej, albo jeśli nie mają jej za sobą przynajmniej znajdywać jakieś analogie pomiędzy przeszłością a obecną sytuacją. Czyli że zamach na konstytucję zagraża demokracji. Albo że władza z woli ludu musi oczyścić kraj z postkomunistycznej zgnilizny moralnej. Tylko że naród ma w dupie konstytucję i moralną rewolucję. Wyborcy chcą kasy. Nie obchodzi ich czy zapewni im to lewica czy prawica, co pokazują zmieniające się preferencje wyborcze. Nie znam się na gospodarce, ale coś mi się wydaje że nie jest to w tej chwili priorytetem debaty publicznej. Obecne zamieszanie jest raczej rozgrywaniem przeciwko sobie „nawiedzonych”, czyli odgórnym antagonizowaniem zakamuflowanych przybudówek i najbardziej fanatycznych wyznawców.

 

W programach publicystycznych  obserwować możemy natomiast starcia wyrafinowanych analityków, nieudolnie pozujących na obiektywizm. Przy czym od razu widać kto dla kogo szczeka i do czego zmierza każdym swoim zdaniem. Zarabiający na swoim pisaniu całkiem przyzwoite pieniądze i bezpiecznie ulokowani w organach prasowych, objaśniający nam zawiłości polityki komentatorzy, są trybikami takiego czy innego establishmentu, etatowymi członkami jakichś polityczno-biznesowych i towarzysko-medialnych kręgów, pomiędzy którymi wędruje gotówka. To hermetyczne środowiska zamknięte dla niepewnych politycznie elementów, pozbawionych felietonistycznej renomy i komercyjnych koneksji. W społeczeństwie informacyjnym nie ma już żadnej dziennikarskiej „bibuły”. W świecie pełnym blogerów, hejterów i komunikatorów, nie ma już „niepokornych”. Tym bardziej rozpoznawalnych i z łatwością wiążących koniec z końcem. Zniekształcane takim przekazem życie polityczne staje się jeszcze bardziej surrealistyczne.


Oczywiście tragiczna rocznica będzie kolejną okazją do moralnych rozliczeń. Jak latający spodek nad rozgorączkowanymi głowami szybować będzie okrągły stół. Bo o ile każdy gotowy jest składać kwiatki pod pomnikami, kwestią dyskusyjną pozostaje historyczny stosunek do transformacji ustrojowej. Niestety stanowiska utwardziły się już do tego stopnia, że ścierające się ze sobą wizje historii stały się niemal mitologiczne. Ideologiczny stosunek do przeszłości uczynił dyskusję jałową, trywializując ją do idealistycznych rozważań o „historycznym kompromisie” czy spiskowych teorii o „zdradzie narodowej”. Dekomunizacja była w Polsce niemożliwa, tak jak Niemiec nie można było po drugiej wojnie światowej zdenazyfikować. Jeśli bowiem komunizm był spiskiem przeciwko społeczeństwu to na bardzo wielką skalę. Braki kadrowe w sądownictwie, wymiarze sprawiedliwości, służbach mundurowych czy administracji, doprowadziłyby do paraliżu kraju. Radykalne postulaty od początku pozbawione więc były pragmatycznego realizmu. Oczywiście nomenklatura skutecznie zabezpieczyła swoje interesy – inaczej nie oddałaby władzy. Nie wierzę jednak w możliwość systemowego zadekretowania sprawiedliwości społecznej, ani przy okrągłym stole ani na mocy żadnej ustawy. A tym bardziej nie widzę możliwości zadekretowania racji moralnych. Każdy uczciwy człowiek czasami musi coś poświęcić w imię zasad, a oportuniści zawsze w porę staną po „właściwej” stronie. W Ameryce czy w Związku Radzieckim. 

środa, 9 grudnia 2015

INWAZJA DUCHÓW

Jest coś strasznie śmiesznego w tych cyrkowych maskaradach – defiladach i nabożeństwach. W tym strojeniu min, harcerskim patosie i dostojnych sukienkach. W konwencjonalnej nowomowie i obsesyjnej symbolice. Nigdy nie mogę zrozumieć czemu ma służyć ta cała błazenada. Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku wciąż tak wielbimy tańce wojenne i plemienne totemy? Przecież już tyle krwi popłynęło, tyle łez, tyle potu... W imię świętości których należy za wszelką cenę bronić. A ludzkość wciąż nie dostrzega w tym absurdu. Toczy swoje święte i słuszne wojny. Jakby największą chwałą było zabijać albo ginąć. Jest też w tej komicznej bufonadzie jakaś okrutna mistyka, historyczne misterium, moralny szantaż nakazujący wspomnienie męczenników. Podobno tak się wyraża świadomość własnej kultury. W celebrowaniu rocznic rytualnego uboju ludzi w niewłaściwych mundurach, choć logika dziejów ukazuje nam często jedynie heroiczny obłęd.
 
Ziewasz przed telewizorem, widząc jak świat znowu szykuje się do wojny. To nie Ty będziesz zabijać i nadstawiać karku. Dzielni chłopcy zrobią to za Ciebie. Wykonają rozkaz. Uratują naszą cywilizację. Wieczorne wiadomości są niekiedy jak filmy wojenne – jest dreszczyk emocji i jasny podział ról. Są dobrzy i źli żołnierze. Dobrzy starają się nie zabijać cywilów. Szaleńcy natomiast gotowi są wysadzić nawet samych siebie. Dostrzegasz w tych obrazkach coś rycerskiego. Problem z którym należy zrobić po męsku porządek. Stado potworów z jakim należy się rozprawić. Tyle że jeszcze niedawno takie potwory grasowały po Europie całymi hordami. Nie powinno więc zdumiewać, że nagle potrafią oszaleć całe zbiorowości. Wojna to zawsze amok, a historia ludzkości pełna jest zbiorowych gwałtów. Gotowi jesteśmy w określonych okolicznościach uwierzyć w największe nonsensy, wygłoszone przez paradnie wystrojonych błaznów, hipnotyzujących gestykulacją przypominającą atak padaczki.


Uleganie pompatycznej charyzmie jest skłonnością ogólnoludzką. Zapominamy o tym w czasach konsumpcyjnego dobrobytu, lecz niektórym wiedzie się znacznie gorzej. Globalizacja informacji boleśnie uświadamia im te kontrasty. Uciekają więc od rzeczywistości w fundamentalistyczne „wartości duchowe”, przy okazji bełkotem tym wabiąc jakichś wyobcowanych i niezrównoważonych imigrantów. Tak właśnie budzą się demony.      

poniedziałek, 7 grudnia 2015

ABSTRAKT

Jeśli coś brzmi nieprawdopodobnie, to najprawdopodobniej jest nieprawdopodobne. Dlatego właśnie największym nieudacznikom zawsze przytrafiają się fantastyczne przygody. Niestety Ciebie ciągle omija to co najciekawsze. Ale przynajmniej nie myślisz, że ktoś Ci uwierzy. A zatem spokojnie możesz mówić prawdę, nawet posługując się najbardziej kwiecistą metaforą. Nie musisz nikomu dawać w ryj, ani niczego udowadniać. Kłamstwa mogą być szczere. To się nazywa fikcja literacka. A Ty jesteś podmiotem lirycznym.

Abstrakcja nie musi odklejać człowieka od rzeczywistości. Każda refleksja jest w pewnym sensie abstrakcyjna. Tak abstrakcyjna, że gdy człowiek nad czymkolwiek się zastanawia, zaraz słyszy iż filozofuje. Czyli że w domyśle spekuluje jak teolog. Choćby próbował odwoływać się do jakiejś nauki – historii, fizyki czy biologii... Dla większości i tak brzmi to „filozoficznie”, czyli nieprawdopodobnie. Więc wszystko co nie wiedzie do skonkretyzowanego sukcesu jest „wymądrzaniem” się. A wymądrzanie się to już przejaw nieuzasadnionej pychy.

Tyle że każdy z nas stara się coś komuś udowodnić. Narzucić jakąś narrację. Pijak będzie relacjonował swoje nieprawdopodobne przygody, a biznesmen podkreślał swój materialny status. Będzie też istniał abstrakcyjny świat książkowych pojęć, dla wielu nierealny, jednak opisujący otaczającą nas rzeczywistość. Skłaniający do intelektualnej medytacji. Ktokolwiek naprawdę się w nim zanurzy, nie powinien pozować na mędrca, bo przede wszystkim zrozumie jak bardzo jest głupi. Najbardziej nieprawdopodobne są własne złudzenia.  

sobota, 5 grudnia 2015

ETOS

Ewolucja kulturowa doprowadziła do tego, że homo sapiensy posługują się różnymi systemami wartości. Kultury różnią się jednak nie tyle etykami, co pewnymi konwencjami społecznymi. Gdyby każdy chrześcijanin był dobrym chrześcijaninem, każdy muzułmanin dobrym muzułmaninem, a każdy żyd dobrym żydem, nie powinno być pomiędzy nimi problemów. Tyle że zamiast koncentrować się na tym co uniwersalne, ludzie zamykają się w swojej „tożsamości”. Fanatyzmy narodowe, religijne i ideologiczne, wyłączają ze wspólnoty moralnej tych, którzy posługują się inną kulturą. Przyznawanie sobie świętej racji, a co za tym idzie wyższości moralnej, pomniejsza cudze człowieczeństwo. W skrajnych przypadkach prowadzić to może do dehumanizacji, co pociąga za sobą przemoc, terror i wojnę.

Dzieje się tak kiedy dana kultura uważa się za najlepszą. A przecież moralność powinna wyrażać się w tym jak odnosimy się do innych, a nie tożsamościową ostentacją. To właśnie jest miarą naszego kulturowego człowieczeństwa. Lojalność wobec grupy mamy wszak zakodowaną już na poziomie biologicznym. Jako zwierzę stadne wykształciły nas instynkty społeczne, nakazujące nam współpracę, wzajemność i wspólnotę. Grupową solidarność zapisaną mamy w naszej naturze, tak jak inne ssaki naczelne. Jest to swego rodzaju moralność emocjonalna, budząca w nas uczucia każące spieszyć z pomocą rodzinie, bliskim i przyjaciołom. Niegdyś zapewnialiśmy sobie w ten sposób pomoc stada, a w miarę rozwoju kulturowego podejmowaliśmy kooperację na coraz wyższych szczeblach, tworząc poszczególne cywilizacje.

W globalizującej się rzeczywistości jedyną płaszczyzną porozumienia może być tylko kosmopolityczny humanizm, przypisujący każdemu jednakową godność, bez względu na to w jakie bzdury wierzy. Łamania praw człowieka nie może usprawiedliwiać natomiast żaden religijny, faszystowski czy komunistyczny bełkot. Nie sprzyja jednak temu cyniczna gra gospodarczo-politycznych interesów. Rozmaite instytucje zawsze posługiwać się będą legitymacjami moralnymi i przyciągać pożytecznych idiotów. Kulturowe uniesienie doprowadzi jeszcze do niejednej zbrodni.