Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 26 maja 2015

DARWINIZM PSYCHICZNY

Wielu uważa, że Darwin był zimnym cynikiem, który sprowadzał całą tajemnicę życia do genetycznego wyścigu zbrojeń. Lecz po pierwsze, w żaden sposób nie odnosił się on emocjonalnie do zaobserwowanych przez siebie faktów, więc jakkolwiek jego wnioski wydawać się mogą okrutne, nie świadczy to o okrucieństwie Darwina. Ignorowanie rzeczywistości nie zmienia jej w żadnym stopniu. W takim więc wymiarze odkrycia Darwina widzieć należy jako zdemitologizowanie rzeczywistości, a nie jej ideologizacja. Sam Darwin nie ma zbyt wiele wspólnego z tak zwanym darwinizmem społecznym – ten choć nawiązuje do ewolucjonizmu jest koncepcją czysto polityczną. Darwiniści społeczni uważają, że życie społeczne jest walką, gdzie jak w przyrodzie silniejszy pożera słabszego i ma do tego prawo. Samego Darwina niewolnictwo napawało odrazą – uważał wręcz, że fakt iż zarówno czarni jak i biali wywodzą się od jednego przodka, jest najlepszym przykładem na to jak haniebne jest odmawianie innym ludziom przyrodzonej im godności.


Po drugie wszelkie konsekwencje antropologiczne i filozoficzne związane z odkryciem doboru naturalnego nie wynikały z jego intencji. Sam Darwin doskonale rozumiał, że jego koncepcje są rewolucyjne, a publikował je jedynie w imię rozwoju i postępu. Nie wiedział wtedy jeszcze w ogóle że istnieje coś takiego jak geny, a tym bardziej nie zdawał sobie sprawy z istnienia DNA. Trafnie jednak zauważał, jak istotny jest proces dziedziczenia cech osobniczych i jakie miało to znaczenie dla powstania gatunków i człowieka. Mówił o walce o byt, gdyż tylko najlepiej przystosowane do otoczenia osobniki miały szansę przeżyć i przekazać swoje cechy potomkom. Okrucieństwo przyrody polega bowiem na tym, że rodzi się więcej organizmów niż jest w stanie przeżyć. Nie znaczy to, że obojętność wszechświata uważał za coś wspaniałego. Po prostu nie mógł dalej wierzyć, że Bóg stworzył istoty takie jak pasożyty i stopniowo przestał traktować poważnie chrześcijańskie objawienia. Nie mógł pojąć jak Bóg mógłby przez miliony lat pozwalać na cierpienia tylu niewinnych stworzeń. Wydaje się, że sam był raczej człowiekiem wrażliwym niż nieczułym piewcą „walki o byt”.


Choć początkowo przyjmowana ze świętym oburzeniem, teoria ewolucji zmiażdżyła krytykę dowodami. Pomimo tego do dziś nie przestają działać fanatyczne ruchy kreacjonistyczne, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli ktoś po ostatnich dwóch wojnach światowych nadal twierdzi, że człowiek został stworzony na boże podobieństwo, to jest to dość ponura wizja. Ale niech sobie ludzie wierzą w co tam chcą. Niech wierzą choćby, że Żydzi i masoni rządzą Polską. Nie można nikomu zakazać bycia ograniczonym, bo takim się po prostu jest, a eliminacja ograniczonych jednostek nie wchodzi w rachubę, bo to właśnie byłaby społeczna eugenika. Mówią żeby nie tolerować nietolerancji, ale co możesz zrobić komuś kto właściwie nawet jest sympatyczny i nic nikomu złego nie robi, poza tym że bredzi? Zgodnie z teorią darwinizmu społecznego głupota sama powinna się wyeliminować, niestety jest zupełnie odwrotnie. Człowiek jest wszak gatunkiem społecznym, a zbyt wielu idiotów jest pożytecznych.        

poniedziałek, 25 maja 2015

ECCE HOMO

Czym jest życie? Z naukowego punktu widzenia ciągłością genetyczną. Jesteśmy, jak ujął to znany biolog Richard Dawkins, „maszynami przetrwania” służącymi naszym genom do powielania się. Niby oczywiste, ale proszę zwrócić uwagę na jeden szczegół – nie jest tak, że ewolucja jest procesem celowym mającym na celu biologiczne doskonalenie się. W takim więc sensie, jesteśmy jedynie produktem ubocznym ewolucji. Powstaliśmy, bo nasze geny tego wymagały. Z tego też punktu widzenia powstaliśmy, żeby je rozprzestrzeniać. Nie moglibyśmy powstać jako jednostki, gdyby geny naszych przodków nie odniosły sukcesu. A one potrzebowały „maszyn przetrwania” żeby ten sukces odnieść. Dlatego wykształciło się tyle różnorodnych form życia – ewolucja rozwijała się, gdyż tylko konstruowanie coraz skuteczniejszych „maszyn” zapewniało pozostawanie w puli genetycznej. A to pociąga za sobą pewną mechanikę naszego życia, choć na ogół nie zastanawiamy się, czemu interesują nas takie rzeczy jak jedzenie, pieniądze czy seks.


Zbiór pewnych przypisanych do nas w związku z tym ciągot określamy mianem natury ludzkiej. Natura jest jednak w pewnym stopniu elastyczna – nasze oprogramowanie genetyczne może w jakimś zakresie uwzględniać specyfikę warunków z jakimi musi się mierzyć – można to nazwać warunkowaniem, albo uczeniem się, lecz chodzi tu o naukę rozumianą jako nabywanie doświadczenia. W ten sposób można na przykład nauczyć psa sztuczek. W naszej podświadomości utrwalają się zarówno doświadczenia dobre jak i złe. Dajmy na to przeżyta trauma może stać się źródłem fobii – doświadczenie będzie na tyle silnie zapisane w naszym mózgu, że oddziaływać będzie na zachowanie, nawet kiedy będzie to całkowicie irracjonalne. Pod tym względem człowiek jest niesamowicie skomplikowaną istotą. Zachowania nagradzane mają też tendencję do utrwalania się w formie nawyków, o których mówi się, że są „drugą naturą człowieka”. Dochodzimy tutaj do zasadniczego pytania, czy bardziej kształtuje nas natura czy kultura.


Nie da się przecież zaprzeczyć, że uniwersalna natura ludzka zdołała wykształcić zdumiewającą różnorodność kultur, a te z kolei kształtują jednostki w specyficzny sposób. Przedmiot tego toczącego się wśród intelektualistów sporu jest jednak na tyle abstrakcyjny, że niekiedy trudno uchwycić co naturą jest, a co kulturą. Często przecież te aspekty istnienia przenikają się. W każdym bądź razie to, że istniejemy jako ludzie, jest kosmicznym cudem. Jesteśmy formą świadomości, duszą tego wszechświata, jego umysłem dzięki któremu poznawać może sam siebie. To jest jedna, „mistyczna”, strona naszej kultury. Jesteśmy przecież wielkimi poszukiwaczami, nawet jeśli zdajemy sobie sprawę, iż nie ma odpowiedzi na pytania ostateczne. Jest jeszcze druga, równie cudowna sprawa – nasz jednostkowy, indywidualny i niepowtarzalny byt. Dzięki kulturze i temu wszystkiemu co się z nią wiąże, doznawać możemy prawdziwej głębi uczuć. Szanować się nawzajem, nawet w sytuacji gdy wyznajemy inne systemy wartości, jak to często jest pomiędzy dziećmi i rodzicami. Pomagać najsłabszym członkom naszego gatunku, a również i tym którzy pobłądzili dawać kolejną szansę. Dopiero wtedy gdy przekraczamy sami siebie jesteśmy prawdziwymi ludźmi.

niedziela, 24 maja 2015

RACHUNEK SUMIENIA



Miarą naszego człowieczeństwa jest stosunek do osób słabszych, podporządkowanych czy potrzebujących. Co więcej, teoretycznie empatia jest jednym z podstawowych przejawów chrześcijaństwa. Jezus nadaje jej mistyczny wymiar: - Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, to mnie żeście uczynili. Przestrzega też przed przewrotnością losu, mówiąc iż „każdy kto się wywyższa będzie poniżony”. Socjalizm obiecywał społeczeństwo bezklasowe, gdzie panować miała wolność, równość i braterstwo. Wszystkie te piękne idee traktowane są dosyć swobodnie – obok ludzi szanujących bliźnich bez względu na okoliczności, wielu z nas wyżywa swoje frustracje na tych, którzy nie mogę sobie pozwolić na zdecydowaną reakcję. Jest to zachowanie szczególnie małe, tchórzliwe i żałosne.




A jednak się zdarza – często przy milczącej aprobacie innych. Pamiętam, że miałem kiedyś w pracy kolegę który lubił ćwiartować żaby łopatą. Na ogół wtedy nic nie mówiłem, bo myślałem sobie że nie warto toczyć wojny o jakąś żabę. Ale im więcej o tym myślę, tym bardziej jest mi teraz wstyd. Czasami myślę, że po świecie biega pełno takich małych zwierzątek, jak w „Myszach i ludziach” Steinbacka i nikt się o nie nie troszczy. A przecież wszyscy mamy to wypisane na sztandarach – chcemy widzieć siebie jako „równych gości” . Sęk w tym, że są równi i równiejsi. Na zasadzie, że złość znajduje zawsze najłatwiejsze ujście, działają choćby takie mechanizmy jak niegdysiejsza fala wojskowa. Ponieważ jedno kłóci się z drugim, w średniowieczu wyższe miejsce w hierarchii uzasadniano wynikiem woli bożej. Dziś utopijny etos kapitalizmu każdemu zaś przypisuje wyłączną odpowiedzialność za jego osobisty los.



Jakby tego nie uzasadniać każdemu przypisujemy jakieś miejsce. Wielu z nas dalekich jest wtedy od przestrzegania ewangelicznych zasad. Im większy burak, tym bardziej błyskotliwy w wyniosłych oracjach – upierdliwy klient, wściekły przełożony, agresywny osiłek czy rozwydrzona kokietka. Każdy może być złośliwy, to nic trudnego kiedy ma się ku temu sposobność. Szczerze mówiąc dużo trudniejsze jest, żeby nie pofolgować swoim atawistycznym ciągotom, kiedy będzie to możliwe. Nawet osoby które przeszły w życiu przez doświadczenia dyskryminacji nieraz nie mogą się wtedy powstrzymać od tego aby wziąć odwet, często niestety na przypadkowych osobach. Musimy czasem wybaczyć życiu, że zdarza mu się robić nas w konia. Bo nigdy nie odpłacimy światu sprawiedliwie ani za zło, ani za dobro które nas spotkało.        

sobota, 23 maja 2015

MUSISZ BYĆ KIMŚ

Według powtarzających się od lat badań najmniejszym prestiżem cieszy się w Polsce zawód robotnika budowlanego, a największym wykładowcy akademickiego. Panie i panowie profesorowie mają bowiem papiery na to, że są tęgimi głowami. A jak ktoś ma papiery to znaczy, że musi tak być. To nic, że takie papiery mają choćby różne kontrowersyjne osoby znane nam z życia publicznego i uważające się wzajemnie za idiotów. Musi być przecież jakiś obiektywny miernik ich wiedzy, bo inaczej nie dawaliby im tych papierów! Tak się składa, że tajemniczy „oni”, którzy przyznają im te tytuły, to również ludzie, a dokładniej kadra akademicka. Upraszczając można powiedzieć, że kryterium stanowi tutaj na tyle dogłębna znajomość jakiejś dziedziny, iż pozwala ona na pracę badawczą. Czyli że nie tylko umiesz przyswajać wiedzę, ale jeszcze ją rozwijać. Na ogół wiedza ta jest dosyć wycinkowa, ale dzięki temu jeśli np. znajdziemy mumię na wakacjach, to egiptolog będzie wiedział co to za dynastia itd.  Oczywiście egiptolog może być zupełnie niekompetentny w kwestii choćby naprawy samochodu, fizyki kwantowej czy biologii molekularnej, ale i tak posiadany tytuł roztacza wokół niego aurę osoby wszechwiedzącej. Co jeszcze zabawniejsze, profesurę można uzyskać w takich dziedzinach jak dajmy na to teologia, w jakiej to nigdy nie prowadziło się żadnych badań poza spekulacjami. Istnieje tam jednak „naukowe” lobby, które pilnuje żeby zachować swój prestiż.


O „akademickiej dyskusji” mówimy wtedy, gdy grzęźniemy w rozważaniu kwestii formalnych, nieistotnych z pragmatycznego punktu widzenia. Termin ten może drażnić co bardziej przeczulonych profesorów, więc mój promotor kazał mi go wykreślić z mojej pracy magisterskiej o konstrukcji przekształcania przedsiębiorstwa państwowego w jednoosobową spółkę skarbu państwa w zakresie sukcesji uprawnień i obowiązków oraz przejęcia mienia. Ale uzyskany w ten sposób dyplom nie otworzył mi drzwi do zabetonowanego gmachu administracji. Co więcej, nikt by nawet nie zauważył gdybym tej pracy nie napisał. Czarny rynek pisania takich prac kwitnie w najlepsze, ponieważ ludzie nie studiują po to żeby się czegoś dowiedzieć, tylko żeby mieć papier. To jest dzisiaj najważniejsze – papier, pieczątka, podpis. Jak masz papier to zawsze możesz coś komuś udowodnić, przynajmniej że go masz. Kiedy chodziłem do liceum polonistka zawsze pytała się czy samodzielnie pisałem wypracowanie, bo nigdy nie mogła w to uwierzyć. Więc w końcu zawsze wstawiała mi tróję, bo uważała że na pewno ściągałem. Powodem tego były moje mierne wyniki z innych przedmiotów – olewałem naukę bo miałem wtedy ciekawsze zajęcia. Dlatego polonistka uważała, że jestem głąbem. A w sumie to aż taki głupi nie byłem. W wypracowaniach umiałem czasami zabłysnąć, bo polonistyka nie jest twardą nauką tylko „laniem wody”.

Jak Cię widzą, tak Cię piszą i nic tego nie może zmienić. Jak wykładasz na uczelni to widzą Cię jako mędrca, a jak pracujesz fizycznie to jako prymitywa. Ludzie oceniają Cię przez pryzmat tego kim społecznie jesteś. Gdyby było inaczej, ludzie nie czuliby presji żeby „być kimś”.

czwartek, 21 maja 2015

INTERES ŻYCIA

Światem rządzą mężczyźni, a mężczyznami kobiety. Mężczyźni myślą tylko o jednym, a kobiety lecą tylko na pieniądze. Polscy mężczyźni to pijacy i złodzieje, ale i tak najgorsi są Żydzi. Rządzą oni bowiem Ameryką, czyli właśnie światem. I tak właśnie koło się zamyka. Wniosek z tego taki, że wszystko zależy od żydowskiej dziwki zwanej Wielką Nierządnicą. Przybyła ona z Babilonu żeby dawać dupy możnym tego świata.  „Winem zapalczywości swojego nierządu napoiła wszystkie narody, i królowie ziemi dopuścili się z nią nierządu, a kupcy ziemi wzbogacili się ogromem jej przepychu” – powiada Apokalipsa świętego Jana. Prorok przewiduje, że do końca świata doprowadzi ponętna zdzira, która nie dość że udziela lekcji Kamasutry to jeszcze rozdaje forsę. Niestety, szansa na to że to Wy padniecie jej ofiarą jest niewielka – tradycyjnie z tej hojności i wyuzdania skorzystają tylko światowi decydenci. Koniec świata zmiecie jednak nas wszystkich. I gdzie tu boża sprawiedliwość?


Jak zwykle wszyscy zapłacimy za błędy na górze. Nikt bowiem się nie zorientuje, że Wielka Nierządnica to dziwka szatana. A przecież Bóg nigdy nie przysłał by im żadnej dziwki – no chyba że Allach... I gdzie tu logika? Wyjaśnić to wszystko może tylko masońsko-komunistyczny spisek. Katolicy nazywają to „cywilizacją śmierci”. Jej przeciwieństwem miała być cywilizacja średniowiecza – krucjaty, konkwisty i takie tam inkwizycje. Teraz zaś mamy in vitro, wychowanie seksualne i jeszcze gorsze zbrodnie. Oni robią to celowo!!! Nie dość że sobie pobaraszkują z szatańską kurewką, to jeszcze zarobią na tym że będzie koniec świata!!! A jak już będzie Armageddon, to sobie wsiądą do statku kosmicznego i spierdolą z płonącej ziemi! Tak, bogaty to zawsze się ustawi. I nie będzie musiał nawet próbować przechodzić przez ucho igielne.
 

Osiemdziesięciodziewięcioletni milioner  James Howard Marshall Drugi nie mógł jednak czekać na koniec świata. Jego dni były już policzone, a więc musiał się spieszyć. Znalazł więc sobie zwykłą nierządnicę. Poślubił modelkę „Playboya” Annę Nicole Smith. Mógł się cieszyć jej cyckami jeszcze przez czternaście miesięcy zanim wyciągnął kopyta. Kiedy wreszcie przestały ją miętosić łapska starucha, Anna miała w końcu wydawać jego pieniądze. No i wydawała, tyle że na adwokatów. Syn lubieżnego grzyba wytoczył jej proces o prawa do majątku, jaki ciągnął się przez dziesięć lat i pochłonął wszystkie oszczędności cycatej Anki. W efekcie mariażu z piernikiem zrujnowała więc tylko swój medialny wizerunek. Pocieszenia szukała w lodówce, a to pozbawiło ją jej największego atutu, czyli uroku osobisto-fizycznego. Ucieszyło to natomiast paparazzich i pismaków z brukowców, którzy rozpisywali się z rozkoszą o jej otyłości, ilustrując swoje moralne traktaty zdjęciami spasłej blondynki. Ania postanowiła, że im jeszcze pokaże i zdecydowała się na karkołomną kurację odchudzającą. Jako sex-bomba z odzysku, znowu mogła liczyć na „uznanie” i zaczęli ją pokazywać w telewizji. I wtedy przewrotny los znowu dał jej kopa – jej dwudziestoletni syn przedawkował. Wkrótce wzięła garść tabletek na uspokojenie i podzieliła jego los. O ojcostwo jej małej córki, a być może o odziedziczony przez nią majątek, ubiegało się pięciu mężczyzn. Jak ktoś ma łeb do interesów, to nawet na przyjemnościach może zarabiać.           

środa, 20 maja 2015

UCIECZKA OD WOLNOŚCI

Co bardzo dziwne rozwój środków komunikacji elektronicznej nie pogłębia więzi społecznych, ale wręcz przeciwnie. Dzieje się tak dlatego, ponieważ wielu ludzi w sieci interesują głównie wytwory własne. Wspólnota kulturowa też się rozluźnia, ponieważ mamy tyle kanałów, że w zasadzie każdy oglądał wczoraj wieczorem co innego, a czytelnictwo staje zajęciem niszowym. Telefoniczni ekshibicjoniści największą wagę przywiązują do tego jaki model telefonu mogą pokazać. W tej sytuacji komunikacja przestaje niekiedy służyć do przekazywania informacji, a staje się tablicą na której przyklejamy swoje zdjęcia. Oczywiście całkiem spora grupa wykorzystuje zdobycze techniki w celu pogłębiania swojej wiedzy, dyskutowania na forach czy propagowania jakichś idei. Dla nich internet staje się wręcz „rozszerzeniem świadomości” – Timothy Leary, nieżyjący już czołowy ideolog ruchu hippisowskiego, widział w globalnej sieci nowe LSD. Jakkolwiek by to nie brzmiało coś w tym jest. Internet rozszerza naszą percepcję.


Wolność możemy wykorzystywać zarówno do dobrych, jak i złych celów. Na tym polega istota wolności, również cybernetycznej. Laureat Nagrody Nobla Francis Crick, twierdził że zażywanie LSD otworzyło jego umysł na nieszablonowe myślenie i pomogło mu w odkryciu struktury DNA. Internet może wspierać nasz rozwój, o ile jest narzędziem poszukiwań. W przeciwieństwie do mediów takich jak telewizja, jest on bardziej interaktywny i różnorodny. Internet daje nam wybór – a że ludzie często wybierają rzeczy łatwe to już inna kwestia. Paradoksalnie to co łatwe na ogół nie przynosi zbytniej satysfakcji. Przypomnijcie sobie to uczucie spełnienia, kiedy udało się Wam osiągnąć jakiś trudny cel... Z pewnością rekompensowało to trud jaki włożyliście w jego realizację. Wbrew katastroficznemu biadoleniu które sączy się ze wszystkich stron, pod tą szerokością geograficzną pod którą żyjemy mamy całkiem sporo możliwości doskonalenia się i rozwoju – także dzięki sieci informatycznej. Sęk w tym, iż oczekujemy że za wszystko będą nam płacić. Nie podejmujemy się niczego co nie przekłada się na zyski ekonomiczne. Komuś kto wyczekuje pod blokiem na jakieś ciekawe wydarzenie, świat rzeczywiście musi wydawać się ponury i złowrogi, jak w gangsterskich hip-hopowych kawałkach.


Ale to co naprawdę interesujące nie wiąże się wcale z pieniędzmi. Kiedy ma się pieniądze można imponować kobietom i kupować sobie rzeczy na które ma się ochotę. I to znowu wiąże się z wolnością – można używać pieniędzy do dobrych i złych celów. Za relatywnie niewielkie środki można kupić sobie bardzo dużo książek – na pewno czytając przez całe życie nie wydałbyś na nie tyle ile na dobry samochód. Ale przecież nikt nie kalkuluje w ten sposób. Jedne rzeczy są nam potrzebne, inne nie. Dezodorant jest konieczny żeby nie cuchnąć potem, telewizor żeby go oglądać, telefon żeby dzwonić... Żadna z tych rzeczy nie jest nam niezbędna z biologicznego punktu widzenia, lecz odczuwamy społeczną potrzebę ich posiadania. Potrzeba społecznego dostosowania jest zakorzeniona już w naszych genach, choć nie musi prowadzić nas do szczęścia. Jak pisał niegdyś Richard Dawkins nasze geny są samolubne. Oznacza to, że w interesie poszczególnego genu leży tylko i wyłącznie jego powielenie, a zatem konsekwencje psychologiczne działania genów pozbawiają nas wolności, a w konsekwencji niekiedy i szczęścia, w imię nadrzędnych biologicznych celów.

Ewolucja kształtowała nas dłużej niż kultura, ale w dzisiejszym otoczeniu które homo sapiens sam sobie kreuje, jej skutki dalej kierują naszym zachowaniem, z tym że naturalne popędy przestają często pełnić swoją funkcję – rywalizacja o zasoby zmierza już bardziej w kierunku poszerzania abstrakcyjnego materialnego dobrobytu, niż zapewniania jednostce dogodnych warunków do rozmnażania. Społeczeństwa najsilniej uprzemysłowione przeżywają kryzys demograficzny, a aspekt reprodukcyjny seksu został w świadomy sposób okiełznany, tak żeby czerpać można z niego było czystą przyjemność. Choć cieszymy się bezprecedensową w dziejach ludzkości wolnością, możliwościami i technologiami, problemy ludzkie wydają się nie znikać, ale nadal się generować. W globalnej wiosce wieści rozchodzą się szybko, więc ciągle gonimy za nowością. Niemożność sprostania wyzwaniom prowadzi wielu z nas do depresji cywilizacyjnej, kiedy leżąc syci i znudzeni przerzucamy telewizyjne kanały albo klikamy myszką. Przewlekły stres, ciągłe porównywanie się z innymi, kredytowe niewolnictwo – współczesny „nowy wspaniały świat” pełen jest pułapek. Ograniczanie swoich horyzontów nie pomaga nam się z nim mierzyć.

wtorek, 19 maja 2015

PSYCHOBOOM

Kiedy widzisz z boku problemy innych ludzi, często wydają ci się śmiechu warte – kiedy sam masz jakieś już niekoniecznie. A to często również są kłopoty które sam sobie tworzysz. Druga opcja jest taka, że to robota toksycznych bliźnich. Dopiero trzecia możliwość wynika z pecha – możesz dostać sraczki na randce, zachorować na raka albo złamać kręgosłup. Życie swoje możesz jednak zmieniać tylko w zakresie na jaki masz wpływ. A więc pozostają nam kwestie wewnętrzne i ułożenie poprawnych relacji z otoczeniem. To drugie często bywa trudne, a w niektórych przypadkach wręcz niemożliwe. Istnieją potwory z jakimi nie można żyć przyjaźnie i każdy o tym dobrze wie. Cokolwiek byś chciał zmienić najlepiej zacząć od siebie.


To podstawa programu Anonimowych Alkoholików – zmień siebie, a twoje życie też się zmieni. Wtedy dopiero będziesz mógł stawić czoła problemom, których i tak nie unikniesz. Nie każdy z nas jest alkoholikiem, ale każdy z nas może się doskonalić. Trudności z jakimi się mierzymy w znacznym stopniu siedzą w naszych głowach. Kiedy w świadomości społecznej uznany został fakt, jak ważne jest pozytywne myślenie i motywacja, zaczęto posługiwać się treningiem psychologicznym na coraz szerszą skalę. Normą stało się choćby zatrudnianie psychologów w sporcie. Budowanie pewności siebie i walka ze stresem to dzisiaj niemal gałąź przemysłu. W biznesie szerzy się na potęgę tzw. coaching, czyli czerpiący pełnymi garściami z pop-psychologii interaktywny proces szkolenia. Telewizje śniadaniowe i kolorowe pisemka bombardują nas dobrymi radami.

Wszystkie te mądrości mają nam wyjaśniać jak mamy żyć i co jest dla nas dobre – tak jak horoskopy skierowane są do ludzi niepewnych przyszłości i zagubionych. Pomimo niewątpliwej wartości psychologii, ostatnio skomercjalizowała się ona do tego stopnia, że musi być medialnie przystępna nawet dla najbardziej tępego telewidza. W czasie największej oglądalności nie ma przecież czasu na wyjaśnianie naukowych zawiłości. Spowodowało to prawdziwy wysyp medialnych psycho-gwiazd i gwiazdeczek, mielących ozorem bez przerwy prawdy często w swej treści banalne, a także urabia grunt pod działalność różnej maści szarlatanów żerujących na ludzkich słabościach. Jedynie 30% działających w Polsce psychoterapeutów posiada certyfikaty, a podobno i te są niewiele warte.

Jeden z najbardziej znanych psychologów dziecięcych, dyżurny telewizyjny ekspert Andrzej Samson, kilka lat temu okazał się pedofilem. Nie generalizując trzeba przyznać, że przypadek ten pokazuje jak łatwo jest omamić tłuszczę psychologicznym bełkotem. Cokolwiek by nie mówić najłatwiej jest wszak rozwiązywać cudze problemy. Płaćcie mi, to ja będę Wam doradzał. No bo to przecież zwykły rynek. Doskonale mechanizmy te opisał Tomasz Witkowski w swojej książce „Zakazana psychologia”. Demaskuje on pseudonaukowe metody, takie jak choćby neurolingwistyczne programowanie. Ostrzega też, że psychoterapia może zmienić nasz system wartości – przecież wszyscy oni „wiedzą najlepiej”. A przecież bardziej niż wskazywaniem drogi psychologia winna zajmować się pokazywaniem nam zależności kierujących naszym zachowaniem.

Człowiek od zawsze chciał mieć gotowe recepty na wszystko. Myślenie zawsze go przerażało. Pozwalał się więc prowadzić – czarownikom, kapłanom, filozofom, a teraz psychologom. Tym którzy znali psychologię choćby na tyle żeby nim manipulować. Gotów był przyznawać, że inni posiadają wgląd w rzeczywistość, której on nie może zrozumieć. Najstraszniejsza bowiem wydawała mu się możliwość, że rzeczywistość to chaos. Niestety na wiele pytań odpowiedzieć musimy sobie samemu. Wielu rzeczy nie będziemy w stanie pojąć. Nie wszystko da się wyjaśnić. Może wszyscy mamy źle w głowach, że żyjemy.