Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 18 maja 2015

SKAZANI NA BLUESA

Sukces nie musi iść w parze z moralnością. W zasadzie to truizm – nauczycielka życia, historia, pokazuje nam to już od zarania dziejów. A jednak zawsze lgniemy do zwycięzców, a przegranych nie szanujemy. Osiągnij prestiż, a ludzie zlecą się ze wszystkich stron z gratulacjami – będą Ci się kłaniać już z daleka. Spadnij na dno, a ludzie rozpierzchną się na wszystkie strony. Jest to o tyle dziwne, że żyjemy w kulturze gdzie większość ludzi wyznaje podobno nauki Jezusa Chrystusa. Fakt, że budujemy schroniska dla bezdomnych sprawia że czujemy się szlachetniejsi, podświadomie jednak nie traktujemy
takich „brudasów” jak partnerów. Bliżej nam w naszym mniemaniu do środowisk otaczanych społeczną estymą, choćby składać się miały w znacznej mierze z nadętych dupków.

Status jednostki traktujemy jak emanację jej determinacji – ktoś komu w życiu nie wyszło pewnie za słabo się starał. Uważniej przysłuchujemy się tym którzy nam imponują, częściej przyznajemy im rację, śmiejemy się z ich dowcipów. W miarę upływu czasu takie pieszczochy coraz bardziej wierzą, że takie traktowanie wynika z ich wyjątkowości, a nie przypisanej funkcji, zajmowanej pozycji, posiadanych zasobów. Stąd bierze się powiedzenie, że władza demoralizuje. Poczucie wyższości prowadzi często do arogancji, nadużyć i zaniku wrażliwości na cudze potrzeby. Ale jest to gra w jakiej uczestniczymy wszyscy: jednym pozwalamy na więcej, drugim na mniej – w zależności jak ich postrzegamy lub co od nich chcemy uzyskać.


Pięć dekad socjalizmu nie doprowadziło do społecznej równości – kumoterstwo, kolesiostwo i nepotyzm rozkwitały w najlepsze. Taki stan rzeczy zwykle najbardziej wkurwia tych, którzy nie mają dostępu do koryta konfitur. Pozornie prowadzić mogłoby to do wniosków wręcz anarchistycznych, ale tak naprawdę każda grupa wytwarza choćby nieformalną hierarchię – nawet komuna hipisowska czy antyglobalistyczny squat. Taka już jest ludzka natura, genetyczne predyspozycje i odruchy bezwarunkowe. W dzisiejszych czasach coraz silniejsza staje się władza biznesowa (w przeciwieństwie do niegdysiejszych „zawodowych” dyrektorów), skupiająca w swoich rękach zasoby potrzebne ludowi. Ponieważ lud jest zatomizowany jednostka wchodząc w układ z wielką machiną stoi na straconej pozycji. Jednostka potrzebuje bardziej niż sama jest potrzebna.


Czasami wręcz ciśnie się na usta pytanie kto jest reżyserem tego spektaklu, ale nie wierzę w żadne masońskie spiski, zmowę iluminatów czy kosmitów. Za niesprawiedliwość społeczną, wykorzystywanie i niegodziwości odpowiadają ludzka chciwość, pazerność i nienasycenie. Rywalizacja o zasoby nigdy nie zniknie, co najwyżej będzie się stopniowo „cywilizować”. W krajach trzeciego świata los polskich „śmieciowych” pracowników wydawać się musi wszak spełnieniem marzeń. Frustracja wynikająca z zazdrości wobec „posiadaczy” nie zniknie natomiast nigdy. Przemysłowo-konsumpcyjna maszynka karmić nas będzie mirażami, dopóki tylko skłonni będziemy sprzedawać się żeby za nie płacić. Każdy zgrzyt w jej trybach (tzw. kryzys) skutkować będzie wielkim społecznym lamentem. Jeśli zatem rozwój ekonomiczny jest celem samym w sobie, tylko ciągły wzrost konsumpcji może stymulować porządek społeczny, a to pociąga za sobą bezustanny wyścig.

sobota, 16 maja 2015

LUSTERECZKO, POWIEDZ PRZECIE

W trosce o swój wizerunek eksponujemy to co chcemy pokazać, a przemilczamy to co dla nas niewygodne. To naturalne że chcemy pokazać się z jak najlepszej strony. Wszystko co robimy w jakimś stopniu odnosi się do tej potrzeby – jeśli dążymy do awansu, to po to żeby innym coś udowodnić. Jeśli kupujesz coś, to po to żeby pokazać ludziom na co Cię stać. Nawet to z kim pokazujesz się publicznie jest elementem autokreacji. Możesz temu zaprzeczać, ale to arcyludzkie. Bo na pewno masz w sobie małego błazna, który każe Ci robić różne rzeczy tylko po to, żeby ktoś to zobaczył. Gdyby nie przywiązywać wagi do takich rzeczy jak opinie, nikt nie zawracałby sobie głowy takimi sprawami jak choćby luźne przestrzeganie norm społecznych i w konsekwencji świat jaki znamy w ogóle by nie istniał.

Często to co robią w tym kierunku nasi bliźni wydaje się nam śmieszne – rzeczywistość społeczna jest pełna błazenady. Zrozumienie tego faktu pozwala nabrać dystansu do siebie. Jeśli sam nie spojrzysz na siebie jak na błazna z pewnością i tak zrobi to twoje otoczenie. Lecz jeśli sam dostrzeżesz jak komiczną jesteś istotą, nie będziesz brał swoich porażek całkiem na serio. Zobacz jakie to śmieszne – ambitny dzieciak przejmuje się że dostał trójkę z matematyki, chłopak przejmuje się że rzuciła go piękna dziewczyna która jest zimną i wredną suką, ktoś przejmuje się że nie dostał kierowniczego stanowiska w jakiejś podrzędnej instytucji w zapadniętej dziurze... Kreujemy swój wizerunek zawsze i wszędzie, a to jak nas odbierają silnie wpływa na poczucie naszej wartości.

To czym ludzie usiłują nam zaimponować wiele mówi o nich samych. Ludzie pokazują nam się tak w jaki sposób chcą być postrzegani (chociaż nie zawsze im to wychodzi). A zatem sami się w pewnym stopniu odsłaniają – pokazują swoje wartości i aspiracje. Ktoś kto ostentacyjnie prezentuje swoje dobra materialne najprawdopodobniej jest materialistą. Ktoś kto pręży mięśnie i szuka zaczepki najprawdopodobniej jest wyznawcą prawa dżungli. Ktoś kto bombarduje Cię technicznym żargonem najprawdopodobniej chce uchodzić za wielkiego fachowca. I tak dalej. Wzorce i archetypy kreowane przez kulturę stają się punktem odniesienia dla naszych działań, choć często naśladujemy je nieco karykaturalnie.

To czy robimy z siebie idiotę czy nie to kwestia względna. Najprawdopodobniej tak, bo kierujemy się różnymi wartościami. Hierarchie często wcale się nie pokrywają, na przykład wysoka pozycja w hierarchii więziennej przez innych postrzegana będzie jako dno społeczne. Podobnie człowiek interesu będzie myślał o nauczycielu, że wcale nie jest on taki inteligentny. Heroinista zrobi sobie zastrzyk i będzie miał ich wszystkich w dupie. Naszą drogę wyznaczy nasza grupa odniesienia z jaką dana jednostka się identyfikuje i do jakiej chce należeć.

W dzisiejszych realiach kreowanie wizerunku często odbywa się też w sieci, zwłaszcza na portalach społecznościowych, gdzie wyżywają się niespełnieni ludzie. Część użytkowników tak bardzo skupiona jest na kreowaniu swojego wirtualnego wizerunku, że zatraca się w tym bez reszty. Porównując się do inscenizowanych fotografii swoich „znajomych” popadają we frustrację i w odpowiedzi sami kreują dla nich sztuczny świat.

piątek, 15 maja 2015

APEL JASNOGÓRSKI

Jestem człowiekiem, a nie duchem – dlatego odczuwam pragnienia. Dlatego mam popędy, złoszczę się, dążę do celu. Wszystkie moje emocje są produktami mojego mózgu – do tego stopnia, że można je regulować ingerując w jego pracę. Gdyby podłączyli mi do głowy odpowiednią aparaturę, mogliby stymulować mi elektrycznie różne ośrodki, co wpływałoby na mój nastrój. Gdybym zjadł dwie tabletki ecstasy poziom serotoniny wzrósłby mi tak bardzo, że wpadłbym w słodki błogostan. Gdyby natomiast uszkodzili mi ośrodek emocji, kłopoty sprawiałoby mi podjęcie najprostszej decyzji, choć inteligencja nadal umożliwiałaby mi analizę sytuacji. Kiedy zmienia się mój mózg, zmieniam się ja. A kiedy umrze, to umrę razem z nim.

Niektórym zrozumienie tej prostej zależności nastręcza wiele trudności. Szczerze mówiąc większości społeczeństwa. Sądzą oni, że zamiast z mózgu ich świadomość wypływa z duszy. Czym jest dusza tego nikt nie wie – ma jednak być czymś osobnym od ciała, czyli również mózgu. To ona ma rzekomo być składnikiem życiodajnym. Jeśli dusza byłaby takim komponentem, musiałoby posiadać ją wszystko co żyje – a zatem nawet owsiki, tasiemce czy inne gnidy. Myliłby się ten, kto przypuszcza, że teolodzy nie rozwikłali tej zagadki – otóż uchwalili oni, iż dusza zwierzęca jest śmiertelna, więc postępowanie tych zwierząt nie podlega boskiej ocenie moralnej.

Na którym zakręcie ewolucji dusza nasza stała się niezniszczalna – tego nie wiadomo. Czy neandertalczyk, któremu zawdzięczamy istnienie blondynek i białej rasy, też miał duszę? Czy samice homo sapiens oddające się neandertalczykom dopuszczały się zoofilii? Czy kult przodków uprawiany przez neandertalczyka, świadczy o tym że też posiadał on nieśmiertelną duszę? Czy dusza neandertalczyka różniła się od naszej? A co z naszymi genetycznymi poprzednikami? Przecież ewolucja była procesem stopniowym – jak zatem odróżnić małpoluda od  uduchowionej istoty? To tylko próbka pytań, które zadać mógłby sobie każdy myślący człowiek, gdyby tylko chciał, lecz łatwiej jest wierzyć w istnienie niezbadanej duszy ludzkiej.
 
Czemu człowiek nieśmiertelną posiada duszę, a zwierzęta nie? Bo podobno człowiek został stworzony na boże podobieństwo. Słabą stroną tej teorii jest fakt, że dusza jest niewidzialna, a mózg widzialny. Na skutek organicznych zmian możemy nabawić się amnezji, ale w świetle badań teologicznych możemy mówić o ciągłości naszej świadomości i to nawet po śmierci. Duszę posiadać ma nawet jednokomórkowy zarodek pozbawiony układu nerwowego. Nie ma nic do powiedzenia i nie wie że istnieje, ale jest niemal najważniejszy – manipulacja genami uświadamia bowiem jak wielkim kitem jest dusza. Nie wiadomo choćby czy hybryda ludzko-zwierzęca miałaby duszę czy nie. A jakby się nad tym zastanowić, to nawet nie wiadomo skąd bliźnięta jednojajowe mają dwie dusze. Ale kogo to obchodzi...?

Największym problemem dla naszej duszy jest to, że będzie odpowiadać za pokusy na jakie naraża nas ciało, czyli mózg. To nic, że nasze zachowanie mogą kształtować takie czynniki jak choćby poziom testosteronu. Na całe szczęście wpływ modlitwy na doczesną pracę mózgu jest raczej pozytywny – badania pokazują, że osoby religijne są szczęśliwsze. A zatem módlmy się! 

czwartek, 14 maja 2015

KRÓTKA HISTORIA BLONDYNEK

Egzotyka jest bardziej pociągająca od tego co swojskie. Jeśli postawić naprzeciw siebie ludzi dwóch różnych ras, to statystycznie wydawać się oni sobie będą bardziej pociągający niż przedstawiciele tej samej rasy – wynika to z naturalnej potrzeby zróżnicowania genetycznego. Stąd Azjatki czy Murzynki wydają się facetom tak pociągające. Dlatego Arabowie czy inni Włosi wydają się Polkom tacy przystojni. Na tej samej zasadzie podobieństwa genetyczne odpychają się – brak pociągu skuteczniej zapobiega kazirodztwu niż związane z tym tabu. Dlatego też jedni mężczyźni wolą blondynki, a inni nie. Pojawiły się one w Europie dopiero dwadzieścia pięć tysięcy lat temu podczas ostatniego zlodowacenia. Przyczyną sukcesu reprodukcyjnego tej kombinacji genetycznej był deficyt samców. Nieprzyjazne warunki pogodowe uniemożliwiały wegetację roślin, więc kobiety zdane były na łaskę myśliwych czyli mężczyzn, a tych było mało. W sytuacji tak ostrej konkurencji, jeśli wszystkie inne czynniki były takie same, wygrywały dziewczyny wyróżniające się blond-genami. Dzięki temu blond włosy rozpowszechniły się w puli genetycznej, zwłaszcza na północy Europy. W Skandynawii blondyni i blondynki stanowią 40% populacji, a na całym świecie prawie 2%. Z tego powodu blondynki są uważane za szczególnie pociągające – za ikonę seksu już zawsze uchodzić będzie Marylin Monroe, a małe dziewczynki bawią się lalką Barbie. Na okładkach „Playboya” proporcja blondynek jest większa niż ich rzeczywisty odsetek wśród rasy białej. Zainteresowanie blondynkami spada jednak proporcjonalnie do wielkości tego odsetka – niskie jest choćby w krajach skandynawskich. W Polsce modę na farbowany blond zahamowała fala zawistnych dowcipów o blondynkach.

Prawda jest niestety taka, że nawet naturalne blondynki nie wykazują się wcale mniejszą inteligencją od brunetek czy rudzielców. Dziwi zatem stereotyp przedstawiający blondyny jako plastikowe i puste blachary – choć oczywiście takich również i w tej grupie nie brakuje, ale taki już jest przekrój społeczeństwa. Część kobiet, jak i mężczyzn, ma niski iloraz inteligencji i upodobanie do patologii, ale nie wynika to ani z koloru ich włosów, ani skóry. Można by wręcz uznać, że takie podejście do sprawy jest równie szowinistyczne jak rasizm, choć oczywiście wszystko to odbywa się z pewnym przymrużeniem oka. Stereotyp taki może mimo wszystko oddziaływać na naszą podświadomość i wpływać na nasze decyzje. Różni naukowcy badali te sprawy i zaobserwowali że mit o bezmózgiej blondi funkcjonuje w społecznej świadomości całkiem na poważnie. Mężczyźni na przykład „głupieją” przy blondynkach, czyli zachowują się mniej inteligentnie, żeby dostosować się do ich domniemanego poziomu. Sprawdzono też, że stosunkowo niewielu blondynkom udaje się zasiąść na stanowisku kierowniczym. Kelnerki o jasnych włosach otrzymują za to wyższe napiwki (oczywiście w Stanach Zjednoczonych, bo u nas nie daje się w ogóle napiwków). Co również pocieszające mężowie blondynek mają na ogół trochę lepsze zarobki. Wszystkie opisane efekty są oczywiście bardzo subtelne – nie wystarczy zmiana koloru włosów żeby zmienić swoje życie. Na ocenę urody wpływa wiele czynników, a kolor włosów wydaje się w tym kontekście nie aż tak bardzo istotny. Decydujące znaczenie może mieć tylko gdy zachowane są inne kryteria urody – poza tym gusta mimo wszystko pozostają zróżnicowane.

Jasne podejście do tej sprawy miał na pewno świętej pamięci Adolf Hitler. Dlatego swoją sukę (owczarka niemieckiego, a nie Ewę Braun) nazwał Blondi. Psina spała w pokoju wielkiego wodza, który bardzo lubił spędzać z nią wolny czas. Pan Adolf zawsze szczycił się, że Trzecia Rzesza miała najbardziej humanitarną ustawę o ochronie zwierząt w Europie. Dlatego w obliczu klęski kazał otruć pupilkę cyjanowodorem, żeby sowieci jej nie zgwałcili. Hitlerek miał totalny odjazd – od kilku lat nałogowo zażywał dożylnie amfetaminę, a przyszłość widział właśnie w kolorze blond. Kolor ten świadczyć miał bowiem o aryjskim pochodzeniu, a dokładniej o przynależności od szczepu nordyckiego – najszlachetniejszej, zdaniem nazistów, odmianie homo sapiens. Tylko nordycy mieli być „prawdziwymi” Europejczykami, natomiast ludy południa i wschodu nosiły w żyłach domieszkę mauretańskiej krwi. Nie przeszkadzało to Niemcom bratać się z Włochami, czy wspierać swego czasu generała Franco. Tak czy owak czystość rasowa charakteryzować się miała blond włosami, niebieskimi oczami i wysokim wzrostem. Oczywiście nie moglibyśmy w ten sposób scharakteryzować samego Hitlera, ale to tylko przykład jak bezmyślną istotą jest człowiek. Naziści postanowili wyczyścić Europę z błędów genetycznych – pierwszymi ich ofiarami byli ludzie chorzy psychicznie. Następnie zabrali się za pedałów i Świadków Jehowy, a w końcu za Żydów, Słowian i Cyganów. Oczywiście ich teorie historyczne nie miały żadnego poparcia w dowodach naukowych – genetycznie ludzie faktycznie się różnią, lecz wszyscy przynależymy do tego samego gatunku. Żyd może być zdrowszy i inteligentniejszy od Niemca – to wszystko indywidualne kwestie osobnicze. Hodowla rasy doskonałej skończyłaby się co najwyżej zmniejszeniem tak potrzebnego ludzkości zróżnicowania genetycznego. Nauka na służbie ideologii utwierdzała jednak niemieckich decydentów w ich dziejowej misji. W celu odsiewania genetycznie „zdrowego” materiału stworzono nawet specjalną instytucję, Lebensborn, zajmującą się między innymi opieką nad odebranymi Polakom „biologicznie wartościowymi” dziećmi – małymi niebieskookimi blondynkami i blondynami. Niekiedy zatem ubarwienie włosów bywało sprawą życia i śmierci. Jakkolwiek było to głupio nie zabrzmiało, blond pozostaje więc znaczącym spadkiem, który pozostał nam po neandertalczykach – stamtąd bowiem przedostał się do naszego DNA. To prawdopodobnie domieszka tej krwi pozwoliła nam dostosować się do klimatu chłodniejszego niż afrykański.

środa, 13 maja 2015

KULTURA JAKO ŹRÓDŁO CIERPIEŃ

Ponad dziewiętnaście milionów Polaków nie przeczytało w ciągu roku ani jednej książki. Nie przeczytało bo nie było to im do niczego potrzebne. Ponad sześć milionów nie miało nawet kontaktu z gazetą i ma się dobrze. Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji w narodzie zanika wspólnota kulturowa. Ale regularnie czytuje cokolwiek tylko co szósty Polak, a to i tak raczej w stopniu umiarkowanym. Tak więc kulturze narodowej bliżej na stadion piłkarski niż do księgarni. Jeśli natomiast część narodu żyje w innej rzeczywistości to jej problem. Pogrążanie się w świecie niezrozumiałej dla ogółu abstrakcji oznacza często alienację, a wyobcowanemu człowiekowi łatwo przypiąć łatkę dziwaka. Kogoś kto mówi niezrozumiałe dla nas rzeczy łatwo wręcz uznać za głupca, zwłaszcza jeśli nie idzie to w parze z osiąganymi przez niego wymiernymi sukcesami. To jeden z paradoksów, że nawet jeśli nie odnosimy tych sukcesów, musimy je chociaż pozorować – a ktoś kto się tylko „wymądrza”, jest mało przekonujący. Poza tym sięganie po książkę, w przeciwieństwie do pakowania na siłowni uchodzi za zajęcie pedalskie, czyli zniewieściałe. Zawsze staramy się raczej naśladować większość, niż którąś z mniejszości.

Jak to zwykle bywa mniejszość broni poczucia własnej wartości. A zatem czytelnicy postrzegają się jako towarzystwo elitarne – to wyjaśnia im dlaczego są inni. Silą się na intelektualny snobizm, który nie dość że nikomu nie imponuje, to jeszcze postrzegany jest jako pretensjonalna bufonada. Druga sprawa jest taka że im większa wiedza, tym więcej wątpliwości, a człowiek szuka raczej pewności, a w zasadzie potwierdzenia własnych poglądów. Z tego też powodu postawy ludzkie bardzo powoli (jeśli w ogóle) ewoluują. Na przykład pomiędzy prawicowymi, a lewicowymi tytułami prasowymi jest taki rozdźwięk jak gdybyśmy żyli w zupełnie innych światach. Wyłania się z tego raczej tendencyjny przekaz – rzekoma „elita”, czy jak kto woli „inteligencja”, aspiruje do tego żeby uświadamiać lud, a sama jest jeszcze bardziej podzielona od niego. Nic dziwnego, że zwykły obywatel widząc w telewizji posiedzenie „ekspertów” nie jest w stanie zrozumieć o co w tym chodzi. Natomiast „inteligenci” z niższych poziomów, podtrzymują w napięciu całą ową burzę mózgów, żywiąc się medialną papką serwowaną przez dyżurne autorytety.


Z tego powodu, że nie piszę dla żadnej gazety, moje słowa nie będą miały żadnego znaczenia. Ale i tak swoje powiem. Protestuję przeciwko szerzeniu bredni w przestrzeni publicznej – przeciwko wróżbitom w telewizji, kapłanom-seksuologom, psychoanalitykom i homeopatom. Skoro więcej pisze się dzisiaj o technikach sprzedaży niż etyce w biznesie, nie oczekujcie że rozwijać się będą inne formy jajogłowych niż te niesławne już „wykształciuchy”. Nikt się nie pyta się po co, tylko jak – przydatne są zatem poradniki. Bo cele są już wyznaczone i nic tu nie zmienią sążniste eleboraty. Śpiewała o tym już Maryla Rodowicz – liczy się tylko kasa i seks. Reszta to tylko hobby. 

wtorek, 12 maja 2015

CENTRUM WSZECHŚWIATA

Ludzie nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Nigdy nie przestanie mnie zdumiewać ile potrafią z siebie wykrzesać miłości i nienawiści. Czasami może być to koktajl wręcz zdumiewający – nigdy nie wiadomo co wypłynie na wierzch. Dlatego mówią, że najbardziej ranimy tych których kochamy. Mówią też, że miłość łatwo się może zmienić w nienawiść. Jedno i drugie jest ludzkim fenomenem.

Zwierzęta nie potrafią odczuwać miłości i nienawiści – no może z małymi wyjątkami. Na przykład biolodzy są zdania, że słonie doświadczają tęsknoty za zmarłymi, dbają one bowiem o szczątki zmarłych zwierząt. Świat przyrody jest jednak o wiele bardziej racjonalny niż nasz. Wszelkie zachowania takie jak agresja czy okazywanie troski mają z reguły swoje uzasadnienie adaptacyjne.


Mózgowe skrypty są uruchamiane przez określone bodźce. Kiedy okazać zachowanie władcze, a kiedy uległe nie jest wyborem przypadkowym. Zwierzęta nie mogą sobie pozwolić na marnowanie życiowej energii. Ale my jesteśmy pod tym względem mniej pragmatyczni. To nasze obciążanie genetyczne – dzięki rozwiniętej inteligencji możemy analizować sytuację co zmniejsza automatyzm naszych poczynań. Długotrwała pamięć czy zdolność długofalowego planowania to czynniki dzięki jakim wykształcić się mogły tak specyficznie ludzkie zachowania jak zemsta.

Psychologia ewolucyjna mówi, że zachowania zwiększające sukces reprodukcyjny są przekazywane, a zmniejszające go zanikają. W ten sposób nie jesteśmy niestety w stanie wyjaśnić wszystkiego – na przykład skąd się bierze bezproduktywny genetycznie homoseksualizm. A jednak pedalstwo jest faktem. Jakiekolwiek są przyczyny takiego stanu rzeczy, nawet pedalstwo nie jest domeną wyłącznie ludzką – w świecie zwierząt bezproduktywne pieszczoty są szeroko rozpowszechnione. Żyrafy czy bizony oddają się nawet częściej rozkoszom homoseksualnym, niż tym wiodącym do rozrodu. Prawie jedna czwarta potomstwa łabędzi czarnych wychowywana jest przez pary jednopłciowe. Największe natężenie sodomii zaobserwowano natomiast u naszych bliskich krewnych – szympansów bonobo. Tylko jedna czwarta stosunków seksualnych ma tam charakter heteroseksualny. Dobrze że nie jestem szympansem.


Nienawiść do pedałów jest zatem śmieszna, w szczególności kiedy odwołuje się do „prawa naturalnego”. Gejostwo jest bardziej naturalne niż silikonowe cycki, siatkowane pończochy i wysokie obcasy. Oczywiście nie dla każdego jest pociągające. Naturalność możemy rozpatrywać w różnoraki sposób – nawet sam fakt noszenia szpilek uzasadnić możemy doborem naturalnym. Po pierwsze szpilki optycznie wydłużają nogi, a ich długość ma znaczenie dla męskiej podświadomości – dłuższe mają świadczyć o lepszej kondycji genetycznej. Po drugie chód kobiety w szpilkach staje się bardziej seksowny – buty na wysokim obcasie wymuszają kołysanie biodrami  i napięcie mięśni łydki. Jak widać natura i kultura wzajemnie się przenikają. „Naturalność” obyczajowego konserwatyzmu to nonsens – celem zalotów jaskiniowca nie był sakrament, tylko dobranie się do dupy, a monogamia miała zabezpieczać samice przed zachowaniami takimi jak uśmiercanie młodych przez obcych samców i zapewniać im wsparcie w opiece nad potomstwem. Okres dojrzewania jest bowiem u ludzi wyjątkowo długi, ale bez wątpienia bardzo owocny.

O ile w sprawach obyczajowości tradycjonaliści obowiązkowo powołują się na naturę, całkowicie błędnie zresztą, o tyle to co najbardziej ludzkie wywodzą z czynników nadprzyrodzonych. Człowiek jest więc według nich tak wspaniały, ponieważ został stworzony na boże podobieństwo. Oczywiście to nonsens. Przy całej swojej niedoskonałości człowiek jest istotą niezwykłą, ale wyewoluował z gatunków mniej złożonych i był to proces który określił kim teraz jesteśmy. Większość naszych zachowań nie jest skutkiem świadomych decyzji. To my stworzyliśmy Boga na swoje podobieństwo – absolut obdarzyliśmy cechami antropomorficznymi, świadomość w naszym systemie pojęciowym musiała cechować się neurochemicznymi emocjami – wierzymy więc że Bóg może się na nas złościć, smucić się czy cieszyć z naszego postępowania. Najwspanialszą ludzką umiejętność – miłość, również wywodzimy od Boga. Widzimy w niej boską cząstkę, jaką w nas tchnął.

Lecz gdyby istniał jakiś Bóg, nie przypominałby zbytnio człowieka, ponieważ człowiek jest istotą społeczną. Bóg zaś nie odczuwałby konieczności wchodzenia z kimkolwiek w interakcję jako byt doskonały i komplementarny. Niczym cytoplazmatyczny ocean pokrywający planetę Solaris w książce Lema, pokazujący nam niemożność zrozumienia wszechświata,  antropomorficzny fantom starca siedzącego na chmurze wciąż wskazuje jak bardzo jesteśmy zapatrzeni w siebie.          

niedziela, 10 maja 2015

INDYWIDUUM

W pędzącym coraz szybciej świecie łatwo się pogubić. Właściwie to już nie wiadomo nawet za czym tak całe życie gonimy – wmawia się nam bzdury o rozwoju osobistym, który coraz częściej jest tylko narzędziem dzięki jakiemu można nas efektywniej eksploatować. Wszystko co robimy musi mieć swoje przełożenie na naszą sytuację materialno-społeczną. W przeciwnym razie tracimy tylko czas. Brak refleksji nad sobą i światem, o ile nie jest zagłuszany przez alkohol czy telewizję, prowadzi nas do posłusznego wypełniania swojej roli w tym cyrku. Celem gospodarki staje się nieprzerwany wzrost, a umożliwić go może tylko rosnąca konsumpcja. Kreowane bezustannie fikcyjne potrzeby zmuszają nas do doskonalenia swojej efektywności, a system je tworzący wzmacniany jest przez ten właśnie wyścig szczurów. W sytuacji takiego sprzężenia zwrotnego trudno wyłączyć w głowie odbiornik materialistycznej propagandy.


Przed tym kierunkiem rozwoju wielcy myśliciele ostrzegali nas już dawno. Aldous Huxley przewidywał to jeszcze przed powstaniem nowoczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego. W 1932 roku wydał swoją klasyczną już powieść fantastyczno-naukową „Nowy wspaniały świat”. Wieścił w niej powstanie społeczeństwa w którym „szczęśliwi ludzie to tacy, którzy nie są świadomi lepszych i większych możliwości, żyją we własnych światach odpowiednio skrojonych do ich predyspozycji”. Zgodnie z przerysowaną wprawdzie prognozą, dziś jedyną nadzieją wielu zaangażowanych ludzi jest możliwość, iż ich indywidualne wybory mają sens. Na przeciwnym biegunie stoją wszyscy ci, co nie dają rady. To tak jakby mechanizm raz wprawiony w ruch nie chciał się już zatrzymać. Musisz być kimś, albo będziesz nikim. To czym możemy zaimponować musi być jak najbardziej prymitywne – tak jak reklamy przekonujące nas do tego.


„Bądź sobą” to już tylko pusty slogan. Jak spróbujesz to od razu się przekonasz. Im bardziej będziesz inny od wszystkich, tym gorzej dla Ciebie. „Bądź sobą” znaczy dziś kup albo sprzedaj nasze gówno, bądź tym zwierzątkiem jakie w Tobie siedzi, tymi emocjami jakimi tak łatwo manipulować. Bądź homo sapiens – reaguj jak statystyczny homo sapiens na nasze oprogramowanie. Przecież wiesz czego możesz się spodziewać po standaryzowanej rzeczywistości. Nie zawiedziesz się na naszym produkcie, gadżecie, urządzeniu, dopalaczu. Skorzystaj z naszych usług. Zadzwoń do nas już dzisiaj – dla nas liczą się ludzie. Bądź lepszym sobą. Dyspozycyjnym, szkolącym się bez końca, zabieganym, ambitnym. Zesraj się a nie daj się.


Kto się nie rozwija ten się cofa. Nie trać czasu na czytanie wierszy. Nie samym chlebem człowiek żyje, ale wszystkim co umacnia jego pozycję. Kolekcjonuj dyplomy, certyfikaty, referencje. Zdobywaj cenne znajomości i umiejętności. Pamiętaj że tylko tyle jesteś wart, ile jesteś wart dla kogoś, bo większość relacji ma charakter transakcyjny. To się nazywa niewidzialna ręka rynku. Bądź sobą, ale takim na jakiego jest popyt.