Łączna liczba wyświetleń

środa, 11 lutego 2015

WIELKA SZUFLANDIA

Człowiek jest istotą społeczną. Oznacza to, że potrzebuje więzi z innymi przedstawicielami swojego gatunku. Z ewolucyjnego punktu widzenia potrzeby społeczne są mechanizmem umożliwiającym gatunkowi przetrwanie. W dzikim świecie jednostki samotne zazwyczaj były skazane na zagładę, a co za tym idzie nie mogły się reprodukować. Instynkt społeczny jest więc czymś naturalnym, zapisanym już w przekazywanych nam genach. Lęk przed samotnością jest jak lęk przed głodem – ostrzega nas, że jeśli chcemy przetrwać to musimy zmienić ten stan. Tylko w grupie jednostka mogła liczyć na pomoc i wsparcie, a wykluczenie z niej osobnika w brutalnym świecie pełnym dzikich zwierząt, gdzie nie można było nabyć żywności, odzieży czy lekarstw, zwykle kończyło się tragicznie.

Tworzenie się społeczności ludzkich to temat na obszerną księgę, dlatego jak zwykle będę upraszczał. Jest tu bowiem wiele kwestii, które rozwijać by można, ale trzeba się streszczać. Zmierzam wszak do tego, jak dziś wyglądają relacje społeczne i z czego wynikają nasze zachowania. Tworzeniu się społeczeństwa towarzyszyło wiele intrygujących zjawisk, takich jak odkrycie języka symbolicznego umożliwiającego porozumiewanie się. Co równie istotne ludzki mózg, podobnie jak mózgi innych naczelnych, wykazuje się wyjątkową złożonością, sprzężoną zwrotnie ze skomplikowanym środowiskiem społecznym w jakim zmuszony był funkcjonować. Przetrwanie w złożonej grupie wymagało opanowania bardzo złożonych umiejętności społecznych, co pociągało za sobą zmiany ewolucyjne – te z kolei jeszcze bardziej komplikowały relacje społeczne. W ten sposób, w ramach wewnątrzgatunkowej rywalizacji, dochodziło do swoistego mózgowego wyścigu zbrojeń, a lepszy mózg zapewniał wysoką pozycję społeczną, rekompensując niedostatki siły fizycznej.


Dominację i władzę w grupie rozstrzygano odtąd nie tyle w bezpośrednich starciach rozwścieczonych pretendentów, ale prowadząc odpowiednią „politykę”, tworząc stronnictwa i zjednując sobie ludzi. Ewentualnego rozlewu krwi dokonywano odtąd cudzymi rękami. Od samego początku dziejów społecznych władza wiązała się więc z umiejętną manipulacją. Władzę w dziele tym zazwyczaj wspomagali mistrzowie manipulacji – kapłani i czarownicy, a poza tym zawodowi propagandyści, szpicle i mordercy. Obok słodkich kłamstw i bajek dla ciemnego ludu, posługiwano się też podstępami, spiskami i intrygami, a ogniska buntu pacyfikowano przy pomocy płatnych siepaczy. Siła mięśni była już jednak odtąd tylko narzędziem, służącym realizacji „mózgowej polityki”. Rywalizacja toczyła się także na niższych poziomach, gdyż skłonność do dominacji jest wrodzona, podobnie jak nasza niechęć do podporządkowania się jej. Do rywalizacji takiej dochodziło więc w każdej komórce społecznej. Coraz częściej posługiwano się w tym celu mózgiem, a coraz rzadziej przemocą. Dzięki temu mogliśmy zbudować kulturę i cywilizację techniczną.

Musimy przy tym pamiętać, że mózg jest narządem bardzo skomplikowanym. Jego zadziwiające
zdolności jednocześnie służyły sztuce i nauce, jak i celom bardziej przyziemnym, takim jak właśnie ustalanie hierarchii społecznej. Z tym ostatnim aspektem wiąże się szczególnie posiadanie umiejętności społecznych, nazywanych dzisiaj inteligencją emocjonalną czy też makiaweliczną. Na przykład o tym czy dany naukowiec dostanie pieniądze na badania nie zdecyduje tylko jego kompetencja, ale także to jakie ma znajomości, kontakty i wpływy. W historii nie brakuje przykładów na to, jak uznawane dzisiaj za przełomowe odkrycia, były niegdyś nawet wyśmiewane. Z jednego prostego powodu: nie wystarczy umieć czegoś, trzeba jeszcze wiedzieć jak taką umiejętność sprzedać. Kluczowe tu jest myślenie strategiczne i rozszyfrowywanie intencji innych ludzi, a także skłonność do chłodnej samokontroli emocjonalnej. Pozwala to nam na przykład na korzystanie z wiedzy innych ludzi, zawieranie strategicznych przyjaźni, manipulowanie innymi i nie uleganie ich wpływom. W ten sposób człowiek o mniejszym ilorazie inteligencji, może rządzić tym z większą wartością tego wskaźnika, o ile dysponuje większymi zdolnościami społecznymi.

Ewolucja preferowała jednostki potrafiące jednocześnie budować trwałe sojusze, w razie potrzeby zwodzić innych, a niekiedy zachowywać się na tyle kreatywnie żeby zmylić przeciwników. Odkąd ludzie zaczęli sobie uświadamiać jak ważne są ich umiejętności społeczne, starają się je rozwijać, a spece od handlu i marketingu zgłębiają wiedzę o technikach manipulacji i wywieraniu wpływu. Ale ja nie o tym. Pokazać Wam chcę kilka przykładów na to, jak bardzo kontekst społeczny wpływa na nasze zachowanie, a nawet myślenie.

Po pierwsze jesteśmy istotami konformistycznymi. Konformista to słowo naznaczone raczej pejoratywnym wydźwiękiem, rozumiemy pod tym pojęciem kogoś pozbawionego poglądów i charakteru, za wszelką ceną dostosowującego się do otoczenia. Niestety badania naukowe wykazują, że w znacznym stopniu wszyscy cierpimy na tą smutną przypadłość. Nasze poglądy i przekonania nie tylko wykształcają się w procesie socjalizacji, ale mogą zmieniać się pod wpływem doraźnych czynników sytuacyjnych. Wystarczającą nagrodą za taką przemianę często jest jedynie osiągnięcie aprobaty społecznej. Nie lubimy odstawać od większości, stąd zazwyczaj staramy się do niej przystosować. Obrazuje to eksperyment urodzonego w Polsce amerykańskiego psychologa Salomona Ascha. W 1955 roku, postanowił on przeprowadzić badanie, dzięki któremu mógłby podważyć wnioski, jakie ze swojego eksperymentu wyciągnął turecki psycholog Muzafer Sherif. Eksperyment Sherifa ukazywał zjawisko zwane konformizmem informacyjnym, mające przejawiać się tym iż w sytuacji niepewności i braku odpowiednich danych wiedzę o rzeczywistości czerpiemy z zachowania innych ludzi. Asch zakładał, że w sytuacjach jednoznacznych badani nie będą ulegać grupie, lecz natura ludzka okazała się zgoła inna. Badanym wyznaczono proste zadanie polegające na porównywaniu długości linii przedstawionych na rysunkach. O ile potrafili tego dokonać, ich oceny okazywały się błędne, jeśli wcześniej błędnie długość odcinków porównywali podstawieni w tym celu aktorzy. Odcinki A, B i C porównywano z odcinkiem X o takiej samej długości jak odcinek C. Kiedy wynajęci prowokatorzy stanowiący większość grupy orzekli, że odcinek X najbardziej przypomina odcinek A, dwie trzecie badanych przychylało się do tej opinii, choć wcześniej bezbłędnie długość odcinków potrafiło ocenić 98% badanych. W tym miejscu trzeba jednak dodać, że badane osoby świadomie kłamały, po to by uniknąć odrzucenia.

Odkrycia Ascha zainspirowały później Stanleya Milgrama, do owocnej pracy badawczej. Dowiódł on bezmyślnego posłuszeństwa większości ludzi wobec uznawanych autorytetów. Naściemniał, że potrzebuje ochotników do zbadania wpływu kar na proces uczenia się. Zarobić w ten sposób można była kilka dolców. Badany miał w laboratorium aplikować wstrząsy elektryczne jakiemuś dupkowi (w rzeczywistości podstawionemu symulantowi), jeśli ten udzieli błędnej odpowiedzi na któreś z zadawanych mu pytań. Z każdą kolejną pomyłką dupek miał być traktowany coraz silniejszymi wstrząsami. Symulował przy tym coraz okrutniejsze męczarnie. Jeśli badany wahał się, naukowiec kazał mu nadal podsmażać dupka. Nawet kiedy ten sygnalizował że ma chore serducho, płakał i błagał. Większość słuchała kolejnych komend naukowca, takich jak „Proszę kontynować”, „Eksperyment wymaga żeby kontynuować”, „Proszę kontynuować, to jest absolutnie konieczne”, czy „Nie masz innego wyboru, musisz kontynuować”. W ten sposób naukowiec, uosabiający autorytet, przekonywał ludzi, żeby podsmażali Bogu ducha winnego dupka dla dobra nauki. 65 % badanych zaaplikowało tępemu kutasowi aż 450 volt, czyli maksymalne napięcie jakie mieli do dyspozycji. W różnych późniejszych mutacjach tego eksperymentu dowiedziono ponadto, iż czynnikami wzmagającymi posłuszeństwo były charyzma i zinstytucjonalizowanie autorytetu.

Widzimy więc, że skłonni jesteśmy podporządkowywać się zdaniu większości i wykonywać polecenia osób uznawanych za autorytety, nawet jeśli w konsekwencji prowadzi to do rzeczy głupich i niemoralnych. Zdaniem innych nie sugerujemy się jednak tylko i wyłącznie w tych sytuacjach, a to czy ulegniemy takiemu wpływowi może silnie oddziaływać na rzeczywistość, jako tak zwana samospełniająca się przepowiednia. Psycholg Robert Rosenthal wraz z nauczycielką Leonore Jacobson przeprowadzili szereg sfałszowanych testów na inteligencję. Wskazał nauczycielom grupę „geniuszy” i „tępaków”, choć w rzeczywistości dzieciaki przydzielał do każdej z grup losowo. Ale pedagodzy do tego stopnia zaufali naukowemu autorytetowi, że nie zauważyli jak zrobił ich w chuja. Wskutek tego uznali jedne bachory za bardziej, a drugie za mniej zdolne. Ponieważ te teoretycznie „zdolniejsze” były przez szanowne grono pedagogiczne lepiej traktowane z czasem w rzeczywistości podniosło się im IQ. Tym gówniarzom którym przypięto łatkę „tępaków” poziom inteligencji z czasem się obniżył, ponieważ szanowne grono pedagogiczne miało ich głęboko w swojej inteligenckiej dupie. Zjawisko to nazywamy efektem Rosenthala.

Inną zbadaną odmianą samospełniającej się przepowiedni jest efekt Pigmaliona, polegający na tym że w określonej sytuacji zachowujemy się w taki sposób jak wymagają tego od nas inni ludzie, co może mieć następstwa zarówno pozytywne, jak i negatywne. Na przykład okłamano Bolka, że Lolek bardzo go lubi. Wtedy Bolek zaczyna przyjaźnie odnosić się do Lolka, a ten tak traktowany naprawdę zaczyna pałać do niego sympatią. Niestety, jeśli oczekujemy że ktoś jest człowiekiem wrednym, to również prowokujemy go do tego swoim zachowaniem. I tak dalej. Co najgorsze w tym wszystkim, informacje które odbieramy nie zawsze muszą być w pełni prawdziwe, tak więc wiara w wiadomości rozchodzące się pocztą pantoflową może mieć katastrofalne skutki. Ale nie możemy uniknąć wiary w plotki i pogłoski, gdyż tak zaprogramowany jest nasz mózg. Wiąże się z tym zasada konformizmu informacyjnego, od której rozpoczęliśmy te rozważania.
 

Samospełniające się proroctwo może mieć bardzo wymierne skutki. Zdarzało się, że banki upadały po tym, jak rozeszła się wieść że mają problemy finansowe. Ludzie wycofywali z nich wtedy oszczędności i w konsekwencji bank rzeczywiście tracił płynność finansową. Widzimy więc, że nasze oczekiwania mają istotny wpływ na rzeczywistość, a losy innych ludzi mogą zależeć w znacznym stopniu od tego jak zostali kiedyś zaszufladkowani.      

wtorek, 3 lutego 2015

DAWID I GOLIAT

Człowiekowi przychodzi zmagać się z różnymi przeciwnościami. Część z dotykających nas problemów dotyczy relacji z innymi ludźmi – konfliktów i rywalizacji, a w skrajnych przypadkach wręcz poniżania i wykorzystywania. Są to oczywiście sprawy trudne. Wtedy jednak zawsze pozostaje nam pocieszenie w postaci zwycięstwa moralnego, choć niektórzy uważają że marna to pociecha. W każdym bądź razie nie zawsze wygrywamy. Jeśli w obliczu porażek tracimy wartości i zasady, wtedy czeka nas zgorzknienie i cynizm. Osobom stykającym się z ludzką podłością łatwo jest utracić wiarę w ludzi. A niektórzy ze złem mają do czynienia już od dzieciństwa – dla nich te okrągłe banały o pozytywnym myśleniu mają śmieszny wydźwięk. Osobowość w znacznym stopniu jest kształtowana przez doświadczenia, a nasze zachowanie przez sytuacje w jakich się znajdujemy. To jeden z paradygmatów współczesnej psychologii – gdyby przyjąć inne założenie musielibyśmy założyć, że ludzkiego zachowania nie jesteśmy w stanie w żaden sposób wyjaśnić, a wszelkie badanie psychiki to nonsens. Oczywiście człowiek jest istotą na tyle złożoną, że precyzyjnie nie da się przewidzieć jego zachowania. Są to kwestie indywidualne, ale ogólne tendencje przybliżają nam eksperymenty i dane statystyczne. Poza tym z psychologią behawioralną przenika się wiedza z zakresu neurologii, choćby o tym jak kształtują się w mózgu połączenia neuronalne.

Nie żebym był w tej sprawie ekspertem, ale każdy kto się tym trochę interesuje może się tego dowiedzieć. Jak ujął to kiedyś Karol Marks „byt określa świadomość”. Dzieje się tak nawet na poziomie organicznym. Wiąże się z tym cecha neuronów nazywana neuroplastycznością, przejawiająca się zdolnością tkanki nerwowej do tworzenia nowych połączeń. W ten sposób nasz mózg adaptuje się do rzeczywistości. Co łatwo zaobserwować, mózg najbardziej plastyczny jest we wczesnych fazach rozwoju, a potem w miarę upływu czasu raczej „krzepnie”, choć zmienia się przez całe nasze życie. W przeciwnym razie nie bylibyśmy w stanie przyswajać sobie żadnych nowych umiejętności. Niezaprzeczalnym faktem jest natomiast, że oprócz zachowań wyuczonych, nasze zachowanie determinują pierwotne instynkty. Nie na tym bym się jednak chciał tutaj skupiać. Z tego, że mózg jest najbardziej plastyczny we wczesnych fazach rozwoju wynikają dwie kwestie. Po pierwsze im jesteśmy młodsi tym łatwiej przychodzi nam nauka nowych umiejętności, a z biegiem czasu trudniej, do tego stopnia, że niekiedy nie zdołamy sobie już ich wcale przyswoić. Na przykład stwierdzono, że po dwunastym roku życia człowiek nie jest już w stanie opanować umiejętności mowy, a co za tym idzie niemożliwa już będzie jego socjalizacja. Po drugie im wcześniejsza faza rozwoju, tym bardziej jest kluczowa dla jego kierunku. Każde doświadczenie zmienia strukturę naszego mózgu, a to pociąga za sobą konsekwencje. Wytworzone raz połączenia neuronalne „wzmacniają się” wraz z każdym ich użyciem, stając się torami którymi podążają nasze myśli, emocje i zachowania. Już eksperymenty słynnego rosyjskiego fizjologa Iwana Pawłowa na psach, pokazały że łatwiej jest danego odruchu się nauczyć, niż się go później oduczyć. Poza wiekiem, o tym jak trudno jest wygasić warunkowy odruch przesądzają też inne czynniki, takie jak stopień jego utrwalenia.


W ten sposób, pomijając to jak różnymi potencjałami intelektualnymi i temperamentami dysponujemy, stajemy się tymi kim jesteśmy. W ogromnej mierze składamy się z zakorzenionych nawyków, zachowań i odruchów. O tym jak ciężko dokonać wewnętrznej przemiany świadczą chociażby losy ludzi, których nawyki okazały się dla nich destrukcyjne. Myślę tu o tak zwanych nałogach. Choć pojęcie to przywodzi nam od razu na myśl narkomana ze strzykawką, prawda jest taka że każdy z nas jest od czegoś uzależniony, tyle że zazwyczaj jest nam z tym dobrze. Nie brak wśród nas takich, którzy nie darują sobie żadnej piłkarskiej transmisji czy żadnego odcinka ulubionego serialu. Jedni godzinami przesiadują na portalach społecznościowych, a drudzy każdą wolną chwilę spędzają z wędką, nawet w wyjątkowo mroźną zimę, co dla mnie zakrawa na szaleństwo. Przyjemnościami do jakich się przyzwyczajamy mogą być również niestety niebezpieczne używki czy rujnujący hazard. Takie zachowanie stopniowo wbuduje się w układ nagrody, co może skończyć się patologią. Układ ten wykształcił się w toku ewolucji, aby zwiększyć prawdopodobieństwo zachowań potencjalnie korzystnych dla organizmu, ale niekiedy skutki mogą być odwrotne. Szczury, którym dano możliwość pobudzania swojego układu nagrody naciśnięciem dźwigni, zaniedbywały wskutek tego czynności tak ważne jak jedzenie. Podobnie ludzie wykazują skłonność do powtarzania tych zachowań, za które spotyka ich „psychiczna” nagroda. Jasną stroną istnienia wspomnianego mechanizmu jest możliwość wykształcenia w sobie pozytywnych nawyków. Choć nawyk jest zautomatyzowanym zachowaniem, swoje nawyki można kreować także świadomie. To bardzo ważne, ponieważ w zasadzie całe nasze życie składa się z powtarzalnych czynności czyli nawyków. Tak jak napisałem na początku, człowiekowi przychodzi zmagać się z różnymi
przeciwnościami, a część z nich dotyczy relacji z innymi ludźmi. Najtrudniej jednak jest się mierzyć z własnymi słabościami. 


środa, 21 stycznia 2015

SPRZEDAWCY MARZEŃ

Ludzi majętnych podzielić można zazwyczaj na dwie kategorie: ciułaczy i kombinatorów. Ciułacze mają trudniej bo nie umieją kombinować, muszą więc ciułać. A żeby coś uciułać trzeba mieć cierpliwość. To rzadka cecha w dzisiejszych czasach, kiedy ludzie wszystko chcą mieć od razu. Wszystko przecież można kupić na raty albo zaciągnąć lichwiarską chwilówkę. A jak człowiek jest wypłacalny to nawet kredyt wziąć może. Nawet we frankach szwajcarskich. Bo trzeba tak robić, żeby zarobić, a się nie narobić. Dlatego kombinatorzy zwykle uważają ciułaczy za frajerów. Dzisiaj synonimem życiowej zaradności jest tak zwany łeb do interesów. – Masz łeb i chuj, to kombinuj – głosi przysłowie ludowe. I zazdrość zżera ciułaczy, gdy widzą co sobie cwaniak jeden z drugim skombinował.

Ceną za wysoki status materialny jest zwykle ludzka zawiść. Ogranicza się jednak ona do złośliwych plotek, a dorobkiewicz spotyka się zazwyczaj z obłudnym szacunkiem. Zaczynają mówić mu „dzień dobry” ludzie których do tej pory nie znał i tak dalej. Niekiedy osobnikowi takiemu odbija palma i zaczyna wierzyć w niezwykłą moc posiadanych przez siebie pieniędzy. Wtedy też środki finansowe służą mu jedynie do maskowania swojej wewnętrznej biedy, nie stając się środkiem osobistego rozwoju. Niemniej nikt z nas w nie jest w stanie uciec od rywalizacji, wpisanej w specyfikę naszego gatunku. Dlatego ubóstwo materialne staje dla nas powodem do wstydu i usiłujemy, jak to zwykliśmy mówić, „coś osiągnąć”, choć ceną za to często jest przemęczenie prowadzące do emocjonalnego wypalenia.

Hybryda ciułacza i kombinatora to nowy model „człowieka sukcesu”. Łączy w sobie ciężką pracę z życiowym cwaniactwem, harówkę i ryzyko. Tylko w ten sposób możemy bowiem liczyć na większy majątek, a wiadomo że w dzisiejszych czasach nie zaimponujemy już pospólstwu byle gównem. A zatem ludzie poświęcają najlepsze lata swojego życia korporacjom, żeby tylko mieć to zasrane mieszkanie na zamkniętym osiedlu i luksusowy samochód. Ponieważ odkładając na ten cel doczekaliby się jego realizacji dopiero na starość, a całe życie zmagać by się musieli ze swoją niską pozycją społeczną, jedynym wyjściem pozostaje zrealizować cel i potem już tylko dumnie spłacać raty. Ponieważ kredyty we frankach szwajcarskich swego czasu postrzegane były jako sprytne rozwiązanie, sięgano po nie chętnie. Spryciarze, podejmując niewielkie, wręcz iluzoryczne ryzyko, zaoszczędzić mieli kupę kasy. Pech chciał, że tym razem los premiował zachowanie bardziej zachowawcze.

Od kilku dni słyszymy o krzywdzie jaka spotkała frankowych kredytobiorców. Medialna narracja aż sugeruje, że sektor bankowy wkręcił ludzi w jakiś masowy szwindel. Jak znam życie połowa telewidzów w to uwierzy, bo uwierzy we wszystko co tylko powiedzą w telewizji. Niestety, myśląca część społeczeństwa powinna przyznać że to jakieś jaja, gdyby tylko wielu jej przedstawicieli nie miało problemu ze spłatą. Bo po kredyt sięgała raczej ta lepiej zorientowana ekonomicznie grupa, niż na odwrót. Typowy frankowy kredytobiorca to osoba ambitna, wykształcona i jak najbardziej świadoma ryzyka zmiany kursu. Fakt że frank szwajcarski tradycyjnie uznawany był za najbardziej stabilną walutę świata, nie gwarantował przecież że ryzyka nie ma, a co najwyżej że jest ono niewielkie. Ale kredytobiorca, materializując już w myślach swoje marzenia „musiał” zaryzykować.

Banki, jak to banki, kusiły lud wizją niskooprocentowanych kredytów, a ten nie mógł im się oprzeć. Teraz ludzie mają problem, a banki chcą forsy. Przekrętu nie było, lecz banki również jak najbardziej świadomie wpakowały się w ryzykowną sytuację. Być może nie odzyskają części swojej forsy. Tyle, że w ich wypadku skutki tego nie będą tak dramatyczne. Jak pisał niegdyś Bertolt Brecht:

Gdy do mocnych masz interes
Musisz mieć odporny łeb
Bo Cię mocny w łeb ten nieraz
Wyrżnie jak żelazny cep
Bo słabego czaszka człeka
To jest ich powszedni chleb
Więc ten kłopot słabszych czeka
Że nadstawiać muszą łeb.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

PAŃSTWO ŚLĄSKIE

Górnicy znowu się uruchomili. Tym razem przyczyna ich wkurwienia wydaje się nawet zrozumiała. Grożą im zwolnienia. Każdy człowiek w takiej sytuacji reagowałby nerwowo. O ile ludzkim odruchem jest współczuć komuś kto zostaje pozbawiony środków do życia, o tyle sprawę należy widzieć w znacznie szerszym kontekście. Jest to bowiem jedna z wiecznie niezadowolonych grup zawodowych, która uparcie ignorując zmieniającą się rzeczywistość, z histerycznym szałem regularnie sprzeciwia się jakiemukolwiek naruszeniu wypracowanego niegdyś status quo. Obciążając w sposób nadmierny budżet państwa górnicy sami wymuszają na nim takie działania jak zamykanie kopalń. W ich mniemaniu wydobycie węgla powinno być finansowane przez państwo, więc czy tego chcemy czy nie, musimy bulić na ten „interes”, płacąc za wydobywanie niepotrzebnego, bo zbyt drogiego węgla.

Polski węgiel jest nawet dwukrotnie droższy od tego z zagranicy. Koszty osobowe, wynoszące dwie trzecie ceny, w drastycznym stopniu obniżają jego konkurencyjność. Eksportujemy jedynie do krajów, gdzie możliwy jest transport kolejowy, jakiego koszty są relatywnie niskie. Głównym odbiorcą tego surowca są niemieccy krwiopijcy, którzy ostatnio ograniczają jego wydobycie. Ważny jest również rynek krajowy, gdzie sytuację do lat ratują państwowe koncerny energetyczne. Paradoksalnie sprowadzamy do kraju niemal tyle samo węgla ile go eksportujemy. Od lat przytaczany jest argument, że tylko rodzimy węgiel zapewnia nam bezpieczeństwo energetyczne. Niestety bezpieczeństwo to mogło by nas znacznie mniej kosztować. Jedną z przyczyn niewydolności polskiego górnictwa jest roszczeniowa mentalność ludzi w nim zatrudnionych.

Jeśli pracujesz w innej branży, można Cię wyjebać z roboty bez problemu i nie zainteresuje się tym nawet pies z kulawą nogą. Każdy kto nie żyje na innej planecie dobrze o tym wie. Jeśli jednak jesteś górnikiem to prawdopodobnie twój los wzruszy któregoś z przedstawicieli ponad dwustu czterdziestu związków zawodowych działających w górnictwie. Utrzymanie tych organizacji kosztuje rocznie ponad 11 milionów złotych, więc szczekacze nie odpuszczą pajacowania tak łatwo. Górnicy też wiedzą, że takiej roboty już tak łatwo nie znajdą, trzymają się więc jej zębami i pazurami. Choć rok ma tylko 12 miesięcy, oni otrzymują 14 pensji i to nie byle jakich. Zwykły robotnik otrzymuje tam średnio 7,5 tysiąca złotych, a technik górnik nawet 9 patyków. Jest się więc o co bić. A zatem nic dziwnego, że kiedy Kompania Węglowa poniosła w 2013 roku miliardową stratę, górnicy nie chcieli odpuścić sobie czternastej pensji. Nie zgodzili się nawet na to, żeby wypłacić im ją w ratach.

Bardzo zdenerwowało ich również to, kiedy Kompania zabrała górniczym emerytom jedną tonę z przysługującego im węglowego deputatu, bo to również oznacza zajebistą kasę. Kampania rocznie buli na deputaty 500 milionów złotych, ale jak się okazało przywileje te należą się górnikowi jak psu zupa, a nawet minimalne ich ograniczenie powoduje lament i zadymy. Osiem ton darmowego węgla należy się każdemu pracownikowi Kompanii, a trzy tony nawet emerytom i basta! Jeśli nie masz w mieszkaniu pieca żaden problem. Dostaniesz ekwiwalent, około 570 złotych za każdą należną tonę. I jak tu się nie stresować, kiedy grozi Ci zwykła rzeczywistość. Nawet kiedy na pożegnanie dostaniesz odprawę o jakiej inni mogą tylko śnić. 

czwartek, 1 stycznia 2015

PIEKIELNY CHŁOPAK

Heavy metal, motory i chuligaństwo to iście szatański koktajl. Kiedy jednak wszystko inne zawodzi człowiekowi pozostaje tylko ostra jazda. Trzynastoletni Jacob jest poważnie wkurwiony. Jego matka wyciągnęła kopyta, a ojciec popadł w alkoholizm. W takiej sytuacji trzeba dać czadu, chwycić za kij bejsbolowy albo coś podpalić. Tylko wszyscy w okolicy mówią, że to chłopak z piekła rodem.

Być może już wkrótce „resocjalizacja” w poprawczaku zepchnie go na samo dno. Póki co, nie jest jeszcze tak źle żeby nie mogło być gorzej. Chociaż Jacob zachodzi za skórę wszystkim wokół, są jeszcze w życiu rzeczy na których mu zależy. Niestety więź łącząca go z jego młodszym bratem Wesem zostaje zerwana, kiedy prawną opiekę nad nim przejmuje ciotka Pam. Uważa ona, że Jacob wywiera na brata zły wpływ, co jest poniekąd prawdą. Karkołomne wysiłki ich ojca Hollisa, który podnosi się i usiłuje ponownie scalić rodzinę, spotykają się z nieufnością zarówno Pam, jak i Jacoba. Łobuz nie potrafi przebaczyć swemu ojcu, a ten nie wie jak odzyskać jego miłość.

Jest jeszcze jedna sprawa ważna dla Jacoba. To jego wielka pasja – wyścigi motocyklowe. Jacob jest utalentowanym motocyklistą, lecz pech niweczy jego nadzieje na sukces podczas wyścigu do jakiego zawzięcie się przygotowywał. To wszystko za dużo jak na zwykłego trzynastolatka – chłopak znowu pęka i sprawy jeszcze bardziej się komplikują.

Polecam wszystkim kameralny dramat „Piekielny chłopak”. Obraz skłania do refleksji nad tym jak cienka jest czasem granica pomiędzy dobrem i złem. Pokazuje jak łatwo samemu zatrzasnąć się w pułapce. Zwłaszcza kiedy ma się tylko trzynaście lat.

niedziela, 14 grudnia 2014

IMPERIUM LITEWSKIE

Polska świadomość narodowa, podobnie jak samo pojęcie narodu, niezależnie o jakim mówimy, kształtowała się dopiero w czasach nowożytnych. Idea państwa narodowego stawała się popularna dopiero w osiemnastym wieku, czyli w okresie kiedy Polska, a ściślej mówiąc konfederacja polsko-litewsko-ukraińska, właśnie padała i to głównie z powodu wewnętrznej słabości, a nie sąsiedzkiego imperializmu. Wojny były w tym czasie bowiem powszechnie stosowanym instrumentem realizowania interesów, z którego to sposobu nie wahała się korzystać sama Najjaśniejsza Rzeczpospolita, kiedy jeszcze była na tyle wydolna. Wbrew prawicowej propagandzie, „tradycyjne polskie wartości” nie są wytworem ludycznym, ale raczej inteligencko-intelektualnym, a  na wsi przyjmowały się raczej opornie. Brak poparcia mas chłopskich przesądzał o klęskach wszystkich ówczesnych powstań narodowych. Uświadomieniu narodowemu sprzyjał rozwój oświaty, przemysłu i ośrodków miejskich, a prosty lud przyswajał sobie te trendy z konserwatywnym oporem.

Ponieważ importowane z zachodu, jak na ironię często za „pośrednictwem” zaborców idee narodowe, rozwijać się musiały w kontekście „zniewolenia”, polska tożsamość przesiąkła cierpiętnictwem i męczeństwem. Elity intelektualne narodu, pisarze i poeci, budowali mity odwołując się do klęsk i brawurowego bohaterstwa, często przy okazji mijając się całkowicie z prawdą (np. „Reduta Ordona”). Szerzyły się poglądy mesjanistyczne, określające Polskę mianem „Chrystusa narodów”, na którego dybali ciągle faryzeusze Europy, choć nie zrobił nigdy nikomu nic złego. Wkrótce po odzyskaniu niepodległości, niczym potop szwedzki, przetoczyć się miała przez nasz kraj druga wojna światowa z Katyniem i Auschwitz, dopisując kolejne tragiczne historie do tej sromotnej listy. Aczkolwiek nie sposób kwestionować zbrodni dokonywanych na naszym narodzie, nasza świadomość historyczna jest nikła, zbyt zmitologizowana i zideologizowana aby rozjaśniać nam mroki przeszłości.

Już od samych początków naszej historii toczyć musieliśmy wojny z sąsiadami. Nie dlatego, że Europejczycy zawarli spisek przeciwko Polsce, tylko dlatego że obowiązywało wówczas prawo silniejszego. Mieszko nie przyjął zachodnich zwyczajów z powodu religijnego uniesienia, tylko politycznego pragmatyzmu. Drugi wielki „Polak-katolik”, jego syn Bolesław Chrobry, zajmował się z lubością wojowaniem, zajmując ziemie Słowian połabskich, Czechy i Morawy, a nawet Kijów. W skrócie można by rzec, że na przestrzeni dziejów całkiem śmiało konkurowaliśmy o swoje miejsce w Europie, nie tylko broniąc się, ale często również atakując. W tym świetle rodzi się pytanie, czy dlatego że okazaliśmy się w końcu słabsi od Prus, Austrii i Czech, możemy mówić o polskiej Golgocie. Moim zdaniem nie. W polskiej, a może nawet nie tyle polskiej co nacjonalistycznej narracji historycznej, dominuje moralny paradoks – gdy biją naszych to zbrodnia, gdy nasi biją to sława i chwała. Z nostalgią wspominamy czasy gdy Polska rozciągała się od morza do morza.


Wszyscy wiemy, że bitwa warszawska to jedna z przełomowych bitew w historii świata, która przekreśliła plany ekspansji komunizmu. Pamiętamy, że bitwa pod Grunwaldem, to jedna z największych bitew średniowiecznej Europy. Ale zapominamy o bitwie pod Beresteczkiem, która była jedną z największych bitew siedemnastego wieku, ponieważ tłumiliśmy wtedy powstanie ukraińskich kozaków. Wokół takich zdarzeń trudno ukuć polsko-cierpiętnicze mity, chociaż Henryk Sienkiewicz próbował. Jeżeli mówimy o zdobyciu Moskwy to tylko z dumą, podkreślając siłę ówczesnego państwa polskiego. Tymczasem dopuszczaliśmy się tam zbrodni, przy których blednie zła sława Iwana Groźnego. Kiedy w Moskwie wybuch bunt oddziały polskie przystąpiły do rzezi mieszczan. Wyrżnięto ich około ośmiu tysięcy, drugie tyle zginęło w płomieniach, po tym jak wycofujący się na Kreml podpalili miasto. Nie sposób dziś oszacować ilu ludzi padło wówczas z głodu. Z pewnością liczba ofiar przewyższała zaludnienie Warszawy czy Krakowa – Moskwa była już wówczas dużo większym miastem. Nie róbmy więc z siebie ciągle ofiar losu.  

poniedziałek, 17 listopada 2014

KONSORCJUM BOSKO-CESARSKIE

Mit założycielski kościoła katolickiego opiera się na trzech wielkich kłamstwach: Biblia jest słowem bożym, papież spadkobiercą świętego Piotra, a chrześcijaństwo zatriumfowało w Rzymie wskutek masowych nawróceń, z których najważniejsze było to cesarskie. Prawda jednak wyglądała zupełnie inaczej. Kościół rzymsko-katolicki nie rodził się w koloseum, gdzie lwy rozszarpywały biednych chrześcijan, ale w ścisłej współpracy z krwawym imperium. Tak jak Michnik pił wódkę z Kiszczakiem, tak papież wino z cesarzem, a katolicyzm wyłonił się w znanej nam formie z powodów czysto pragmatycznych, a nie idealistycznych. Powinien wiedzieć o tym każdy, kto przez całe życie co niedzielę oddaje się modlitwie.

Tak jak analizujemy wszystkie inne zjawiska, tak w obiektywny sposób powinniśmy badać dzieje chrześcijaństwa. Materiał historyczny nie pozostawia żadnych złudzeń, że „oficjalna” wersja wydarzeń, to w tym wypadku tylko kościelna propaganda. Triumf chrześcijaństwa możliwy był tylko dzięki arbitralnej decyzji  cesarza Konstantyna. Co najwyżej możemy mówić jedynie o rosnącej popularności chrześcijaństwa w starożytnym Rzymie. Wśród obywateli imperium chrześcijanie wcale nie stanowili większości, a drogę do pełnej chrystianizacji otworzyło dopiero upaństwowienie kultu. Wiązało się to niestety z jego ujednoliceniem, a to pociągało za sobą tragiczne konsekwencje dla tych którzy nie chcieli się podporządkować ustalonym pod okiem cesarza dogmatom. 

Nie żebym wspominał o tym ze złośliwości, ale budowa scentralizowanego kościoła katolickiego możliwa była dzięki wsparciu zdemoralizowanego cesarstwa, nie szczędzącego srebrników i miecza. Władza papieska początkowo nie opierała się na żadnym autorytecie, a do jej egzekwowania używano państwowego aparatu przymusu i terroru. W takiej sytuacji powodzenie „misji” chrystianizacyjnej uzależnione było od uległości względem rzymskich protektorów, co wymagało licznych kompromisów etycznych i teologicznych. Z drugiej strony niewielka to była cena, skoro kompromis z krwiożerczym Rzymem zapewniał hierarchom luksus i prestiż, a masom kojące opium.

Stworzenie religii państwowej wymagało zbudowania hierarchicznej struktury, tak aby wszelkie przywództwo religijne miało charakter w pełni instytucjonalny, a co za tym idzie zgodny z jedyną słuszną linią polityczną. Umożliwiało to fizyczną eliminację heretyków i religijną dyktaturę. Aby sprawnie administrować takim tworem, konieczne było stworzenie odpowiedniej podstawy prawnej. Na soborze w Nicei przystąpiono więc do spisania słowa bożego. Był to pierwszy sobór powszechny biskupów, zwołany przez cesarza Konstantyna. Na soborze tym ustalono obowiązujący kanon ksiąg religijnych, a lektury pozostałych pism, nazywanych dziś Ewangeliami gnostycznymi lub apokryfami, zakazano. Zdaniem Wikipedii takie ustalenia przyczyniły się do „wejścia w europejskie życie polityczne pojęcia wolości religijnej”. Co oni ćpają? Każdy religioznawca wie, że wcześniej chrześcijaństwo było religią ogromnie zróżnicowaną, a wskutek soboru nicejskiego przekształciło się w organizacyjny moloch gdzie nie ma miejsca na dyskusję. Eufemistycznie nazwano ten proces konsolidacją religii chrześcijańskiej.

Na sobór nicejski dostarczono łącznie dwa tysiące dwieście trzydzieści jeden zwojów z krążącymi w obiegu pismami religijnymi, z czego za obowiązujący uznano nikły ich margines. Pluralistyczne chrześcijaństwo zredukowano zatem do dogmatycznej doktryny, a wszelkie odstępstwa traktowano odtąd z bezwzględną surowością. To jest właśnie katolicka „wolność religijna”. Paradoksalnie, wbrew temu co pisze Wikipedia, uznawana przez ciemny lud za źródło wszelkiej mądrości, postanowienia soboru nicejskiego ograniczały w zasadzie swobodę wyznania. Jako licealista spytałem katechetę skąd wiadomo które księgi są natchnione przez Boga, a które nie. Odpowiedział, że prawdziwość tych ksiąg poświadcza sam papież swym autorytetem.  Autorytet ten zaś wynika z władzy nadanej mu przez świętego Piotra. Niestety brak jakichkolwiek dowodów historycznych na to, że Piotr w ogóle był kiedykolwiek w Rzymie, a tym bardziej że był biskupem. Oczywiście dla wyznawców nie ma to żadnego znaczenia.

Tradycja chrześcijańska chętnie wspomina o prześladowaniach, którymi w czasach przed Konstantynem padali chrześcijanie. Poza tym w cesarstwie panowała ogromna swoboda religijna. Bez przeszkód praktykowano w nim choćby judaizm. Rzymianie nie tylko nie zmuszali ujarzmionych ludów do przyjmowania swojej religii, ale raczej skłonni byli przyjmować obce kulty. Wyjątek stanowili tu chrześcijanie, których okresowo prześladowano. Tak się stało choćby za Nerona. Jedna z plotek mówiła, że wzniecił on pożar Rzymu, a druga że to dzieło chrześcijan. W każdym razie oberwało się za to tym ostatnim. Z tego powodu w naszej świadomości cesarz ten jawi się jako pojebany, rudy świr – zupełne przeciwieństwo szlachetnego Konstantyna.

O ile stosunek tych dwóch władców do chrześcijaństwa był skrajnie różny, o tyle obiektywnie zaobserwować można między nimi uderzające podobieństwo moralne. Konstantyn nie wahał się wszak poderżnąć gardła własnemu synowi czy ugotować żywcem swojej żony. Wcześniej kazał powiesić swojego teścia i udusić dwóch szwagrów.