Łączna liczba wyświetleń

sobota, 29 sierpnia 2026

MAŁPA W LABORATORIUM

 
Do działania substancji psychoaktywnych jesteśmy jakoś ewolucyjnie przystosowani. Nie w tym sensie, że ich zażywanie było przewidziane przez ewolucję, ale jest jej skutkiem. Mamy w mózgu różne receptory, wrażliwe na neuroprzekaźniki regulujące nastrój, które używki w sposób spotęgowany po prostu naśladują.

Mamy receptory kannabinoidowe, opioidowe, GABA, glutaminianowe... Niezależnie od swej specyfiki alkohol, marihuana czy opioidy wpływają też na układ nagrody. Więc choć działają na specyficzne receptory - niekiedy wielokierunkowo - skłonność do nich z grubsza da się wytłumaczyć działaniem na ten właśnie ośrodek mózgowy, który podświadomie mamy w zwyczaju pieścić.

Ekstremalnie wysoki poziom dopaminy zapewniają nam stymulanty, choć oczywiście ma to swoje negatywne konsekwencje. Ludzka słabość do tych "wspomagaczy" to w dużym stopniu efekt uboczny biologicznego układu odpowiedzialnego za motywację. Głupi mózg wie tylko, że wysoki poziom dopaminy oznacza coś dobrego, choć niekiedy może nie nieść żadnej wartości adaptacyjnej.

W takim świetle słabość do używek to błąd ewolucyjny, choć pojawiają się też inne hipotezy. 10 milionów lat temu u naszego przodka miało dojść do mutacji genów, która pozwoliła rozkładać etanol 40 razy szybciej od innych ssaków... Człowiek pożerał to co spadło z drzewa - często owoce już sfermentowane, ale za to bogate w cukier i zakonserwowane.

To specyficzne przystosowanie układu trawiennego mogło sprawić, że polubiliśmy smak alkoholu. A potem sami zaczęliśmy go wytwarzać. Choć alkohol jest ponoć szkodliwy zabija patogeny, a w warunkach niedoboru czystej wody pitnej spożywanie go w wersji niskoprocentowej chroniło przed cholerą czy czerwonką. Tak zwana hipoteza piwna mówi wręcz, że uprawa zbóż początkowo służyła produkcji piwa.


Dopiero później mieliśmy zacząć piec chleb... Alkohol miał być też spoiwem społecznym pozwalającym na budowę cywilizacji. W starożytnej Grecji wino pito podczas tak zwanych sympozjów (sympozjon oznacza dosłownie "wspólne picie"), gdzie dyskutowano o filozofii, polityce, poezji.... Ważna rolę w narodzinach teatru odegrały pijackie procesje ku czci boga Dionizosa.

W kulturze islamu - gdzie alkohol był zakazany - palono haszysz, zakazany przez kościół jako przejaw pogańskiego zielarstwa czyli czarnej magii. Stosowano go również w Indiach, Nepalu, Tybecie - gdzie wspomagał medytację i tak dalej. Wbrew popkulturowym legendom w prekolumbijskiej Ameryce konopie były natomiast nieznane. W celach religijnych stosowano psylocybinę, meskalinę, DMT...

Konopie siewne sprowadzili tam dopiero konkwistadorzy, gdyż desperacko potrzebowali płótna żaglowego, lin i powrozów. Rdzenną ludność zmuszano więc do uprawy i przetwarzania tego surowca roślinnego, który z czasem sam zaczął się rozsiewać i dziczeć. Meksykańska biedota zaczęła palić to paskudztwo jako relaksujący znieczulacz po ciężkim dniu pracy.

Po wybuchu rewolucji w 1910 roku do USA uciekło z Meksyku kilkaset tysięcy imigrantów i przynieśli tam ten paskudny zwyczaj. Jego rozprzestrzenianie podsyciła alkoholowa prohibicja i kultura klubów jazzowych, potem przyszedł czas hipisowskiego buntu... W latach sześćdziesiątych kulturę masową gwałtownie zmienił nowy psychodeliczny środek - LSD.

Początkowo "badany" na uniwersytetach szybko wymknął się rygorom naukowym, stając się pospolitą używką i przyczyną paniki moralnej. W końcu więc zdelegalizowano to świństwo. Był to niestety początek myślenia sieciowego - zainspirowana psychodelikami inżynieria komputerowa widziała w komputerze osobistym podłączonym do zdecentralizowanej sieci narzędzie osobistego wyzwolenia.

Czy tak się rzeczywiście stało to już kwestia bardzo dyskusyjna... Sam komputer w wersji maksymalnie zminimalizowanej nazywany smartfonem doi dzisiaj naszą dopaminę, byle tylko monetyzować naszą uwagę przy użyciu sprofilowanej technologii behawioralnej. Wiedzie to do podsycania patologicznych emocji, polaryzacji, radykalizacji, dekoncentracji i przebodźcowania.


Ale zostawmy te elektroniczne "dobrodziejstwa cywilizacji"...  Z punktu widzenia psychologii ewolucyjnej ciekawe jest pytanie czemu ludzie (niektórzy) tak namiętnie zażywają psychodeliki. W przeciwieństwie do heroiny, amfetaminy, kokainy czy choćby alkoholu, nie stymulują one układu nagrody, a więc nie zostaje on "zhakowany" przez hedonistyczny wytrych.

Jakie więc ewolucyjne uzasadnienie ma ta niezrozumiała dla wielu skłonność, skoro sama w sobie nie imituje dopaminowych sygnałów związanych z biologicznym przetrwaniem? Wyjaśniać to może choćby wpływ na plastyczność synaptyczną, kreatywność, reset wzorców, wyostrzenie percepcji. Nade wszystko mechanizmem przetrwania jest poszukiwanie sensu.

Zamiast prostej nagrody dopaminowej pod wpływem psychodelików mózg otrzymuje nagrodę na wyższym poziomie kognitywnym, poprzez zoptymalizowanie działania kory mózgowej. Mózg działa jak maszyna predykcyjna która niekiedy "zakleszcza się" w swoich odgórnych założeniach, więc dobrze jej robi tymczasowe rozluźnienie filtrów autocenzury.

Dla sceptyków brzmi to oczywiście jak bełkot, albo pierdolenie misjonarza. Poczucie sensu można uzyskiwać na różne sposoby, a zasadniczo najlepiej przez miłość, więź, empatię i takie tam. Wszystko to jednak wytwory naszego systemu nerwowego. A na jego pracę próbujemy wpływać od tysiącleci - w erze informacyjnej jeszcze bardziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz