
Jedni ludzie biorą świat
takim jaki jest, inni się nad nim zastanawiają. Ci którzy nie poświęcają się
zadumie zyskują swego rodzaju spokój – rzeczywistość nie nastręcza im
dylematów, mogą wziąć byka za rogi albo nogi za pas. Minusem jest to, że kiedy
ugrzęzną w gównie, nie potrafią zrozumieć obiektywnej natury gówna – dla osoby
poszukującej spełnienia na podium kultury masowej, zamykanie stawki społecznej
zawsze musi być niesłychanie bolesne, nie mówiąc o bezrobociu, spłacaniu
chwilówek i brzydkiej żonie, która nawet zdradzić nie może, choć jest wiecznie
niezadowolona. W takiej sytuacji pustak siłą rzeczy poczuć się musi jak gówno,
bo nie powiodło mu się w życiu – sięgnie po flaszkę, zbluzga żonę i zajmie się
kombinowaniem jak koń pod górę. Materialny sukces takiego buraka podkręci mu
natomiast samopoczucie do tego stopnia, że stanie się on nieznośnym bufonem.
Będzie obwieszony łańcuchami woził się jakimś super wozem z małolatami,
zdradzając swoją piękną żonę, która jednak wszystko mu będzie wybaczać. Jeśli traktujesz
życie całkiem na serio nie ma innego wyjścia jak swoją wartość mierzyć wynikami
w rywalizacji. Przecież to proste jak sranie.
Ludzie skłonni do refleksji,
na ogół mają pewien problem z takim odnajdowaniem siebie na określonym miejscu
w hierarchii. Zbyt dużo myślą, a to często może paraliżować, komplikować i psuć
zabawę. Świadomość ryzyka prowadzić może do nadmiernej ostrożności, wrażliwość
do marzycielstwa, a zasób wiedzy humanistycznej do wygórowanego mniemania o
sobie. Choć osobnik taki może z powodzeniem spijać kawy u różnych porządnych
licealistek, prędzej czy później nastąpi zderzenie z rzeczywistością. Po
ukończeniu studiów wyląduje w Anglii na zmywaku, a przy odrobinie szczęścia
zostanie nauczycielem, urzędnikiem albo innym księgowym, dumnym ze swojej
schludnej profesji i patrzącym z góry na brudnych roboli. Mój kolega, który ma
za sobą umysłowy epizod zawodowy, twierdzi że taka postawa wśród „inteligencji”
to norma, chociaż często jest to dosyć przypadkowa grupa wcale nie
najwybitniejszych postaci, byłych kujonów z rodzinno-towarzyskimi koneksjami.
Chowanie się za książkami i podręcznikami, samotne słuchanie muzyki i
komputerowe seanse filmowe, zaskakujące często okazują się po prostu ucieczką
przed kozackim tupetem diskomułów, dresiarzy i reszty hołoty. Suma sumarum
inteligent ostatecznie wywyższa się dzięki osiągniętej pozycji – chyba że mu
się nie powiedzie, wtedy potępia kult pieniądza, pracoholizm i porządek
społeczny.

Pieniądze i status nie dają
szczęścia o czym świadczą nie tylko częste przypadki przedawkowań narkotyków i
samobójstw u celebrytów, ale także badania psychologiczne. Źle na nas wpływać
może tylko poczucie skrajnej nędzy, w takim wypadku rzeczywiście finanse
korelują z poziomem dobrostanu psychicznego. Poza tym poziom zarobków nie ma na
nasze samopoczucie prawie żadnego wpływu. Co ciekawe, różnica między
faktycznymi zarobkami a tymi które chcielibyśmy mieć często niszczy zadowolenie
z życia. Pogoń za bogactwem jest ruchomym celem, który bezustannie się oddala.
Jeśli osoby finansowo zamożne są szczęśliwsze od innych, ich szczęście nie tyle
zależy od zarobków, co jest rezultatem porównywania się z innymi. W wyniku tego
paradoksu, w krajach bogacących się ludzie nie stają się wcale szczęśliwsi,
ponieważ wcale nie zauważają tego że się bogacą!!! Tłumaczyć to może na
przykład tęsknotę części starego pokolenia za PRL, choć średnie wypłaty miały
wtedy dużo niższą siłę nabywczą niż dzisiejsze, nie mówiąc o deficytach
towarowych. Kapitalizm zaś boleśnie uświadamia, że ktoś może sobie pozwalać na
zakup nowoczesnego sprzętu elektronicznego i markowych ubrań, oraz budowę domu,
podczas gdy Ty całe życie tyrasz i gówno z tego masz. Life is brutal.
Kultura masowa nie jest
wcale upośledzona względem tak zwanej kultury wysokiej. Odkąd archaiczne
społeczeństwo uległo rozwarstwieniu na klasę rządzącą i rządzoną, ta
pierwsza mogła z nudów oddawać się
rozrywkom, a druga musiała zapierdalać. W czasie wolnym od intrygowania,
skrytobójstw i podpisywania dekretów, co wcale nie było takie znowu łatwe, miłościwie
nam panujący korzystali z niedostępnych innym możliwości – łajdaczyli się,
biesiadowali, uprawiali sport, dbali o urodę. Jednym z ich przywilejów był
dostęp do nauki i sztuki. Szlachetnie urodzony panicz, w przeciwieństwie do
wieśniaka, otrzymywał wykształcenie na najwyższym dostępnym w owym czasie
poziomie, podczas gdy ten drugi zazwyczaj wiedzę czerpał z gawęd podchmielonego ojca. W rezultacie przepaść
pomiędzy biednymi i bogatymi musiała się cały czas pogłębiać – ktoś o
mentalności pańszczyźnianego ćwoka, pozbawiony był całkowicie ogłady, uroku i
subtelności, co w oczach wytwornych dam i facetów w perukach czyniło co
najwyżej z niego grubiańskiego błazna, gdyby obleczono go nawet w świetne szaty
i wpuszczono na bal. Plebs tworzył własną kulturę, opowieści przekazywano
ustnie, a muzykę komponowano bez zapisu nutowego. Z czasem kultury te musiały
się spotkać – poezja salonowców trafiła do szkolnych czytanek, a murzyńskie
rytmy do radia w „dobrych domach”. Demokratyzacja życia politycznego zatarła
granicę pomiędzy artyzmem a rozrywką.
Szczególnie wkurwiony z tego
powodu był niejaki Witkacy, dla którego sztuka powinna pozostawać całkowicie
oderwana od życia tępego motłochu, który oficjalnie nazywał bydłem. Postulował
istnienie czystej formy, sztuki nie związanej z rzeczywistością, a po upadku
arystokracji spodziewał się tak zwanego „zbydlęcenia”, czyli wykształcenia
zmechanizowanego społeczeństwa, pozbawionego uczuć metafizycznych i
piętnującego indywidualizm. Swoje koncepcje wyłożył szczególnie dobitnie w
dramacie „Szewcy”, gdzie w usta rzemieślników włożył to czego się usłyszeć od
nich spodziewał. A mianowicie człowiek pracy najwięcej utyskiwał, że „dziwek mu
się chce”, że „ich dziwki nie śmierdzą jak nasze”, że „chciałby ich dziwki
deflorować” itd. Nie da się zaprzeczyć temu, że arystokratyczne „dziwki”
musiały wzbudzać w umęczonym ludzie zazdrość, czy jednak ma to być powód żeby w
zubożałych masach ludzkich widzieć jedynie wygłodniałe zwierzęta? Znacznie
trafniej moralną „nędzę robotników” diagnozował Bertolt Brecht w swojej
„Świętej Joannie szlachtuzów”. Witkacy nie widzi związku pomiędzy warunkami
społecznymi a mentalnością hołoty i spodziewa się upadku kultury, jeśli władzę
oddamy „bydłu”. W rzeczywistości mieliśmy do czynienia z procesem zupełnie
odwrotnym. Ja sam pochodzę z chłopskiej rodziny i wiem, że cokolwiek o tym
świecie wiem, zawdzięczam to tylko i wyłącznie zmianom społecznym i
cywilizacyjnym. Dzięki powszechnej edukacji umiem czytać, a że z tej
umiejętności korzystam, dostęp do prasy, telewizji i nowych technologii takich
jak internet pozwala mi rozwijać się niewspółmiernie bardziej niż gdybym
obrabiał pańszczyznę. Poza tym, choć różnie z tym bywa, umasowienie kultury, a
ostatnio rewolucja informatyczna, zapewniają niesamowitą synergię każdemu
poszukiwaczowi, oraz możliwość ekspresji każdemu kto ma coś do powiedzenia.
Myślę, że poziom świadomości ludzi wzrasta we wszystkich dziedzinach, a dzięki
temu i metafizyczne pytania rozważać możemy na innych płaszczyznach, np.
badając kosmos.

Filozof kontra człowiek
praktyczny – w tym starciu ten pierwszy zawsze będzie bez szans, ponieważ żyje
z pracy tego drugiego. Niegdyś tylko mecenas mu łożył na spokojne życie, by
mógł mu rozważaniami horyzonty nowe odsłaniać. Teraz w placówce naukowej miejsce
znaleźć sobie musi, albo na łaskę ludu bydlęcego zdany będzie. Tylko dzięki
państwowemu groszowi, instytucje kultury naszej narodowej krzewić ducha w
młodzieży szkolnej spędzanej na spektakle jeszcze mogą. Filozofowanie staje się
w tych czasach synonimem hamletyzowania, a sami filozofowie wyznawali kiedyś,
że nie można wymagać od nich przestrzegania głoszonych zasad. Tak, ci wszyscy
humaniści, nie mają teraz zbyt dużych szans w wojnie o miejsca pracy z
absolwentami politechnik. Jeśli nie uda im się wkręcić na państwową posadkę, to
dupa zimna. A przecież podstawowa zasada człowieka praktycznego zawsze mówiła,
że najpierw należy zadać sobie pytanie: co ja będę z tego miał? Polacy dopiero
uczą się zadawania sobie tego pytania. Za komuny po skończeniu studiów dostawało
się lepszą fuchę z przydziału, dziś dostęp do uczelni jest nielimitowany, ale
dyplomy nie gwarantują absolutnie niczego – nawet prestiżu. Masy niepotrzebnych
nikomu magistrów snują się po kraju, aż w końcu chwytają się przypadkowych
zajęć wzbudzając złośliwą wesołość wśród „półgłówków”. Pięcie się w górę, to w
warunkach gospodarki kapitalistycznej często długotrwały proces, wymagający
choćby zmiany miejsca zamieszkania. Lecz zawsze warto zapytać mniej
praktycznie: czy będę z tego zadowolony?
Tyle tego
utyskiwania na bezlitosny rynek, na rozpadające się więzi, na konsumpcjonizm i
materializm... Dlaczego więc nie możemy olać tego wszystkiego? Dlaczego musimy
gonić za zyskiem? To nie kultura masowa rozbudza w ludziach chęć posiadania,
tak jak to nie zdjęcia ślicznych panienek podsycają kult ciała. To co widzimy w
mediach to lustrzane odbicia naszych oczekiwań. Ewolucja wyposaża nas w pewne
oprogramowanie psychiczne, a w związku z tym potrzebę bogacenia się można
nazwać naturalną. Tak jak ślinisz się na widok fajnej laseczki, tak możliwość
zdobycia większej gotówki wydaje Ci się nęcąca. Konieczność podnoszenia swojej
pozycji społecznej popycha ludzi do gromadzenia środków nawet tak dużych, że
nie są oni w stanie już ich konsumować. Wysoka pozycja z kolei oznacza w
świecie przyrody większy sukces reprodukcyjny, więc wzorzec ten jest
przekazywany z pokolenia na pokolenie i utrwalany. A że możesz to pojąć – tyle
masz pożytku z myślenia. Nie oczekuj, że Ci jeszcze będą za to płacić.