Już w starożytności Demokryt przeczuwał, że materia składa
się z niepodzielnych cząstek które nazwał atomami. Jednak to co po
tysiącleciach uznaliśmy za atom w końcu też okazało się strukturą złożoną z
mniejszych cząsteczek – elektronów, protonów i neutronów. Kiedy przyjęto, że i
energia emituje się w elementarnych porcjach zwanych kwantami, cała
przyroda wydawać się zaczęła złożoną z
niepodzielnych pikseli.
Obecnie za prawdziwie fundamentalne składniki rzeczywistości
uznaje się tylko leptony, kwarki i pośredniczące w oddziaływaniach bozony. Być
może są tylko rezonansem superstrun czy kwantami nachodzących na siebie pól.
Problemem każdej teorii fizycznej próbującej to wyjaśnić na najgłębszym
poziomie jest zanurzenie w skomplikowanej matematyce i niezbyt zrozumiałym
(przynajmniej dla mnie) języku, postaram się więc nie brnąć dalej w te
rozważania.

Wszystko co żyje – od bakterii do człowieka – składa się z
tego samego gwiezdnego pyłu, który Wielki Wybuch rozrzucił po całym
wszechświecie, a który miał wyprysnąć z punktu mniejszego od atomu wraz z
oceanem kwantów pola grawitacyjnego zwanym czasoprzestrzenią. Gdzieś pośród stu
miliardów galaktyk zapisani w poplątanych łańcuchach genetycznych, budzimy się,
przecieramy oczy i wytężamy wzrok – wpatrując się w mikroskop szukamy końca
percepcji.